Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Nikt tak jak ona nie opowiada kobiecych historii. Spotkanie z Agatą Turkot, gwiazdą „Domu dobrego”

Nikt tak jak ona nie opowiada kobiecych historii. Spotkanie z Agatą Turkot, gwiazdą „Domu dobrego”

Agata Turkot (Fot. Marta Wojtal)
Agata Turkot (Fot. Marta Wojtal)
„Piekło kobiet” to serial, o którym długo nie będziecie mogli zapomnieć. Ale wierzcie mi, jeszcze bardziej w pamięć – i w serce – zapada spotkanie z Agatą Turkot, która gra w nim główną rolę. Gwiazda „Domu dobrego” znów udowadnia, że nikt tak jak ona nie opowiada kobiecych historii. Trudnych, bolesnych, ale w których zawsze w końcu pojawia się światło. Bo to światło wypływa z niej samej.

Fragment wywiadu z miesięcznika „Zwierciadło” 4/2026.

Joanna Olekszyk: (…) Zostałaś wyróżniona nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego za rolę w filmie „Dom dobry”. Nie wiem, jakie to miało dla ciebie znaczenie, ale dla mnie miało ogromne. Zresztą nie tylko dla mnie, widziałam to w reakcjach publiczności gali – wszyscy poczuliśmy, że coś zostało wyrównane, naprawione.

Agata Turkot: Ja też to poczułam. Jakby coś się domknęło, odpuściło napięcie, zeszło powietrze. Ilość gratulacji, jakie dostałam dzień po, była oszałamiająca, chyba jeszcze większa niż po premierze. Tego dnia nagrywałam akurat audiobooka i aż bałam się zerkać na wyciszony telefon.

Dla mnie ta nagroda jest też nagrodą dla wszystkich osób zaangażowanych w życie naszego filmu. Mam tu na myśli przede wszystkim widownię, ale też kolegów i koleżanki z branży – dla tak wielu osób ten film, ten temat okazały się bardzo ważne. Doszło nawet do czegoś w rodzaju happeningu – aż 2,5 miliona ludzi poszło na „Dom dobry”, to naprawdę wielka sprawa. Chciałabym, by patrzono na to także jako na sukces polskiego kina, kina niekomercyjnego, trudnego, skłaniającego do refleksji. Myślę, że wszyscy powinniśmy się z tego cieszyć. Ale nie zaszkodzi, jeśli ty ucieszysz się trochę bardziej.

W jednym z podcastów, „Jak będę duża, będę aktorką”, powiedziałaś coś, co mnie rozbawiło. Tak dużo było cię ostatnio w mediach, że twoja przyjaciółka, z którą nie miałaś czasu spotykać się tak często, jakbyś chciała, zażartowała, że właściwie czuje się, jakby widywała cię codziennie.

To, co wydarzyło się pod koniec ubiegłego roku wokół „Domu dobrego”, przerosło moje wyobrażenia. Z jednej strony ogromnie mnie cieszyło, wiadomo, z drugiej było jednak bardzo dziwne, kiedy włączałam social media, przewijałam feed i widziałam albo siebie, albo Tomka [Schuchardta – przyp. red.], albo Wojtka [Smarzowskiego – przyp. red.] zarówno u moich znajomych, jak i u ludzi, których nie znam. To nie trwało dzień, dwa, tylko naprawę długo. Ale jeżeli już przesyt samą sobą musiał się w moim życiu wydarzyć, to bardzo dobrze, że wydarzył się w kontekście tego właśnie filmu. Moja twarz wyskakująca z każdej lodówki nie była tak naprawdę moja, ona była twarzą tego tematu, zachętą do rozmowy. Tak przynajmniej starałam się to traktować.

Niemniej jednak stałaś się rozpoznawalna. Wszyscy się dowiedzieli, kim jest Agata Turkot.

Nie powiedziałabym, że wszyscy. Żyjemy w czasach, w których jednocześnie żyje przeogromna liczba sławnych, popularnych osób. Do tego najbardziej rozpoznawalni są ci, których ja akurat nie znam, bo są popularni z powodów dla mnie niezrozumiałych lub takich, których po prostu nie śledzę. Ale tak, ludzie mnie rozpoznają, nawet w Warszawie, gdzie ktoś, kto zagrał w filmie, nie robi takiego wrażenia, bo tu co krok wpada się na kogoś znanego z ekranu.

Posłuchaj także: „Przemoc jest dzisiaj wszędzie. Ważne jest, aby odróżniać ją od konfliktu”. Wojciech Smarzowski w rozmowie o filmie „Dom dobry”

Obie pracujemy w zawodach, w których nie zawsze zaangażowanie, serce i poświęcony czemuś czas przekładają się na efekt. Tymczasem w przypadku „Domu dobrego” informacja, jaką chcieliście przekazać społeczeństwu, została odczytana. Feminoteka i inne organizacje pomagające kobietom doświadczającym przemocy zostały zalane telefonami. Liczba zgłoszeń w samym listopadzie wzrosła o 223 procent – to robi wrażenie.

Tak, to jest rzeczywiście niesamowite. Tym bardziej że my ten film robiliśmy w konkretnej sprawie. Nie tylko po to, żeby opowiedzieć wciągającą historię z wiarygodnymi bohaterami, ale też po to, by poruszyć niebo i ziemię, przerwać zmowę milczenia wokół przemocy domowej. Czasem się zastanawiam, co teraz czuje Wojtek. Przypuszczam, że nie zdecyduje się na to, by opowiedzieć o tym publicznie, może podzieli się jedynie ze swoimi najbliższymi, ale wydaje mi się, że to musi być coś niesamowicie ciepłego, wręcz gorącego, wypełniającego od środka. Świadomość, że intencje, z jakimi przystąpiłeś do swojej pracy, zostały tak dobrze odczytane, musi uskrzydlać.

Filmy Wojtka Smarzowskiego od lat są entuzjastycznie odbierane przez polską widownię, może właśnie dlatego, że robi je z serca i z trzewi. Z tego, co mówicie wy, aktorzy, ale też cała ekipa, na planie panują najwyższe standardy pracy, zarówno tej międzyludzkiej, jak i artystycznej.

I warto to podkreślać, bo często osoby spoza branży, ale też aktorzy czy aktorki, pytają nas, jaki jest Smarzol. Skoro robi tak trudne, brutalne filmy, wyobrażają go sobie jako kogoś bardzo mrocznego, może nawet skłonnego do agresji. Tymczasem Wojtek jest zaprzeczeniem tej wizji, jest kompletnie inny niż jego filmy. Chociaż na przykład ja widzę w nich miłość.

Właśnie, dla mnie „Dom dobry” jest o tęsknocie za miłością.

Dla mnie on jest zarówno o miłości, jak i o jej braku, ale też o tym, co się zmienia, kiedy ta miłość się jednak pojawia. Mam tu na myśli miłość i wsparcie, jakie moja bohaterka dostaje od innych kobiet, od całego ich kolektywu. Miłość – ta prawdziwa, szeroko rozumiana – potrafi wyciągnąć nas z najgłębszej otchłani, z największego piekła.

Kiedy myślę o moim doświadczeniu na planie z Wojtkiem i całym jego zespołem – bo to nigdy nie jest on sam, to też ludzie, których on bardzo starannie dobiera – mogłabym porównać je właśnie do takiego wsparcia. Byliśmy jednym wspólnym organizmem, co dla mnie jako jedynaczki, zawsze trochę wycofanej, trudno odnajdującej się w grupie – było czymś tak wyjątkowym i unikalnym, że długo o tym nie zapomnę. Pierwszy raz doświadczyłam siły grupy, tego, jak wiele można sobie w niej nawzajem dać. Kiedy wśród takiej grupy upadasz, to wiesz, że oni nie pozwolą ci się potłuc, że cię ochronią. Ciężko mi było to potem zostawić.

Ciągle się uczę żegnać. Mam tendencję do tego, by trzymać rzeczy do samego końca, aż zostaną w strzępach w moich rękach. Jest w języku portugalskim słowo, które bardzo czuję i bardzo się z nim utożsamiam: saudade. Oznacza w sumie nostalgię i tęsknotę, ale też to, co jest pod nimi – smutek, że coś odeszło, a było tak ważne, ale też wdzięczność, że w ogóle było.

Pamiętam zwłaszcza jeden z ostatnich dni zdjęciowych, kręciliśmy wtedy sekwencję, której w filmie prawie nie widać, kiedy Gośka czeka na policję i wie, że to są ostatnie chwile sam na sam z córką. Miałam już wtedy za sobą najtrudniejsze sceny, tak jak moja bohaterka wiedziałam, że to się za chwilę skończy. Z jednej strony czułam ogromną ulgę, bo byłam potwornie zmęczona mrokiem, w którym razem z nią tkwiłam, a z drugiej wcale nie chciałam, by się kończyło, bo chciałam nadal przebywać z tymi ludźmi, w poczuciu tego niesamowitego połączenia. I kiedy tak z tą małą dziewczynką śmiałyśmy się, tańczyłyśmy i śpiewałyśmy, spojrzałam na ekipę zebraną wokół nas i zobaczyłam w ich oczach łzy. Wszyscy byliśmy w totalnym poruszeniu, pomieszaniu smutku z wdzięcznością i radością. Wtedy poczułam, że jestem jedynie przekaźnikiem całej grupy. Nie tylko coś odgrywam, ja wypowiadam się w imieniu nas wszystkich. To jest właśnie jakość, jaką wnosi Wojtek. „Dom dobry” zawsze będzie dla mnie szczególny, bo doświadczenie, jakie z niego wyniosłam osobiście, jako ja, Agata – jest przepotężne.

Dla mnie ten film, a właściwie jego recepcja, też jest bardzo cennym doświadczeniem. Wyznam ci, że kiedy usłyszałam, że Wojtek Smarzowski zajął się tematem przemocy domowej, to ucieszyłam się, że dzięki temu na ten film pójdą też mężczyźni i że może coś się zmieni. Potem zobaczyłam sam film i nawet powiedziałam głośno, że nie wyobrażam sobie, żeby nie dostał nagrody w Gdyni. A jednak tak się stało. Do dziś nie rozumiem tamtych zarzutów o epatowanie przemocą – naprawdę akurat ten film Smarzowskiego uznano za najbardziej brutalny? Pomyślałam, że to strasznie smutne; że cierpienie kobiet znów jest unieważniane. Ale widzowie postanowili inaczej. I to jest największa nagroda, jaką wasz film mógł dostać.

Zgadzam się. Odbiór naszego filmu w Gdyni mnie zabolał. Jedna sprawa, że jako twórcy nie zostaliśmy zauważani i docenieni, ale druga, o wiele ważniejsza – zarzucano nam, że zrobiliśmy go przeciwko kobietom, że jest swoistą instrukcją dla przemocowca.

Dotarło do mnie, że na tym właśnie polega problem przemocy domowej – bardzo łatwo jest udawać, że jej nie ma, bo to wcale nie jest przyjemny widok. Wiele osób odrzuciło nasz film, bo był dla nich zbyt trudny do oglądania, ale tym samym odwrócili wzrok od problemu, który on przedstawia. Decyzja jury była bardzo wyraźnym statementem. „Domu dobrego” nie nagrodzono żadną nagrodą, czyli nie chciano, by został zauważony, by o nim mówiono. Tak jak ty poczułam, jakby razem z naszym filmem zamieciono pod dywan temat przemocy domowej. Na szczęście tak się to nie skończyło.

Ale chciałam się też odnieść do samych nagród. To nieprawda, że nie mają znaczenia. Każda nagroda jest docenieniem i wsparciem. Często wsparciem bardzo konkretnym, bo finansowym, które na przykład umożliwia twórcom sfinansować częściowo kolejny projekt. Ale nagroda pozwala też zauważyć artystę czy temat, który on porusza – tak jakby kierowała na niego snop światła. W naszym przypadku zostaliśmy zauważeni i bez tej nagrody, a może nawet paradoksalnie właśnie dzięki jej brakowi.

Agata Turkot (Fot. Marta Wojtal) Agata Turkot (Fot. Marta Wojtal)

Czytaj także: Przemoc w rodzinie, związku lub w pracy zawsze wynika z przewagi sprawcy nad ofiarą. Jak pomagać komuś, kto jej doświadcza?

Podobno swoistym domknięciem historii Gośki okazała się dla ciebie rola Heleny w najnowszym serialu „Piekło kobiet”.

To rzeczywiście ciekawe, że Helena pojawiła się w moim życiu niedługo po Gośce. Obie są od siebie kompletnie różne, jeśli chodzi o reakcje na to, co je spotyka. Helena robi wszystko, by nie wejść w figurę ofiary, czasem podejmując nienajlepsze decyzje i dając nienajlepsze rady. W tej roli także zmierzyłam się z tematem przemocy, tyle że w dużo szerszym ujęciu i z perspektywy bohaterki, która ma inny konstrukt psychiczny i zupełnie inne doświadczenia. Przemoc w „Piekle kobiet” ma charakter bardziej systemowy, co rzutuje oczywiście na prywatne życie bohaterek. Także na życie Heleny, która znajduje w sobie siłę, żeby szukać odpowiedzi na najtrudniejsze pytania.

Dla mnie to też jest o miłości. W końcu twoja bohaterka pracuje w gazecie „Fortuna Amandi”, która pomaga tę miłość znaleźć.

Tak, to jest historia o miłości, o jej poszukiwaniu tak naprawdę w sobie. Helena od początku była świetnie napisaną postacią, jej historia to klasyczna podróż bohaterki ku przebudzeniu.

Przeczytałam „Piekło kobiet”, wydany w 1930 roku zbiór felietonów Tadeusza Boya-Żeleńskiego, poświęconych prawu kobiet do antykoncepcji, aborcji i decydowania o swoim ciele – i ze zgrozą stwierdziłam, że nie straciły nic na aktualności.

Minęło prawie 100 lat i rzeczywiście niewiele się zmieniło, smutne to i straszne. W serialu pokazujemy Warszawę lat 30., absolutnie nie starając się wybielać tych czasów i tych ludzi. Na przykład bardzo wyraźny i ważny jest tu wątek alkoholowo-narkotykowy, sądzę, że adekwatnie do tego, jak wyraźny i ważny był wtedy.

A mówię o tym dlatego, że Helena jest osobą uzależnioną i długo zastanawiałam się, czym to uzależnienie dla niej jest, jakie jest jego źródło. Doszłam do wniosku, że bierze się właśnie z tej niemiłości, nieumiejętności znalezienia wsparcia i ciepła w małżeństwie, w którym Helena jest. I to miłość ją z tego wyciąga.

Jej wizyty w palarni opium odbierałam jako chęć odcięcia się od ciała, które jest zarówno źródłem przyjemności, jak i cierpienia.

Ja czytałam to zupełnie inaczej. Moim zdaniem poprzez zatracanie się w narkotykach Helena łączy się ze swoim ciałem, zyskuje do niego dostęp. Ciało jest wtedy jej, nie męża, nie ewentualnego przyszłego dziecka, nie lekarza. Sięga po opium wtedy, kiedy się gubi, kiedy nie ma kontaktu z czuciem, ze swoją intuicją, a ona dla mnie jest właśnie z ciała.

Kiedy przygotowywałam się do tej roli, oglądałam zdjęcia i ryciny z lat 30. przedstawiające klientki opiumowni. Zwykle kobiety w stanie upojenia czy zatracenia przedstawia się jako uroczo omdlewające, eteryczne, delikatne, seksowne w męskim tego słowa rozumieniu. Te na zdjęciach były zupełnie inne – swobodne, bezwolne, ale też nieestetyczne, rozwalone, wulgarne. W moim odczuciu to było o wiele bardziej seksowne.

Pamiętajmy, że w tamtych czasach opiumowanie były dla kobiet jednym z niewielu miejsc, w którym mogły nie tylko pobyć w swoim gronie, ale też poczuć się nieocenianymi, doświadczyć czegoś w rodzaju nieskrępowanej przyjemności. To była sfera prawdziwej wolności, co prawda okupiona uzależnieniem. Dziś na szczęście mamy już inne narzędzia, by to osiągnąć. Możemy na przykład pójść na jogę, a potem na matchę [śmiech].

Jest teoria, która mówi, że mniej więcej co 100 lat historia zatacza koło. Kiedy w 2020 roku wybuchła pandemia, a potem wojny w Ukrainie i na Bliskim Wschodzie, powoływano się na niespokojne lata 20. ubiegłego wieku. Jestem po lekturze książki Kamila Janickiego „Epoka hipokryzji: seks i erotyka w przedwojennej Polsce” i też znajduję liczne paralele z obecnymi czasami. Nadal kobietom wolno mniej niż mężczyznom, a nasze prawa są podważane. Bohaterki „Piekła kobiet” ponoszą o wiele większe konsekwencje swoich decyzji niż mężczyźni. Helena po latach bezskutecznych prób zajścia w ciążę żałuje małżeństwa, które zawarła z miłości. To chyba jedno z największych rozczarowań w życiu: ktoś, kto miał kochać, nie ma na uwadze naszego dobra.

Też tak o tym myślę – jako o największym z rozczarowań. Z drugiej strony takie jest życie, tak się może zdarzyć, nawet jeśli zrobimy wszystko, by się nie wydarzyło, bo nie wszystko zależy od nas.

Pytanie jest inne: co w związku z tym możemy zrobić? Do czego same sobie dajemy prawo i do czego prawo daje nam społeczeństwo? Przecież każdy może podjąć złą decyzję, zmienić się po latach, chcieć czegoś innego – jesteśmy tylko ludźmi. (...)

Cały wywiad z Agatą Turkot przeczytacie w marcowym numerze miesięcznika „Zwierciadło”, dostępnym aktualnie w sprzedaży.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE