1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Zagubieni w orientacji

Zagubieni w orientacji

Większość z nas choć raz fantazjowała erotycznie o osobie tej samej płci, co nie znaczy, że chcieliśmy – świadomie lub nie – wprowadzić owe fantazje w czyn i że stajemy się nagle biseksualni. (Fot. iStock)
Większość z nas choć raz fantazjowała erotycznie o osobie tej samej płci, co nie znaczy, że chcieliśmy – świadomie lub nie – wprowadzić owe fantazje w czyn i że stajemy się nagle biseksualni. (Fot. iStock)
Ona czasem śni o seksie z kobietą. On zagląda na gejowskie porno. Czy to biseksualizm? Niekoniecznie. Większość heteroseksualnych ma lekkie skłonności homo. A ty? Sprawdź na skali Kinseya.

Jolka ma chłopaka, na którym jej zależy i udane życie seksualne. Ma też pewną słabość: ogląda się za dziewczynami. Przyciągają jej wzrok. Są piękne, długonogie, powabne, poruszają się z gracją. I mają często fajne ciuchy… Dlatego idąc ulicą prawie w ogóle nie zwraca uwagi na mężczyzn, za to niektórym dziewczynom przygląda się wręcz otwarcie.

Renata wprawdzie nie ogląda się za dziewczynami, ale kiedyś z jedną wylądowała w łóżku. Dziś tłumaczy, że to było pod wpływem alkoholu, że jej kochanka była zdeklarowaną lesbijką i najpierw ją lekko otumaniła winem, a potem uwiodła. Jak było? Dziwnie, w sumie nawet przyjemnie, ale Renata już więcej tego nie powtórzyła. Przestraszyła się jednak: może nie wszystko jest z nią w porządku?

Justyna mówi o sobie „stuprocentowa heteryczka”. Kobiece ciało jej nie podnieca. Wcale! Ale ma pewien sen, który regularnie powraca: podczas letniej, ciepłej nocy uwodzi ją instruktorka na obozie sportowym. Za każdym razem jest inaczej, ale zawsze miło. Justyna podczas tego snu przeżywa orgazm.

Paweł jako pięciolatek bawił się z kolegą z podwórka: chowali się w krzakach i dotykali nawzajem swoich penisów. Nie pamięta, czy go to podniecało, ale zabawa była rajcująca, bo nikt o niej nie wiedział. Dziś faceci go raczej nie interesują.

Robert wzdryga się na samą myśl, że mógłby zostać posądzony o homoseksualizm. Bo niby na jakiej podstawie? Dlatego, że kiedyś oglądał gejowskie porno i mocno się podniecił? Do tego stopnia, że się masturbował. Kiedy to sobie przypomina, czuje się trochę dziwnie. Nikomu o tym nie powiedział, bo obawia się, że wezmą go za geja.

Między „zerem” a „dwójką”

Biseksualizm, czyli odczuwanie popędu płciowego i pożądania do osobnika tej samej oraz odmiennej płci, jest wciąż słabo poznaną stroną ludzkiej natury. Dlaczego? Bo z założenia zawiera element homoseksualny. A ten nadal nie jest do końca akceptowany społecznie. Jeszcze nie tak dawno stanowił nie tylko tabu, ale był przestępstwem, za które karano. Przypisywano go marginesowi społecznemu, uznawano za dewiację.

– Pierwsze badanie dotyczące homoseksualizmu usiłował przeprowadzić w Polsce w 1903 r. prof. Ludwik Hirszfeld: rozesłał na ten temat ankiety do 3 tys. studentów – opowiada Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Wywołało to ogromny skandal, a naukowiec został skazany na grzywnę i 10 dni aresztu. Pamiętajmy więc, że możliwość otwartego mówienia o bi- czy homoseksualizmie to osiągnięcie ostatnich 20–15 lat.

Przełamanie zmowy milczenia zawdzięczamy badaniom amerykańskiego seksuologa Alfreda Kinseya z 1948 r. Słynny badacz zrobił coś jeszcze: wprowadził nowy model spojrzenia na ludzką seksualność. Do tej pory obowiązywał dwubiegunowy freudowski model orientacji seksualnej: człowiek ma orientację albo homo, albo hetero, a na ich styku znajduje się biseksualizm, czyli trzecia orientacja, będąca ich połączeniem. Kinsey zaproponował bardziej miarodajny model siedmiostopniowej skali. W myśl jej założeń orientacja jest jedna. To jakby linia prosta, która na jednym końcu ma punkt „homo”, a na drugim „hetero”, ale te punkty nie są od siebie ani oderwane, ani przeciwstawne. Stanowią swoją naturalną konsekwencję.

– Na początku skali jest „zero” – to osoba o skłonnościach heteroseksualnych, bez żadnego komponentu homo – czyli ktoś, kto na homoseksualizm w jakiejkolwiek postaci reaguje odrzuceniem – tłumaczy Małgorzata Zaryczna. – „Jedynka” to już ktoś o nastawieniu heteroseksualnym, ale z przypadkowymi elementami homo, np. snami, fantazjami erotycznymi, korzystaniem z bodźców wzrokowych. „Dwójka” to osoba o nastawieniu heteroseksualnym, ale z bardziej niż przypadkowymi epizodami homo – doświadczenia i kontakty homoseksualne podejmowała świadomie i więcej niż raz. „Trójka” to środek skali – ktoś, kto ma jednakowe nastawienie hetero- i homoseksualne. Dalej skala stanowi lustrzane odbicie pierwszej części, kończąc się na „szóstce”, czyli osobie o zdecydowanie homoseksualnej orientacji, bez jakichkolwiek elementów heteroseksualnych.

Co najciekawsze, z jednego punktu skali można przechodzić do drugiego. Większość z nas w ciągu swego życia przesunie się o jeden, góra dwa punkty – większe „podróże” zdarzają się rzadko.

 
Skąd mamy wiedzieć, w jakim miejscu skali się plasujemy? Możemy śmiało przyjąć, że gdzieś między „zerem” a „dwójką” – tych jest bowiem w społeczeństwie najwięcej. „Piątki” i „czwórki” zdarzają się niezwykle rzadko, podobnie jak „trójki” – idealnych biseksualistów. Pokazują to na przykład wyniki kanadyjskich badań, przeprowadzonych wśród studentów: tylko 1 proc. to osoby biseksualne i 1 proc. – homoseksualiści, pozostałe zaś 98 proc. to „zera”, „jedynki” lub „dwójki”. Jeśli spojrzymy na sprawę w ten sposób, to okaże się, że wszyscy jesteśmy z natury biseksualni – bo przecież już „jedynkom” towarzyszą elementy homoseksualnych fantazji.

Skłonność do adaptacji i eksperymentów

Nie każdy kontakt z własną płcią oznacza przesunięcie w kierunku środka skali. Jest wiele homoseksualnych zachowań, które jeszcze nie świadczą o takiej orientacji. Na przykład zjawisko zwane homoseksualizmem zastępczym, typowe dla zakładów karnych, koszar wojskowych czy innych odizolowanych miejsc, gdzie przebywają osoby tej samej płci. W sztucznie wykreowanych warunkach, gdzie ludzie są przez dłuższy czas skazani na towarzystwo własnej płci, homoseksualizm jest sposobem realizacji popędu i redukcji napięcia, a nie wyrazem orientacji. Zjawisko to sugerowałoby, że homoseksualizm został przez naturę pomyślany jako rodzaj wentyla bezpieczeństwa.

– Dobrze to widać na przykładzie zwierząt, które trudno posądzać o sprzeczne z naturą zachowania – mówi Zaryczna. – Często możemy zaobserwować, choćby w zoo, że kopulują ze sobą osobniki tej samej płci. Ale jak tylko pojawi się samiczka, natychmiast wracają do „klasycznych” metod rozładowania napięcia. Czy to znaczy, że są biseksualne? No cóż, one się raczej nie wypowiedzą… Biseksualizm to skłonność do seksu zastępczego, wynikająca z jednej z podstawowych cech ssaków – adaptacji. Homo sapiens jest ssakiem i pod względem tak pierwotnej sprawy, jaką jest pociąg seksualny, działa tak, jak sobie życzy natura.

Kolejna kwestia to homoseksualizm młodzieńczy. Pod tym terminem mieszczą się różne zachowania seksualne na poszczególnych etapach rozwoju psychoseksualnego, czyli zabawa kilkulatków w doktora z rówieśnikami tej samej płci, wspólny prysznic szkolnej drużyny i żarty w męskiej szatni po meczu, dziewczęce całusy na dyskotece, fascynacja młodych chłopców widokiem nagich pośladków – niezależnie od tego, do kogo należą, a także eksperymenty seksualne starszych nastolatków.

– To, czy taka faza trwa kilka dni, czy kilka lat, np. przez całe liceum, nie ma znaczenia – podsumowuje Zaryczna. – Seksualność młodych ludzi dopiero się tworzy, dojrzewa. Próbują różnych rzeczy, by poznać samych siebie i swe preferencje. Żadne z tych zachowań nie świadczy o biseksualizmie czy homoseksualizmie, bo w seksuologii nie określa się orientacji człowieka przed osiągnięciem przez niego względnej dojrzałości, czyli do 18. roku życia. Poza tym nastolatka w okresie burzy hormonalnej podnieca prawie wszystko, więc trudno mu na razie rozdzielić to, co jest zgodne z jego preferencjami od tego, co jest podniecające, bo w ogóle dotyczy seksu.

W kontakty homoseksualne, które nie świadczą bynajmniej o homoseksualnej orientacji, można też wchodzić z takich powodów, jak brak identyfikacji z własną płcią czy lęk przed płcią przeciwną. Młody człowiek nie jest na tyle świadomy, by stwierdzić: „mam kompleks małego członka, dlatego przerażają mnie kobiety”. Prędzej uzna, że jest gejem, a to wcale nie musi być prawda. Jeśli tak właśnie uzna i – co gorsze – nie zaakceptuje w sobie pierwiastka homoseksualnego – może go to na pewien czas zablokować w kontaktach zarówno z kobietami, jak i mężczyznami.

Nie wystarczy, że podnieca

Jak zinterpretować przypadki naszych bohaterów? Co do Pawła mamy chyba jasność: jego doświadczenia homoseksualne to efekt dziecięcego zaspokajania ciekawości, a nie orientacji. W wieku kilku lat dziecko przecież nie ma o swojej orientacji zielonego pojęcia. Ale Robert? Ten, który podniecił się gejowskim porno? Coś chyba musi być „na rzeczy”, skoro widok dwóch mężczyzn wywołał u niego taką reakcję?

– Niekoniecznie – protestuje Małgorzata Zaryczna. – Przecież filmy porno robi się właśnie po to, by podniecały. Instynktownie nastawieni na „nie” jesteśmy zazwyczaj jedynie w stosunku do seksu dewiacyjnego (np. pedofilnego czy zoofilnego). Reszta to kwestia indywidualnych upodobań. A jeśli przełamiemy przygotowanie społeczno-kulturowe i związane z wychowaniem uwarunkowania, to niemal każdy rodzaj seksu będzie na nas w jakiś sposób działać…

Większość z nas choć raz fantazjowała erotycznie o osobie tej samej płci, co nie znaczy, że chcieliśmy – świadomie lub nie – wprowadzić owe fantazje w czyn i że stajemy się nagle biseksualni. Tak naprawdę osób, które jednakowo podniecają obie płcie, bez skłonności ku żadnej ze stron, jest bardzo niewiele (mniej niż jeden procent społeczeństwa). Przeważnie jesteśmy heterykami, którzy tylko czasem mają stan umysłu „bi”.

– Nasz biseksualizm w większości przypadków rozgrywa się głównie w fantazjach, a nie w praktyce – uważa seksuolog. – Ludzie, którzy wchodzą w związki czy romanse z obydwiema płciami to nadal rzadkość.

A Renata? Ta, która przespała się z dziewczyną, a raczej dała się jej uwieść? Czyż pod wpływem alkoholu nie robimy rzeczy, których potem żałujemy?

 
– Znów powtórzę: niekoniecznie – odpowiada Małgorzata Zaryczna. – Gdyby znajoma zaproponowała Renacie rodzaj zbliżenia, który by jej nie odpowiadał, to nawet spora dawka alkoholu nie wpłynęłaby na to, by uległa – powiedziałaby po prostu „nie”. A że po wszystkim czuła się dziwnie i była trochę przestraszona? To także o niczym nie świadczy, bo przecież po pierwszym stosunku z mężczyzną pewnie czuła się podobnie. Pierwsze razy już takie są, także w typowych dla naszej orientacji granicach. Renata jest prawdopodobnie „jedynką” na skali Kinseya. Ale jeśli w przyszłości zdecyduje się na homoseksualny kontakt i będzie on miał mniej przypadkowy charakter, może zbliżyć się do „dwójki”.

Jolka, która się ogląda za dziewczynami, jest zapewne „jedynką” lub „zerem” na skali. I co z tego, że uważa kobiety za piękne istoty?! Przecież takie są. Docenienie ich urody nie ma nic wspólnego z orientacją. Sypia z mężczyzną, nie fantazjuje o kobietach. Lubi to, co ma.

Trochę inaczej sprawa wygląda ze śniącą o instruktorce Justyną, która może się okazać mniej zdeklarowaną heteryczką, niż jej się wydaje.

– Czasem, podejrzewając u siebie wątki homoseksualne, tłumimy i wypieramy naszą prawdziwą orientację, bo chcemy być „normalni” – ostrzega seksuolog. – Przykładem takiego zachowania była jedna z postaci z filmu „American Beauty”: faszyzujący zwolennik twardej ręki, który najpierw usiłował pocałować głównego bohatera, a potem go zabił, bo nie mógł znieść faktu, że tamten poznał jego najwstydliwszą tajemnicę. Ta historia pokazuje, że ludzie, którzy nie ujawniają swoich prawdziwych preferencji, przez większość życia bardzo się męczą, a ich skłonności ujawniają się w snach czy fantazjach i powodują ogromne wyrzuty sumienia. W skrajnych przypadkach podobna walka ze sobą może nawet doprowadzić do tragedii.

Sny naszej bohaterki Justyny o seksie z kobietą nie byłyby może niczym istotnym, gdyby nie fakt, że doprowadzają ją do orgazmu.

 – To wygląda na stłumiony głos z wnętrza, który się czegoś domaga – mówi seksuolog. – Justyna mogłaby się okazać nawet „trójką”, gdyby odważyła się przyjrzeć swoim fantazjom i eksplorować własną seksualność. Ta rada zresztą dotyczy nas wszystkich.

Poznaj siebie - skala Kinseya

0 - całkowity heteroseksualizm 1 - heteroseksualizm z lekkimi skłonnościami homoseksualnymi 2 - biseksualizm z większymi skłonnościami heteroseksualnymi 3 - biseksualizm, bez przewagi skłonności w żadną ze stron 4 - biseksualizm z większymi skłonnościami homoseksualnymi 5 - homoseksualizm z lekkimi skłonnościami heteroseksualnymi 6 - całkowity homoseksualizm 7 - aseksualizm

Jeśli chcesz uczciwie oszacować swoją orientację seksualną, pamiętaj: ważne jest nie tylko to, co robisz, ale też co się dzieje w twojej głowie. Na pozór możesz być wzorem heteroseksualności, ale np. podczas masturbacji czy seksu z mężem fantazjujesz o kimś tej samej, co twoja, płci. Czy to znaczy, że jesteś „bi”? Tak, ale na początku skali. Myślą – choć jeszcze nie uczynkiem – przekraczasz pewien próg i część seksualnej energii kanalizujesz w określonym kierunku. Fantazjujesz sporadycznie, ale nie wprowadzasz fantazji w czyn? Zapewne jesteś „jedynką” na skali. Fantazjujesz regularnie, świadomie sięgając po takie obrazy, a sporadycznie po realny bodziec? Jesteś „dwójką”. I suwaczek na skali się przesuwa… Czy to źle? W żadnym razie! Traktuj to jako drogę do samopoznania. Jeśli będziesz z akceptacją przyglądać się sobie, zamiast się osądzać i być może potępiać – będziesz czerpać więcej satysfakcji z życia. I seksu.

Wszystkie kobiety są biseksualne?

Tak naprawdę – wbrew obiegowej opinii – kobiety przejawiają mniej zachowań homoseksualnych niż mężczyźni. Panowie mają większy apetyt seksualny, więc i większy pociąg do eksperymentów. Są też bardziej pobudliwi, więc gdy zdejmą kulturowe kagańce, łatwiej się podniecają, także na widok innego mężczyzny. Z drugiej strony mają więcej oporów do pokonania. Na kobiecy stosunek homoseksualny jest większe społeczne przyzwolenie, w wypadku męskiego tolerancja gwałtownie się kurczy. Dlatego, kiedy do biseksualizmu przyznaje się mężczyzna, koledzy już nie chcą iść z nim na piwo…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

W łóżku bez fajerwerków. O tym, jak zapracować na udany seks, mówi Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna

Jak dbać o swoją seksualność, żeby pozbyć się erotycznych rozczarowań? (Fot. iStock)
Jak dbać o swoją seksualność, żeby pozbyć się erotycznych rozczarowań? (Fot. iStock)
Udany seks jest ziemski, nie z kosmosu. I szczery, ale w sposób życzliwy, ciepły, oparty na komunikacie „ja“. Fajerwerki nie są regułą, ale jak fajnie, że się czasem zdarzają. Nasze życie nie musi kręcić się wokół seksu, ale warto, by był jego częścią – tłumaczy edukatorka seksualna Alicja Długołęcka.

Według wschodniej tradycji seks to świętość, wręcz duchowe przeżycie. Ale też radość, czerpanie i dawanie przyjemności. Im bardziej na zachód, tym różniej jest postrzegany – jako obowiązek małżeński, droga do posiadania potomstwa, element dbania o siebie, a także dodawania sobie wartości. Czy seks jest tak wielowymiarowy, czy może o wiele prostszy niż myślimy? A może jest wszystkim tym po trochu? Czy nasz stosunek do niego mówi więcej o naszych potrzebach czy brakach ? – Przez lata byliśmy uczeni, że seks to coś, co przypływa do nas wraz z miłością, pierwszym zakochaniem, coś cudownego, co dzieje się samo, taka wspólnota dusz i ciał – tłumaczy dr Alicja Długołecka.

– Taką ideę wdrukowała nam kultura, wychowanie, religia, ale też sposób opisywania swojej seksualności przez poprzednie pokolenia. Tyle że zwykle towarzyszył im brak wiedzy na temat seksu oraz słabe kompetencje komunikacyjne. Jeśli dodamy do tego sporą domieszkę wstydu, poczucia winy i stereotyp, który głosi, że kobieta ma być wierna bez względu na to, co się dzieje w relacji, i jest skazana na to, co zainicjuje partner – to trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia, by coś dobrego w sferze seksualnej się wydarzyło. W konsekwencji osoby w średnim wieku, do których i ja się zaliczam, zderzają się dzisiaj z efektem swoistego rozdwojenia. Nauczono nas oczekiwać seksu kosmicznego, a dostajemy seks ziemski. Ale cóż, taki właśnie jest. Na szczęście wiele zależy od tego, co z nim zrobimy.

Alicja Długołęcka przyznaje, że ma dużo pacjentek, które są zawiedzione tym, jak potoczyło się ich życie seksualne. – Często przychodzą do mnie wtedy, gdy mają kochanka, i są rozdarte. Chciałyby mieć więcej przyjemności i kompetencji, rozleglejszą wiedzę – uważają, że dużo im w życiu umknęło. Coraz częściej pojawiają się kobiety, które są w trakcie rozwodu i właśnie zdały sobie sprawę z tego, że przez lata uprawiały seks, z którego nie były zadowolone - mówi Długołęcka.

- Z drugiej strony sporą grupę stanowią kobiety, które nie chcą odejść od swoich mężów czy partnerów. Często byli swoimi pierwszymi i jedynymi kochankami. Czasem partner już je zdradza, a one jego nie. Nieraz nie wiedzą, czy ten związek da się jeszcze rewitalizować, czy może trzeba się pogodzić, że seksu już nie będzie i lepiej postawić na przyjaźń. To, co mnie bardzo boli, to grupa młodych kobiet, koło 30., po jednym lub dwóch porodach, które na poziomie psychosomatycznym mają ogromną niechęć do seksu. Czyli było fajnie, ale od czasu ciąży coś się popsuło. Coraz bardziej zamykają się fizycznie na seks, mają dolegliwości typu wulwodynia (bolesność narządów płciowych), pochwica (niemożność odbycia stosunku) czy obniżenie libido. Zderzenie nierealnych oczekiwań z rzeczywistością i przekonanie, że jeśli jest uczucie, "to wszystko się ułoży" - daje właśnie taki efekt - tłumaczy ekspertka.

Sprowadzeni na ziemię

Jaki zatem powinien być seks, żeby nas satysfakcjonował? – To trochę jak ze zjawiskiem zakochania. Czujemy się wspaniale, kiedy się zakochamy, i to naturalne, że idealizujemy wtedy drugą osobę, ale taki stan nie może trwać wiecznie. Prawdziwa miłość jest inna. Podobnie z seksem - porównuje dr Długołęcka. - Fajnie zaznać komunii ciał i dusz, jednak prawdziwy seks to nie wieczna erupcja wulkanu. Żyjemy z realnymi ludźmi, którzy są cudowni, lecz mają też wiele cech czy zachowań, które niekoniecznie są wadami, ale też nie wprowadzają nas w stan totalnego zachwytu. Zachwyt jest efektem trafienia w stan totalnego zachwytu. Zachwyt jest efektem trafienia w nasze potrzeby, czyli: najbardziej podoba nam się to, co jest z nami zgodne. Zakochanie takie właśnie jest, dość egoistyczne, trzeba przyznać. Tymczasem kiedy kochamy, bierzemy człowieka takim, jaki jest, a nie takim, jaki chcielibyśmy by był.

Jeśli wyobrażasz sobie, że seks to trzęsienie ziemi, i tak zawsze ma być - to się rozczarujesz. Super, jeśli ziemia kilka razy się zatrzęsie, w dodatku doświadczysz tego z człowiekiem, który ma być na całe życie, ale to jest coś, co bywa, a nie jest na stałe. Takie doświadczenia graniczne powodują, że otwieramy się psychicznie i fizycznie na drugiego człowieka, ale nie ma sensu oczekiwać, że tak będzie non stop.

Błędne wyobrażenia na temat seksu dotyczą tylko tego, że zawsze ma być kosmicznie, ale też tego, że kobieta ma czekać na rozkosz, a mężczyzna ma wiedzieć, jak ją wywołać. Do tego dochodzi brak dobrego kontaktu z własnym ciałem, czego też nie jesteśmy uczeni. A jak zauważa ekspertka, nie ma pracy z seksualnością bez pracy z ciałem. Ona sprowadza nas na ziemię. - Seks jest wielką wartością, ale ta wartość wynika z nas, jest naszą częścią, dlatego dobrze, żeby była pozbawiona poczucia wstydu czy winy - tłumaczy dr Długołęcka. - Na pewnym etapie otwarcia się na siebie możemy powiedzieć: "Tak, jestem istotą seksualną i odczuwam podniecenie. To mi się w seksie podoba, a to nie. Mogę czegoś chcieć lub nie, i to jest całkowicie OK. Zmieniam się i moje potrzeby się zmieniają. Umiem o tym opowiedzieć sobie samej, ale też ludziom, z którymi wchodzę w intymne relacje".

Ciało nie kłamie

W seksie często wszystko zaczyna się psuć od pierwszego zaniechania, przemilczenia, ukrycia prawdy o swoich odczuciach. Od tego pierwszego razu, kiedy udasz, że jest ci dobrze. - W ten sposób oszukujesz siebie i partnera, bo on nie wie, że nie sprawia ci przyjemności. A skoro już raz powiedziałaś, że coś jest OK, to nie możesz nagle stwierdzić, że jednak nie jest OK, więc brniesz dalej, wzmacniając i utrwalając błędne zachowanie u partnera. I nie wiadomo właściwie, kiedy się z tego wycofać - wyjaśnia dr Długołęcka.

-Mówimy tu o kobiecej perspektywie, ale tak samo wygląda to z męskiej. Jedno myśli, co drugie myśli, ale tak naprawdę nie wie. To niedomówienie się powiększa, ludzie się od siebie oddalają. Poza tym zmuszając się do niechcianych zachowań, powodujemy napięcia w ciele, które prowadzą do unikania bliskości w ogóle. Tak się tworzą zaburzenia seksualne i dysfunkcje. Seks, w którym zamieszkało zaniechani, jest tym rodzajem seksu, który może prowadzić do rozpadu całkiem fajnych relacji. Nie chodzi mi nawet o kłamstwo intencjonalne, przecież najczęściej nie mówimy prawdy, bo się wstydzimy, lub nie chcemy zrobić przykrości drugiej osobie.

Czyli udany seks jest ziemski, nie z kosmosu, i szczery. Ale szczery w sposób życzliwy, ciepły, oparty na komunikacie "ja". Nie: "ty czegoś nie robisz albo coś robisz", tylko "uwielbiam to, pragnę tego, potrzebuję" czy: "ja mam problem, ja się wstydzę, ja czuję się skrępowana". - Szczerość to powiedzenie komuś, że mamy jakąś tęsknotę, pragnienie albo że jest we mnie jakaś bariera, ale nie umiem jej jeszcze nazwać - mówi Alicja Długołęcka. - Że jest jakaś część mnie, z którą muszę dojść do porozumienia, ale sama, i nie chcę o tym nikomu na razie opowiadać. Jak już się z tym uporam, to wyjaśnię, ale byłabym wdzięczna gdybyś ty, jako partner mi w tym pomógł i gdybyśmy etapami nad tym pracowali.

Taka praca nie tylko zbliża partnerów, lecz bardzo często uzdrawia także inne obszary naszego życia. - Seks to relacja intymna, czyli wyjątkowa i bardzo terapeutyczna. Ciało wysyła wiele ważnych sygnałów, dlatego lubię z nim pracować - mówi ekspertka. - Seks jest oparty na bliskości i zaufaniu, dlatego jeśli ich brak między ludźmi, w tej sferze od razu będzie to zauważalne. Ale w seksie ujawniają się też nasze lęki i napięcia, i tu również mogą być ukojone.

Bezcenna wiedza o sobie

Nawet jeśli kobieta odkrywa przyjemność w relacji przypadkowej, której nie chce kontynuować, i nawet jeśli jej żałuje, to dzięki temu doświadczeniu może odkryć wiele rzeczy o sobie. - Wyobraźmy sobie, że kobieta jest w stałym związku i nagle ląduje w łóżku z kimś, o kim wie, że nigdy nie będzie chciała z nim być, ale w sensie erotycznym wydarza się między nimi coś niesamowitego, coś, czego oboje nie rozumieją - podaje przykład ekspertka. - To wcale nie oznacza, że ona ma od razu pakować walizkę i iść w świat, bo ani z jednym, ani z drugim nie jest w stanie być szczęśliwa - to jedynie informacja o niej samej. Otóż ten człowiek dotknął w niej jakiejś ważnej potrzeby i może - jeśli chciałaby pozostać w związku z partnerem, z którym jest i którego kocha - należałoby żyć w prawdzie i powiedzieć mu o tym, co odkryła. Nie o zdradzie, ale o tym, czego o sobie się dowiedziała. Chciałabym być dobrze zrozumiana: do takich odkryć nie dochodzi jedynie w trakcie romansu, często jest to rezultat wejrzenia w siebie, zmiany w życiu, emocjonalnego impulsu, skontaktowania się ze swoimi potrzebami, własnym erotyzmem.

Bo w związku, czyli także w seksie, trzeba co jakiś czas aktualizować informacje o sobie - wszyscy się przecież zmieniamy. I im bardziej od serca powiemy, na czym polega ta zmiana, to tym bardziej będzie to wartościowe dla związku i dla relacji seksualnej. I na odwrót, zmiany w innych sferach też przekładają się na jakość seksu. To, że on się od ciebie oddala, wcale nie musi oznaczać, że go już nie pociągasz, tylko że na przykład obawia się utraty pracy, ma spadek nastroju albo czuje się gorzej fizycznie.

Jak pracować nad seksualnością?

-Pierwszym krokiem, zwłaszcza dla kobiety, jest to, by pomyśleć tylko o sobie, dać sobie odrobinę przestrzeni w ciągu dnia, kiedy własna seksualność będzie ważna - mówi dr Alicja Długołęcka. - Nie jest tak, że mamy czuć się pożądane wyłącznie wtedy, kiedy partner nas skomplementuje albo ktoś na ulicy się za nami odwróci i popatrzy z uznaniem, nie - seksualność jest wewnątrz nas. Warto to źródło znaleźć i nauczyć się je karmić.

Co to znaczy? Że robimy kolejny krok - w stronę własnej wyobraźni. Każdego co innego rozbudza, ale to nasza jednostkowa i niepowtarzalna wyobraźnia porusza ciało - w ten sposób możemy się z nim skontaktować i dopiero wtedy poprzez ciało pracować nad seksualnością. Trzeci krok to podarowanie sobie realnego czasu na to, co zmysłowe i pobudzające. Praca nad swoją seksualnością to tak naprawdę praca nad odbieraniem życia wszystkimi zmysłami. Nie tylko dawaniem i obdarzaniem, ale też przyjmowaniem, chłonięciem.

-Bądźmy wdzięczni naszemu ciału za to, że jest sensualne, czyli seksualne, bo dzięki niemu, ale i poprzez nie przeżywamy najcudowniejsze momenty, które wiążą się z przeżywanie świata, a więc także relacji z innymi ludźmi - mówi dr Alicja Długołęcka.

Dr n. hum. ALicja Długołęcka: pedagożka i edukatorka seksualna. Wykładowca na Wydziale Rehabilitacji w Warszawie, gdzie prowadzi zajęcia z psychosomatyki i rehabilitacji seksualnej. Wykładowca na Podyplomowych Studiach Wychowania Seksualnego na Uniwersytecie Warszawskim.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Wielkie kochanice. Kim były? Jaką miały wiedzę o mężczyznach?

Francois Boucher, Madame de Pompadour (Jeanne-Antoinette Poisson; 1721-1764) – markiza, metresa króla Francji Ludwika XV. Organizatorka rautów i balów na dworze królewskim w Wersalu, protektorka artystów, pisarzy i filozofów (fot. BEW)
Francois Boucher, Madame de Pompadour (Jeanne-Antoinette Poisson; 1721-1764) – markiza, metresa króla Francji Ludwika XV. Organizatorka rautów i balów na dworze królewskim w Wersalu, protektorka artystów, pisarzy i filozofów (fot. BEW)
Kleopatra, Katarzyna Wielka, madame de Pompadour, madame Récamier... Potrafiły zauroczyć mężczyzn, ale były nie tylko kochankami. Kobiety, którym udało się przebić do podręczników historii, były wybitnymi znawczyniami ludzkiej duszy. Czego możemy się od nich nauczyć? - wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Zacznijmy od Kleopatry. Była jedną z najlepiej wykształconych kobiet swoich czasów. Miła w obejściu, wręcz ujmująca. Ale, jak pisze Plutarch, urodziwa nie była.
Kobieta, dla której mężczyźni tracą głowę, nie musi się wszystkim podobać. Ale powinna emanować czymś szczególnym. Uroda dla mądrych ludzi nie jest kwestią rysów twarzy czy młodości. Ale tego, co promieniuje z wnętrza człowieka. Jak kobieta ma błysk w oku, żywe ruchy, jest ciekawa świata, ma coś do zrobienia w życiu, to jest ujmująca. I o wielu znanych kobietach mówiono, że ujmowały wiedzą, wdziękiem.

Madame Récamier na portrecie pędzla Davida ma małe oczy i długi nos...
I dlatego nie ma się co przejmować, jeśli nie wyglądamy jak modelka. Zez, trochę krzywy nos czy nogi – to nawet może być nasz feblik, czyli coś, co bierze. Wielkie kochanice były przede wszystkim żywymi osobami. Traktowały siebie jak bohaterki swojego życia. Przeżywały prawdziwe emocje, znały swoje potrzeby i miały plany. Zdobywały mężczyzn nie tylko seksualnością, lecz także umiejętnością rozmowy o tym, co ich interesowało. Tajemnica tkwiła w tym, że wnosiły w relacje z mężczyznami dokładnie to, czego oni potrzebowali, marzenie o idealnej kobiecie, czyli kochance-przyjacielu.

Kleopatra z Juliuszem Cezarem grała w kości, jeździła na polowania. Z Markiem Aureliuszem chodziła w nocy po mieście przebrana za służącą, piła i bawiła się.
Przy kobiecie, która w pełni jest człowiekiem, bo ma rozwinięty nie tylko kobiecy, ale i męski aspekt osobowości, mężczyzna nie musi być nadmiernie męski. Może stawać się ludzki. Rozwijać wrażliwość, czułość, opiekuńczość. A Kleopatra, podobnie jak inne kochanice, musiała dysponować na równi intuicją i rozumem. Przeżywać prawdziwe uczucia, ale też nad nimi panować. Trzeba tu wspomnieć o królowej Elżbiecie, która właśnie panując nad emocjami, stworzyła kwitnące państwo. Umiała siebie powściągać, choć jej ojciec Henryk VIII był seksoholikiem i mordercą. I to ona wydźwignęła swój kraj.

Czyli panowania nad emocjami warto się uczyć.
Wielkie kobiety wiedzą, czego chcą i jak to osiągnąć. Potrafią opanować to, co się nazywa kobiecą emocjonalnością i co zwykle przeszkadza nam zrealizować plany. Pracując z kobietami, często podkreślam: Macie cudowny dostęp do uczuć. Ale więcej myślcie! Zastanawiajcie się, jak osiągnąć cel. Korzystajcie z doświadczeń. Myślcie o tym, co czujecie i dlaczego właśnie to, zamiast ślepo ulegać emocjom. Zastanówcie się też: kim jest ten mężczyzna? A nie tylko: czego ja od niego chcę? Zakochanie sprawia, że nie widzimy człowieka, tylko nasze wyobrażenie o nim. Ale mądre kobiety, nawet kiedy są zakochane, widzą, jaki naprawdę jest ten, którego kochają. Tymczasem my pozwalamy, by sterowały nami uczucia: kiedy mężczyzna przynosi kwiaty, jesteśmy szczęśliwe. Spóźnia się – martwimy się. Uśmiecha się – żyjemy! Odwraca – znikamy. Takie kobiety nazywa się kobiecymi, ale one rezygnują z wpływu na swoje życie. A mężczyźni i tak tracą głowę dla tych, które im imponują. Dla kochanic.

Plutarch pisał, że Kleopatra potrafiła pochlebstwami uwieść każdego. Czy była wielką manipulantką?
Często mówię kobietom: „wasi mężczyźni potrzebują zachwytu, tak jak i wy. Chcą, żeby mówić im miłe, ale prawdziwe rzeczy”. W sztuce „Apollo z Bellac” narrator poucza bohaterkę, że każdy mężczyzna uwierzy w to, że jest piękny. Ja myślę, że uwierzy w to, że się podoba. A mądra kobieta potrafi dostrzec jego mocne strony. Zrozumieć też, czego on się boi, czego pragnie. Dlatego on czuje się w jej towarzystwie luksusowo.

Ale czy to uczciwe?
A czemu ma być nieuczciwe wspieranie tego, co w mężczyźnie dobre? Każdy coś takiego ma. Kiedy słyszę: „Mój mąż akurat nie”, mówię: „To niemożliwe, gdyby miał tylko wady, nie byłabyś z nim”. No, ale kiedy kobieta odkryje, że jednak jej mąż ma jakieś zalety, to znów dziwi się: „To ja jeszcze mam pracować i nad tym, żeby on czuł się dobrze!?”. No tak! Bo po pierwsze: ktoś musi zacząć. A po drugie: jak on będzie się czuł dobrze, to ty też, bo najprawdopodobniej będzie dla ciebie milszy.

Wielkie kochanice potrafiły osiągać swoje cele, panując nad emocjami. Czy tylko dzięki temu były niezwykłe?
Miały poczucie wpływu na swoje życie. Potrafiły poczekać na to, czego chciały. Postarać się. Dostrzec związek między swoimi działaniami a tym, czy uda im się zdobyć to, czego pragną. Wiedziały, że niekoniecznie musi im się udać, ale że warto zrobić to, co możliwe, żeby się udało. Tymczasem wiele kobiet myśli, że one nic nie mogą, że wszystko zależy od mężczyzny. Jeśli on nie kocha, to koniec. Kochanice wiedziały, że warto zrobić coś, żeby jednak pokochał. Potrafiły planować: „najpierw poznam go, zaciekawię i już będę trochę bliżej celu”. Były cierpliwe i skupione na realizacji swoich zamierzeń, gdy tymczasem wiele kobiet tego nie potrafi – od dziecka jesteśmy uczone godzić się na to, co los nam przyniesie.

Kobiety, które walczą o miłość, są przedstawiane jako czarne charaktery. Bo o miłość się nie walczy. Ona przychodzi, mówiąc metaforycznie: jak tchnienie anioła.
Nie anioła, tylko mężczyzny. Bo jak on pokocha, to jest miłość. Jak nie, to nie ma. Tak czuje większość kobiet. A to, że kobiecie nie wolno starać się o kogoś, to patriarchalny mit. Sposób na ogłupienie, zrobienie z kobiet biernych istot, które same nie podejmują żadnych działań, pozwalają mężczyznom się wybrać. Wielkie kochanice nie dały się ogłupić. Wiedziały, że mają wpływ na to, kiedy i jaką miłość przeżyją, że mogą wybrać mężczyznę. Madame de Pompadour zdobyła Ludwika XV, a Kleopatra nie tylko uwiodła Cezara, ale i Marka Aureliusza.

No właśnie! Uwiodły. My o ich sile ducha, a tymczasem o Kleopatrze mówili, że w swoich strojach i klejnotach wyglądała jak bogini.
To nie była dziewczyna z ulicy, którą mężczyzna dostrzega, bo ona jest śliczna. Kiedy spotkała Cezara, była królową Egiptu. Olśniewała. Umiała wykorzystywać swoje atuty. Ale w tym nie ma nic złego. Przeciwnie, takie zachowanie podpowiada nam rozum.

Rozum rozumem, ale piszą, że Kleopatra była też królową oralnej miłości.
Dla mężczyzn to ma ogromne znaczenie. I nie chodzi tylko o szczególną technikę seksualną. Dla nich ich penis, kogut, tygrys to oni sami. Dlatego ważne jest, jak kobieta go traktuje. Czy go kocha? Czy może się brzydzi? Czy chce brać do ust? Jeśli tak, to mężczyzna czuje, że ona go naprawdę chce. Seks z taką kobietą to dla niego niezwykłe przeżycie. Ale nie tylko. Związek z kobietą, która go przyjmuje, docenia i która dzięki niemu jest szczęśliwa, staje się dla mężczyzny sensem życia.

Katarzynę Wielką po śmierci Aleksandra Łanskoja pocieszało dwóch kochanków.
Katarzyna była seksoholiczką. Wybierała kochanków spośród gwardzistów, kierując się wypukłością ich rozporka. Czasem jednego, czasem kilku na jedną noc. Była chyba jedyną znaną kobietą w historii, która korzystała z władzy dla uciech seksualnych. Jawnie czyniła rozpustę. Oczywiście, nieustająca pogoń za seksem to ucieczka. Ale jest coś imponującego w tym, że w czasach, kiedy kobiety nie miały żadnych praw, ona je sobie dała. Zaakceptowała swoją rozbuchaną seksualność. Od niej też możemy się jednak czegoś nauczyć, tego, że mamy prawo do bycia jawnie istotą seksualną. A nas nadal przeraża to, że inni mogliby o naszej seksualności wiedzieć i mówić. Nie bójmy się, seksualność jest zaletą kobiety.

Katarzyna poznała Łanskoja, mając 50 lat. A madame de Pompadour była już żoną i matką, kiedy na balu maskowym poznała Ludwika XV.
Kobieca seksualność rozwija się w nieskończoność, a więc im kobieta starsza, tym bardziej jest otwarta na seks i silniej go przeżywa. Wie już też, że z mężczyzną ma się dobrze czuć. Nie fantazjuje o tym, że on ma być wysoki i niebieskooki. Zdradzone kobiety często dziwią się, jak ich mąż mógł odejść do kobiety starszej i brzydszej niż one. Nie ma czemu się dziwić. On po prostu spotkał interesującą, fascynującą towarzyszkę, partnerkę.

Czyli podejście do życia też było ich tajemnicą. Słynne: „żyjemy hucznie i wesoło, a po nas choćby potop…”, przypisuje się madame de Pompadour.
Nie chodzi o hedonizm, tylko o to, by to, co teraz się dzieje, było najważniejsze. Mistrzostwo życia polega właśnie na tym: jak idę na bal, to po to, by się bawić. Jak się kocham, to tylko to się liczy. A jak rozmawiam, to po mistrzowsku. Francuzi nazywają to „esprit”, ten błysk, celność riposty. Damy, które tak jak madame de Pompadour czy Récamier prowadziły w Paryżu salony, były erudytkami. Bywali u nich Wolter, Diderot, Monteskiusz, Chateaubriand. Miały ambicje, by kształcić się i rozwijać. I sięgać po władzę! Stawały się przecież kochankami władców, żeby rządzić. Mieć wpływ na los swój i swojej rodziny, zdobyć majątek, pozycję. Od wielkich kochanic powinnyśmy się nauczyć, że mamy rządzić swoim życiem, kierować się ambicją, sięgać po to, czego pragniemy, także po władzę.

No właśnie ambicja! My się jej boimy. Słyszymy, że nasza ambicja jest zła, krzywdzi dzieci, rozbija rodzinę.
Mówimy tak, gdy komuś zazdrościmy tego, do czego dzięki ambicji doszedł. Nasze życie spełnia się właśnie wtedy, gdy zdobywamy to, na czym nam zależy. Dziś naszym największym problemem jest to, że nie sięgamy po władzę polityczną. Bo nam wmówiono, że tylko te, których nikt nie kocha, pchają się do góry. I tak „ambitna” ma się łączyć z „nieatrakcyjna, samotna”.

Ale skoro ambicja nam nie szkodzi, to czemu wiele ambitnych kobiet jest samotnych?
Jak się kobieta zajmie pracą, to na bok idzie seks. Rodzice coraz chętniej wspierają ambicje intelektualne córek, ale nadal nie wspierają ich rozwoju seksualnego. I dlatego kobiety nadal mają kłopot z równowagą. Nieświadomie zakładają, że albo kariera, albo seksualność. Skąd mogą wiedzieć, że nie muszą wybierać. Tylko po cichutku mówi się, że Curie-Skłodowska miała kochanka, a gdy Piotr zginął pod kołami dorożki, znalazła nowego partnera. Była seksualną kobietą. W szkołach nie uczy się nas, że Konopnicka pisała świńskie wierszyki. Mamy pseudowyzwolenie, bo nadal obowiązuje podział na żony i ladacznice, tyle że w wersji: albo naukowczyni, albo kochanka. A trzeba być kobietą całą gębą. Istotą intelektualną, kreatywną i seksualną. Wielkie kochanice takie były. Żyły intensywnie na każdym poziomie.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się