Jeśli po maratonie „Bridgertonów” szukasz na Netflixie kolejnych kostiumowych romansów, „Madame J” może wydawać się strzałem w dziesiątkę. Z regencyjnej Anglii przenosimy się co prawda do rządzonej przez Ludwika XV Francji, ale również tutaj miłość wisi w powietrzu. Z tym że bardzo szybko przekonamy się, że miłość od nienawiści dzieli tylko jeden krok.
Na wstępie reżyser Emmanuel Mouret serwuje nam poszatkowane sceny z kilku miesięcy, jakie kochliwy markiz des Arcis (w tej roli Edouard Baer) spędza w gościnie u młodej wdowy – tytułowej madame (Cécile de France). Wizyta przedłuża się, bo on za cel wziął zdobycia względów pani domu, a ona – zniechęcona doświadczeniami z niegotowym na małżeństwo pierwszym mężem i świadoma wątpliwej reputacji gościa – konsekwentnie zbywa jego zaloty. Już pierwsza kwestia, jaka pada z ekranu, to zdająca się nie mieć końca lista miłosnych podbojów markiza, która – jak zaznacza madame – jest jedynie skromną próbką jego możliwości.
Choć chętnie spaceruje z nim pod rękę w skąpanym w promieniach słońca parku, na każde wyznanie uczuć zdaje się mieć gotową gorzką odpowiedź. – Mnie natura stworzyła obojętną na porywy serca i miłości. Zawsze zdawały mi się nudnym, przewidywalnym spektaklem – powtarza z uprzejmym uśmiechem. On twierdzi za to, że zna miłość w najczystszej postaci dzięki temu, że jako dziecko mógł obserwować swoją ciotkę i wujka, których więź była nie do podrobienia. A że samemu daleko mu do wzoru cnót i wierności? Po prostu postanowił szukać tej jedynej do skutku, ryzykując, że w międzyczasie liczne wysoko urodzone piękności wyleją przez niego morze łez. Jest to jednak cena, którą z rozkoszą akceptuje.
(Fot. materiały prasowe Pascal Chantier)
Ostatecznie Madame de la Pommeraye ulega urokowi des Arcisa. Ich miodowy miesiąc mija jednak w okamgnieniu. Gdy tylko markiz dopina swego, szybko porzuca rolę namiętnego kochanka i snuje się smętnie po posiadłości, rozmyślając jedynie o swoich architektonicznych projektach. Kiedy za namową przyjaciółki zaniepokojona madame konfrontuje się z wymigującym się od czułości partnerem, ten ochoczo przystaje na propozycję rozstania i pozostania w serdecznej przyjaźni. Porzucona bohaterka z pozoru robi dobrą minę do złej gry, ale w kuluarach zaczyna planować zawiłą intrygę. – Nie szukam zemsty. Reprezentuję płeć żeńską, a on męską […] Jeśli nikt nie ulepszy mężczyzn, czy będzie to dobre dla społeczeństwa? – pyta de la Pommeraye.
Skrzywdzona kobieta zastawia na notorycznego uwodziciela pułapkę, wchodząc w komitywę z żyjącą na marginesie społecznym panią lekkich obyczajów i jej piękną córką. Początkowo wszystko idzie zgodnie z planem – markiz wpada w sidła atrakcyjnej i rzekomo bardzo religijnej dziewczyny, która zgodnie z poleceniem odrzuca wszelkie miłe słowa i podarki adoratora. Pozostaje pytanie, czy madame będzie wiedziała, kiedy powiedzieć „dość”.
(Fot. materiały prasowe Pascal Chantier)
Kto powinien zobaczyć ten romans z Netflixa? „Madame J” to propozycja nie tylko dla miłośników filmów kostiumowych z romansem w tle, ale także dla wielbicieli skomplikowanych postaci kobiecych i historii o zemście – tym razem tej dokonanej w koronkowych rękawiczkach. Na szczególną uwagę zasługuje aktorski popis Cécile De France. Francuska aktorka doskonale wciela się w kobietę, której honor i konwenanse nie pozwalają pogrążyć się w rozpaczy. Zamiast tego postanawia skrywać swój ból za promiennym uśmiechem i bez mrugnięcia okiem realizować okrutny plan, który uderzy markiza w czuły punkt. Komu mało jest produkcji w stylu „Bridgertonów”, ten spokojnie może sięgnąć po tę pozycję.