„Piekło kobiet” to serial, o którym długo nie będziecie mogli zapomnieć. Ale wierzcie mi, jeszcze bardziej w pamięć – i w serce – zapada spotkanie z Agatą Turkot, która gra w nim główną rolę. Gwiazda „Domu dobrego” znów udowadnia, że nikt tak jak ona nie opowiada kobiecych historii. Trudnych, bolesnych, ale w których zawsze w końcu pojawia się światło. Bo to światło wypływa z niej samej.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 4/2026.
Joanna Oleszczyk: W jakim momencie życia cię łapię? Co to jest za czas?
Agata Turkot: Szalony, choć już nieco mniej, najbardziej szalony był dwa miesiące temu. Wróciłam z wakacji, wyczekanych, wspaniałych i dosyć dalekich. Byłam na Sri Lance, o której zawsze marzyłam. Kocham jeździć do Azji w momentach, w których potrzebuję zamknąć jakiś etap, wyjść poza swój kontekst. Teraz potrzebowałam na chwilę zapomnieć o tym, że jestem aktorką, że ostatnio dużo się wokół mnie wydarzyło, że to był czas, kiedy codziennie spotykałam się z ludźmi i im coś z siebie dawałam. Uciec od tego, kim jestem na co dzień, od swojej rodziny, przyjaciół, kota, mieszkania… Przypomnieć sobie, że poza tym wszystkim też jestem. No i uspokoić swój układ nerwowy. Ponieważ należę do osób wysoko wrażliwych i lękowych, to bardzo szybko się przebodźcowuję.
Dlaczego akurat Azja?
Bo jest daleko, jest tam inna kultura, inna pogoda, inna religia, a jednocześnie jest w tym miejscu coś bardzo bezpiecznego i otulającego. Dużo mi ta podróż dała, choć na początku była trudna, nie taka, jakiej oczekiwałam. Wiesz, jak jedziesz na długie wakacje, to spodziewasz się, że od razu będzie wesoło i beztrosko. Potrzebowałam dać sobie przyzwolenie na to, by czasem było mi tam też niewygodnie, ciężko czy niefajnie. I tak było przez pewną część tego wyjazdu, przeżywałam tam spore kryzysy, ale potem nagle wszystko się pięknie odwróciło i ostatecznie wyjechałam naładowana nową energią, uspokojona. Łapiesz mnie więc w momencie, w którym czuję się „wyzerowana”, osadzona w sobie, jednocześnie wydarzenia ostatniego tygodnia stycznia zrobiły na mnie wrażenie, nie będę tego ukrywać [śmiech].
Agata Turkot (Fot. Marta Wojtal)
Joanna Olekszyk: Mówimy teraz o tym, że ostałaś wyróżniona nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego za rolę w filmie „Dom dobry”. Nie wiem, jakie to miało dla ciebie znaczenie, ale dla mnie miało ogromne. Zresztą nie tylko dla mnie, widziałam to w reakcjach publiczności gali – wszyscy poczuliśmy, że coś zostało wyrównane, naprawione.
Agata Turkot: Ja też to poczułam. Jakby coś się domknęło, odpuściło napięcie, zeszło powietrze. Ilość gratulacji, jakie dostałam dzień po, była oszałamiająca, chyba jeszcze większa niż po premierze. Tego dnia nagrywałam akurat audiobooka i aż bałam się zerkać na wyciszony telefon.
Dla mnie ta nagroda jest też nagrodą dla wszystkich osób zaangażowanych w życie naszego filmu. Mam tu na myśli przede wszystkim widownię, ale też kolegów i koleżanki z branży – dla tak wielu osób ten film, ten temat okazały się bardzo ważne. Doszło nawet do czegoś w rodzaju happeningu – aż 2,5 miliona ludzi poszło na „Dom dobry”, to naprawdę wielka sprawa. Chciałabym, by patrzono na to także jako na sukces polskiego kina, kina niekomercyjnego, trudnego, skłaniającego do refleksji. Myślę, że wszyscy powinniśmy się z tego cieszyć. Ale nie zaszkodzi, jeśli ty ucieszysz się trochę bardziej.
W jednym z podcastów, „Jak będę duża, będę aktorką”, powiedziałaś coś, co mnie rozbawiło. Tak dużo było cię ostatnio w mediach, że twoja przyjaciółka, z którą nie miałaś czasu spotykać się tak często, jakbyś chciała, zażartowała, że właściwie czuje się, jakby widywała cię codziennie.
To, co wydarzyło się pod koniec ubiegłego roku wokół „Domu dobrego”, przerosło moje wyobrażenia. Z jednej strony ogromnie mnie cieszyło, wiadomo, z drugiej było jednak bardzo dziwne, kiedy włączałam social media, przewijałam feed i widziałam albo siebie, albo Tomka [Schuchardta – przyp. red.], albo Wojtka [Smarzowskiego – przyp. red.] zarówno u moich znajomych, jak i u ludzi, których nie znam. To nie trwało dzień, dwa, tylko naprawę długo. Ale jeżeli już przesyt samą sobą musiał się w moim życiu wydarzyć, to bardzo dobrze, że wydarzył się w kontekście tego właśnie filmu. Moja twarz wyskakująca z każdej lodówki nie była tak naprawdę moja, ona była twarzą tego tematu, zachętą do rozmowy. Tak przynajmniej starałam się to traktować.
Niemniej jednak stałaś się rozpoznawalna. Wszyscy się dowiedzieli, kim jest Agata Turkot.
Nie powiedziałabym, że wszyscy. Żyjemy w czasach, w których jednocześnie żyje przeogromna liczba sławnych, popularnych osób. Do tego najbardziej rozpoznawalni są ci, których ja akurat nie znam, bo są popularni z powodów dla mnie niezrozumiałych lub takich, których po prostu nie śledzę. Ale tak, ludzie mnie rozpoznają, nawet w Warszawie, gdzie ktoś, kto zagrał w filmie, nie robi takiego wrażenia, bo tu co krok wpada się na kogoś znanego z ekranu.
Posłuchaj także: „Przemoc jest dzisiaj wszędzie. Ważne jest, aby odróżniać ją od konfliktu”. Wojciech Smarzowski w rozmowie o filmie „Dom dobry”
Obie pracujemy w zawodach, w których nie zawsze zaangażowanie, serce i poświęcony czemuś czas przekładają się na efekt. Tymczasem w przypadku „Domu dobrego” informacja, jaką chcieliście przekazać społeczeństwu, została odczytana. Feminoteka i inne organizacje pomagające kobietom doświadczającym przemocy zostały zalane telefonami. Liczba zgłoszeń w samym listopadzie wzrosła o 223 procent – to robi wrażenie.
Tak, to jest rzeczywiście niesamowite. Tym bardziej że my ten film robiliśmy w konkretnej sprawie. Nie tylko po to, żeby opowiedzieć wciągającą historię z wiarygodnymi bohaterami, ale też po to, by poruszyć niebo i ziemię, przerwać zmowę milczenia wokół przemocy domowej. Czasem się zastanawiam, co teraz czuje Wojtek. Przypuszczam, że nie zdecyduje się na to, by opowiedzieć o tym publicznie, może podzieli się jedynie ze swoimi najbliższymi, ale wydaje mi się, że to musi być coś niesamowicie ciepłego, wręcz gorącego, wypełniającego od środka. Świadomość, że intencje, z jakimi przystąpiłeś do swojej pracy, zostały tak dobrze odczytane, musi uskrzydlać.
Filmy Wojtka Smarzowskiego od lat są entuzjastycznie odbierane przez polską widownię, może właśnie dlatego, że robi je z serca i z trzewi. Z tego, co mówicie wy, aktorzy, ale też cała ekipa, na planie panują najwyższe standardy pracy, zarówno tej międzyludzkiej, jak i artystycznej.
I warto to podkreślać, bo często osoby spoza branży, ale też aktorzy czy aktorki, pytają nas, jaki jest Smarzol. Skoro robi tak trudne, brutalne filmy, wyobrażają go sobie jako kogoś bardzo mrocznego, może nawet skłonnego do agresji. Tymczasem Wojtek jest zaprzeczeniem tej wizji, jest kompletnie inny niż jego filmy. Chociaż na przykład ja widzę w nich miłość.
Właśnie, dla mnie „Dom dobry” jest o tęsknocie za miłością.
Dla mnie on jest zarówno o miłości, jak i o jej braku, ale też o tym, co się zmienia, kiedy ta miłość się jednak pojawia. Mam tu na myśli miłość i wsparcie, jakie moja bohaterka dostaje od innych kobiet, od całego ich kolektywu. Miłość – ta prawdziwa, szeroko rozumiana – potrafi wyciągnąć nas z najgłębszej otchłani, z największego piekła.
Kiedy myślę o moim doświadczeniu na planie z Wojtkiem i całym jego zespołem – bo to nigdy nie jest on sam, to też ludzie, których on bardzo starannie dobiera – mogłabym porównać je właśnie do takiego wsparcia. Byliśmy jednym wspólnym organizmem, co dla mnie jako jedynaczki, zawsze trochę wycofanej, trudno odnajdującej się w grupie – było czymś tak wyjątkowym i unikalnym, że długo o tym nie zapomnę. Pierwszy raz doświadczyłam siły grupy, tego, jak wiele można sobie w niej nawzajem dać. Kiedy wśród takiej grupy upadasz, to wiesz, że oni nie pozwolą ci się potłuc, że cię ochronią. Ciężko mi było to potem zostawić.
Ciągle się uczę żegnać. Mam tendencję do tego, by trzymać rzeczy do samego końca, aż zostaną w strzępach w moich rękach. Jest w języku portugalskim słowo, które bardzo czuję i bardzo się z nim utożsamiam: saudade. Oznacza w sumie nostalgię i tęsknotę, ale też to, co jest pod nimi – smutek, że coś odeszło, a było tak ważne, ale też wdzięczność, że w ogóle było.
Pamiętam zwłaszcza jeden z ostatnich dni zdjęciowych, kręciliśmy wtedy sekwencję, której w filmie prawie nie widać, kiedy Gośka czeka na policję i wie, że to są ostatnie chwile sam na sam z córką. Miałam już wtedy za sobą najtrudniejsze sceny, tak jak moja bohaterka wiedziałam, że to się za chwilę skończy. Z jednej strony czułam ogromną ulgę, bo byłam potwornie zmęczona mrokiem, w którym razem z nią tkwiłam, a z drugiej wcale nie chciałam, by się kończyło, bo chciałam nadal przebywać z tymi ludźmi, w poczuciu tego niesamowitego połączenia. I kiedy tak z tą małą dziewczynką śmiałyśmy się, tańczyłyśmy i śpiewałyśmy, spojrzałam na ekipę zebraną wokół nas i zobaczyłam w ich oczach łzy. Wszyscy byliśmy w totalnym poruszeniu, pomieszaniu smutku z wdzięcznością i radością. Wtedy poczułam, że jestem jedynie przekaźnikiem całej grupy. Nie tylko coś odgrywam, ja wypowiadam się w imieniu nas wszystkich. To jest właśnie jakość, jaką wnosi Wojtek. „Dom dobry” zawsze będzie dla mnie szczególny, bo doświadczenie, jakie z niego wyniosłam osobiście, jako ja, Agata – jest przepotężne.
Agata Turkot (Fot. Marta Wojtal)
Dla mnie ten film, a właściwie jego recepcja, też jest bardzo cennym doświadczeniem. Wyznam ci, że kiedy usłyszałam, że Wojtek Smarzowski zajął się tematem przemocy domowej, to ucieszyłam się, że dzięki temu na ten film pójdą też mężczyźni i że może coś się zmieni. Potem zobaczyłam sam film i nawet powiedziałam głośno, że nie wyobrażam sobie, żeby nie dostał nagrody w Gdyni. A jednak tak się stało. Do dziś nie rozumiem tamtych zarzutów o epatowanie przemocą – naprawdę akurat ten film Smarzowskiego uznano za najbardziej brutalny? Pomyślałam, że to strasznie smutne; że cierpienie kobiet znów jest unieważniane. Ale widzowie postanowili inaczej. I to jest największa nagroda, jaką wasz film mógł dostać.
Zgadzam się. Odbiór naszego filmu w Gdyni mnie zabolał. Jedna sprawa, że jako twórcy nie zostaliśmy zauważani i docenieni, ale druga, o wiele ważniejsza – zarzucano nam, że zrobiliśmy go przeciwko kobietom, że jest swoistą instrukcją dla przemocowca.
Dotarło do mnie, że na tym właśnie polega problem przemocy domowej – bardzo łatwo jest udawać, że jej nie ma, bo to wcale nie jest przyjemny widok. Wiele osób odrzuciło nasz film, bo był dla nich zbyt trudny do oglądania, ale tym samym odwrócili wzrok od problemu, który on przedstawia. Decyzja jury była bardzo wyraźnym statementem. „Domu dobrego” nie nagrodzono żadną nagrodą, czyli nie chciano, by został zauważony, by o nim mówiono. Tak jak ty poczułam, jakby razem z naszym filmem zamieciono pod dywan temat przemocy domowej. Na szczęście tak się to nie skończyło.
Ale chciałam się też odnieść do samych nagród. To nieprawda, że nie mają znaczenia. Każda nagroda jest docenieniem i wsparciem. Często wsparciem bardzo konkretnym, bo finansowym, które na przykład umożliwia twórcom sfinansować częściowo kolejny projekt. Ale nagroda pozwala też zauważyć artystę czy temat, który on porusza – tak jakby kierowała na niego snop światła. W naszym przypadku zostaliśmy zauważeni i bez tej nagrody, a może nawet paradoksalnie właśnie dzięki jej brakowi.
Agata Turkot (Fot. Marta Wojtal)
Czytaj także: Przemoc w rodzinie, związku lub w pracy zawsze wynika z przewagi sprawcy nad ofiarą. Jak pomagać komuś, kto jej doświadcza?
Podobno swoistym domknięciem historii Gośki okazała się dla ciebie rola Heleny w najnowszym serialu „Piekło kobiet”.
To rzeczywiście ciekawe, że Helena pojawiła się w moim życiu niedługo po Gośce. Obie są od siebie kompletnie różne, jeśli chodzi o reakcje na to, co je spotyka. Helena robi wszystko, by nie wejść w figurę ofiary, czasem podejmując nienajlepsze decyzje i dając nienajlepsze rady. W tej roli także zmierzyłam się z tematem przemocy, tyle że w dużo szerszym ujęciu i z perspektywy bohaterki, która ma inny konstrukt psychiczny i zupełnie inne doświadczenia. Przemoc w „Piekle kobiet” ma charakter bardziej systemowy, co rzutuje oczywiście na prywatne życie bohaterek. Także na życie Heleny, która znajduje w sobie siłę, żeby szukać odpowiedzi na najtrudniejsze pytania.
Dla mnie to też jest o miłości. W końcu twoja bohaterka pracuje w gazecie „Fortuna Amandi”, która pomaga tę miłość znaleźć.
Tak, to jest historia o miłości, o jej poszukiwaniu tak naprawdę w sobie. Helena od początku była świetnie napisaną postacią, jej historia to klasyczna podróż bohaterki ku przebudzeniu.
Przeczytałam „Piekło kobiet”, wydany w 1930 roku zbiór felietonów Tadeusza Boya-Żeleńskiego, poświęconych prawu kobiet do antykoncepcji, aborcji i decydowania o swoim ciele – i ze zgrozą stwierdziłam, że nie straciły nic na aktualności.
Minęło prawie 100 lat i rzeczywiście niewiele się zmieniło, smutne to i straszne. W serialu pokazujemy Warszawę lat 30., absolutnie nie starając się wybielać tych czasów i tych ludzi. Na przykład bardzo wyraźny i ważny jest tu wątek alkoholowo-narkotykowy, sądzę, że adekwatnie do tego, jak wyraźny i ważny był wtedy.
A mówię o tym dlatego, że Helena jest osobą uzależnioną i długo zastanawiałam się, czym to uzależnienie dla niej jest, jakie jest jego źródło. Doszłam do wniosku, że bierze się właśnie z tej niemiłości, nieumiejętności znalezienia wsparcia i ciepła w małżeństwie, w którym Helena jest. I to miłość ją z tego wyciąga.
Jej wizyty w palarni opium odbierałam jako chęć odcięcia się od ciała, które jest zarówno źródłem przyjemności, jak i cierpienia.
Ja czytałam to zupełnie inaczej. Moim zdaniem poprzez zatracanie się w narkotykach Helena łączy się ze swoim ciałem, zyskuje do niego dostęp. Ciało jest wtedy jej, nie męża, nie ewentualnego przyszłego dziecka, nie lekarza. Sięga po opium wtedy, kiedy się gubi, kiedy nie ma kontaktu z czuciem, ze swoją intuicją, a ona dla mnie jest właśnie z ciała.
Kiedy przygotowywałam się do tej roli, oglądałam zdjęcia i ryciny z lat 30. przedstawiające klientki opiumowni. Zwykle kobiety w stanie upojenia czy zatracenia przedstawia się jako uroczo omdlewające, eteryczne, delikatne, seksowne w męskim tego słowa rozumieniu. Te na zdjęciach były zupełnie inne – swobodne, bezwolne, ale też nieestetyczne, rozwalone, wulgarne. W moim odczuciu to było o wiele bardziej seksowne.
Pamiętajmy, że w tamtych czasach opiumowanie były dla kobiet jednym z niewielu miejsc, w którym mogły nie tylko pobyć w swoim gronie, ale też poczuć się nieocenianymi, doświadczyć czegoś w rodzaju nieskrępowanej przyjemności. To była sfera prawdziwej wolności, co prawda okupiona uzależnieniem. Dziś na szczęście mamy już inne narzędzia, by to osiągnąć. Możemy na przykład pójść na jogę, a potem na matchę [śmiech].
Jest teoria, która mówi, że mniej więcej co 100 lat historia zatacza koło. Kiedy w 2020 roku wybuchła pandemia, a potem wojny w Ukrainie i na Bliskim Wschodzie, powoływano się na niespokojne lata 20. ubiegłego wieku. Jestem po lekturze książki Kamila Janickiego „Epoka hipokryzji: seks i erotyka w przedwojennej Polsce” i też znajduję liczne paralele z obecnymi czasami. Nadal kobietom wolno mniej niż mężczyznom, a nasze prawa są podważane. Bohaterki „Piekła kobiet” ponoszą o wiele większe konsekwencje swoich decyzji niż mężczyźni. Helena po latach bezskutecznych prób zajścia w ciążę żałuje małżeństwa, które zawarła z miłości. To chyba jedno z największych rozczarowań w życiu: ktoś, kto miał kochać, nie ma na uwadze naszego dobra.
Też tak o tym myślę – jako o największym z rozczarowań. Z drugiej strony takie jest życie, tak się może zdarzyć, nawet jeśli zrobimy wszystko, by się nie wydarzyło, bo nie wszystko zależy od nas.
Pytanie jest inne: co w związku z tym możemy zrobić? Do czego same sobie dajemy prawo i do czego prawo daje nam społeczeństwo? Przecież każdy może podjąć złą decyzję, zmienić się po latach, chcieć czegoś innego – jesteśmy tylko ludźmi.
Mówisz tu o prawie też w sensie dosłownym: czy możemy się rozwieść? Czy zachowamy wtedy część naszego majątku, prawo do opieki nad dzieci? Czy rodzina przyjmie nas z powrotem?
Bohaterki „Piekła kobiet” też zadają sobie te pytania i wiedzą z góry, jaka jest odpowiedź. Że konsekwencje będą większe niż nagroda w postaci wolności. Opowiadamy o tym z perspektywy różnych kobiet, pochodzących z różnych warstw społecznych, co jest niezwykle istotne z punktu widzenia czasów, w których jest osadzony serial. I teraz znów: minęło 100 lat, nasza przestrzeń wewnętrznej wolności się poszerzyła, dajemy sobie większe prawo do podążania za swoimi potrzebami, świat też zdaje się je bardziej dostrzegać, ale nadal nie jest kolorowo. Wiele jest jeszcze do zmiany. I staram się patrzeć na to spoza warszawskiej, uprzywilejowanej bańki, w której naszej rozmowie towarzyszy piękna sesja w hotelu. Czy dziś kobieta w Polsce ma prawo odejść od mężczyzny dlatego, że nie chce z nim być, że czuje się nieszczęśliwa, czy dopiero wtedy, kiedy w tym związku dzieje się naprawdę źle, tak jak w związku Gośki z „Domu dobrego”?
Na bardzo powierzchownym poziomie historia Heleny mówi o tym, że w bogatych, szanowanych domach nie jest wcale łatwiej niż w tych, w których żyje się mniej wygodnie. Że w pięknych wnętrzach i eleganckich ubraniach, jakie nosi twoja Helena, cierpi się tak samo, jak w tych podłych i znoszonych. Pod tym blichtrem są brud i zgnilizna, które też pokazujecie. Jakbyście chcieli ostrzec: „Uważaj, o czym marzysz!”.
Międzywojnie często jest przedstawiane jako taka błyszcząca bombka choinkowa, piękna, największa na choince. Nawet jeśli pito wtedy alkohol, to z pozłacanych kieliszków, a jeśli palono papierosy, to tylko takie w długiej fifce. Tymczasem to był też bardzo trudny i mroczny czas, zawieszony pomiędzy dwiema największymi wojnami w XX wieku.
Dziś Helena i Maksymilian Wróblewscy uznawani byliby za celebrytów, byli prawdziwą power couple swoich czasów. Podoba mi się, że to właśnie poprzez nich, ludzi, którzy zdają się mieć wszystko, pokazujemy największe bolączki międzywojnia. Pod tymi kostiumami, które są rzeczywiście spektakularne, i pod tym makijażem, kryją się bardzo nieszczęśliwi ludzie. Jak widać, czasy, ubrania czy samochody mogą się zmieniać, ale troski pozostają takie same. Podoba mi się też, że prawo do aborcji, które jest ważnym i bardzo złożonym tematem naszego serialu, jest tu pretekstem do opowiadania po prostu o prawach kobiet.
Niedawno przeczytałam artykuł o tym, że dwie studentki inżynierii zaprojektowały nowy model wziernika do badania ginekologicznego, który nie wywołuje bólu u pacjentki. Co za supernews, prawda? Ale jak się zastanowisz, dojdziesz do konkluzji: jak to możliwe, że nadal pozwalamy na to, by podczas rutynowego badania ponad połowa ludzkości odczuwała ból czy dyskomfort?! Wiesz, że wziernik, który jest obecnie stosowany, wymyślono 180 lat temu? Dlaczego nikt wcześniej nie po myślał, by go zmienić?! Albo kwestia antykoncepcji – badania mówią, że najbezpieczniejszą i najskuteczniejszą metodą jest wazektomia.
Nie tylko jest mało inwazyjna, ale też odwracalna i niemająca żadnych przewlekłych powikłań. Ilu mężczyzn się jej poddało? A ile kobiet przyjmuje nadal tony hormonów w tym samym celu? Wciąż uznajemy, że antykoncepcja to wyłącznie problem kobiety.
Agata Turkot (Fot. Marta Wojtal)
Mnie z kolei podoba się, że wasz serial uderza w mit bad boya jako tego, którego rzekomo najbardziej kochają kobiety. W „Piekle kobiet” o wiele bardziej pociągający jest mężczyzna z zasadami, szlachetny, szczery, odważny i szanujący kobietę.
Bad boy wcale nie jest taki seksowny! I nie powinien być romantyzowany przez kulturę popularną. Pozwolisz, że znów wrócę do „Domu dobrego”. Nasz film spotkał się z zarzutami o to, że epatuje przemocą. Pojawiły się głosy, że jest tam zbyt dosłowna. Jednocześnie ta sama przemoc zupełnie nie przeszkadza widzom i krytykom w filmach akcji czy tych opowiadających o środowiskach kibolskich – bo tam jest wzięta w cudzysłów, ubrana w formę rozrywki. W dodatku część z tych filmów ukazuje męskie postaci, które mają bardzo wątpliwe morale i skrajnie szowinistyczny światopogląd. Z pozoru są niebezpieczni, ale jednak do zakumplowania się. Fajnie popatrzeć, jak się chłopaki biją po mordach, nie? Tylko że to nadal przemoc.
Cieszę, że to właśnie Mateusz Damięcki gra Maksymiliana, czyli bad boya z lat 30., bo tym samym kolejny raz wyskakuje z szufladki, w którą tym razem wsadziły go takie filmy, jak choćby „Furioza”. Maks jest irytujący i nieatrakcyjny, mimo że gra go właśnie Mateusz, który tej postaci daje wiele cech, za które tak Mateusza się kocha. Ku naszemu zaskoczeniu to szlachetny i dobry Emil Heckmann, grany przez Huberta Miłkowskiego, jest o wiele bardziej pociągający. Lubię takie nieoczywistości.
Obie twoje bohaterki – Gośka i Helena – są ukazane w krytycznych momentach swojego życia, a jednocześnie obie postanawiają o siebie zawalczyć. Dla mnie żadna z nich nie jest ostatecznie ofiarą. I myślę, że wierzymy w to, bo ty w sobie też coś takiego masz – jakieś niegasnące światło, iskrę.
Jest takie określenie w aktorstwie – „silna ofiara”. Agata Kulesza często jest obsadzana właśnie w takich rolach. Jej bohaterki sprawiają wrażenie bardzo silnych, jednocześnie jest w nich kruchość, jakieś złamanie. Myślę, że ja też mam w sobie ten dualizm. Zawsze czułam się bardzo dorosła i dojrzała, czasami nawet bardzo stara [śmiech], tymczasem fizis mam raczej dziewczynki, klasyczna baby face. Ludzie często są zdziwieni, że mam tyle lat, ile mam, przeważnie dają mi mniej. Ja tę moją dziewczęcość też często podkreślam, bo chodzę w dresach i swetrach, na co dzień prawie się nie maluję. Nie noszę się – jak to się mówi – po kobiecemu. Jednocześnie znam wiele kobiet, które tak jak ja na co dzień chodzą w dresach, a są dla mnie bardzo kobiece… Tego dualizmu jest we mnie więcej…
Na przykład?
Mam taką konstrukcję ciała, że górę mam delikatną i mniejszą, a dół silniejszy – cokolwiek bym robiła, to się nie zmienia. Albo: ludzie odbierają mnie jako bardzo radosną, prawdopodobnie przez mój uśmiech i dołeczki w policzkach, tymczasem siedzi przed tobą nostalgiczna osoba. Każdy, kto mnie zna, powie ci, że jestem raczej pesymistką niż optymistką. Ja z tym nie walczę, ja to akceptuję i staram się to ze sobą łączyć. Mam w sobie mrok, ale mam też światło – iskrę, jak ją nazwałaś.
Kiedy przygotowywałam się do zagrania Gośki, a potem Heleny, pracowałam z Anią Skorupą, terapeutką i coachem aktorskim. Ukułyśmy wtedy określenie „złota kula” – szukałyśmy jej we mnie, ale też w moich bohaterkach. Szukałyśmy czegoś, co nie gaśnie, nawet jeśli wokół jest bardzo ciemno i bardzo źle. Czegoś, co tli się w środku, może nawet bardzo nikłym płomieniem, ale jest. W trudnych momentach próbowałam się tej kuli łapać i przekazywać ją postaciom, które gram. Staram się też zawsze widzieć ją w drugim człowieku.
Czym dla ciebie jest kobiecość, o której wspominałaś?
Bardzo długo czułam się dziewczyną, dopiero od niedawna zaczynam czuć się kobietą. To obecnie mój największy życiowy temat. Mainstreamowa kobiecość, która jest nam zaszczepiana kulturowo już od małego, zawsze bardzo mnie irytowała. To znaczy drażniło mnie to, że jest taka schematyczna: jesteś kobieca, tylko gdy masz długie włosy, malujesz się, jesteś bardzo szczupła, masz duży biust (teraz dodałabym jeszcze duże usta i wydatne kości policzkowe), chodzisz w sukienkach, na obcasach, perliście się śmiejesz i roztaczasz aurę uległości. W domu otaczały mnie bardzo silne kobiety, które stanowiły o sobie i swoim życiu, ale aby to zrobić, musiały wejść w męskie buty i męskie spodnie.
Ani jedna, ani druga skrajność nie były moje, długo nie umiałam sobie powiedzieć, do której mi bliżej. Nadal tego nie wiem, cały czas się w tym miotam. Na ten moment doszłam do tego, że kobiecość nie ma nic wspólnego z wyglądem zewnętrznym. I tak podchodzę do moich bohaterek, do czego mnie zresztą bardzo zachęca Ania Skorupa – najpierw buduję od wewnątrz. Za każdym razem, jak do czegoś doszłyśmy w wewnętrznym procesie danej postaci, nagle okazywało się, że ona musi się tu ruszyć tak, a tu inaczej, a tu musi mieć takie buty, a nie inne.
Wszystko robiło się jasne, ale wynikało z tego, co się wydarzyło w środku. To, jaką moja postać będzie miała minę czy spojrzenie w danej scenie, też jest wypadkową procesu wewnętrznego.
Dla mnie kobiecość jest miękkością i harmonią. Jesteś kobietą, czyli jesteś pogodzona ze swoimi skrajnościami, nie szarpiesz się wewnętrznie, nie próbujesz niczego udowadniać (jeśli już – to sobie samej). Kobiecość jest jak woda, niezależnie od tego, w jaki kształt nas się wleje, my będziemy umiały się tam odnaleźć. Jaką drogą każda z nas do tego dojdzie, jakich atrybutów użyje – to jest już kompletnie nieważne.
Dziś definiujemy na nowo zarówno kobiecość, jak i męskość.Buntujemy się przeciwko nierównościom. Jednocześnie czujemy, że te dwie wartości gdzieś muszą się różnić, ale też gdzieś spotykać.
Dlatego tak lubię symbol ying i yang. Składają się na niego dwie części w lustrzanym odbiciu i przeciwstawnych kolorach, niesamowicie się dopełniające. Ja tak właśnie postrzegam feminizm. Jako niewartościowanie, co lepsze, a co gorsze, tylko wyrównywanie i uzupełnianie się nawzajem. Tak, byłyśmy przez wieki uciemiężane, są miejsca na świecie, w których kobiety są nadal traktowane przedmiotowo i ich los jest okrutny, ale to nie znaczy, że musimy kierować się jedynie poczuciem zemsty, bo to bez wątpienia bardziej złożony proces niż chęć odegrania się i wymierzenia kary. Nie, my mamy razem współistnieć, w poszanowaniu dla obu stron – do tego, uważam, powinniśmy dążyć. Trzeba zastanowić się, jak to wypracować, bo zarówno kobiecość, jak i męskość są teraz w zupełnie innym miejscu.
Świetnie, że mężczyźni dają sobie większe przyzwolenie na wyrażanie emocji. Że my jako społeczeństwo dajemy im przyzwolenie na to, by do tej swojej delikatności i wrażliwości się dobijali. A jednocześnie pojawia się takie drwiące: „Gdzie ci mężczyźni?! Zostali sami mazgaje”. To jest bardzo nie fair. Oni też mają trudno. Tak samo jak my. Nie odcinajmy się grubą kreską. Potrzebujemy siebie nawzajem. Zobacz, przed nami na stole stoi pieprzniczka z solniczką. Super, że one są zawsze razem, bo nawzajem się uzupełniają. Czasem potrzebujemy tylko soli, czasem tylko pieprzu, a czasem obu jednocześnie. Kluczem jest dobranie odpowiedniej jakości w danym momencie.
Agata Turkot (Fot. Marta Wojtal)
Czego nauczył cię zeszły rok?
Akceptacji dualizmu, o którym przed chwilą mówiłam. Kiedy się kończył, nie wierzyłam, że to wszystko, czego ostatnio doświadczyłam, zmieściło się w 365 dniach. Wydarzyło się mnóstwo skrajnych rzeczy, dostałam tyle atencji, miłości i uwagi, że zrównoważyło to całkowicie odrzucenia i rozczarowania, których też doznałam, nie tylko zawodowo. Nauczyłam się ufać, że wszystko, co się dzieje, dzieje się dla mojego najwyższego dobra. I czy mi się to podoba, czy nie, będą mi się przydarzały i te fajne, i te niefajne rzeczy, bo takie jest życie. Mogę być tym sfrustrowana, zła czy wkurzona, a mogę starać się zachować spokój i równowagę. Poza tym jeśli sięgamy po rzeczy duże, jeśli odważamy się marzyć, to ten koń robi się coraz wyższy – jak będziemy spadać, będzie nas bardziej bolało. Będziemy też więcej tracić. Ale to, co będzie do nas przychodziło – poczucie miłości czy połączenia z innymi – też będzie bardziej intensywne. Dlatego trenujmy się w zauważaniu tego, co pozytywne, jasne; skupianie się na tym, co się nie udało, jest łatwiejsze, bo instynktowne, a czasy temu sprzyjają. I mówię to także do siebie.
Co jest tym czymś jasnym w twoim życiu, na czym lubisz się skupiać? Podróże?
One na pewno, ale przede wszystkim natura i zwierzęta. Bardzo mnie spełnia obcowanie ze zwierzakami, wtulanie się w te ich miękkie futerka… Kocham konie, jazda konna mnie uziemia i uspokaja, ale myślę teraz przede wszystkim o moim kocie. Jestem totalną kociarą, jedną z tych irytujących osób, które jak już zaczną o nich mówić, to się nie potrafią zamknąć [śmiech]. A że mam silną alergię na sierść, najbardziej na kocią, mogę mieć tylko jednego.
I tak odważnie.
Na szczęście u rodziców jest drugi [śmiech]. Ja się całkowicie utożsamiam z kotami, moi znajomi są przekonani, że kiedyś byłam kotem. To jest dla nas oczywiste. Mam w sobie pewną kocią cechę. Jestem osobna. Późno doszłam do buntu zewnętrznego, ale wewnętrznie byłam zbuntowana od zawsze – podważałam wszystko, co słyszałam, choć nie zawsze dzieliłam się tym z innymi. Dziś mam bardzo wąskie grono znajomych, ale za to takich, z którymi mogę siedzieć i rozmawiać bez końca.
Niedawno miałaś urodziny. Czego ci z tej okazji życzyć? Zawodowo i prywatnie?
Chyba tego, żeby ta iskra we mnie nie gasła i by w moim życiu było więcej harmonii i miękkości, a mniej boksowania się z rzeczywistością.
Agata Turkot rocznik 1993. Obecnie można ją zobaczyć w filmie „Zapiski śmiertelnika” czy serialu „Informacja zwrotna”. Wystąpiła w dwóch filmach Wojciecha Smarzowskiego „Wesele” oraz „Dom dobry”. Za rolę w tym drugim została wyróżniona Nagrodą Specjalną Jury na 41. Warszawskim Festiwalu Filmowym (wraz z Tomaszem Schuchardtem) oraz Nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego. Najnowszy serial z jej udziałem, „Piekło kobiet”, można oglądać na HBO Max od 6 marca.