1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Zagubieni w orientacji

Zagubieni w orientacji

Większość z nas choć raz fantazjowała erotycznie o osobie tej samej płci, co nie znaczy, że chcieliśmy – świadomie lub nie – wprowadzić owe fantazje w czyn i że stajemy się nagle biseksualni. (Fot. iStock)
Większość z nas choć raz fantazjowała erotycznie o osobie tej samej płci, co nie znaczy, że chcieliśmy – świadomie lub nie – wprowadzić owe fantazje w czyn i że stajemy się nagle biseksualni. (Fot. iStock)
Ona czasem śni o seksie z kobietą. On zagląda na gejowskie porno. Czy to biseksualizm? Niekoniecznie. Większość heteroseksualnych ma lekkie skłonności homo. A ty? Sprawdź na skali Kinseya.

Jolka ma chłopaka, na którym jej zależy i udane życie seksualne. Ma też pewną słabość: ogląda się za dziewczynami. Przyciągają jej wzrok. Są piękne, długonogie, powabne, poruszają się z gracją. I mają często fajne ciuchy… Dlatego idąc ulicą prawie w ogóle nie zwraca uwagi na mężczyzn, za to niektórym dziewczynom przygląda się wręcz otwarcie.

Renata wprawdzie nie ogląda się za dziewczynami, ale kiedyś z jedną wylądowała w łóżku. Dziś tłumaczy, że to było pod wpływem alkoholu, że jej kochanka była zdeklarowaną lesbijką i najpierw ją lekko otumaniła winem, a potem uwiodła. Jak było? Dziwnie, w sumie nawet przyjemnie, ale Renata już więcej tego nie powtórzyła. Przestraszyła się jednak: może nie wszystko jest z nią w porządku?

Justyna mówi o sobie „stuprocentowa heteryczka”. Kobiece ciało jej nie podnieca. Wcale! Ale ma pewien sen, który regularnie powraca: podczas letniej, ciepłej nocy uwodzi ją instruktorka na obozie sportowym. Za każdym razem jest inaczej, ale zawsze miło. Justyna podczas tego snu przeżywa orgazm.

Paweł jako pięciolatek bawił się z kolegą z podwórka: chowali się w krzakach i dotykali nawzajem swoich penisów. Nie pamięta, czy go to podniecało, ale zabawa była rajcująca, bo nikt o niej nie wiedział. Dziś faceci go raczej nie interesują.

Robert wzdryga się na samą myśl, że mógłby zostać posądzony o homoseksualizm. Bo niby na jakiej podstawie? Dlatego, że kiedyś oglądał gejowskie porno i mocno się podniecił? Do tego stopnia, że się masturbował. Kiedy to sobie przypomina, czuje się trochę dziwnie. Nikomu o tym nie powiedział, bo obawia się, że wezmą go za geja.

Między „zerem” a „dwójką”

Biseksualizm, czyli odczuwanie popędu płciowego i pożądania do osobnika tej samej oraz odmiennej płci, jest wciąż słabo poznaną stroną ludzkiej natury. Dlaczego? Bo z założenia zawiera element homoseksualny. A ten nadal nie jest do końca akceptowany społecznie. Jeszcze nie tak dawno stanowił nie tylko tabu, ale był przestępstwem, za które karano. Przypisywano go marginesowi społecznemu, uznawano za dewiację.

– Pierwsze badanie dotyczące homoseksualizmu usiłował przeprowadzić w Polsce w 1903 r. prof. Ludwik Hirszfeld: rozesłał na ten temat ankiety do 3 tys. studentów – opowiada Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Wywołało to ogromny skandal, a naukowiec został skazany na grzywnę i 10 dni aresztu. Pamiętajmy więc, że możliwość otwartego mówienia o bi- czy homoseksualizmie to osiągnięcie ostatnich 20–15 lat.

Przełamanie zmowy milczenia zawdzięczamy badaniom amerykańskiego seksuologa Alfreda Kinseya z 1948 r. Słynny badacz zrobił coś jeszcze: wprowadził nowy model spojrzenia na ludzką seksualność. Do tej pory obowiązywał dwubiegunowy freudowski model orientacji seksualnej: człowiek ma orientację albo homo, albo hetero, a na ich styku znajduje się biseksualizm, czyli trzecia orientacja, będąca ich połączeniem. Kinsey zaproponował bardziej miarodajny model siedmiostopniowej skali. W myśl jej założeń orientacja jest jedna. To jakby linia prosta, która na jednym końcu ma punkt „homo”, a na drugim „hetero”, ale te punkty nie są od siebie ani oderwane, ani przeciwstawne. Stanowią swoją naturalną konsekwencję.

– Na początku skali jest „zero” – to osoba o skłonnościach heteroseksualnych, bez żadnego komponentu homo – czyli ktoś, kto na homoseksualizm w jakiejkolwiek postaci reaguje odrzuceniem – tłumaczy Małgorzata Zaryczna. – „Jedynka” to już ktoś o nastawieniu heteroseksualnym, ale z przypadkowymi elementami homo, np. snami, fantazjami erotycznymi, korzystaniem z bodźców wzrokowych. „Dwójka” to osoba o nastawieniu heteroseksualnym, ale z bardziej niż przypadkowymi epizodami homo – doświadczenia i kontakty homoseksualne podejmowała świadomie i więcej niż raz. „Trójka” to środek skali – ktoś, kto ma jednakowe nastawienie hetero- i homoseksualne. Dalej skala stanowi lustrzane odbicie pierwszej części, kończąc się na „szóstce”, czyli osobie o zdecydowanie homoseksualnej orientacji, bez jakichkolwiek elementów heteroseksualnych.

Co najciekawsze, z jednego punktu skali można przechodzić do drugiego. Większość z nas w ciągu swego życia przesunie się o jeden, góra dwa punkty – większe „podróże” zdarzają się rzadko.

 
Skąd mamy wiedzieć, w jakim miejscu skali się plasujemy? Możemy śmiało przyjąć, że gdzieś między „zerem” a „dwójką” – tych jest bowiem w społeczeństwie najwięcej. „Piątki” i „czwórki” zdarzają się niezwykle rzadko, podobnie jak „trójki” – idealnych biseksualistów. Pokazują to na przykład wyniki kanadyjskich badań, przeprowadzonych wśród studentów: tylko 1 proc. to osoby biseksualne i 1 proc. – homoseksualiści, pozostałe zaś 98 proc. to „zera”, „jedynki” lub „dwójki”. Jeśli spojrzymy na sprawę w ten sposób, to okaże się, że wszyscy jesteśmy z natury biseksualni – bo przecież już „jedynkom” towarzyszą elementy homoseksualnych fantazji.

Skłonność do adaptacji i eksperymentów

Nie każdy kontakt z własną płcią oznacza przesunięcie w kierunku środka skali. Jest wiele homoseksualnych zachowań, które jeszcze nie świadczą o takiej orientacji. Na przykład zjawisko zwane homoseksualizmem zastępczym, typowe dla zakładów karnych, koszar wojskowych czy innych odizolowanych miejsc, gdzie przebywają osoby tej samej płci. W sztucznie wykreowanych warunkach, gdzie ludzie są przez dłuższy czas skazani na towarzystwo własnej płci, homoseksualizm jest sposobem realizacji popędu i redukcji napięcia, a nie wyrazem orientacji. Zjawisko to sugerowałoby, że homoseksualizm został przez naturę pomyślany jako rodzaj wentyla bezpieczeństwa.

– Dobrze to widać na przykładzie zwierząt, które trudno posądzać o sprzeczne z naturą zachowania – mówi Zaryczna. – Często możemy zaobserwować, choćby w zoo, że kopulują ze sobą osobniki tej samej płci. Ale jak tylko pojawi się samiczka, natychmiast wracają do „klasycznych” metod rozładowania napięcia. Czy to znaczy, że są biseksualne? No cóż, one się raczej nie wypowiedzą… Biseksualizm to skłonność do seksu zastępczego, wynikająca z jednej z podstawowych cech ssaków – adaptacji. Homo sapiens jest ssakiem i pod względem tak pierwotnej sprawy, jaką jest pociąg seksualny, działa tak, jak sobie życzy natura.

Kolejna kwestia to homoseksualizm młodzieńczy. Pod tym terminem mieszczą się różne zachowania seksualne na poszczególnych etapach rozwoju psychoseksualnego, czyli zabawa kilkulatków w doktora z rówieśnikami tej samej płci, wspólny prysznic szkolnej drużyny i żarty w męskiej szatni po meczu, dziewczęce całusy na dyskotece, fascynacja młodych chłopców widokiem nagich pośladków – niezależnie od tego, do kogo należą, a także eksperymenty seksualne starszych nastolatków.

– To, czy taka faza trwa kilka dni, czy kilka lat, np. przez całe liceum, nie ma znaczenia – podsumowuje Zaryczna. – Seksualność młodych ludzi dopiero się tworzy, dojrzewa. Próbują różnych rzeczy, by poznać samych siebie i swe preferencje. Żadne z tych zachowań nie świadczy o biseksualizmie czy homoseksualizmie, bo w seksuologii nie określa się orientacji człowieka przed osiągnięciem przez niego względnej dojrzałości, czyli do 18. roku życia. Poza tym nastolatka w okresie burzy hormonalnej podnieca prawie wszystko, więc trudno mu na razie rozdzielić to, co jest zgodne z jego preferencjami od tego, co jest podniecające, bo w ogóle dotyczy seksu.

W kontakty homoseksualne, które nie świadczą bynajmniej o homoseksualnej orientacji, można też wchodzić z takich powodów, jak brak identyfikacji z własną płcią czy lęk przed płcią przeciwną. Młody człowiek nie jest na tyle świadomy, by stwierdzić: „mam kompleks małego członka, dlatego przerażają mnie kobiety”. Prędzej uzna, że jest gejem, a to wcale nie musi być prawda. Jeśli tak właśnie uzna i – co gorsze – nie zaakceptuje w sobie pierwiastka homoseksualnego – może go to na pewien czas zablokować w kontaktach zarówno z kobietami, jak i mężczyznami.

Nie wystarczy, że podnieca

Jak zinterpretować przypadki naszych bohaterów? Co do Pawła mamy chyba jasność: jego doświadczenia homoseksualne to efekt dziecięcego zaspokajania ciekawości, a nie orientacji. W wieku kilku lat dziecko przecież nie ma o swojej orientacji zielonego pojęcia. Ale Robert? Ten, który podniecił się gejowskim porno? Coś chyba musi być „na rzeczy”, skoro widok dwóch mężczyzn wywołał u niego taką reakcję?

– Niekoniecznie – protestuje Małgorzata Zaryczna. – Przecież filmy porno robi się właśnie po to, by podniecały. Instynktownie nastawieni na „nie” jesteśmy zazwyczaj jedynie w stosunku do seksu dewiacyjnego (np. pedofilnego czy zoofilnego). Reszta to kwestia indywidualnych upodobań. A jeśli przełamiemy przygotowanie społeczno-kulturowe i związane z wychowaniem uwarunkowania, to niemal każdy rodzaj seksu będzie na nas w jakiś sposób działać…

Większość z nas choć raz fantazjowała erotycznie o osobie tej samej płci, co nie znaczy, że chcieliśmy – świadomie lub nie – wprowadzić owe fantazje w czyn i że stajemy się nagle biseksualni. Tak naprawdę osób, które jednakowo podniecają obie płcie, bez skłonności ku żadnej ze stron, jest bardzo niewiele (mniej niż jeden procent społeczeństwa). Przeważnie jesteśmy heterykami, którzy tylko czasem mają stan umysłu „bi”.

– Nasz biseksualizm w większości przypadków rozgrywa się głównie w fantazjach, a nie w praktyce – uważa seksuolog. – Ludzie, którzy wchodzą w związki czy romanse z obydwiema płciami to nadal rzadkość.

A Renata? Ta, która przespała się z dziewczyną, a raczej dała się jej uwieść? Czyż pod wpływem alkoholu nie robimy rzeczy, których potem żałujemy?

 
– Znów powtórzę: niekoniecznie – odpowiada Małgorzata Zaryczna. – Gdyby znajoma zaproponowała Renacie rodzaj zbliżenia, który by jej nie odpowiadał, to nawet spora dawka alkoholu nie wpłynęłaby na to, by uległa – powiedziałaby po prostu „nie”. A że po wszystkim czuła się dziwnie i była trochę przestraszona? To także o niczym nie świadczy, bo przecież po pierwszym stosunku z mężczyzną pewnie czuła się podobnie. Pierwsze razy już takie są, także w typowych dla naszej orientacji granicach. Renata jest prawdopodobnie „jedynką” na skali Kinseya. Ale jeśli w przyszłości zdecyduje się na homoseksualny kontakt i będzie on miał mniej przypadkowy charakter, może zbliżyć się do „dwójki”.

Jolka, która się ogląda za dziewczynami, jest zapewne „jedynką” lub „zerem” na skali. I co z tego, że uważa kobiety za piękne istoty?! Przecież takie są. Docenienie ich urody nie ma nic wspólnego z orientacją. Sypia z mężczyzną, nie fantazjuje o kobietach. Lubi to, co ma.

Trochę inaczej sprawa wygląda ze śniącą o instruktorce Justyną, która może się okazać mniej zdeklarowaną heteryczką, niż jej się wydaje.

– Czasem, podejrzewając u siebie wątki homoseksualne, tłumimy i wypieramy naszą prawdziwą orientację, bo chcemy być „normalni” – ostrzega seksuolog. – Przykładem takiego zachowania była jedna z postaci z filmu „American Beauty”: faszyzujący zwolennik twardej ręki, który najpierw usiłował pocałować głównego bohatera, a potem go zabił, bo nie mógł znieść faktu, że tamten poznał jego najwstydliwszą tajemnicę. Ta historia pokazuje, że ludzie, którzy nie ujawniają swoich prawdziwych preferencji, przez większość życia bardzo się męczą, a ich skłonności ujawniają się w snach czy fantazjach i powodują ogromne wyrzuty sumienia. W skrajnych przypadkach podobna walka ze sobą może nawet doprowadzić do tragedii.

Sny naszej bohaterki Justyny o seksie z kobietą nie byłyby może niczym istotnym, gdyby nie fakt, że doprowadzają ją do orgazmu.

 – To wygląda na stłumiony głos z wnętrza, który się czegoś domaga – mówi seksuolog. – Justyna mogłaby się okazać nawet „trójką”, gdyby odważyła się przyjrzeć swoim fantazjom i eksplorować własną seksualność. Ta rada zresztą dotyczy nas wszystkich.

Poznaj siebie - skala Kinseya

0 - całkowity heteroseksualizm 1 - heteroseksualizm z lekkimi skłonnościami homoseksualnymi 2 - biseksualizm z większymi skłonnościami heteroseksualnymi 3 - biseksualizm, bez przewagi skłonności w żadną ze stron 4 - biseksualizm z większymi skłonnościami homoseksualnymi 5 - homoseksualizm z lekkimi skłonnościami heteroseksualnymi 6 - całkowity homoseksualizm 7 - aseksualizm

Jeśli chcesz uczciwie oszacować swoją orientację seksualną, pamiętaj: ważne jest nie tylko to, co robisz, ale też co się dzieje w twojej głowie. Na pozór możesz być wzorem heteroseksualności, ale np. podczas masturbacji czy seksu z mężem fantazjujesz o kimś tej samej, co twoja, płci. Czy to znaczy, że jesteś „bi”? Tak, ale na początku skali. Myślą – choć jeszcze nie uczynkiem – przekraczasz pewien próg i część seksualnej energii kanalizujesz w określonym kierunku. Fantazjujesz sporadycznie, ale nie wprowadzasz fantazji w czyn? Zapewne jesteś „jedynką” na skali. Fantazjujesz regularnie, świadomie sięgając po takie obrazy, a sporadycznie po realny bodziec? Jesteś „dwójką”. I suwaczek na skali się przesuwa… Czy to źle? W żadnym razie! Traktuj to jako drogę do samopoznania. Jeśli będziesz z akceptacją przyglądać się sobie, zamiast się osądzać i być może potępiać – będziesz czerpać więcej satysfakcji z życia. I seksu.

Wszystkie kobiety są biseksualne?

Tak naprawdę – wbrew obiegowej opinii – kobiety przejawiają mniej zachowań homoseksualnych niż mężczyźni. Panowie mają większy apetyt seksualny, więc i większy pociąg do eksperymentów. Są też bardziej pobudliwi, więc gdy zdejmą kulturowe kagańce, łatwiej się podniecają, także na widok innego mężczyzny. Z drugiej strony mają więcej oporów do pokonania. Na kobiecy stosunek homoseksualny jest większe społeczne przyzwolenie, w wypadku męskiego tolerancja gwałtownie się kurczy. Dlatego, kiedy do biseksualizmu przyznaje się mężczyzna, koledzy już nie chcą iść z nim na piwo…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Związki (zbyt) otwarte

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
„Moja droga, żyjemy sobie cudownie, jak dwa gołąbki. Raz jedno wyfruwa z gniazda, raz drugie”. Ten stary dowcip dotyka ważnego tematu: czy gościnność seksualna może być dobra dla związku?

Nie był to pomysł Grażyny. Zaproponował go Janek. Powiedział: „kochanie, chciałbym, żeby nasz związek był otwarty”. „Masz na myśli sypianie z innymi kobietami?” – zapytała. Tak, dokładnie to miał na myśli. Ale ta otwartość miała działać w obie strony – Grażynie też wolno mieć kochanków. „Dobrze, ale po co? – nie mogła zrozumieć – przecież kocham ciebie i to z tobą chcę uprawiać seks”. Janek wytłumaczył: „Nasza miłość pozostanie najważniejsza. Ale w ten sposób nasz związek będzie zawsze świeży, nigdy się sobą nie znudzimy. Nie będziemy też o siebie zazdrośni, bo każde będzie wiedziało, że to tylko seks”. Dała się przekonać. Matka natura stworzyła nas przecież bez takich konwenansów. Ewolucyjnie mężczyźni są zaprogramowani na rozsiewanie swego nasienia, a kobiety na poszukiwanie najlepszego dawcy genów dla potomstwa. Tak sobie chwilę pomyślała i powiedziała: „Czemu nie? Spróbujmy”. I spróbowali...

Brzmi nieźle

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. W praktyce takie związki często się różnią.

– Przede wszystkim wchodzimy w nie z różną motywacją – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Czasem partner nas przekonuje, że to będzie wspaniałe, otwierające i wzbogacające doświadczenie, dzięki któremu związek nie stanie się seksualnie klaustrofobiczny. Inni uważają, że nie ma sensu być wiernym na siłę, skoro hormony nas pchają do akcji. Jeszcze inni proponują partnerom takie rozwiązanie, żeby się nawzajem nie ograniczać. Po co hamować ekspresję seksualną, skoro można ją w pełni przeżyć? Tym bardziej, że wprowadzenie nowych bodźców może dodatkowo służyć przypomnieniu, jak bardzo zależy nam na partnerze.

Zdarza się, że taka propozycja wychodzi od partnera, który ma większy apetyt na seks. – Z problemem niedopasowania temperamentu seksualnego boryka się większość par – uważa Zaryczna. – Logiczna wydaje się więc propozycja: „kiedy tobie nie będzie się chciało, załatwię to poza związkiem i nie będziemy się kłócić z tak prozaicznego powodu”.

I jeszcze fantazje, jak wspaniałą wolność da nam otwartość w tym zakresie! Przy tym unikniemy pretensji, że stanęliśmy na drodze pragnieniom partnera. Całkiem rozsądne, prawda?

Nie tylko panowie

Druga strona czasem się zgadza, bo podziela poglądy partnera, ale nierzadko tylko przytakuje, bo czuje, że nie ma wyboru: od zgody może zależeć utrzymanie związku. Ma poczucie, że jeśli powie: „nie, to on/ona odejdzie”. Przystaje więc na propozycję, bo nie ma lepszego pomysłu na uratowanie relacji.

Kto częściej wpada na takie pomysły? Mężczyźni. Ale kobiety nie pozostają zbyt daleko w tyle.

Beata jest zapaloną podróżniczką. Kiedy tylko może, pakuje plecak i wyrusza w świat. Ostatnio trampingowała przez całą Amerykę Południową. A że do zwiedzenia miała sporo, jej nieobecność trwała ponad pół roku. W domu został Grzesiek, jej partner, z którym jest od 10 lat. Beata to kobieta nowoczesna i wyzwolona, więc zaproponowała mu kiedyś: „Jak wyjeżdżam na dłużej niż dwa miesiące, pozwólmy sobie na seksualne przygody. W ten sposób więź nie ucierpi, a my nie będziemy musieli żyć w nienaturalnym celibacie”. Grzesiek powiedział: „w porządku”.

– Często gdy partner lub partnerka mówi, że ma ochotę na otwarty związek, ma na myśli zgodę na niewierność, ale… własną – ostrzega Zaryczna. – I choć proponuje to samo drugiej stronie, może się przeliczyć, kiedy ta z zaoferowanej mu wolności skorzysta. Może dojść do wniosku, że to jednak nie był dobry pomysł…

Bo choć podnieceni nęcącą perspektywą spróbowania zakazanego owocu, myślimy, że będzie nam smakować, ale z konsekwencji tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy. A świadomość, że nasz partner uprawia seks z kimś trzecim, zwykle jednak mocno boli.

Próba siły więzi

– Dobrze, jeśli wiemy, że przemawia przez nas po prostu zazdrość o partnera – mówi seksuolożka.

– Gorzej, gdy to od siebie oddalamy, i w zamian wywołujemy kłótnie o wszystko i o nic, wprowadzając atmosferę napięcia.

Po dwóch miesiącach seksualnej otwartości Janek zaczął czepiać się Grażyny o byle głupotę. O wierności czy niewierności nie padło ani słowo, tylko w szybkim tempie zaczęły się mnożyć konflikty. Oboje nie udźwignęli emocjonalnego ciężaru otwartego związku: po pół roku całkiem się rozpadł.

– Jeśli wchodzimy w otwarty związek z takich pobudek, jak Janek i Grażyna, albo wierzymy, że otwartość zapewni nam seksualną świeżość, możemy już zacząć planować rozstanie, bo mamy gwarancję, że nasze oczekiwania się nie sprawdzą – uważa Zaryczna. – Związek partnerski ma bowiem dwa podstawowe składniki: więź emocjonalną i więź erotyczną. Kiedy do tej drugiej sfery wpuszczamy osoby trzecie, musimy się liczyć, że staną one między nami. A na poluzowaniu więzi seksualnej zawsze cierpi więź emocjonalna. Związek otwarty, długo- czy krótkoterminowy, niszczy bliskość uczuciową i wzajemne porozumienie.

Umawiając się na otwartość seksualną, chcemy przejść przez relację łatwo i przyjemnie, nie pracując nad nią i zwalniając się z odpowiedzialności. I skazujemy związek na porażkę. Czy zawsze?

Nie ucierpiała na otwartości więź Joli i Piotra, małżeństwa z 15-letnim stażem, wypalonego jako para. Mają 5-letnie dziecko. Jola nie kochała już męża, ale postanowiła trwać w związku. Wpadła więc na pomysł: „Kiedyś się rozwiedziemy, a teraz będziemy sypiać z innymi, ale mieszkać razem i wspólnie wychowywać dziecko”.

– Więź nie ucierpiała, bo jej tak naprawdę nie było – mówi Zaryczna. – Układ: „mieszkamy razem, ale nic nas nie łączy”, nie jest związkiem, tylko czymś w rodzaju administracyjnej wspólnoty. To luźna relacja seksualna, podobnie jak związek z podróżnikiem, którego wiecznie nie ma w domu. Taka hybryda związku służy wygodzie, ale dzielenie wyłącznie adresu to atrofia emocji. Łatwiej wtedy wejść w związek otwarty. I można tak przez lata w nim funkcjonować. Dopóki któraś ze stron się nie zakocha albo nie będzie miała dość.

– „Związek otwarty” to oksymoron – jak „ciepły śnieg” albo „sucha woda”. Związek dwojga ludzi opiera się na łączącej ich więzi, tworzy jedność. Nie może być otwarty – twierdzi seksuolożka. – To tylko ładny szyld dla zwykłej niewierności.

Wielomiłośnicy

Zza oceanu przywędrował do nas poliamoryzm. Po naszemu: wielomiłość. Poliamoryści kochają więcej niż jedną osobę i pozostają w więcej niż jednym związku. Mówią: „poliamoryzm to odpowiedzialna niemonogamia”. Nie chodzi im tylko o seks, dla nich najważniejsza jest więź, bliskość i miłość. Mogą na przykład być w czterech związkach jednocześnie – w dwóch z mężczyznami, a w dwóch z kobietami. Poliamoryści wchodzą też w związki „krzyżowe” – ot, jedna wielka kochająca się rodzina. Ale czy szczęśliwa?

– Jeśli ktoś wciąż poszukuje, nie może się zdecydować co do swojej orientacji albo pragnie przygody, to otwarty związek czy poliamoryzm jest dla niego rewelacyjny – uważa Małgorzata Zaryczna. – Ale to dobre na jakiś czas, jak mieszkanie w akademiku. Nie ma się co łudzić, że to sposób na całe życie. Bo kiedy się kogoś pokocha naprawdę, chce się go mieć tylko dla siebie. Wyłącznie.

  1. Seks

Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, ale śpimy w oddzielnych łóżkach

Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Typowa reakcja na osobne sypialnie małżonków wygląda mniej więcej tak: „Śpicie oddzielnie? Wyrazy współczucia! Już po miłości!”. My tymczasem mówimy: Chcecie się kochać? Rozdzielcie się na noc.

- To koniec! My już ze sobą nawet nie sypiamy – powiedziała Marta, kiedy po raz pierwszy przekroczyła próg mojego gabinetu. Obawiała się kryzysu w swoim, skądinąd udanym od pięciu lat, małżeństwie.

Zapytałam, od jak dawna nie uprawiają seksu.

– Nie, seks wciąż jest, teraz nawet lepszy niż na początku. Chodzi o co innego: mamy osobne sypialnie – odpowiedziała. – Od jakiegoś czasu chodziłam niewyspana, bo Mateusz strasznie chrapie. Nie pomagało przewracanie go na bok ani gwizdanie. Niemal każdej nocy budziłam się kilka razy z rzędu. Ja miałam podły humor, on czuł się winny. W końcu jednego wieczora przeniósł się na kanapę do salonu. A ja po miesiącu rzuciłam pomysł, że może kupię sobie pojedyncze, wygodne łóżko, takie, o jakim zawsze marzyłam, i wstawię je do swojego gabinetu. Miałabym swój oddzielny kąt... Pracuję w firmie, ten gabinet to bardziej zachcianka niż konieczność. Jednak w głębi duszy liczyłam, że Mateusz będzie protestował. Pamiętam, jak na początku małżeństwa uwielbialiśmy zasypiać przytuleni ,,na łyżeczkę”. Tymczasem on stwierdził, że to świetny pomysł! Nawet pomógł mi wybrać łóżko.

Spytałam, czy czuje się szczęśliwa w swojej sypialni. Marta powiedziała, że tak. Nigdy nie miała własnego pokoju. W domu rodziców dzieliła go ze starszą siostrą, w wynajętym mieszkaniu ze współlokatorką, a po ślubie – z mężem.

– Uwielbiam swoje nowe łóżko, mogę mieć wreszcie jedwabną pościel, której Mateusz nie znosi, mogę czytać do późna w nocy i nikt nie gdera, żebym zgasiła światło. Mateusz zasypia sobie przy włączonym telewizorze, z laptopem na kołdrze, ale… kiedy mówię koleżankom, że mamy osobne sypialnie, twierdzą, że to koniec małżeństwa – przyznała.

No tak, w końcu ślub to obietnica dzielenia łoża, stołu i konta w banku. Tylko dlaczego jakoś nie przeszkadza nam, że jadamy osobno obiady na mieście? Oddzielne konta w banku też nie budzą niepokoju, ale pragnienie rozdzielonych sypialni jednoznacznie kojarzy się z kryzysem związku. Może niesłusznie?

Razem czy osobno?

Spanie w jednym łóżku stało się modne dopiero pod koniec XIX wieku, podczas rewolucji przemysłowej, kiedy ludzie zaczęli osiedlać się w zatłoczonych miastach i żyć w małych mieszkaniach, ale ostatnio zwyczaj ten jest coraz bardziej démodé. Tak przynajmniej twierdzą amerykańscy projektanci domów, którzy coraz częściej dostają zamówienia na projekty osobnych sypialni, do tego każdej w innym stylu. W recepcjach sieci najbardziej eleganckich hoteli do dobrego tonu należy pytanie małżonków, czy życzą sobie jeden czy dwa pokoje. Profesor Humphrey Klinkenberg z kliniki Sleepwise w Wielkiej Brytanii twierdzi nawet, że wspólna sypialnia to nieraz pierwszy krok do rozwodu. I nie chodzi jedynie o to, że widok ukochanej kobiety z maseczką na twarzy może na dobre uśpić męskie zmysły, ale raczej o dynamikę snu. Okazuje się bowiem, że kobiety i mężczyźni śpią inaczej.

My – genetycznie zaprogramowane do lekkiego snu, by wstać do płaczącego niemowlęcia – wybudzamy się częściej i nawet drobny szmer może nas postawić na nogi. Panowie nie mają takich problemów. Chrapanie – bardziej męska domena, może ograbić nas z 70 minut snu każdej nocy, co tygodniowo daje 8 godzin. Zbyt wąska wspólna kołdra, przeciągana w nocy raz na jedną, raz na drugą stronę łóżka, to kolejny argument za rozdzieleniem łoża. No i mamy jeszcze całkiem odmienne przyzwyczajenia. On lubi oglądać w łóżku telewizję, ty chcesz spać przy włączonej lampce. Ty lubisz temperaturę w sypialni nie wyższą niż 18 stopni, on jest zmarzluchem – i awantura gotowa.

Na straży udanego seksu

Co z seksem, gdy odgradzają nas ściany, drzwi, korytarz? To pytanie trapi amatorów osobnych sypialni. Co z dzieleniem bliskości, intymności, szczerymi rozmowami ciągnącymi się do rana, zapachem ukochanego, który koi nerwy po ciężkim dniu? A kto powiedział, że do tego niezbędna jest wspólna sypialnia?! Z badań seksuologów wynika, że małżeńskie łoże to ostatnie miejsce, które zachęca do spontanicznego seksu. W sypialni kochamy się bardziej z poczucia obowiązku czy rutyny (w końcu mamy siebie pod ręką). Wspólne łóżko to często miejsce pracy (każde na swoim laptopie), telewizyjnych seansów, a także małżeńskich kłótni, kończących się ostentacyjnym odwróceniem do partnera plecami.

Polscy psychologowie na temat oddzielnych sypialni wypowiadają się raczej ostrożnie, twierdzą, że to dobry pomysł na chwilę, na przetrwanie małżeńskiego kryzysu. Tymczasem małżonkowie najczęściej, by czmychnąć ze wspólnego łoża, uciekają się do pretekstu. On: ,,Kochanie, dopóki mały przychodzi w nocy do naszego łóżka, będę spać na kanapie, bo wiesz, że w pracy muszę być wyspany”. Ona: ,,Kochany, wiesz, że nie znoszę zapachu piwa, może przeniósłbyś się na noc do gabinetu?”.

No cóż, można i tak, ale czy szczerość w związku nie jest ważniejsza od wspólnej kołdry? Po dwóch, trzech latach symbiozy w relacji – dobrowolnej emigracji na bezludną wyspę tylko we dwoje, gdzie ty, tam i ja, tworzenia wspólnej części związku – pojawia się naturalna potrzeba odzyskania niezależności, a w tym także posiadania własnej przestrzeni. Osobni znajomi, odrębne pasje, pojedyncze wypady za miasto – stają się doskonałą okazją, by zatęsknić za sobą nawzajem, a także mieć czym się podzielić z partnerem. Oddzielne sypialnie to właśnie chęć posiadania przestrzeni tylko dla siebie, zaspokajanie potrzeby wygody czy nawet realizacja dziecięcych marzeń spania w jedwabnej pościeli, której nie trzeba z nikim dzielić. A seks? Zapraszanie się do sypialni może być cudownym elementem gry wstępnej i popisem twórczych inwencji. Bywa, że niedostępność partnera budzi chęć przekory, staranowania drzwi…

Mąż gościem w sypialni? Czemu nie? Sytuacja staje się odświętna, inna, daleka od rutyny… Trochę tęsknoty też nie zaszkodzi miłości. Przypomnij sobie, z jakim apetytem rzucacie się na siebie, kiedy jedno z was wraca ze służbowego wyjazdu.

Własne kobiece ustronie

Jeśli szkoda ci tej bliskości, potrzebujesz czasem w nocy poczuć, że nie jesteś sama, a z drugiej strony kusi cię chęć posiadania prywatnego kobiecego ustronia – urządź sobie buduar z własnym łóżkiem i korzystaj z niego od czasu do czasu. Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi.

Tylko jak powiedzieć partnerowi, że chcesz spać osobno? Najpierw rozpoznaj tę potrzebę u siebie i zrozum pobudki, z jakich ona wynika. Jeśli pierwsza myśl, która się pojawia w twojej głowie, to: „Już dłużej nie chcę spać z nim w jednym łóżku”, może powinnaś zastanowić się nad terapią małżeńską. Kiedy zaś wizja własnego łóżka, kolorowych poduszek, pokoju urządzonego po babsku od dawna chodzi ci po głowie (nie bez myśli o zmysłowych przygodach z partnerem pośród zwiewnych koronek), po prostu powiedz mu o tym – otwarcie, szczerze, bez uciekania się do pretekstów. I spełnij swoje marzenie.