1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak być autorytetem dla swojego dziecka?

Jak być autorytetem dla swojego dziecka?

Czy potrafisz być autorytetem dla swojego dziecka? (Fot. iStock)
Czy potrafisz być autorytetem dla swojego dziecka? (Fot. iStock)
Co oznacza dla nas pojęcie autorytetu? Czy wiemy, na czym ten autorytet polega w odniesieniu do naszych dzieci? I dlaczego tak wielu rodziców pojmuje autorytet jako umiejętność podporządkowania sobie dziecka? Trudne kwestie związane z wychowaniem wyjaśnia dr Tomasz Srebnicki, psycholog i terapeuta.

Mamo, jeśli nie czujesz, że jesteś autorytetem dla dzieci, zabierz je do swojej firmy. Niech zobaczą, jak kierujesz zespołem, a nie tylko jak gotujesz zupę. Tato, jeśli świetnie grasz w piłkę, to weź dzieci na mecz. Niech zobaczą, jak strzelasz gola, a nie tylko jak wyrzucasz śmieci, kiedy mama ci powie. Pokazujmy dzieciom to, w czym jesteśmy dobrzy, a będziemy dla nich autorytetem!
Hm? Sama to wymyśliłaś? No cóż… Z pojęciem autorytetu rodzicielskiego wiąże się wiele mitów. Ja uważam, że jeśli rodzic chce być dla dziecka autorytetem, to chyba nie rozumie, co to znaczy… Zacznijmy od tego, że do dziesiątego, jedenastego roku życia rodzice są dla dziecka nawet kimś więcej. Są tym, kto wszystko potrafi, wszystko ma, wszystko może i we wszystkim pomoże. Czyli są dla dziecka całym światem. Bazą, na której ono może się oprzeć we wszystkich swoich poczynaniach. Dziecko postrzega rodziców jako wszechwładnych i to w pozytywnym sensie.

Co więcej, potrzebuje tak ich postrzegać, bo zadaniem rodziców do czasu osiągnięcia przez dziecko dojrzałości jest zapewnianie mu wszystkiego, czego ono samo sobie zapewnić nie może. Bo już tak jest, że dzieci są od dorosłych zależne, potrzebują ich opieki i troski, potrzebują też za nimi podążać i czuć się do nich przywiązane.

Czyli do 12. roku życia rodzice nie muszą się starać, bo są autorytetem dla swoich dzieci?
Tak. Koniec kropka.

To najkrótszy rozdział. I najprostsze rozwiązanie. Dziękuję doktorze!
Proszę bardzo! Ale ja się tak łatwo nie poddam. Postaram się o to, żeby nasi Czytelnicy nie zamknęli tej książkę i nie poszli do pokoi dzieci napawać się swoim autorytetem. Złośliwie więc zapytam: „dlaczego, Rodzicu drogi, chcesz być autorytetem dla swojego dziecka?”.

„Bo mnie gówniarz nie słucha! Nie wykonuje poleceń! Ma inne zdanie!”.
Mam cię! Możemy już przejść do tego, czym jest autorytet. A raczej, jak rodzic rozumie, czym powinien być? Zwykle rodzic zakłada, że jeśli jest autorytetem dla dziecka, to gdy tylko powie: „odrabiaj lekcje”, ono rzuci wszystko i złapie się za zeszyty. Będzie odrabiać polski, matmę, chemię bez szemrania. Jak powie: „wynieś śmieci”, to dzieciak poleci z kubłem, zapominając nawet założyć buty. A na pytanie: „posprzątałeś w pokoju?”, niby szeregowiec na widok generała, otworzy drzwi do swojego pokoju i stanie na baczność, w pełni gotowe do inspekcji! No nie, rodzic nie jest autorytetem, gdy dziecko zawsze robi to, czego on chce. Wtedy je sobie podporządkował. Jak owczarka niemieckiego – całkiem udanie go wytresował.

Ale rodzice właśnie na to się skarżą, że dzieci ich nie słuchają. To jest problem?
Zgadza się! Część rodziców chce dowiedzieć się, jak poskromić dziecko. Oczekuje ode mnie rady, jak to zrobić, i to tak, żeby się przy tym nie napracować. Jak to zrobić, żeby dziecko przyjęło, że oni są ponad nim w hierarchii, że wiedzą lepiej, co dla niego dobre. Że wiedzą, jak ono ma postępować, żeby uniknąć ich błędów i dlatego ma się ich we wszystkim słuchać.

Chcą ustrzec dziecko przed swoimi błędami, co w tym złego?
Zaraz zrozumiesz. Otóż rodzic uważa, że jest autorytetem w kontekście swojego życia i może jest. Ale nie jest nim w kontekście życia swojego dziecka. Skupiony na sobie – nie pozwala dziecku przeżyć jego życia po swojemu. By mogło także dzięki różnym błędom, jakie popełni, optymalnie się rozwijać. „Beatko, moja kochana córeczko – mówi tatuś czy mamusia – ja chcę cię ustrzec przed rzeczami, których doświadczyłem! Chcę ci opowiedzieć o wnioskach, jakie wysnułem ze swojego życia, żebyś przeżyła swoje życie w taki sposób, w jaki ja chciałbym je przeżyć”. Rozumiesz już?

Dlaczego tak łatwo pomylić autorytet z autorytaryzmem? (Fot. iStock) Dlaczego tak łatwo pomylić autorytet z autorytaryzmem? (Fot. iStock)

Rodzic zawłaszcza życie dziecka. Chce, żeby ono przeżyło ulepszoną wersję jego życia. A przecież dziecko ma prawo do własnej drogi!?
Bingo! Tyranią dobrych chęci rodzic zawłaszcza przestrzeń życiową dziecka. Zanieczyszcza ją, wrzucając różne własne mądrości.

Zanieczyszczenia? Mądrości rodzica są jak papierki od cukierków?
Mądrości?! Nawet jeśli rodzic jest bardzo mądry, a bądźmy szczerzy, różnie to bywa, to postępuje niemądrze, jeśli chce, żeby dziecko przeżyło swoje życie inaczej niż po swojemu. Inaczej niż potrzebuje, by rozwinąć swój potencjał. Taki rodzic nie postępuje mądrze, gdy chce, by dziecko przeżyło swoje życie pod jego dyktando. Nawet jeśli pragnie, żeby lepiej niż on zaplanowało swoją edukację, lepiej niż on umiało rozpoznawać złych ludzi. Efektem takich mądrości jest ograniczenie rozwoju dziecka…

Proszę o przykład!
Powiedźmy, że dziecko ubiera się w szkolnej szatni w swoim tempie, tak jak umie, ale mama, bardzo zdenerwowana, wciąż je pogania: „ubieraj się szybciej, o 18.00 masz korepetycje!”. Ta matka z powodu niepunktualności straciła kiedyś świetną pracę i chce, żeby to nie przydarzyło się nigdy jej dziecku. Dlatego jest teraz zdenerwowana. Ale dziecko mimo ponagleń mamy nie ubiera się szybciej, bo po prostu nie umie. Matka odbiera to jednak osobiście: „Nie słucha mnie!” i jeszcze dokłada do swojej irytacji niby do pieca te swoje mądrości: „nie możemy się przecież spóźnić, punktualność jest w życiu bardzo ważna. Bez niej nic się nie osiągnie!”. W rezultacie dziecko słyszy od matki wiele przykrych słów, a może nawet w szatni dochodzi do szarpaniny. Dzieciak płacze, zaczyna myśleć o sobie słowami, które usłyszał od matki: że jest ślamazarą, że guzdrałą, że do niczego w życiu nie dojdzie… Ubieranie się w szatni następnym razem będzie już dla tego dziecka stresem.

Matka chciała ustrzec dziecko przed konsekwencjami niepunktualności, jakich sama doświadczyła, a tymczasem zachwiała jego samooceną i zaufaniem do siebie? Nie jest autorytetem dla dziecka, ale krytykiem i agresorem?
Tak. Kolejny przykład, dziecko skarży się na kłopoty z kolegami: „Piotruś mi nie wierzy, że dostałem na urodziny nowy rower”. Rodzic może postąpić różnie. Ten, który chce, żeby dziecko przeżyło ulepszoną wersję jego życia, odniesie to, co przydarzyło się dziecku do swoich doświadczeń i do swojego temperamentu oraz do tego, co dla niego w sytuacji, kiedy kolega by mu nie wierzył byłoby problemem. Rodzic tego co tak naprawdę poruszyło jego dziecko nie wie, on zgaduje. Ten wątek na razie zostawmy i skupmy się na tym, że jeśli rodzic myśli tylko o sobie i o swoim życiu, to doradzi dziecku najlepiej, jak umiałby doradzić, ale sobie. Czyli na przykład: „powiedz mu, żeby spadał!”. Albo: „sobie wierz, tylko sobie!”. Albo: „no to nie baw się z nim, bo to zły kolega”. I jeśli tak od siebie doradzi, to też jeszcze nie jest tragedia. Rodzic mówi, co myśli, choć nie powinien. Problem zaczyna się dopiero wówczas, gdy domaga się, aby dziecko skorzystało z jego rady – z rady autorytetu. Jeśli syn postąpi inaczej, ojciec zareaguje złością, agresją w słowach, a nawet w czynach. Często wymusza w końcu na dziecku taką reakcje, jaką uważa za najlepszą. No i tak zakłóci rozwój swojego dziecka, jego kontakty z rówieśnikami, ale też relacje z nim, bo następnym razem, kiedy dziecko będzie miało kłopot, już tak spontanicznie i szczerze tacie o nim nie opowie.

Może jeszcze jeden przykład?
Dobrze, to będzie opowieść o dziadku, czyli o ojcu takiego autorytarnego ojca. Opowieść o tym, jak doświadczenia życiowe dziadka przeniesione na jego relacje z wnuczką zaśmiecają tę relację i życie wnuczki. Otóż dziadek ów dał wnusi na imieniny piękny pamiętnik. Lecz dając go zaznaczył, że wnusia ma w nim zapisywać tylko ważne wydarzenia, a nie jakieś głupotki… Ten zeszyt, niby prezent, prezentem do końca nie jest. Jest próbą zawłaszczenia fragmentu życia wnusi, bo dziadek narzuca jej, co może z tym zeszytem robić, a czego nie. Dziadek zatruł swoją relację z wnusią, narzucając jej przeznaczenie tego przedmiotu, bo dziewczynka albo dziadka posłucha albo nie. Albo powie mu prawdę, albo go okłamie. Albo zeszyt odłoży na półkę i nie będzie używać. Tak czy inaczej będzie tym prezentem skrępowana, a w kontaktach z dziadkiem to skrępowanie się pojawi.

Dlaczego tak się stało? Dziadek ma kłopoty z pamięcią i dlatego podarował wnusi zeszyt, żeby ona zapisywała wszystko, co jest ważne. Gdyby on prowadził kiedyś taki pamiętnik, to miałby wszystko czarno na białym, a więc by „pamiętał”. A może gdyby pisał, ćwiczył mózg, to miałby lepszą pamięć? Może nawet teraz nie miałby demencji? To dobry przykład na toksyczność dobrych chęci. Na toksyczność przekładania własnych doświadczeń na życie dzieci i zaburzanie relacji z nimi.

Prezentem „zaśmiecającym” nie jest pamiętnik, ale mądrość dziadka?
Jasne! I dlatego dziadek obrazi się, jeśli zobaczy, że wnusia napisała w swoim pamiętniku: „na górze róże na dole fiołki, ja i Piotruś kochamy się jak dwa aniołki!”. Pomyśli, że nie ma autorytetu i zrobi synowi, czyli ojcu wnusi, awanturę, jak wychował córkę! Ten dziadunio wcale nie chce być autorytetem, on chce narzucić wnusi swoją wolę! Domaga się tego, czego domagamy się, gdy mylimy autorytet z autorytaryzmem.

Wymuszanie takich zachowań, jakie uważamy za właściwe, nie ma nic wspólnego z byciem autorytetem?
Zupełnie nic. I wróćmy teraz do przykładu z niedowiarkiem Piotrusiem. Rodzice autorytarni narzucają dziecku swoją wolę na różne sposoby. Najbardziej subtelną i jednocześnie najbardziej toksyczną metodą wcale nie jest przemoc fizyczna, lecz psychiczna. No na przykład: kiedy tatuś, który zakazał synkowi kontaktów z Piotrusiem niedowiarkiem, dowie się, że synek go nie posłuchał, okaże synowi swoje rozczarowanie, dezaprobatę i na przykład może być smutny…

Smutny?! „Lekceważysz mnie, gówniarzu!” – krzyknie.
Powiem ci szczerze – pół biedy, jak domowy tyran wrzeszczy i wyzywa. Kiedy daje dziecku bezpośrednie komunikaty, kim jest to dziecko w jego oczach, gdy nie robi tego, co tato kazał! Kiedy dziecko słyszy wprost od rodzica, że jest złe i durne, to w dorosłym życiu łatwiej mu będzie się z tego wykaraskać. Gorzej, gdy „słyszało” to samo, ale subtelnie zasygnalizowane!

Oj, oj, naprawdę trudno potem na psychoterapii dogrzebać się przyczyny złej samooceny u fajnego młodego człowieka. Trudno też zmienić te jego ponure myśli o sobie. Trudno sprawić, aby odzyskał realny ogląd siebie, odkrył, że jako dzieciak był w porządku, tylko jego rodzice pragnęli mieć nad nim całkowitą władzę. Powtórzę więc: najbardziej toksycznie wpływają na dzieci wszelkie westchnienia, wywracanie oczami, odwracanie się plecami, łzy mamy, albo smutek taty, który może trwać nawet i kilka dni.

Toksycznie, bo dziecko wtedy czuje się winne?
Właśnie, a tymczasem tata będzie smutny, bo wrócą do niego wspomnienia różnych wydarzeń z jego własnego dzieciństwa i dorastania, kiedy padał ofiarą głupich uwag ze strony kolegów i koleżanek, jak teraz jego syn. Zacznie sobie przypominać, jak się wtedy czuł słaby i samotny, i jak bardzo sobie z tym nie potrafił poradzić. Będzie więc myślał wyłącznie o sobie. Dziecko natomiast odbierze smutek taty jako jasny i czytelny komunikat, że to ono jest temu winne, że skrzywdziło tatę, nie postępując tak jak tatuś chciał. I w efekcie zacznie myśleć źle o sobie. I jeśli rodzice często stosują takie metody wychowawcze – to dziecko nawet jako człowiek dorosły będzie źle myśleć o sobie.

Co więcej i co warto, żeby rodzice wiedzieli, to że zawsze, kiedy mama czy tata są smutni, płaczą, dziecku jest źle. Dlaczego? Wyobraźmy sobie, że mama płacze, bo dowiedziała się, że córka nie powiedziała złośliwej koleżance, żeby ta dała jej spokój. Mamie przypomniało się to, jak źle się jej życie potoczyło, ponieważ już w szkole podstawowej nie nauczyła się bronić, czyli mówić wrednym ludziom: „dość! przestań!”.

Płacząc w tej sytuacji, mama zaburza świat swojego dziecka na dwa sposoby. Otóż, po pierwsze, kiedy płacze jest skupiona na przeszłości i swoich uczuciach. A więc jest niedostępna dla dziecka. Smutek izoluje ją od córki. Po drugie, tylko pozornie akceptuje, że dziecko postąpiło po swojemu. Tak naprawdę dalej stara się wymusić na nim, żeby zrobiło tak jak ona uważa, że to je ustrzeże przed złymi doświadczeniami, jakie przeżyła.

Rozumiem, że stara się to wymusić płaczem?
Tak. Rodzice zmuszają dzieci, aby jednak postąpiły tak jak oni chcą, na wiele innych sposobów. Na przykład, gdy ojciec, zwolennik twardych rozwiązań, ale jednak nie brutal, usłyszy od syna: „dzisiaj bawiłem się z Piotrusiem piłką i było super!”, to z przyklejonym uśmiechem powie chłodno: „to świetnie!”. Jeśli dziecko doda: „chciałbym zaprosić Piotrusia do domu”, rodzic odpowie: „dobrze, zaproś Piotrusia!” – jednak tonem i miną jasno pokaże dziecku, że jest zły. Twarz ojca może stać się kamienna, może cofnąć się, tworząc emocjonalny chłód i zająć się czymś innym, przestać zwracać na syna uwagę…

Brrr… Dając dziecku odczuć, że nie akceptuje Piotrusia, tato niszczy przyjaźń syna z kolegą?
Niekoniecznie, lecz przyjaźń z nim będzie już obciążona tym, co myśli o tym tato. Zachowanie rodzica wymusi na dziecku różne strategie działania. Jakie one będą, zależy od jego cech wrodzonych, od temperamentu, charakteru. Na przykład dziecko, które stres traktuje, jak wyzwanie, może zacząć ukrywać przed rodzicem, że robi to, czego ten nie akceptuje, czyli dalej bawi się z Piotrusiem, ale o tym tacie nie mówi. Dziecko lękowe może się z rodzicem identyfikować i zacząć bardzo źle mówić o Piotrusiu. Dziecko wrażliwe może wciąż bawić się z tym kolegą, ale już nie z taką radością, bo będzie czuło się winne, że go lubi i miło spędza z nim czas. Tak czy inaczej dziecko zareaguje, a więc jego relacje z rodzicem i z Piotrusiem będą już naznaczone dezaprobatą rodzica.

Zawsze taka dezaprobata rodzica rzuca cień na dziecko, na jego spontaniczne przyjaźnie?
Nie ma zawsze. Ale taka jest zasada. Obowiązuje także w relacjach między dorosłymi. Wyobraź sobie, że twój partner jest zazdrosny o to, że ty co tydzień widujesz się ze mną i zaczyna nas podejrzewać o romans. Wprost tego nie mówi, ale jak poinformujesz go: „jadę dziś do Tomka”, to chrząka, spogląda w znaczący sposób, albo inaczej daje ci znać, że coś mu nie pasuje i nie aprobuje tej wyprawy. I tymi swoimi podejrzeniami i obawami obciąża naszą relację. Ty wtedy możesz zastosować różne strategie, m.in. po prostu przestać mówić mu, że do mnie jedziesz. Możesz też sama zacząć się zastanawiać, czy jednak ten Tomek nie myśli o tobie w kontekście damsko-męskim?

Oj! A myślisz?
No właśnie, tak to działa. Co więcej, takie uwagi twojego partnera mogą podnieść moją wątpliwą atrakcyjność w twoich oczach. I sama możesz zacząć myśleć o mnie inaczej i zacząć podejrzewać, czy przypadkiem jednak coś się między nami nie dzieje? No sama nie będziesz wiedziała…

Będę – za młody dla mnie jesteś!
Oj, to dobrze. Możemy dalej pracować nad książką. Niestety, dzieci tak nie pogadają jak my, nie ujawnią tego, co się zaczyna w ich relacji rozpychać. Jednak obawy i zaciekawienie oraz zmiana spojrzenia, będą takie same. Czyli dziecko może nieświadomie zacząć mieć takie obawy, jakie odczytuje ze strony rodzica. Na przykład: „czy Piotruś mnie lubi? Czy jest moim kolegą? Może nie powinienem się z nim bawić?”. Dziecko z tego sobie nie zdaje sprawy, jednak zaczyna się inaczej w stosunku do kolegi zachowywać. Na co ten odpowiada także mniej otwartym zachowaniem i wszystko zaczyna się między dzieciakami psuć – nie wiadomo, dlaczego?! Niema dezaprobata to najbardziej toksyczny sposób na podporządkowanie sobie dziecka.

Lepiej wrzasnąć niż wywracać oczami, czy mieć focha i milczeć?
Tak, a szczególnie w sytuacjach, kiedy między rodzicami jest konflikt! Wtedy używają oni swojego autorytetu, aby podważyć autorytet drugiego z nich. Na przykład ojciec przychodzi do domu o 20.00, ale po drodze kupuje dziecku czekoladę. Wpadł na taki pomysł więc kupił i teraz tę czekoladę dziecku daje. No, ale wtedy i on, i dziecko słyszą od strony fotela, w którym siedzi mama, znaczące chrząkniecie. Albo takie „uuuu…”. Albo wprost słowa mamy: „on już dzisiaj słodycze jadł”. I wtedy dziecko jest w takiej oto sytuacji: jeden autorytet bezwarunkowy podważa drugi autorytet bezwarunkowy. Dla dziecka to, że tata kupił mu czekoladę oznaczało tylko tyle, że się naje słodyczy. Hura! Dziecka nie interesuje, że już jadło, że jest po 20.00. Chce czekoladę! Ale… mama chrząka!? I nawet jeśli tata, zgodnie z zaleceniami dietetyków, da wtedy dzieciakowi tylko kawałek, a resztę schowa, to dzieciak jedząc ten kawałek czekolady, będzie miał w uszach chrząkanie matki.

Prawdziwy emocjonalny thriller! Pewnie ma też niedobre konsekwencje?
Dziecko musi się do tego chrząknięcia ustosunkować. Jeśli jeden autorytet mówi co innego niż drugi, to ono zaczyna się gubić. W sytuacji zagrożenia, a taką jest sytuacja konfliktu między rodzicami, dziecko instynktownie opowie się za tym, kto jest silniejszy. Jeśli więc rodzice są skłóceni, to podporządkuje się temu, który wydaje mu się mocniejszy. Jeśli w jego oczach jest to ojciec, to gdy ten powie: „ale ja chcę, żeby on teraz zjadł czekoladę, bo po to mu ją kupiłem”, zidentyfikuje się z tatą i zje przysmak. Jeśli to matka umie tupnąć nogą i mu tę czekoladę zabierze, to dziecko stanie po jej stronie.

Zauważ, że sytuacja „ja i czekolada” została zaśmiecona. Od teraz dziecko, kiedy zobaczy czekoladę, zanim ją zje, to się zastanowi, co na to powie mama?

Proste rzeczy, jak zjedzenie czekolady z tatą, proste relacje, jak ta z kolegą, który coś głupiego powiedział, zostają zanieczyszczone oczekiwaniami rodzica.

Rodzicu! Strzeż się chrząkania!
Inaczej: chrząkaj sobie, płacz, miej focha, ale jak dziecko pójdzie spać! Twoja żona czy mąż da sobie z tym radę. Dzieciak nie!

Fragment wywiadu pochodzi z książki „Niezwykły rodzic”.

Niezwykły rodzic Beata Pawłowicz, Tomasz Srebnicki Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Rozstanie – jak się rozwieść z klasą i we wzajemnym szacunku?

Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, na 145 tysięcy ślubów zawartych w 2020 roku przypada aż 51 tysięcy rozwodów. (Ilustracja Martyna Wójcik-Śmierska)
Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, na 145 tysięcy ślubów zawartych w 2020 roku przypada aż 51 tysięcy rozwodów. (Ilustracja Martyna Wójcik-Śmierska)
Rozstanie to zawsze porażka pary. Ale często też jedyne wyjście ratujące każde z nich z osobna oraz ich wspólne dzieci. Pod warunkiem że nie jest niszczące. A takie, niestety, bywa. i trwa latami. Czy można rozwieść się z klasą i we wzajemnym szacunku? Zachęca do tego Akademia Dobrego Rozstania, internetowa platforma edukacyjna powstała z inicjatywy organizacji pozarządowych, terapeutów i prawników.

Urszula i Paweł, wielka licealna miłość, para z 20-letnim stażem. Małżeństwem są od lat pięciu. Na ten krok zdecydowali się dopiero po urodzeniu córeczki, gdy w ich związku pojawił się kryzys. I w pewnym sensie dlatego – ślub miał być ratunkiem. Ale stał się poważnym problemem. Bo od trzech lat nie mogą się rozwieść. Nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy. Zamierzali rozstać się w zgodzie, dopinali już podział majątku, uzgadniali opiekę nad Zuzią. I wtedy Urszula wytropiła romans męża. Co więcej, dowiedziała się, że nowa miłość rozkwitła, kiedy ona była w ciąży, i trwa w najlepsze, choć mąż zapewniał, że nie ma nikogo. Postanowiła więc wystąpić o rozwód z orzeczeniem winy. Zbiera dowody, zmienia prawników, udowadnia przed sądem, że mężczyźnie, który kłamie w żywe oczy, nie można powierzyć dziecka. Wojna trwa i jej końca nie widać. Urszula i Paweł nie są wyjątkiem. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, na 145 tysięcy ślubów zawartych w 2020 roku przypada aż 51 tysięcy rozwodów.

– Statystyki podają tylko dane dotyczące par żyjących w formalnych związkach, konkubinaty nie są brane pod uwagę, a ci ludzie też się przecież rozstają – mówi psychoterapeutka Karolina Budzik, związana z Akademią Dobrego Rozstania. – Tak więc szacujemy, że w dużych miastach, takich jak Warszawa, nawet co druga para jest w procesie rozwodowym. Ci ludzie zostawieni są sami sobie. Adwokat Robert Ofiara, zaangażowany w tworzenie ADR: – Nie ma opracowanych procedur, nie ma instytucji i miejsc, które by dawały rodzicom wsparcie. Są co prawda powiatowe centra pomocy rodzinie, ale ich działania zależą od inicjatywy urzędników, a nie od systemowych rozwiązań. Rozwodzący się mogą liczyć głównie na oddolne inicjatywy organizacji pozarządowych lub oczywiście na komercyjną pomoc terapeutyczną, na którą nie wszystkich stać. Jeśli natomiast chodzi o system prawny, to jest on niedrożny ze względu między innymi na obłożenie sądów, czas trwania postępowań czy czas oczekiwania na opinie biegłych – standardem jest tu rok. Problem leży też czasem po stronie pełnomocników, którzy nie potrafią należycie ochronić interesów klientów chcących się rozstać. Są zaprogramowani na walkę i sukces, a nie szukają ugodowych rozwiązań. To wszystko wymaga zmian.

Poradzić sobie ze stratą

Większość z rozstających się przechodzi przez ogromny kryzys psychiczny. Nie bez powodu rozwód umieszczany jest jako drugie wydarzenie – po śmierci partnera – na skali najbardziej stresujących w życiu człowieka. Te wydarzenia łączą bezpowrotna utrata czegoś ważnego i podobne etapy przejścia: zaprzeczania, gniewu, targowania się, depresji, w końcu akceptacji. Opisała je Elisabeth Kübler-Ross, badaczka pracująca z nieuleczalnie chorymi i umierającymi.

– Można więc powiedzieć, że partner, z którym się rozstajemy, dla nas umiera, że doświadczamy śmierci naszego związku, nieodwracalnej, ostatecznej – mówi Karolina Budzik.

Zaznacza, że partnerzy zazwyczaj nie przechodzą tych etapów ramię w ramię, równolegle. Jedno na przykład jest zdecydowane się rozstać, a drugie próbuje ratować związek, obiecuje, że się zmieni. W pierwszym etapie, podobnie jak w chorobie terminalnej, kiedy wiemy, że nie da się jej wyleczyć, zaprzeczamy: „Jakie rozstanie! Przecież dobrze nam się układało, to tylko jeden z trudnych momentów”. Ludzie idą na terapię, która zazwyczaj kończy się fiaskiem, bo nierównowaga jest już zbyt duża, na przykład partner pozostaje w alternatywnej relacji.

Karolina Budzik: – Pracujemy wtedy nad tym, co chyba w procesie rozstania najtrudniejsze: żeby zobaczyć perspektywę drugiego partnera, która jest zupełnie inna. Prowadzimy grupy psychoedukacyjno-wsparciowe dla osób w konflikcie okołorozwodowym. Mieszane. Co to daje? Po pierwsze, każdy z uczestników może zobaczyć, jak sytuację rozwodu przeżywają kobiety, a jak mężczyźni. Po drugie, to pomaga uzyskać dystans do swojej sytuacji oraz zrozumieć mechanizmy rozstawania i konfliktu. I w rezultacie dogadać się, zbudować relacje rodzicielskie, bo na ogół w tej rodzinie są dzieci, którymi trzeba się opiekować po rozstaniu. Powtarzam ludziom rozstającym się: rodzicami wspólnego dziecka będziecie do końca życia. Oboje.

Po fazie zaprzeczania pojawiają się silne emocje: złość, gniew, wściekłość. Bywają tak obezwładniające, że ludzie nie są w stanie funkcjonować. Potem przychodzi smutek, żal do partnera, losu, rozpacz, płacz, poczucie straty, rozczarowania.

– Niektóre osoby depresyjnie się wtedy osuwają, czasami ich stan wymaga nie tylko psychoterapii, ale nawet farmakoterapii – mówi Karolina Budzik. – W psychoterapii chodzi o to, żeby zrozumieć kłębiące się w nas uczucia. Żeby zobaczyć, że to one powodują chaos wewnętrzny, nie pozwalają nam pracować i funkcjonować w codziennym życiu. Ale też żeby dać sobie do nich prawo. Dopiero jak te uczucia się wysycą, jak pozwolimy sobie na ich przeżycie i zrozumienie, wtedy możliwy jest kolejny etap – orientowanie się w życiu na nowo, układanie swoich spraw bez partnera. Ostatni etap rozstania to pogodzenie się z losem, uznanie go za fakt i, być może, otworzenie się na nowe związki.

Ilustracja Martyna Wójcik-ŚmierskaIlustracja Martyna Wójcik-Śmierska

Moje, twoje, nasze

Robert Ofiara na podstawie swojej praktyki wyróżnia trzy kategorie rozwodzących się rodziców: – Pierwsza to ci, którzy chcą się rozstać w sposób chroniący dziecko, ale do końca nie wiedzą, jak to zrobić. Druga to ludzie, którzy wchodzą na ścieżkę konfliktu i chcą go jakoś rozwiązać. Te dwie grupy stanowią największy procent rozwodzących się. Trzecia natomiast, mniej liczna, ale najbardziej hałaśliwa, walczy ze sobą, odcina dzieci od drugiej strony. I tym wszystkim ludziom potrzebna jest pilna pomoc.
Jak podkreślają psychologowie, rozstanie to długi proces. Tymczasem ludzie są niecierpliwi, chcą gotowych cudownych recept. Żeby wszystko odbyło się szybko i bezboleśnie.

– Takich recept nie ma – mówi Karolina Budzik. – Każdy musi przejść tę często trudną drogę i zrozumieć, że stany, które przeżywa, to nie choroba psychiczna, tylko emocje, które są udziałem wszystkich tracących coś ważnego. Jeżeli nie przeżyjemy w pełni emocji związanych z poszczególnymi fazami rozstania, nie zezłościmy się, nie zapłaczemy, tylko będziemy te emocje dusić w sobie, to one mogą odbić się czkawką.

Ludzie rozstają się często z poczuciem uzasadnionej krzywdy. Urszula powtarza, że jej chodzi tylko o orzeczenie winy i sprawiedliwość, którą widać jak na dłoni. Bo gdyby nie romans Pawła, kryzys ich związku dałoby się zażegnać.

– Rzeczywistość na ogół nie jest czarno-biała – mówi Karolina Budzik. – Osoby zdradzone (czasem to mężczyźni) nie widzą, że druga strona ma wielkie poczucie winy, bo nie zachowała się fair i zostawiła partnera. Nie dostrzegają też swojego w udziału w doprowadzeniu do rozwodu. Zazwyczaj to, o co ich pytam, odbierają jako bulwersujące. A pytam, co takiego działo się wcześniej, przed zdradą, że do niej doszło. Być może czegoś zabrakło albo szwankowała komunikacja, bliskość i partner poszukał jej gdzie indziej. Nie mówię tu o winie, bo winę rozstrzyga sąd, ja mówię o perspektywie psychologicznej, o odpowiedzialności, jaką każdy z nas ponosi za związek. Poczucie winy ściąga w dół, nie pozwala nam się rozwijać. Jeżeli przeformułujemy je na poczucie odpowiedzialności, czyli dostrzeżemy, co zrobiłam, a czego nie, to pojawia się możliwość rozumienia drugiego człowieka, a nie szukania winnych. Możemy wtedy wzbogacić się o rozwiązania na przyszłość. Bo jeżeli wiem, co zawaliłam w tamtym związku, to w następnym będę czujna, uważna, żeby tego błędu nie popełnić.

Nieprzepracowane rozstanie takiej szansy nie daje. Kończy się na ogół, jak to określają terapeuci, recydywą rozwodową. Ludzie wchodzą w kolejne związki, często „na zakładkę”, jeszcze tkwiąc po uszy w poprzednich. I te nowe za chwilę też się sypią. Dlatego zdaniem psychoterapeutów potrzebna jest refleksja nad tym, co się z nami dzieje.

Karolina Budzik: – Osoby z poczuciem skrzywdzenia, na przykład żony alkoholików, staramy się uczyć koncentracji na sobie, pokazujemy, że są współuzależnione, bo ich życie kręci się wokół picia i niepicia. Bo często konflikt, nienawistne uczucia, które ich pochłaniają, paradoksalnie, jeszcze mocniej łączą ich z partnerem niż miłość. Stają się osią ich życia i powodują, że sprawy rozwodowe trwają kilka lat.

Bywa, że w takich związkach dochodzi do przemocy. Domagać się zadośćuczynienia czy jak najszybciej je kończyć?

– Za przemoc odpowiedzialny jest sprawca, który powinien ponieść za swoje czyny konsekwencje – mówi Karolina Budzik. – Ale w pracy psychologicznej nad sobą chodzi o co innego: o to, żeby osoba doświadczająca przemocy odzyskała siłę, żeby mogła stać się równorzędnym partnerem, a nie ofiarą. W samym słowie „przemoc” jest przekaz, że to działanie przeciwko mocy tej osoby, że ona nie potrafiła postawić granic, obronić się. I dopiero rozwód przerywa ten koszmar.

Ilustracja Martyna Wójcik-ŚmierskaIlustracja Martyna Wójcik-Śmierska

Odczarować rozstania

Często rodzice nie zauważają, że wciągają w konflikt dziecko, obsadzając je – zazwyczaj nieświadomie – w roli mediatora, sędziego, pocieszyciela, powiernika, terapeuty. Taki malec czuje się odpowiedzialny za konflikt między rodzicami, niejako staje się rodzicem swoich rodziców (co nazywa się w psychologii parentyfikacją). Psychologowie apelują: dziecko nie może opiekować się rodzicami, trzeba go z tej roli odbarczyć. Dorośli powinni szukać pomocy u psychoterapeuty, bliskich, a nie u dziecka. Nie każmy mu wybierać między tatą a mamą. Ono ma prawo kochać oboje rodziców.

Karolina Budzik: – Za to, jak przebiega rozwód i jak przeprowadzone jest przez ten proces dziecko, odpowiedzialni są rodzice. To nie jest tak, że ono samo sobie poradzi, zrozumie sytuację i się przystosuje. Ważne, żeby widzieć jego perspektywę, rozumieć, co przeżywa. Często mama czy tata własne uczucia przypisują dziecku, myślą, że ono przeżywa rozwód tak jak oni (to się nazywa projekcją i jest jednym z naszych mechanizmów obronnych). Tymczasem dziecko inaczej przechodzi przez tę sytuację i rodzice powinni te perspektywy umieć odróżnić. Oddzielić więź partnerską, która się skończyła, od więzi rodzicielskiej. Bo partnerami mogli być kiepskimi, a rodzicami być może są wystarczająco dobrymi. Dziecko powinno wiedzieć, co się dzieje w rodzinie, bo rozwód jego też dotyczy, na przykład wpływa na zmianę przedszkola w sytuacji przeprowadzki.

Psychoterapeuci z ADR ćwiczą z rodzicami rozmowy z dzieckiem. Chodzi o to, żeby nie ulec pokusie opowiadania z detalami, kto kogo zdradził, zawiódł, oszukał. Takie informacje nie są dziecku potrzebne, to tylko nasza potrzeba.

Bywa, że jedno z rodziców odcina drugiemu możliwość kontaktu z dzieckiem, na przykład matka alienuje syna od ojca. Brytyjscy terapeuci, Karen i Nick Woodallowie z londyńskiego Family Separation Clinic, zauważyli, że proces alienacji nie zachodzi tylko między rodzicami (alienującym i alienowanym), lecz także w umyśle dziecka. Buduje sobie ono wtedy obraz jednego rodzica jako złego, a drugiego jako dobrego, choć nie zawsze taki czarno-biały obraz jest prawdziwy i nie zawsze jego powstaniu towarzyszą konflikty między rodzicami.

Według psychologów to normalna reakcja obronna dziecka na nienormalną sytuację. Rodzice powinni znać ten scenariusz. Obserwować emocje i reakcje dziecka w trakcie rozwodu i być czujnymi, czy nie wchodzi w koalicję z jednym z nich. Twórcy ADR konstatują: ludzie rozstawali się i będą się rozstawać. Najwyższa pora, żeby im pomóc, żeby zdjąć z rozstań odium oceny.

Robert Ofiara: – Chodzi też o to, żeby dzieci nie wchodziły w dorosłe życie z obrazem rodziców plujących na siebie, żeby nie budowały potem związków zagrożonych rozpadaniem się. Ważna jest świadomość ludzi, że dzięki dobrym rozstaniom zyskują komfort życia, że jako rodzice mogą dalej ze sobą współpracować, pomagać sobie. Motywacje do zadbania o dobre rozstanie mogą być różne, ale w każdym przypadku to się opłaca. Po prostu.

Karolina Budzik: – Rozstanie jawi się nam jako bajka o żelaznym wilku. Trzeba je odczarować. Tak, to poważny kryzys. Ale każdy kryzys jest też szansą na transformację, na rozwój i być może na lepsze życie w zgodzie ze sobą. Nadal mocna jest tendencja: dla dobra dziecka się nie rozstawajmy. Niektórzy mówią: „Czekamy z rozstaniem do jego osiemnastki”. I co – ma chłonąć złą relację i z takim posagiem iść w dorosłe życie? W dodatku z poczuciem, że rodzice są razem dla niego, że się poświęcają? W ADR pokazujemy, że samo rozstanie nie jest złe, chodzi o sposób jego przeprowadzenia. I jeżeli nie da się uratować związku, o co zawsze warto zawalczyć, to trzeba ratować siebie i dziecko.

  1. Psychologia

Czy Polacy są gotowi na poliamorię?

Poliamoria i trójkąty znalazły się pośród dwunastu odcieni miłości, zaprezentowanych w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”. Nie mogło ich zabraknąć, ponieważ to wyjątkowe uczucie ma nie tylko monogamiczne oblicze. Ilustracje do kalendarza zrobił Andrzej Pągowski.
Poliamoria i trójkąty znalazły się pośród dwunastu odcieni miłości, zaprezentowanych w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”. Nie mogło ich zabraknąć, ponieważ to wyjątkowe uczucie ma nie tylko monogamiczne oblicze. Ilustracje do kalendarza zrobił Andrzej Pągowski.
Czy można kochać więcej niż jedną osobę naraz? Jak postrzegamy poliamorię w naszym kręgu kulturowym? Czy akceptujemy wielomiłość? Agencja badawcza Biostat przeprowadziła ogólnopolskie badanie, w którym sprawdziła, co o takich relacjach sądzą Polacy.

Czym jest poliamoria?

Poliamoria, nazywana inaczej wielomiłością, oznacza relację uczuciową z więcej niż jedną osobą w tym samym czasie. Co ważne, wszystkie strony zaangażowane w taki związek są go świadome i zgadzają się na niego.

Czy Polacy są otwarci na wielomiłość?

Z badania wynika, że Polacy stawiają raczej na monogamiczne związki. Blisko 75 proc. respondentów nie byłoby skłonnych do bycia w jednoczesnej relacji z więcej niż jednym partnerem/partnerką, z czego przekonanym o tym było prawie 57 proc. ankietowanych. Tylko nieco ponad 11 proc. uczestników badania zadeklarowało, że mogłoby nawiązać taką relację.

Co więcej, pytani źle oceniają wielomiłość. Najwięcej respondentów stwierdziło, że trójkąt miłosny to niemoralny związek, który jest nie do zaakceptowania – 61 proc. Osoby najstarsze, należące do grupy wiekowej 55+, zdecydowanie częściej niż pozostali wskazywały właśnie na tę odpowiedź – aż 80 proc. Ponad połowa badanych (53 proc.) uważała, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest upokarzające. Znacznie rzadziej zgadzano się z tym, że zaangażowanie w taką relację jest – lub może być – bardzo ciekawym doświadczeniem (blisko 27 proc.).

- Wprawdzie poliamoria nie mieści się w naszych kulturowych schematach, jednak najważniejsze jest to, że ludzie, którzy w takiej wspólnocie żyją, mają poczucie, że to im służy, że się rozwijają i że są dzięki temu szczęśliwsi. W relacjach poliamorycznych motorem i celem nie jest seks i perwersja, lecz miłość. Skoro jeden człowiek może dawać tak dużo, to ile może dać cała grupa zaprzyjaźnionych ludzi. - mówi Katarzyna Miller, w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”

Młodzi bardziej liberalni?

Z tym, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest upokarzające, częściej zgadzają się respondenci ze starszych grup wiekowych: 35-44, 45-54 oraz 55+. Bardziej liberalne w tej kwestii były osoby z najmłodszej grupy wiekowej 18-24 lata, ponieważ blisko 40 proc. nie zgadzało się ze stwierdzeniem o niemoralności tego rodzaju relacji pomiędzy partnerami. Respondenci z tej grupy także najczęściej wskazywali na odpowiedź, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest – lub może być – bardzo ciekawym doświadczeniem (blisko 39 proc.).

- Związki trójkątne są naprawdę interesującym testem. I właściwie sprowadzają się do dyskusji, czy człowiek jest monogamiczny czy poliamoryczny. Nikt tego dylematu do tej pory nie rozwiązał. Generalnie myślę, że trójkąty są niesprawiedliwie skazane na społeczne i obyczajowe potępienie. Mogą być naprawdę wyrazem bardzo, bardzo głęboko przeżywanej miłości do każdej z osób. I zgody na jej wolność. – mówi Wojciech Eichelberger, w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”.

Co nas kręci w związku poliamorycznym?

Polacy, którzy byliby w stanie stworzyć związek poliamoryczny wskazywali, co motywowałoby ich do zaangażowania się w taką relację. Jak pokazują wyniki, głównym powodem byłaby chęć przeżycia ciekawej przygody – 59 proc. Z kolei 42 proc. badanych zrobiłoby to ze względu na trudność w dokonaniu wyboru jednego partnera. Dla 36 proc. respondentów związek poliamoryczny byłby sposobem na urozmaicenie życia i przełamanie rutyny. Polacy w takiej relacji widzą również możliwość dowartościowania siebie – 29 proc.

Dlaczego stawiamy na monogamię?

Badani, którzy nie byliby w stanie żyć w związku poliamorycznym, zostali zapytani o to, co demotywowałoby ich do relacji z więcej niż jedną osobą jednocześnie. Najwięcej respondentów zadeklarowało, że byłoby to niezgodne z ich wychowaniem – blisko 52. proc. Prawie 45 proc. Polaków obawiałoby się rozpadu związku, zaś 42 proc. miałoby trudności w obdarzeniu partnera zaufaniem. Nieznacznie mniej badanych wskazało na zazdrość – 41 proc. Pośród odpowiedzi pojawiły się również: niezgodność z wiarą – blisko 36 proc. czy brak możliwości założenia normalnej rodziny – prawie 36 proc. Polacy wskazywali także na brak akceptacji wśród najbliższego otoczenia jako czynnik demotywujący ich do zaangażowania się w związek poliamoryczny – 18 proc.

Jubileuszową, X edycję Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter można zobaczyć podczas wirtualnego spaceru: Kalendarz Artystyczny Gedeon Richter

  1. Psychologia

Jak rozwijać w dziecku miłość, wrażliwość i szacunek do przyrody?

Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Kiedyś w miastach straszyły wszechobecne tabliczki z napisem „Nie deptać trawników”. Obecnie coraz mniej dzieci ma w ogóle pomysł, żeby wejść na trawę. Jak zatem wykorzystać naturę jako sprzymierzeńca w procesie wychowawczym? Podpowiada pedagożka Ewa Nowak.

Jeśli twoje dziecko chodzi do przyzwoitej szkoły, prawdopodobnie ma sporą wiedzę z biologii, a nawet ekologii, ale natury nie zna i nie korzysta z niej wystarczająco. Nawet w wakacje rzadko wychodzi na dwór, a jeśli już, to ze wzrokiem utkwionym w ekran smartfona. Nastolatki dzieli dziś od przyrody przepaść i ten chroniczny brak kontaktu ma bezpośrednie przełożenie na częstość występowania krótkowzroczności, otyłości, niedoboru witaminy D, depresji, zaburzeń zachowania, alergii i uzależnień, w tym uzależnienia od Internetu. A to tylko kilka z problemów współczesnych dzieci...

Jak pisze Richard Louv w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”, to obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury, bo „rdzeniem tego ruchu są rodzice”. Nie ma sensu oglądanie się na szkołę. Trzeba najpierw zmienić zwyczaje u siebie. I nie chodzi o to, żeby rozmawiać z dziećmi o segregacji śmieci czy oszczędzaniu wody, bo to mają już we krwi. Ale czy zakręcają kran z przekonaniem, z myślą o żabie, sikorce albo ślimaku, którego spotkali w lesie?

W poszukiwaniu witaminy N

Według statystyk w Stanach Zjednoczonych na leki antydepresyjne dla dzieci i młodzieży od 10 lat wydaje się rocznie więcej niż na witaminy i antybiotyki. Lekarze najróżniejszych specjalności zaczęli więc szukać wsparcia terapeutycznego w pozafarmaceutycznych rozwiązaniach. Kiedy czytałam książkę Richarda Louva, co chwila przed oczami wyskakiwały mi wspomnienia z dzieciństwa i czułam smutek, że dziś muszę pisać tekst uświadamiający w większości jeszcze wychowanym pod gołym niebem rodzicom, że krzywdzą fizycznie i psychicznie swoje dzieci. Bo tym jest właśnie zespół deficytu kontaktu z naturą.

Chcesz mieć zdrowe, wesołe, niezestresowane dziecko? To korzystaj z wakacji i wywieź je chociaż na trochę na łono natury. Kiedy poczuje, ile daje mu spacer na bosaka albo gapienie się na chmury, zrozumie, dlaczego naprawdę warto chronić zasoby naturalne. Bez tego rozmowa, jak powinniśmy wszyscy chronić lasy, jest pustosłowiem. Jak twierdzi światowej sławy specjalista od kąpieli leśnych dr Qing Li z Japonii: „Ostatecznie to więź naszych dzieci ze środowiskiem naturalnym zdecyduje o przyszłości. Jeżeli pozwolimy dzieciom wejść do lasu, wyrosną na ludzi, którzy go chronią”.

Obserwacja ptaków, włóczenie się po lesie, biegi na orientację, spacery w świetle księżyca, pływanie w jeziorze, kwiaty w domu, spacery bez względu na pogodę, łażenie po kałużach i zgoda na ubrudzenie się błotem – to zaledwie kilka z bardzo wielu propozycji zawartych w poradniku o witaminie N. Niestety wiem, że niejeden z moich dobrze wykształconych znajomych postuka się w głowę zwłaszcza na pomysł chodzenia na bosaka. „Czy ty, Ewka, nie słyszałaś o kleszczach?”. Żyjemy w kulturze lęku i skutecznie wychowujemy w niej nasze dzieci. One drżą ze strachu na samą myśl, co straszliwego im się przydarzy, jeśli zanurzą ręce w strumieniu. Wielu nastolatków brzydzi się piachu na plaży, a swędzenie po ukąszeniu komara jest doświadczeniem granicznym...

W czym może pomóc młodemu człowiekowi obserwacja ptaków? Piszą o tym autorzy książki „Ornitologia terapeutyczna”. Możemy z niej dowiedzieć się m.in., że to czynność, która pozwoli oderwać się od dotychczasowego środowiska, poszerzyć horyzonty, a co najważniejsze, wykorzystać i stymulować wszystkie zmysły. Obserwacja ptaków to rodzaj całościowej terapii. Już samo ptakoliczenie, które wiele dzieci robi naturalnie, odpręża, a obserwacja ptaków w trudnych warunkach – angażuje funkcje poznawcze.

Jeśli wciąż nie masz przekonania do tego, żeby przyspawane do smarfona dziecko zawlec do lasu, niech ci pomoże cytat z Hipokratesa: „Choroby nie pojawiają się w nas jak grom z jasnego nieba, lecz rozwijają się z popełnianych codziennie grzechów przeciwko naturze”. A do Hipokratesa dołóżmy jeszcze słowa Richarda Louva: „Pediatrzy ostrzegają, iż dzisiejsze dzieci mogą być pierwszym pokoleniem (od czasów drugiej wojny światowej) o niższej przewidywanej długości życia niż ich rodzice”.

Czuły ogrodnik

Gra na smartfonie to czynność „niezielona”, ale biwak pod namiotem – jak najbardziej tak. Intuicyjnie czujemy, które czynności są zielone, a które nie. I tak np. uprawianie ogrodu, o czym pisze Sue Stuart-Smith w książce „Kwitnący umysł”, jest połączeniem aktywności na świeżym powietrzu i aktywności, która pochłania nasz umysł. Czyli odstresowuje. Ogrodnictwo od dawna jest wykorzystywane do terapii, a jeśli dziś absolutnie nie kojarzy się z młodzieżą, to tylko dlatego, że nie wykształciła się na to moda. Bo przecież dzieci lubią grzebać w ziemi, podlewać rośliny i patrzeć, jak rosną. Nastolatki nie mają już z tego żadnej przyjemności, bo zaczynamy ich rozliczać z pracy do wykonania.

Może więc podaruj swojemu nastolatkowi skrzynkę na kwiaty albo dwie grządki i skalniak w przydomowym ogródku? A potem powstrzymaj się od dobrych rad na temat uprawy...

Przyrodnicze IQ

Howard Gardner, profesor pedagogiki na Uniwersytecie Harvarda, w ogłoszonej w latach 80. XX wieku teorii inteligencji wielorakiej pokazał, że nie istnieje jeden rodzaj inteligencji, ale aż siedem. A następnie dodał ósmy typ: inteligencja przyrodnicza. Czy twoje dziecko jest inteligentne przyrodniczo? Dzieci o inteligencji przyrodniczej:

  • Mają wyczulone zmysły.
  • Chętnie używają swoich zmysłów do analizy.
  • Lubią przebywać na świeżym powietrzu.
  • Łatwo dostrzegają prawidłowości i powtarzające się wzorce (podobieństwa, różnice, wyjątki).
  • Opiekują się zwierzętami i roślinami.
  • Lubią kolekcjonować okazy, robić dzienniki, zielniki, kosze skarbów.
  • Lubią książki i programy o zwierzętach.
  • Wykazują świadomość i troskę o zagrożone gatunki.
  • Łatwo przyswajają nazwy, systematykę i informacje na temat cech poszczególnych roślin i zwierząt.

Zielono w głowie

  • Richard Louv pisze, że dzieci, które mają częsty kontakt z naturą, są spokojniejsze. ADHD ulega wyciszeniu, nawet gdy tylko idą do szkoły przez park zamiast ulicą.
  • Dzieci, a potem nastolatki potrzebują silnych wrażeń. Jeśli nie wspinają się na drzewa, nie błądzą po lesie, nie bawią się nawet w chowanego – sięgają po to, co im wrażenia zapewni.
  • Żaden ekodom nie zaangażuje sensorycznie tak jak środowisko naturalne. Zapach, dotyk, wzrok, słuch, a nawet smak będą pracować na pełnych obrotach, gdy wpuścisz dziecko na łąkę, do ogrodu, do lasu, nad rzekę. Plac zabaw się nie liczy, bo to miejsce tak ustrukturalizowane, że mimo wielu dobrodziejstw rozwojowych nie zaspokaja kontaktu z naturą.
  • Miejskie nastolatki często nigdy w życiu nie taplały się w błocie, nie przesypywały piasku między palcami, nie zbierały kory, patyków, liści, nie leżały na mchu, gapiąc się w korony drzew. Kto pozwolił nam to odebrać młodym ludziom?
  • Nie wysyłaj dziecka na kolejny obóz językowo-komputerowy. Wyślij je do lasu na obóz survivalowy, na wycieczkę w jednych spodniach i bluzie. Będzie przestraszone, ale szybko mu to minie. Chodzi o to, żeby do spectrum możliwości, jak radzić sobie ze stresem, dziecko dodało punkt: przebywanie samemu wśród przyrody. Louv nazywa to dobrą samotnością. Wielu dorosłych w sytuacjach kryzysowych szuka kontaktu z naturą, bo pomaga im to w powrocie do równowagi. Tylko trzeba móc w dzieciństwie chociaż raz tego spróbować. A nikt poza rodzicem nie stworzy dziecku takiej szansy.
  • Zdrowie, terapia, odreagowanie stresu – wszystko to bardzo ważne, ale jest jeszcze taki prosty obszar życia jak przyjemność. „Młodzi ludzie mogą unikać okolicznej przyrody, ponieważ chroniczne oderwanie od niej sprawia, że nie doceniają płynącej z niej przyjemności” – pisze Florence Williams w książce „Natura leczy, czyli co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi, zdrowi i bardziej kreatywni”. Dajmy więc dzieciom szansę na odrobinę zielonej przyjemności.

Rodzicu, sprawdź się:

  • Czy twoje dziecko lubi las?
  • Jak reagujesz, kiedy wraca z dworu brudne, umazane ziemią, z zadrapaniami na kolanach? Kiedy ostatnio takie wróciło?
  • Kiedy twoje dziecko ostatnio leżało na mchu, gapiąc się w chmury? Widziałeś je kiedykolwiek podczas takiej aktywności? A ono ciebie widziało?
  • Czy uważasz, że kontakt z przyrodą ma moc terapeutyczną? Brak kontaktu z przyrodą rodzi choroby i cierpienie psychiczne? A może to bzdura? Jakie są twoje przekonania?
  • Co wydaje ci się najłatwiejsze, żeby pomóc twojemu dziecku odnaleźć drogę do kontaktu z naturą?
  • Pamiętaj, że to rodzice są odpowiedzialni za to, ile zielonych czynności wykonują codziennie ich dzieci.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.