Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Relacje
  4. >
  5. „Autorytet to niekoniecznie człowiek sam w sobie, tylko wartości, które możemy nieść dalej” – mówi Michał Maciejak, pedagog i terapeuta

„Autorytet to niekoniecznie człowiek sam w sobie, tylko wartości, które możemy nieść dalej” – mówi Michał Maciejak, pedagog i terapeuta

Fot. Francesco Carta fotografo/Getty Images
Fot. Francesco Carta fotografo/Getty Images
Na początku ufamy im ślepo, ale z czasem zaczynamy rozumieć, że nie są nieomylne. Wiele z nich upada wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebujemy, czyli w okresie dojrzewania. Ale w każdym z momentów naszego życia możemy przeżyć rozczarowanie kimś, kto był dla nas drogowskazem. Co wtedy?

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 2/2026.

Iza Nowakowska-Teofilak: Czy w dobie influencerów „autorytet” nie brzmi trochę jak słowo z innej epoki?

Michał Maciejak: Mam taką myśl, że miejsce po dawnych autorytetach zajęły dziś „produkty” – dobrze skrojone postaci wymyślone przez PR i marketing. Najpierw robi się research, co się najlepiej klika, a dopiero potem dopisuje do tego człowieka z twarzą i hasłem. Jeszcze dwie, trzy dekady temu kogoś, kto za bardzo udawał, nazywało się po prostu pozerem, a w niektórych środowiskach raczej się unikało ostentacyjnej komercji. To nie znaczy, że wszyscy byli wtedy święci i szczerzy, ale przynajmniej bardziej opłacało się być sobą. Dziś łatwiej zostać wykreowaną figurą, która na chłodno liczy, co jej się opłaca powiedzieć, żeby zgarnąć miliony obserwujących. A skoro liczą się wyświetlenia, to współczesnym autorytetem staje się nie człowiek, tylko algorytm.

Czyli kiedyś autorytetem był ktoś, kto reprezentował wartości, do których chcieliśmy dążyć, a teraz jest nim ten, kto mówi to, co chcemy usłyszeć? Jak się znaleźliśmy w tym punkcie?

Jeśli miałbym to powiedzieć po ludzku, a nie podręcznikowo: nasz mózg jest mistrzem oszczędzania energii. Nie dlatego, że jest leniwy czy złośliwy, tylko dlatego, że tak jest zbudowany. Lubi skróty, lubi na szybko, lubi gotowe odpowiedzi. Do tego dokładamy smartfony, powiadomienia, social media – i nagle okazuje się, że sporą część dnia spędzamy w trybie: ktoś coś do mnie mówi, a ja tylko reaguję. Jeżeli w takim świecie pojawia się ktoś, kto wyczuje nastroje, spojrzy w sondaże i powie dokładnie to, co chcemy usłyszeć, nasz umysł „oddycha z ulgą”. Nie musi ważyć argumentów, sprawdzać faktów, znosić złożoności. Ma prosty przekaz i jasny podział na „naszych” i „onych”.

Na szczęście to nie jest cała opowieść o autorytetach. Kiedy czytałem ostatnio raport Fundacji Inspiring Girls Polska „Młodzi i przyszłość. Aspiracje edukacyjne i zawodowe dziewczyn i chłopców w Polsce”, ucieszyło mnie, że dla osób w wieku 11–17 lat wciąż najwyżej są… rodzice. Czyli pod spodem nadal pracuje proste: „Chcę mieć obok siebie kogoś, komu mogę zaufać”. W gabinecie jednak przekonuję się, że ci rodzice w badaniach to bardziej marzenie niż opis rzeczywistości, ale sama tęsknota jest bardzo prawdziwa. Jednocześnie młodym brakuje inspirujących postaci w przestrzeni publicznej – kulturze, biznesie, polityce, technologii. Jeśli w tych miejscach widzą w kółko podobne twarze i historie, ich wyobraźnia zawodowa i społeczna siłą rzeczy zawęża się do tego, co bliskie i znane. Trudno marzyć o czymś, czego się nigdzie nie widzi.

Czytałam ten raport i zaskoczyło mnie, że zarówno dla dziewcząt, jak i chłopców największym autorytetem jest mama. Dlaczego tata nie jest równie silnym wzorcem?

Myślę, że wciąż mocno działa stary schemat: ojciec jako ktoś, kim się straszy, a nie ktoś, z kim się rozmawia. Moje pokolenie dobrze zna teksty w stylu: „Poczekaj, aż tata wróci”, „Powiem tacie, to zobaczysz”. I, niestety, w wielu szkołach do dziś funkcjonuje podobny mechanizm. Najpierw dzwonimy do mamy, a kiedy to nie działa, wzywamy tatę, żeby „zrobił porządek”.

Taki obraz ojca robi ogromną krzywdę i jemu, i dziecku. Bo jeśli ktoś ma być dla nas autorytetem, to trudno jednocześnie się go bać. Autorytet w sensownym znaczeniu rodzi się raczej tam, gdzie są ciekawość, zaufanie i szacunek w obie strony, a nie tylko strach przed tym, że ktoś przyjdzie i nas ustawi do pionu.

Na trzecim miejscu w rankingu, czyli zaraz po tacie, uplasował się Robert Lewandowski, który bezsprzecznie odniósł wielki sukces, ale bardzo dba o swoją prywatność, dlatego mało wiemy o jego światopoglądzie, wartościach i przekonaniach dotyczących ważnych kwestii życiowych. Dlaczego tylu młodych ludzi wskazało właśnie jego?

Kiedy pracuję z młodymi ludźmi i rozmawiamy o wartościach, to bardzo często padają słowa: pieniądze, sława, rozpoznawalność, „żeby mi się w życiu udało”. I to jest uczciwa odpowiedź na świat, który widzą dookoła. Robert Lewandowski jest dla wielu z nich symbolem: „udało się”, „wyszedł ponad przeciętną”. Ma to, o czym oni marzą. Lubię wtedy trochę podrapać ten mit self-made mana. Pytam, czy naprawdę wierzą, że przy takim obciążeniu treningowym, presji, kontuzjach da się grać na tym poziomie bez fizjoterapeutów, dietetyków, psychologów sportu, lekarzy, trenerów. Bez rodziny, która jakoś znosi te wszystkie wyjazdy i napięcia. Zwykle po chwili pojawia się refleksja, że to nie jest historia jednego człowieka, tylko całej drużyny w szerokim sensie. Staram się wtedy przesunąć akcent: z „sam sobie wszystko zawdzięczam” na „życie to jednak gra zespołowa”. Jeśli będziemy dalej opowiadać młodym ludziom, że liczy się tylko jednostka, która wszystkich wyprzedzi, to niechcący dokładamy cegiełkę do ich samotności. Z perspektywy ACT, nurtu, w którym pracuję, bardziej interesuje mnie, jakie wartości chcesz realizować razem z innymi. Z kim chcesz grać w swojej drużynie, zamiast udawać, że dasz radę w pojedynkę?

Czy pierwsze autorytety mogą jakoś wpływać na nasze przyszłe wybory partnerów, przyjaciół, ludzi, którymi chcemy się otaczać?

Pierwsze autorytety to często takie matryce, na których uczymy się świata: jak się z kimś rozmawia, co to znaczy bliskość, siła, czułość, wolność. One nie tylko mówią, CO jest ważne, ale też JAK się to przeżywa w relacji. Pierwsze fascynacje mają w sobie coś z tatuażu – nawet jeśli z czasem bledną, to ślad zostaje. Wracamy do starych piosenek, zdjęć, fragmentów filmów z tamtego okresu i nagle czujemy w ciele dokładnie ten sam klimat. I chcąc czy nie, porównujemy późniejszych ludzi z naszego życia do tych pierwszych figur, które mocno wryły nam się w pamięć.

Czytaj także: Człowiek przekazuje wartości pod warunkiem, że je ma. Jak buduje się rodzicielski autorytet?

Pamiętasz swoje pierwsze autorytety?

Myślałem o nich sporo, przygotowując się do tej rozmowy, i zdałem sobie sprawę, że wśród nich byli generalnie narkomani, alkoholicy i samobójcy. Wychowałem się na Dżemie, Janis Joplin, książkach Stachury, Hłaski, Bursy, Wojaczka, Ratonia. Kiedy patrzę na ten wybór z dzisiejszej perspektywy, muszę przyznać, że trudno nazwać tych ludzi standardowymi autorytetami dla młodego człowieka, ale gdy wracam do „Sowy, córki piekarza” Marka Hłaski, opowiadań Stachury czy piosenek Ryszarda Riedla, to jestem w stanie sobie przypomnieć, co fascynującego widziałem w tych artystach. Pod wpływem ich twórczości wciąż jeszcze budzi się we mnie nostalgiczna natura, choć jestem obecnie w zupełnie innym momencie życia, nadal chciałbym móc wierzyć w te wartości, które przekazywali. Ich realne życie było dla mnie zupełnie drugorzędne, koncentrowałem się przede wszystkim na ich sztuce i przesłaniu. Można powiedzieć, że autorytetem niekoniecznie musi być człowiek sam w sobie, autorytet to przede wszystkim wartości, dlatego może być nim na przykład bezwarunkowa miłość zwierzęcia albo natura z jej porządkiem i cyklicznością. Być może to brzmi nieco abstrakcyjnie, ale myślę, że kiedy jesteśmy bacznymi obserwatorami przyrody, to właśnie w niej możemy odnaleźć najwięcej prawdy.

Wielu rodziców byłoby średnio zachwyconych tym, że autorytetem dla ich dziecka jest narkoman czy alkoholik...

A ja myślę, że jeśli kogoś to bardzo oburza, to pierwsze pytanie nie brzmi: „Co jest z tym dzieckiem?”, tylko raczej: „Kto miał być jego pierwszym autorytetem i co poszło nie tak?”. Bo zwykle na początku autorytetem są po prostu ci, którzy karmią, przewijają, tulą i objaśniają świat – rodzice albo inni najbliżsi dorośli. Jako dzieci wiemy, że sami nie przetrwamy, więc musimy zaufać, że dorośli ogarniają rzeczywistość. Do mniej więcej 10.–11. roku życia patrzymy na rodziców jak na istoty wszechmocne. Natura tak to wymyśliła – trudno spokojnie żyć, jeśli ma się w głowie historię: „Ci, od których zależy moje życie, kompletnie nie wiedzą, co robią”. Kiedy ci pierwsi bogowie zawodzą, dziecko nie ma jeszcze narzędzi, żeby powiedzieć: „Mama ma problem”, „Tata nie daje rady”. Dużo częściej mówi sobie: „To ja jestem problemem”. Potem przychodzi okres dojrzewania: bunt, testowanie, zadawanie niewygodnych pytań. I nagle się okazuje, że część dorosłych tej próby nie wytrzymuje. W oczach młodego człowieka przestają być kimś, kogo można na serio naśladować, a zostają tylko w roli „rodzica z metryki” albo twarzy na zdjęciu.

Do tego dochodzi szerszy kontekst: polityczne awantury, afery, cynizm w przestrzeni publicznej. Młodzi mają prawo czuć się pogubieni. Kiedy rozmawiam z nimi w gabinecie, mówią to wprost: mają poczucie, że zostali sprzedani. I trudno się z tym nie zgodzić. W latach 90. i dwutysięcznych dzieci były w pewnym sensie „sprzedawane” pracy – ważniejszej niż wspólny czas, bo trzeba było zbudować byt. Teraz często są oddawane w ręce komputerów i smartfonów, żeby dorośli mieli chwilę spokoju. Nie mówię tego po to, żeby kogokolwiek bić po głowie, tylko żeby nazwać cenę, jaką młodzi płacą za nasz dorosły święty spokój.

Czy to znaczy, że pierwsze autorytety najczęściej upadają w okresie dojrzewania, czyli wtedy, kiedy najbardziej potrzebujemy jakichś wzorców?

Nie zamykałbym tego doświadczenia w jednym kawałku życia. Punkt odniesienia jest nam potrzebny nie tylko jako nastolatkom.

Kryzys potrafi przyjść w wieku 30, 50, 70 lat. I w każdym z tych momentów możemy przeżyć rozczarowanie kimś, kto był dla nas ważnym wzorcem. Mam wrażenie, że autorytety upadają nie tyle w czasie dojrzewania, ile wtedy, kiedy zaczynają nas zawodzić – albo kiedy my dojrzewamy do tego, żeby zobaczyć, że obraz w naszej głowie nie zgadza się z żywym człowiekiem. To jest bardziej kwestia dojrzałości emocjonalnej niż metryki.

Bardzo dobrze widać to choćby na przykładzie lektur. Kiedy byłem w podstawówce, książki Paula Coelha nigdy mnie nie zawodziły. Były jak ciepły koc. W gimnazjum ciągnęło mnie już bardziej w stronę „Stu lat samotności” Marqueza czy „Gry w klasy” Cortázara. Dla części osób to był ostatni przystanek, inni szli jeszcze dalej – w zależności od tego, na ile byli gotowi mierzyć się z bardziej skomplikowanymi historiami. Gdyby ktoś w podstawówce kazał mi przeczytać „Folwark zwierzęcy” Orwella czy „Władcę much” Goldinga, pewnie nic bym z tego nie wyciągnął. To nie był jeszcze mój etap. Dlatego nie traktowałbym upadku autorytetu jak końca świata. Z każdym – czy to człowiekiem, czy książką – tworzymy jakąś relację. A relacje mają to do siebie, że przechodzą kryzysy. Czasem ten kryzys jest wręcz zdrowy, bo pozwala od nowa zadać sobie pytanie, czego ja od tej osoby, tej idei, tej historii teraz potrzebuję. Co już jest mi obce, a co wciąż mnie karmi? W tym sensie upadek autorytetu może być nie tyle tragedią, ile okazją do weryfikacji, co zabieram ze sobą dalej, a co zostawiam na półce z napisem „To było ważne na tamtym etapie”.

Ale my bardzo nie lubimy, kiedy nasze autorytety mają jakieś wady, plamy na swoim wizerunku. Chcemy, by były idealne.

Ślepe poleganie na autorytecie, wiara w nieomylność drugiego człowieka, robienie z niego figury „ponad ludzkie błędy” – to bardzo dziecięca postawa. Dziecko musi idealizować rodzica, żeby w ogóle móc spokojnie zasnąć. Z czasem jednak warto zobaczyć, że nawet ktoś, kto robi bardzo dużo dobra, może czasem kompletnie rozminąć się ze swoimi wartościami. Nie dlatego, że jest potworem. Dlatego, że jest człowiekiem. Jeśli damy sobie prawo do bycia „tylko ludźmi”, to łatwiej będzie nam odczarować innych. Świat przestaje być wtedy czarno-biały, pojawia się cała gama szarości. I trochę lżej mają zarówno ci, których stawiamy na piedestałach, jak i my sami – bo nie musimy już nikogo, włącznie ze sobą, uznawać za kryształowego. Pamiętam wywiad z Adamem Ostrowskim, w którym zastanawiał się, co się stanie, jeśli człowiek, który całe życie robił dobre rzeczy, na końcu dopuści się wielkiego zła. Jak go wtedy zapamiętamy? Albo odwrotnie: ktoś przez większość życia robił rzeczy naprawdę słabe, a na koniec się nawraca i zaczyna działać inaczej. Co wtedy? Jak to zważyć?

Nie ma ludzi jednowymiarowych. Nasze autorytety też takie nie są, choć bardzo byśmy chcieli, żeby było prościej. Dlatego bardziej pomocne może być patrzenie na wartości, które przez tę osobę do nas przyszły. W końcówce filmu „V jak Vendetta” pada zdanie: „Nie ma ciała i krwi do zabicia pod tym płaszczem. Jest tylko idea. A idee są kuloodporne”. Mam poczucie, że z autorytetami jest podobnie. Człowiek może upaść, może nas zawieść, może bardzo rozminąć się z tym, co głosił. A ja i tak mogę dalej nieść wartości, które dzięki niemu odkryłem – bez konieczności kasowania całego jego dorobku jednym ruchem.

Czytaj także: Jak być autorytetem dla swojego dziecka?

Kiedy jesteśmy kimś mocno zafascynowani, czasem trudno dostrzec różne sygnały ostrzegawcze, niezależnie od tego, ile mamy lat. Po czym rozpoznać, że dany autorytet wspiera nasz rozwój, a nie ogranicza?

W ACT mówimy o elastyczności psychologicznej – w dużym skrócie: o zdolności do wybierania tego, co dla nas ważne, nawet kiedy jest trudno. Autorytet, który nam sprzyja, raczej pokazuje kierunek. Nie daje gwarancji, nie obiecuje bezbłędnego życia, tylko pomaga sprawdzać własne kroki. Jeśli natomiast ktoś wręcza nam gotowe recepty na zasadzie: „Rób dokładnie to, co ja, a wszystko będzie dobrze”, zapala mi się czerwona lampka. To jest raczej język guru sekty niż kogoś, kto wspiera nasz rozwój.

Dla mnie prawdziwy autorytet nie stoi nad nami z listą nakazów i zakazów, tylko bardziej przypomina przewodnika, który mówi: „To są wartości, które mogą uczynić twoje życie takim, w którym trochę łatwiej oddychać – sprawdź sobie, jak to jest”.

Do dziś pamiętam upadek swojego pierwszego autorytetu. Jestem nostalgiczna czy to jednak ważny moment w życiu?

Myślę, że bardzo ważny. Utrata autorytetu bywa trochę jak koniec pierwszej miłości. Emocje potrafią być równie gęste, a zaskoczenie podobne: „To naprawdę nie jest na zawsze?”. Jeszcze wczoraj mógłbym wskoczyć za tą osobą w ogień, a dziś przeglądam jej książki na półce i bez większych sentymentów wystawiam je za grosze na OLX. Takie pierwsze rozczarowania często zostają z nami na długo. To, jak mocno w nas rezonują i jak długo trzymamy się żalu, sporo mówi o tym, jak sztywno podchodzimy do oceniania ludzi. Jeśli ktoś nie ma prawa się potknąć, zmienić, zestarzeć, zbłądzić, to ani on nie ma szansy być człowiekiem, ani my nie mamy szansy zobaczyć w nim czegoś więcej niż własne oczekiwania.

Kiedy autorytet upada, może się pojawić pokusa, żeby szybko poszukać nowego. Ale czy to ma sens? A może autorytety same pojawiają się w naszym życiu wtedy, kiedy jesteśmy na to gotowi?

W internecie krąży mem o uczniu, który przychodzi do mistrza i pyta: „Mistrzu, jak długo trzeba czekać, by coś zmieniło się na lepsze?”. A mistrz odpowiada: „Jeśli będziesz czekał, to bardzo długo”. Im bardziej kurczowo próbujemy sobie znaleźć mentora, tym większe ryzyko, że przykleimy się do pierwszej osoby, która obieca proste odpowiedzi. Dlatego ta druga perspektywa – że autorytety pojawiają się raczej wtedy, kiedy jesteśmy na nie gotowi – jest mi dużo bliższa.

Kiedy w gabinecie pojawia się temat braku wzorców i tęsknoty za kimś, kto poprowadzi, zwykle nie zaczynam od szukania konkretnego człowieka. Raczej od pytań: „Co jest dla ciebie naprawdę ważne? Jakie życie chcesz prowadzić niezależnie od tego, kto będzie obok?”. I dzieje się wtedy ciekawa rzecz. Kiedy ktoś zaczyna trochę poważniej traktować własne wartości, nagle jakoś łatwiej trafia na ludzi, książki, podcasty, filmy, które z tym współgrają. Nie dlatego, że wszechświat wysyła znaki, tylko dlatego, że filtr się zmienia. Żeby sensownie korzystać z autorytetów zewnętrznych, dobrze jest najpierw poznać siebie i swoje motywacje. Inaczej łatwo pomylić czyjeś potrzeby, lęki i ambicje z własnymi.

Wszystkie nasze pierwsze autorytety muszą upaść?

W ACT mówimy o „celach nieboszczyka” – to są takie marzenia, które może spełnić tylko ktoś, kto nic nie robi i nic nie czuje. Na przykład: „Chcę być rodzicem, który nigdy nie krzyknie, nigdy się nie spóźni, nigdy nie zawiedzie”. Jedyna osoba, która ma na to szansę, to rodzic, który nie żyje. Z autorytetami jest podobnie. Żeby się nigdy nie rozsypały w naszych oczach, najlepiej, żeby były martwe i odpowiednio od nas oddalone. Trzeba zrobić coś wybitnego, powiedzieć coś bardzo mądrego, umrzeć i poczekać, aż ktoś zbuduje z tego spiżowy pomnik.

Kiedy przeglądałem różne listy „narodowych autorytetów”, rzeczywiście większość stanowią postaci historyczne. Im dalej w przeszłość, tym łatwiej je idealizować, bo nie widzimy ich codziennych lęków, słabości. I tu jest pewna pułapka. Pomnik ma swoją funkcję, ale jeśli zapominamy, że za nim był żywy człowiek z całym bałaganem, to łatwo nam wpaść w ślepe podążanie za hasłem: „bo to wielki poeta był”.

Myślisz, że można przeżyć życie bez ani jednego autorytetu?

Mam wrażenie, że coraz więcej osób deklaruje: „Nie mam żadnych autorytetów, nikomu nie ufam, każdy gra tylko na siebie”. I trochę to rozumiem, bo jeśli dorosły świat przez lata serwuje dzieciakom mieszankę obietnic bez pokrycia, pięknych haseł i byle jakich relacji, to trudno potem oczekiwać, że będą mówić: „Tak, oczywiście, mam wokół siebie mnóstwo godnych zaufania dorosłych”. Z perspektywy gabinetu widzę jednak coś ważnego: nawet jeśli ktoś mówi, że nie ma autorytetów, to i tak są ludzie, przy których ustawia igłę swojego wewnętrznego kompasu. Czasem to nauczycielka od polskiego sprzed 20 lat, czasem trenerka, czasem babcia, czasem autor jakiejś książki, którą czytało się po nocy pod kołdrą. My raczej przestajemy używać słowa „autorytet”, niż naprawdę żyjemy w próżni. Bardziej boję się nie tego, że znikną autorytety, tylko że zabraknie doświadczenia bycia dla kogoś ważnym dorosłym. Jeśli młodzi ludzie nie dostaną od nas minimum obecności, ciekawości, zwykłego „widzę cię”, jeśli dalej będziemy ich sprzedawać w zamian za święty spokój i kolejne tabelki w Excelu, to bardzo łatwo będzie im powiedzieć, że da się żyć bez autorytetów.

A czy my sami możemy być dla siebie autorytetami?

W gruncie rzeczy właśnie do tego zmierza proces psychoterapii – szczególnie takiej, która nie obiecuje magicznych trików, tylko uczy siedzieć ze sobą. Możemy latami budować fasady, ćwiczyć kolejne pozy, zakładać maski, dopasowywać się do grupy, do oczekiwań, przechodzić z jednej gombrowiczowskiej gęby w drugą. I to się nawet przez jakiś czas sprawdza. Ale jeśli przestajemy inwestować całą energię w tę grę pozorów, zaczyna się coś dużo ciekawszego: powolne odkrywanie, że gdzieś pod spodem jest miejsce, które naprawdę wie. Wie, co nas boli. Za czym płaczemy po cichu. Za czym tęsknimy, choć wstyd się przyznać. Czego się boimy. Co kochamy tak, że aż głupio o tym mówić na głos. Żaden zewnętrzny autorytet – choćby nie wiem jak mądry, doświadczony i lubiany w internecie – nie ma do tego miejsca dostępu. Może nam w drodze do niego potowarzyszyć, ale nie wejdzie za nas do środka. To tam, w tej cichej, czasem niewygodnej szczerości ze sobą, zaczyna się bycie dla siebie autorytetem. Kimś, do kogo mimo wszystko mam zaufanie.

Michał Maciejak w salach szkoleniowych i klasach spędził już ponad 15 tysięcy godzin. Prowadzi warsztaty i spotkania o emocjach, relacjach i dorastaniu dla młodzieży oraz ich rodziców. Pracuje we własnym gabinecie w nurcie terapii akceptacji i zaangażowania (ACT), towarzysząc ludziom w kryzysach, po stratach i w tych momentach życia, kiedy wszystko się rozjeżdża. Ekspert projektu MŁODE GŁOWY.

„MŁODE GŁOWY. Otwarcie o zdrowiu psychicznym” to projekt edukacyjny Fundacji UNAWEZA Martyny Wojciechowskiej. Skierowany jest do młodych osób, ich rodziców i nauczycieli. Bezpłatny program profilaktyczny realizowany w ramach projektu obejmuje zasięgiem już ponad milion osób w całej Polsce. Obecnie działania koncentrują się na edukacji w zakresie Pierwszej Pomocy dla Zdrowia Psychicznego. Więcej informacji: helppp.pl oraz mlodeglowy.pl.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE