Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pani psycholog czy psycholożka? Dlaczego feminatywy wciąż budzą emocje?

Pani psycholog czy psycholożka? Dlaczego feminatywy wciąż budzą emocje?

(Fot. William Connors/Condé Nast via Getty Images)
(Fot. William Connors/Condé Nast via Getty Images)
Język reaguje na zmieniającą się rzeczywistość, ale też ją kształtuje. Trudno dziś bronić dominującego w polszczyźnie rodzaju męskiego jako uniwersalnego, bo wyraźnie zmieniła się rola społeczna kobiet. O tym, co mamy do dyspozycji w zamian za język wywodzący się z kultury patriarchalnej i dlaczego czasem, próbując nadążyć za zmianami, potykamy się o własne nogi – mówi dr Małgorzata Majewska.

Spis treści:

  1. Żeńskie końcówki przed wojną
  2. Feminatywy w nazwach stanowisk i zawodów
  3. Małgorzata Majewska: „Jesteśmy w fazie eksperymentowania i nie ma jeszcze rozwiązania idealnego”
  4. Psycholożka czy psycholog: ważna jest możliwość wyboru
  5. Kiedy stosować feminatywy?
  6. Moda na feminatywy

  • W języku polskim dominuje rodzaj męski, traktowany jako uniwersalny – zauważa językoznawczyni, dr Małgorzata Majewska.
  • Feminatywy, czyli tzw. żeńskie końcówki, uznawane są więc przez wiele osób za nowomowę. Tymczasem były obecne w polszczyźnie jeszcze przed drugą wojną światową.
  • Stosowanie żeńskich końcówek lub rezygnacja z nich wpływa na to, jak widzimy role kobiet i mężczyzn – język kształtuje rzeczywistość.
  • Badania pokazują, że zależność ta ma ogromne znaczenie w przypadku dzieci. Dzięki żeńskim nazwom zawodów łatwiej wyobrazić im sobie kobiety pracujące w nauce.
  • Feminatywy, język inkluzywny nie powinny być wymuszane. Jak zauważa dr Małgorzata Majewska, od nakazów i zakazów skuteczniejsza jest moda.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Sens” 3/2026.

Agnieszka Radomska: W języku polskim mamy do czynienia z nierównym obrazem płci. Generalnie przeważają rzeczowniki rodzaju męskiego, który jest gramatycznie uprzywilejowany w słownictwie, słowotwórstwie, nawet we frazeologii – i traktowany jako uniwersalny. Asymetria rodzajowo-płciowa to twoim zdaniem coś, z czym trzeba się po prostu pogodzić i tyle?

Żeńskie końcówki przed wojną

Małgorzata Majewska: Androcentryzm językowy, bo tak fachowo określa się to zjawisko, ma swoje korzenie w wielowiekowej kulturze patriarchalnej, która przez całe dekady była jedynym obowiązującym modelem świata. Wyraźny odwrót od żeńskich form w języku, do drugiej wojny światowej popularnych i niewzbudzających zdziwienia czy sprzeciwu, to przede wszystkim efekt tego, że PRL w ramach komunistycznej równości niemal całkowicie wyrugował z języka feminatywy.

Język jest odzwierciedleniem obowiązującego modelu społecznego, a ten, co ważne, podlega zmianom na naszych oczach.

Dziś kobiety nie zajmują się już tylko domem i dziećmi, doszły do władzy, są samodzielne, mogą więcej niż kilka dekad temu, i tę zmianę widać w języku. Dyskutować z jej zasadnością to tak jak poddawać w wątpliwość globalne ocieplenie. Kurczowe trzymanie się „starego” języka, rzekomo w imię tradycji, nie tylko pokazuje, że źle tę tradycję rozumiemy, a właściwie że jej nie znamy, ale też jest nieadaptacyjne. Obserwuję to na własnym przykładzie. Jeśli chcę współpracować jako autorka treści z medium, w którym obowiązuje norma stosowania konstrukcji feminatywnych, to albo się do tego dostosuję, albo będę musiała zrezygnować ze współpracy. I to właśnie jest przykład zmiany normy społecznej, która w moim odczuciu przynosi wiele dobrego. Wszystko w zasadzie sprowadza się do jednego zdania: język musi się zmienić, bo zmieniła się społeczna rola kobiety.

Feminatywy w nazwach stanowisk i zawodów

Można usłyszeć głosy, że to niepotrzebne komplikowanie życia ludziom, którzy już się do pewnych konstrukcji przyzwyczaili. A przecież chodzi o to, że język ma moc zmieniania rzeczywistości. Świetnie to pokazuje eksperyment, w którym dzieci zostały podzielone na dwie grupy: w pierwszej miały narysować „naukowca”, a w drugiej – „osobę, której pracą jest prowadzenie eksperymentów naukowych”. I te z pierwszej grupy rysowały głównie mężczyzn, a w drugiej dwukrotnie częściej pojawiały się na rysunkach kobiety, bo słowo „osoba” nie narzuca płci. Dzieci, które słyszą „inżynier/inżynierka”, częściej myślą, że taki zawód mogą wykonywać także kobiety, niż te, które słyszą tylko „inżynierowie”.

Dla mnie, jako językoznawczyni, to oczywiste. Jeżeli całe życie słyszałam określenie „mechanik samochodowy”, to teraz, gdy coś naprawiam przy samochodzie, mam wrażenie, że przełamuję jakąś konwencję. Idąc dalej, mam wdrukowane, że to jest męskie zajęcie, więc pojawia się we mnie obawa, czy taka czynność nie pozbawia mnie kobiecości. Jest takie powiedzenie: koń jaki jest, każdy widzi. A ja bym powiedziała: to zależy, kto patrzy. Słowo tworzy obraz i w związku z tym warto pilnować równowagi obrazów, zwłaszcza w mediach i w przestrzeni publicznej. Niech na billboardach reklamujących uczelnie politechniczne będą i kobiety, i mężczyźni. Bo pod każdą kategorię ogólną twój mózg natychmiast podkłada konkret, ten, który masz „opatrzony”. Jedna Maria Skłodowska-Curie nie zmieni tego, że na hasło „praca naukowa” mózg podłoży naukowca, a nie naukowczynię.

Druga istotna rzecz jest taka, by tego procesu zmiany nie wprowadzać na siłę, a raczej skłaniać ludzi do refleksji metajęzykowych. Jeśli będę mówić, że co prawda jestem kobietą, ale bardzo lubię rozkręcać krany, to tak naprawdę powinnam przyłapać się na tym, że myślę stereotypowo, a nie wkurzać się na świat, że mi to zrobił. Chodzi o to, by odpowiedzialność przenosić ze świata na siebie, bo tak rodzi się zmiana. Ja potrzebuję w tym przykładzie ułożyć się z faktem, że kobiece jest także rozkręcanie kranów czy rozumienie, jak działa alternator. Wtedy nie będę się wściekać na to, że na wszelkich obrazkach hydraulik to przeważnie mężczyzna, bo to mnie nie będzie definiować.

Małgorzata Majewska: „Jesteśmy w fazie eksperymentowania i nie ma jeszcze rozwiązania idealnego”

Sporym wyzwaniem wydaje mi się sama gramatyka. Gdy w aplikacji Teams jestem użytkownikiem, a nieużytkowniczką, drażni mnie to, bo jako kobieta czuję się niewidziana, tak jak w przypadku „praw pacjenta” czy „praw klienta”. Z drugiej strony, gdy piszę artykuł, trudno mi stosować podwójne formy, na przykład byłeś/ byłaś, bo to w moim odczuciu utrudnia odbiór treści i ją wydłuża. Jest w tym obszarze spore zamieszanie. W jednym dokumencie, protokole zdawczo-odbiorczym licznika gazu, który wczoraj wypełniałam, były dwie formy: „dane odbiorcy wypowiadającego umowę”, a kolumnę niżej – „dane osoby wnioskującej o zawarcie umowy”. Nie radzimy sobie z tym?

Rozwiązania kształtują się na naszych oczach, co zresztą doskonale pokazuje twój przykład z protokołem, gdzie, choć niekonsekwentnie, jednak już zastosowano osobatyw, a więc formę zrównującą obie płcie. Myślę, że jesteśmy w fazie eksperymentowania i nie ma jeszcze rozwiązania idealnego. Mówiąc, konstruujemy pewną scenę zdarzeń. Jeśli powiem: „Wyobraź sobie, Agnieszko, że osoba wchodzi do sklepu”, to ty pod rzeczownik „osoba” możesz sobie podstawić kobietę, mężczyznę albo osobę niebinarną. Jeśli jednak powiem, że człowiek wchodzi do sklepu, to sam rodzaj rodzaj męski tego rzeczownika już zmienia sytuację, prawda?

Jako prowadząca kanał na YouTubie „Między zdaniami” zdecydowałam się na podwójne formy byłaś/byłeś, bo zależało mi na tym, by konstruować równolegle dwie sceny. Oczywiście mam świadomość, że to może nieco wybijać słuchających z rytmu opowieści. Jeżeli jesteś kobietą, a ja mówię byłeś/byłaś, to twój umysł musi zrobić uważny wysiłek, by podpiąć się pod rodzaj żeński. To jest mankament tego rozwiązania, ale innego na razie nie ma. Gdy piszę teksty poradnikowe, staram się dążyć do tego, by stosować jedną formę, neutralną, ale nie zawsze taką znajduję. Podwójne formy w tekście pisanym też nie zawsze czytają się dobrze, podobnie jak konstrukcje bezosobowe – naprawdę trudno napisać w ten sposób dłuższy tekst.

Marta Niedźwiecka w swojej książce zastosowała na przykład iksatywy, czyli formy neutralne, w których znak „x” zastępuje żeńskie lub męskie końcówki fleksyjne, na przykład: „w wakacje marzyłxś o kursie robienia na drutach”. Przyznaję, że początkowo myślałam, że to... błąd w druku. Czytając, przez dłuższą chwilę nie byłam w stanie skupić się na treści, bo forma mnie dekoncentrowała. Autorce jednak zależało na zastosowaniu języka inkluzywnego, więc dokonała takiego wyboru, i ja to szanuję.

Zwłaszcza że, choć uważam się za osobę sprawną językowo, nie potrafiłabym dziś wskazać rozwiązania, które zrównywałoby obie płcie na scenie komunikacji i było pozbawione wad.

Myślę, że na to trzeba poczekać pewnie trzy do pięciu lat, bo tyle mniej więcej trwa proces językowej zmiany.

Psycholożka czy psycholog: ważna jest możliwość wyboru

Zastanawiam się w kontekście tych form nad prawem do wyboru. Jeśli zapraszam do wywiadu psycholożkę, to właśnie tak chciałabym ją podpisać. Zdarza się jednak, że rozmówczyni wyraźnie życzy sobie być podpisana jako psycholog. Trudno to przeskoczyć.

Jeśli osoba, z którą robisz wywiad, jest autorytetem i to tobie bardziej zależy na rozmowie z nią niż jej na udzieleniu tego wywiadu, to twoja rozmówczyni ma silniejszą pozycję i to ona wyznacza zasady. Nie oceniam tego, że komuś bardziej odpowiada forma męska, raczej przyglądam się temu z pozycji obserwatora i próbuję zrozumieć, z czego to wynika. Bardzo często nie jest tak, że mamy na kwestie językowe sprecyzowany pogląd, który konsekwentnie manifestujemy w języku. Pamiętam, że gdy kierowałam grantem unijnym, tytułowano mnie po angielsku jako the leader of the grant. Miałam pewien kłopot z przełożeniem tego na polski. Nie chciałam być kierownikiem grantu, ale z kolei kierowniczka kojarzyła mi się z barem mlecznym. To skojarzenie być może było nieracjonalne, ale ono narzucało mi się samo, bo nie do końca mamy wpływ na proces konceptualizacji. Ostatecznie mówiłam, że kieruję grantem albo stoję na czele grantu, ale to też nie jest rozwiązanie idealne, bo konstrukcje opisowe najczęściej są nieekonomiczne językowo. Mówię o tym, bo sama podczas wykładów dla studentów zachęcam do używania feminatywów, a jednocześnie chwilę później mam problem, by się nazwać kierowniczką. Jest w tym jakiś rozdźwięk, ale tak jak wspomniałam wyżej – ważna jest w tym procesie metarefleksja, uświadomienie sobie, że to się dzieje, uważność na własny język, nawet na pewne w nim niekonsekwencje.

Mogłaś też powiedzieć: osoba kierownicza.

Oczywiście, ale zobacz, jak wiele osób obśmiewa takie formy. Jest wysyp memów z ironicznymi propozycjami zmian w tytułach książek z kanonu literatury, na przykład „Osoba Wołodyjowska” zamiast „Pan Wołodyjowski”. Nawet mogę uznać to za zabawne, ale generalnie uważam, że obśmianie jest tu formą sprzeciwu wobec wysiłku, jaki trzeba by podjąć, by rzeczywiście zrównać w języku obie płcie.

Łatwiej to wykpić niż uczciwie zastanowić się, jak i kiedy konkretnie utrwalamy językowe stereotypy.

Kiedy stosować feminatywy?

Wszyscy to czasem robimy, choć nie zawsze się przyznajemy...

Sama ostatnio w rozmowie z przyjaciółką, po tym, jak zrobiłam dla siebie coś bardzo ważnego, powiedziałam, że jestem z siebie dumna, bo podjęłam męską decyzję. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że dla mnie komplementem jest to, że zachowałam się po męsku, ale też że jako męskie postrzegam zachowanie, w którym chronię siebie. Publicznie nie użyłabym takiego sformułowania, ale równocześnie nie mogę udawać, że ono nie występuje w moim systemie językowym. Cenna jest dla mnie świadomość, skąd się takie sformułowania wzięły, a nie ganienie się za to, że czasem mi się przytrafią. Skoro przez dziesiątki lat ważne decyzje podejmowali głównie mężczyźni, a kobiety miały niewiele do powiedzenia, to podobne sformułowania zdążyły w języku skostnieć, przyjąć się. Co ciekawe, moja 20-letnia córka, która trenuje jazdę konną i obraca się w środowisku silnych kobiet, podobnych sformułowań w ogóle nie ma w swoim słowniku. Nie przesiąknęła językiem patriarchatu, dorastała już w innej rzeczywistości.

Zgadzam się, że warto zachować czujność, dobierając słowa, ale trudno pilnować nowych norm, nawet jeśli uznajemy je za słuszne, przez cały czas.

Są sytuacje, w których nie tylko warto się pilnować, ale wręcz należy. W rozmowie z przyjaciółką pozwoliłam sobie na sformułowanie „męska decyzja”, ale w stosunku do córki nigdy bym go nie użyła, bo wtedy sama popychałabym ją na tory patriarchatu. We wszelkich sytuacjach publicznych dbam o to, by blokować sytuacje, w których podobne określenia cisną mi się na usta. Ale nie zamierzam i nie chcę się blokować, kiedy wypłakuję czy zwierzam się przyjacielowi, bo w takim momencie ważniejsze niż nawet najważniejsza norma językowa jest dla mnie to, co czuję. Nie chcę wtedy myśleć o poprawności politycznej, chcę się wygadać. Wtedy ważna jestem ja jako Gosia. Ale już w sytuacji, gdy udzielam wywiadu do gazety jako ekspertka od komunikacji werbalnej i niewerbalnej, występuję w roli społecznej, publicznej, to obowiązują mnie reguły równości płci w języku, reflektor mojej uwagi jest skierowany nie na mnie, ale na audytorium. To jest ogromna różnica.

Moda na feminatywy

To nie jest jednak jakiś rodzaj relatywizmu, podwójnej normy?

Na pewno, ale dopóki nowe normy nie staną się dla nas całkiem naturalne, nie bardzo widzę inne wyjście. Pewnie za dziesięć lat żadna kobieta nie powie już o sobie z uznaniem, że podjęła męską decyzję, ale na razie całkowite unikanie takich sformułowań niełatwo nam przychodzi. A gdy mówimy o czymś trudnym, dodatkowy trud kontroli języka odbiera nam autentyczność.

Gdy pisałam książkę o chorobie alkoholowej i współuzależnieniu, pojechałam na Podlasie porozmawiać z kobietą, która była współuzależniona, doświadczyła przemocy w związku. Chciałam, by w rozmowie czuła się bezpiecznie, a nie była to osoba używająca feminatywów i przestrzegająca norm równościowych w języku. Gdybym w rozmowie z nią chciała stosować zasady, jakich przestrzegam w wystąpieniach publicznych, pewnie nie otworzyłaby się, straciłabym ją jako rozmówczynię. Uszanowałam więc to, że jej poczucie bezpieczeństwa dają formy męskie, a ja chcę jej wysłuchać, a nie ją edukować w kwestii żeńskich końcówek. Potem w publikacji przeredagowałam częściowo jej wypowiedzi tak, by nie utrwalać stereotypu, ale w żywej rozmowie komunikowałyśmy się na jej zasadach. Myślę, że to jest kwestia kierunku strzałki. W rozmowie z tą panią strzałka była skierowana na nią. Jej świat wyznaczył mi narrację.

Jeśli umawiam się z tobą na wywiad, to z szacunku do ciebie jako dziennikarki i naszych czytelniczek i czytelników będę pilnowała form żeńskich i feminatywów. To jest kwestia poczucia obowiązku, profesjonalizmu – strzałka idzie w kierunku osób, do których mówię. Ale jeśli później pójdziemy do kawiarni prywatnie i będę chciała przegadać z tobą jakiś trudny temat w moim życiu, to strzałka idzie na mnie. Oczekiwałabym, że w trakcie tych zwierzeń nie powiesz: „Wiesz co, Gosiu, rozumiem, że masz trudny czas, ale byłabym ci wdzięczna, gdybyś jednak używała żeńskich końcówek, bo to jest dla mnie ważne”. Przecież to byłoby absurdalne!

Chyba warto jednak rozpowszechniać użycie form żeńskich właśnie po to, by za lat kilka chirurżka już nie wzbudzała grymasu niechęci. Mnie cieszą takie zjawiska w przestrzeni publicznej, które pokazują, że na przykład feminatywy mają wielowiekową tradycję, a nie stanowią kolejnego wymysłu „lewaków”. Teraz na przykład w Warszawie, jeszcze do maja, można oglądać wystawę Biblioteki Narodowej w Pałacu Rzeczypospolitej „Jam posełkini jego. Język i emocje polskiego średniowiecza”. Tytułowa „posełkini” pochodzi z „Pieśni o Zwiastowaniu”.

Widząc tytuł takiej wystawy, ktoś w pierwszej chwili mógłby doświadczyć dysonansu poznawczego. Bo co to w ogóle za słowo, „posełkini”? Ale właśnie ten moment, w którym doczyta, że źródłem cytatu jest historyczny średniowieczny tekst, a nie ulotka lewicowych aktywistów, może być decydujący. Trudno dyskutować z takim źródłem jak „Pieśń o Zwiastowaniu”, a jeśli ktoś z nim jednak dyskutuje, to obnaża własną ignorancję.

Myślę, że jeżeli ktoś ma potrzebę zmiany rzeczywistości w języku, to powinien się zastanowić, jak wprowadzić ją skutecznie.

Nie są w moim poczuciu skuteczne połajanki z pozycji intelektualnej wyższości w myśl zasady, że ci, którzy mówią „chirurżka”, są lepsi i bardziej światli niż ci, którzy z uporem trwają przy chirurgu. Zakazami czy nakazami nie da się zmusić na przykład pani Joanny, by tytułowała się chirurżką, skoro ona chce być chirurgiem i kropka. Realną zmianę może moim zdaniem przynieść wprowadzenie mody na feminatywy i żeńskie końcówki, i tu widzę ogromną rolę mediów. Moda ma większą siłę sprawczą niż wszelkie zakazy, nakazy i obwarowania. Chodzi o to, by ludzie chcieli, a nie musieli używać takich form.

Małgorzata Majewska – dr nauk humanistycznych, językoznawczyni, specjalistka od komunikacji werbalnej i niewerbalnej. Przez wiele lat pracowała w Instytucie Mediów i Komunikacji Społecznej UJ. Zafascynowana pograniczem języka i psychologii, bada jego znaczenie i rolę w relacjach międzyludzkich. Jest twórczynią kanału na YouTubie „Między Zdaniami”

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE