Kobiety przychodzą tu przetrwać dzień, dostać wsparcie, skorzystać z terapii, poznać swoje prawa, a przede wszystkim odzyskać siłę. Lusia Żagałkowicz, niezłomna i skuteczna aktywistka, mówi, że to bijące serce Warszawy. Fundacja Serce Miasta i prowadzony przez nią dzienny punkt opieki dla kobiet w kryzysie bezdomności i w innych kryzysach, przywraca godność, indywidualność, tożsamość.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 2/2026.
Remigiusz Grzela: Nie ma dla ciebie niemożliwego?
Lusia Żagałkowicz: Nie mam limitów. Nie zakładam, że coś może się nie udać albo jest głupim pomysłem. Tyle razy rozbiłam już banki… Moje cele zawsze są wyżej. Mam fantastycznych ludzi obok siebie. Robisz wywiad ze mną, a za mną stoi rzesza specjalistów, pracujących tu na co dzień. To nie ja jestem Sercem Miasta. Jestem Lusią z Serca Miasta. Jedną z kobiet, które tu codziennie pracują dla innych kobiet.
Gdzie nauczyłaś się skutecznego działania?
Zaczynałam od rozdawania nocą w parku puszek z jedzeniem. Jak teraz sobie to przypomnę, to krew się we mnie mrozi. Ryzykowne. Był taki moment, kiedy w moim działaniu pojawił się chaos, było „na zryw”. Czułam wyczerpanie i wypalenie. Zrozumiałam, że praca nie może mi zabierać energii. Ten rodzaj niesienia pomocy, jaki realizuję w Sercu Miasta, nie tylko mnie nie wyczerpuje, ale wręcz daje mi radość.
Odwracasz pojęcie pomocy ludziom w kryzysie bezdomności. Najpierw godność, potem kurtka?
Tak. Ten człowiek nie jest niżej od ciebie. Masz większe zasoby i pomaganiem robisz sobie dobrze? Pomoc musi być dostosowana do potrzeb, czyli do człowieka. Musisz go poznać. Tego nauczyłam się, pracując z młodzieżą w kryzysie bezdomności, w ekipie z Agnieszką Sikorą [Warszawianka Roku 2025], w Fundacji „Po drugie”. Zobaczyłam, że dzieciaki są z różnych domów, mają różne problemy. To Aga mi pokazała, że godność i moralność są najważniejsze.
Twoja zadziorność i niezależność cię do nich zbliżyła?
Jestem już, jak widzisz, osobą ułożoną. Przez lata byłam wojującą aktywistką z dreadami do pasa, z wielkimi hasłami w oczach, na ustach i na sztandarach. Byłam wulgarnie widoczna, bo czułam się niezauważona. A teraz jestem zauważona i nie muszę mieć krzykliwej fryzury. Dlatego rozumiem ludzi, z którymi pracuję.
O bezdomności też mówimy, że zaczyna się w domu, i nie tylko u tej młodzieży, ale i u dorosłych, z którymi pracuję. Tu nie ma osoby bez przejść w dzieciństwie, bez przemocy, biedy, braku miłości.
Czytaj także: Nie tylko pięść – przemoc domowa ma różne oblicza
Więc nie wystarczy „paczka ciepła”?
Od niedawna zaczynamy mówić, że nie wystarczy dać kurtkę, jedzenie, trzeba dać terapię, naprawić dzieciństwo. Nie spotkałam kobiety w kryzysie bezdomności, która nie ma za sobą przemocy seksualnej. [Dzwoni telefon.] Przepraszam cię. To syn. Muszę odebrać. Jest autystykiem i nie chcę, żeby się stresował. A pewnie dzwoni, bo ma problem. Nie umie wyluzować ani się zdystansować od problemu. („Kochanie, wysiądź z autobusu, wróć do domu i zabierz prezent. Napiszę do twojej wychowawczyni, że się spóźnisz, bo zapomniałeś prezentu. Zabierz go i wróć do szkoły. Pa!”). Może od dwóch lat zaczęliśmy dostrzegać kobiety w kryzysie i liczyć, ile ich jest. Dotąd podawano ogólną liczbę osób, które są bezdomne.
Kobiety są niewidoczne?
Chcą być niewidoczne i są niewidoczne. Obcinają włosy, chodzą w za dużych ciuchach. Bardzo nalegam, żeby pielęgnowały kobiecość, nie pozbywały się tożsamości. Dla bezpieczeństwa próbują wyglądać jak mężczyźni. Może wtedy nikt nie zaczepi?
Od czego zaczynasz pracę z kobietą w kryzysie?
Najstarsza pani, która do nas trafiła, miała 78 lat, a najmłodsza 26, ale jej bezdomność zaczęła się wcześniej, kiedy miała 18. W naszym domu zaczyna się od wsparcia kobiet. Od razu trafia się do siostrzanego rodu. Kobieta wchodzi tu i już czuje się bezpiecznie, wie, że jej historia nie jest indywidualna, inne mają podobne doświadczenia. Mogą o tym porozmawiać. Kobiety mogą przebywać tu cały dzień. Nie muszą się chować w galeriach handlowych, szukać ciepłego i bezpiecznego miejsca. Tu mężczyźni nie mają wstępu. Mogą przymierzyć bieliznę, mogą spod prysznica spokojnie wyjść w ręczniku i przejść do innego pokoju, żeby się przebrać czy wykonać zabieg higieniczny bez narażenia się na czyjś wzrok, docinki podchodzące pod molestowanie. To fajny, kobiecy dom.
Jaka jest rola ubrania w terapii?
Pomaga odzyskać sprawczość, osobowość. Nagle te kobiety zaczynają coś lubić – jedna czerwone, a inna woli czarne. Wybierają teksturę, styl. Ubranie wyraża tożsamość i status społeczny. Dzięki ubraniu mogą usiąść na ławce czy na przystanku i już nie widać, że są w kryzysie bezdomności. Są osobami. Mogą śmiało iść szukać pracy. Wejść do centrum handlowego i nie spuszczać wzroku. Widziałeś szafę, a raczej nasz showroom. Są świetne ubrania, ale są też paski, torebki, kosmetyki, wszystko, czego zachcesz. Czyli nie dostajesz ciepłego ubrania, tylko sama sobie je wybierasz, bo wiesz, jak chcesz wyglądać. Ja już rzadko płaczę, ale widząc kobietę, która przychodzi w bardzo ciężkim stanie, i fizycznym, i psychicznym, a po jakimś czasie zaczyna malować sobie oko – mam gul w gardle.
Trudno im podjąć decyzję o przyjściu do was?
Do jednej z kobiet chodziłam przez rok, raz przebywała w namiocie nad Wisłą, raz pod Mostem Świętokrzyskim. Namawiałam ją, namawiali streetworkerzy. Któregoś dnia podjęła decyzję, że przyjdzie. Osoby w kryzysie bezdomności są przyzwyczajone, że placówki pomocowe nadają numerek. Że teraz numerek 56 idzie pod prysznic, a teraz dostaje łóżko. A tu mają imię, charakter, osobowość, to nie musi wszystkim pasować, ale każdy je akceptuje. Jak w społeczeństwie, jak we wspólnocie. Wiedzą, że tworzą tu zasady. Mogą przyjść i powiedzieć, że w sali głównej jest ktoś, kto się awanturuje albo chowa wspólne rzeczy, na przykład suszarkę do włosów. Wiedzą, że odpowiadają za to miejsce.
Czytaj także: Przemoc domowa – dlaczego tak trudno odejść od agresora?
Anna Łojewska opisała 20 lat temu w „Pamiętniku z dekady bezdomności”, jak system pomocy uzależniał i uprzedmiotawiał.
Długo walczyliśmy, żeby zastąpić „bezdomnych” „osobami w kryzysie bezdomności”, o traktowanie tego momentu w życiu jako kryzysu. A z kryzysem musimy sobie poradzić. Ustalamy ścieżkę wyjścia, celowość, co trzeba załatwić w OPS-ie, co z własnym zdrowiem. Nie ma sensu trzymania ludzi w nieskończoność w kryzysie.
Wychodzą stąd i co dalej?
Są silniejsze. Tutaj się uczą praw obywatelskich, że są ludźmi, że mają swoje imię. Ale też uczą się, jak się przeciwstawić przemocy. Że nikt nie może na nie krzyczeć albo źle traktować tylko dlatego, że są w kryzysie bezdomności. Mają prawo mówić w noclegowni, że posiłek był niejadalny. Bo wcześniej czuły, że powinny być wdzięczne za pryczę. System ma się nimi opiekować, a my jako społeczeństwo mamy zrobić wszystko, żeby tę opiekę odczuły.
To długa praca, żeby podniosły głowę i wzrok?
Zazwyczaj po trzech, czterech miesiącach przychodzenia tu ich sytuacja bardzo się poprawia. Choć są z nami także panie, które przychodzą od dwóch lat. Działam już od dziewięciu, pięć lat oficjalnie funkcjonuje placówka.
Zaopiekowałaś się także kobietami z Ukrainy.
Mamy psychologa, który prowadzi terapię w języku ukraińskim. Przychodzą tu panie z Białorusi, Rosji, krajów afrykańskich. Nieważny jest paszport. Mamy grupy wsparcia dla młodzieży LGBT+. Nie wszystko komunikujemy, bo się boimy.
Przebitych opon?
O, dwadzieścia kilka razy miałam już przebite. Prawie każdy dzień zaczynałam od tego, a byłam matką dwójki dzieci, które musi odwieźć do placówek i jechać do pracy. Serce Miasta w statucie ma nagłaśnianie spraw rasistowskich, ksenofobicznych, więc zdarza się, że idę do prokuratury złożyć wniosek, że ktoś kogoś zaatakował, namawiał do nienawiści. Stawali pod moimi oknami panowie z różnych partii, strasząc mnie przed składaniem zeznań.
Czytaj także: Syndrom DDA - jak widzą świat Dorosłe Dzieci Alkoholików?
Walczyłaś też z zachłannymi deweloperami.
Ale jak przestałam walczyć z wszystkimi naokoło, a zaczęłam działać po cichu, skończyły się ataki. Nigdy nie porzucę spraw o podłożu rasistowskim, zawsze będę walczyć, żeby ich w Polsce nie było. Stoją za mną inni, którzy mnie wspierają, i jak będzie trzeba, to się zbierze dużo ludzi i coś z tym zrobimy. Lata „aktywizmu 24 godziny na dobę” to były też lata budowania drużyny. Wierzę, że wszechświat nigdy nie da skrzywdzić tych, którzy niosą pomoc.
Kiedy wasza pomoc jest najtrudniejsza?
Kiedy w grę wchodzą duże ilości substancji psychoaktywnych, alkoholu. Uzależnienie pojawia się, kiedy człowiek chce uciszyć traumę – tam jest dalej chorujące dziecko, którego krzyk zagłusza alkohol. Więc najpierw namawiamy na detoks i terapię – i to na zamkniętym oddziale. Trudno jest też kiedy mamy do czynienia z brakiem moralności. Takich ludzi boję się najbardziej, bo są w stanie przekroczyć wiele norm społecznych, żeby przetrwać. Do obudzenia na nowo moralności konieczna jest praca terapeutyczna. I choć bywają to osoby nieobliczalne, lepiej, że są tutaj, wśród specjalistów, niż na ulicy, wśród społeczeństwa. Tutaj jest większa szansa, że nie skrzywdzą innych i siebie. Może w końcu dostrzegą tlące się światło zmiany?
Kobiety, które tu trafiają, mają relacje rodzinne?
Jeżeli ktoś jest kryzysie bezdomności, to już ich nie ma. Zazwyczaj źródłem jest brak rodziny. Teraz gościmy trzy kobiety, które są tutaj ze swoimi córkami. Czyli one są w bezdomności i ich dorosłe córki też. To nie wynika ze stylu życia, tylko z ogromnej ilości deficytów pokoleniowych. Ta sztafeta ma coraz większe konsekwencje. Może ją zatrzymać tylko terapia.
Jak te dorosłe przekażą bezpieczeństwo, miłość swoim dzieciom? Wymyśliłam, że kobietom w kryzysie bezdomności będziemy proponować hipnoterapię. Na zachodzie to standard, także łączenie jej z terapią konwencjonalną, i to na świecie refunduje państwo.
Sprawdza się?
Hipnoterapia ma uspokoić układ nerwowy, który od wielu lat jest w trybie przetrwania, bo ta kobieta nie śpi, jest stale czujna, analizuje zagrożenia. Przetrwać na ulicy nie jest prosto. Kiedy uspokoisz jej emocje i układ nerwowy, będzie w stanie normalnie rozmawiać w gabinecie psychologicznym. W tej chwili mamy trzech hipnoterapeutów, co sobie bardzo chwalą pracujący z nami psychologowie.
Lusia Żagałkowicz i Remigiusz Grzela (Fot. Weronika Ławniczak/ Papaya Films)
Kryzys bezdomności wiąże się z nieleczonym społeczeństwem?
Tak. Wynika wcale nie z braku mieszkań. Społeczeństwo wciąż wyklucza osoby z problemami psychicznymi, choć i tak jest lepiej niż kiedyś, bo częściej rozumiemy, że ktoś chodzi do psychiatry, ma depresję, jest wypalony albo mobbingowany. Ale wciąż panuje kult osoby silnej, która sobie radzi, szczególnie wśród mężczyzn. Oni najczęściej są w depresji, a ta często kończy się samobójstwem. Jeśli chodzi o kobiety, dominuje przekaz: „Upadłaś, powstań, popraw koronę”. Otóż nie – upadłaś, to zobacz, dlaczego leżysz. Był jakiś tego powód. Zajmijmy się tym. Społeczeństwo wybrało sukces – człowiek sukcesu ma być silny, bez problemów i wad, mieć pieniądze. Podczas gdy dla mnie człowiek sukcesu to ten, kto ma spokój w głowie. Największą wartością, jaką możemy dać następnym pokoleniem, jest spokojny układ nerwowy, umiejętność radzenia ze stresem. Czasami się śmieję, że oprócz matury powinno być pięć obowiązkowych spotkań z psychoterapeutą.
Komu nie mogłaś pomóc?
Tym, którzy nie pozwolili sobie pomóc. Którzy umarli, choć wybór samobójstwa znaczy, że ktoś nie wytrzymał, że to było dla niego za dużo. Jego już nie ma, nie możesz nic zrobić, nie możesz z nim porozmawiać. Trzeba mieć odwagę i determinację, żeby odebrać sobie życie. Wśród osób w kryzysie bezdomności jest dużo takich historii.
Masz trzy starsze siostry, wszystkie takie przebojowe?
Tak, wszystkie. Mam dwie siostry przyrodnie i jedną rodzoną, jest urzędnikiem państwowym w Hamburgu, pracuje z imigrantkami, którym pomaga wyjść z przemocowych związków.
Ludwika Żagałkowicz to imię i nazwisko twojej babci. Przyjęłaś oba. Dlaczego?
Imię Ludwika dostałam po babci, jako drugie. Zaczęłam używać jako pierwszego. Do nazwiska babci wróciłam sądowo. Żeby nie mieć nazwiska żadnego ze swoich byłych mężów ani taty, bo mnie od dzieciństwa wykluczał. Babcia Ludwika zostanie w mojej pamięci jako wzór kobiety silnej, stawiającej na swoim, bez limitów. Nawet trudne czasy jej nie ograniczały, nigdy nie pracowała „przy mężu”, zawsze miała swój zawód. Jestem w linii kobiet z Kresów, które walczyły o prawa innych i własne. Są trzy osoby w Polsce o tym nazwisku: mój wujek, moja siostra cioteczna i ja. Babcia, wysiedlona z Kresów, przyjechała na przełomie 1947 i 1948 roku z moją czteroletnią mamą do Polski, z meldunkiem do Rynu, przez chwilę mieszkała w Wydminach, a w końcu w Giżycku. Od razu została dyrektorką szkoły. Była bardzo dobrym pedagogiem. Wychowywała dzieci swoje i nieswoje. Mam wujków, o których dopiero w dorosłym życiu dowiedziałam się, że byli podopiecznymi jej szkoły, mieli problemy w domu i babcia ich przysposabiała. Pamiętam, że w podeszłym wieku wciąż bardzo o siebie dbała fizycznie, psychicznie, intelektualnie.
Uczyła cię żyć?
Mówiła, że tylko kobieta wie, ile ma dzieci, bo to ona rodzi i wie, z kim spała i czyje to dziecko. Że kobieta zawsze musi być samodzielna, bo miłość mężczyzny czasami się kończy.
Kiedy było ci najciężej w dorosłym życiu?
Kiedy zrozumiałam, że tkwię w związku, który nigdy nie będzie szczęśliwy, najwyżej poprawny. Zaryzykowałam, choć nie wiedziałam, co mnie czeka za rogiem. Ruszyłam przed siebie, bez żadnego zaplecza.
Z babcią na sztandarze?
Warto było, bo szczęśliwa kobieta to szczęśliwe dzieci. Taka kobieta potrafi zadbać o całe środowisko. Ale prawdziwa zmiana nastąpiła, kiedy poznałam hipnoterapię. Teraz stojąc przed lustrem, uśmiecham się. Pierwsze, co robię po przebudzeniu, to dziękuję za to, co mam. Wdzięczność jest najlepszym narzędziem transformującym wewnętrznie. Wdzięczność wobec świata, wobec życia. Za to, co możemy doświadczać, czego się uczyć. To daje sprawczość i spokój przyjmowania tego, co niesie każdy dzień.
Masz dwóch synów, to wyzwanie?
Mają 21 i 16 lat. Widzę po starszym, że się mną chwali, że docenia moją pracę nad sobą. Wie, ile musiałam ciężaru przerzucić, żeby dzisiaj dawać tyle ciepła. Stale nad sobą pracuję. Bo pomagać innym powinny osoby, które są pełne, mają załatwione swoje sprawy i ta pomoc wynika z serdeczności i miłości do drugiego człowieka.
A gdzie jest dzisiaj Mama Lu? To był twój artystyczny pseudonim.
Jest w lesie, bo tam łatwiej spotkać się z samym sobą. Umiem być nocą w lesie, podczas pełni chodzę po polanach i nie boję się zwierząt. Ludzi można się bać, a nie dzikich zwierząt.
Dalej śpiewam, tylko o czym innym. Mama Lu śpiewała, że świat musi spłonąć. Już wiem, że musi się po prostu zmienić. I że te nowe pokolenia są cudowne, inteligentniejsze od nas, więcej czują, a my je atakujemy, bo nie chcą pracować w korporacjach, chcą mieć dni wolne i nie są nastawione na sukces, ale na ratowanie planety i wyciśnięcie z życia prawdziwego soku. Ja ich będę wspierać. Jesteśmy przyspawani do naszego świata, ale to już nie jest nasz świat.
A polaryzacja społeczna?
Ale ja bardzo kocham konflikt wewnętrzny Polaków. Wynika z niego bardzo dużo dobra.
Naprawdę?
Żaden naród nie potrafi takich zrywów dobra zrobić jak my. Tylko że po zrywie wchodzimy w rolę zjadliwych, marudzących ludzi. A potem znów jesteśmy gotowi oddać wszystko drugiemu. I to potwierdza nasza historia. Czasami się śmieję z kolegów, którzy obstawiali mnie na strajkach kobiet: „Lusia, pamiętaj, masz ogromną moc na tym mikrofonie, zrób to pokojowo”. Codziennie słyszałam: „Tylko pokojowo!”. Dziś tłumaczę: „Zobaczcie, rolnicy rzucali kamieniami, wysypywali zboże, Bąkiewicz i reszta dziś mają poparcie. Czy gdybyśmy wtedy podnieśli kamienie, ten tłum milionów ludzi, i zagrozili, tak jak grozili rolnicy i Bąkiewicz, Polska byłaby inna? Może już by miała małżeństwa wszystkich płci? Może już by miała legalną aborcję? Może już by nie było Kościoła? Dzisiaj mówię, że to ich wina, że Polska nie jest do końca moją Polską. A ja dalej muszę walczyć. Naprawdę czekam na młodą Luśkę, która wejdzie do Serca Miasta.
Rozpoznasz ją?
Natychmiast. Niech przejmie działania, bo nie chcę tego robić do końca życia. Nie chcę być 60-letnią Luśką, która siedzi w Sercu Miasta. Ono ma wciąż bić dla ludzi. Ludzi, którzy chcą żyć w innym świecie.