1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Film rosnący jak drzewo. O „Miłości, która zostaje” rozmawiamy z reżyserem Hlynurem Pálmasonem

Film rosnący jak drzewo. O „Miłości, która zostaje” rozmawiamy z reżyserem Hlynurem Pálmasonem

Hlynur Pálmason (Fot. materiały prasowe)
Hlynur Pálmason (Fot. materiały prasowe)
Co się dzieje z miłością, gdy wszystko inne legło w gruzach? W swoim najnowszym filmie Hlynur Pálmason przygląda się rodzinie w stanie ruiny. Po zakończeniu związku Magnús (Sverrir Gudnason) i Anna (Saga Garðarsdóttir) usiłują odnaleźć się w nowej sytuacji dla dobra swoich dzieci (Grímur Hlynsson, Þorgils Hlynsson, Ída Mekkín Hlynsdóttir). Nie dzielą już domu, nie dzielą dni, ale to nie znaczy, że wspomnienia i uczucia wyparowały. „Miłość, która zostaje” o kryzysie tradycyjnych ról i kryzysie ludzkości opowiada w charakterystycznym dla islandzkiego reżysera stylu – na granicy snu i jawy. Z Hlynurem Pálmasonem przy okazji polskiej premiery jego filmu rozmawia Ida Marszałek.

Ida Marszałek: „Miłość, która zostaje” opowiada o rozpadzie rodziny, a w konsekwencji o mężczyźnie, który znalazł się na rozdrożu. Magnús dryfuje przez życie. Nie może już wypełniać dotychczasowych zadań, ale też nie znalazł jeszcze dla siebie nowej roli. Czy w procesie filmowym dotarłeś do tego, czym jest współczesna męskość?

Hlynur Pálmason: Na to pytanie nie mam gotowej odpowiedzi, choć czułem, że jest to temat wart zbadania. Kiedy moja żona była w ciąży, wszędzie widziałem ciężarne kobiety. To nie znaczy, że było ich więcej, ale od razu wyłapywałem je w tłumie. Przy pisaniu postaci Magnúsa podobnie było z zagadnieniem męskości. Obserwowałem moich przyjaciół, moich synów, a także ojca i dziadków i starałem się zrównoważyć ich punkty widzenia. Kiedy pracuję, zawsze staram się połączyć przeszłość, teraźniejszość i przyszłość – znaleźć między nimi równowagę. Jako reżyser nie chcę wpadać w cynizm, być zbyt agresywnym ani brutalnym, unikam też sentymentalizmu. Tym sposobem próbuję uciec od pytania (śmiech).

Odrobinę (śmiech).

O Magnúsie mogę powiedzieć, że ma w sobie mieszankę uczuć, z którymi nie jest w stanie sobie poradzić. Film wyraża jego ukryty gniew, smutek, poczucie wykluczenia z codziennego życia rodziny. Świat, który zbudował, rozpada się. On usilnie próbuje zatrzymać życie, które znał, jednocześnie szukając dla siebie miejsca w tym nowym. Przy budowaniu jego postaci dużo uzmysłowiły mi koguty, które zobaczyłem przed domem. Od razu zacząłem rozmyślać o ich tragicznym losie. Ciężko jest urodzić się kogutem, bo najprawdopodobniej szybko straci się łeb.

Kadr z filmu „Miłość, która zostaje” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Miłość, która zostaje” (Fot. materiały prasowe)

Magnus jest jak ryba bez głowy. W jednej ze scen jego synowie, bliźniaki, trzymają wielką rybę patrząc prosto w kamerę. Gdy rozchodzą się na boki, okazuje się, że zwierzę jest podzielone na pół. W twoich filmach większą wartość od klasycznej narracji mają wizualne metafory. Jak wygląda proces łączenia licznych obrazów w spójną opowieść?

Staram się unikać symboliki, odgórnie przyjętych założeń. Zaczynam zawsze od bijącego serca tego, co mnie interesuje. Przez długi czas kolekcjonuję rzeczy, które łączą się właśnie z tym tematem. W filmie „Godland” wykorzystałem nagranie gnijącego konia, które zrealizowałem lata wcześniej. Czasami obraz, czasami książka, jakieś zdanie lub słowo, które przeczytam, staje się w mojej głowie tym brakującym elementem układanki. Gromadzenie trwa zwykle sześć lub dziesięć lat. Po takim czasie mam tyle materiału filmowego, nagranych dźwięków, że łatwo mi to poskładać do kupy, wyciągnąć z tego historię. Jeśli przez długi czas dokumentujesz jeden temat, jest duża szansa, że dotrzesz do sedna.

Z drugiej strony jest to proces, w którym nie ma nic pewnego. Musisz w pełni zaufać własnej intuicji.

Kilka lat temu wróciłem do rodzinnej miejscowości na wschodnim wybrzeżu Islandii, żeby spróbować życia daleko od miasta. Sprawdzić, czy damy radę tak przetrwać, jako filmowcy, artyści. Utrzymać rodzinę, a jednocześnie robić ekscytujące rzeczy. Sam wciąż staram się zrozumieć, jak to działa albo, czy w ogóle działa. Próbowałem stworzyć codzienną rutynę. Coś kreatywnego, zabawnego i stymulującego do robienia każdego dnia. Wyznaczyć sobie miejsce do pisania i do malowania. Równolegle zajmować się innymi projektami. Przy takim trybie pomysły po prostu na mnie spływały. Sądzę, że chodzi o to, by stale pielęgnować swoją duszę.

Pamiętasz jeden z momentów, w których doznałeś olśnienia?

W 2017 roku moje stare studio zostało zburzone przez władze miejskie. Starałem się z tym walczyć, ale nie mogłem ich powstrzymać. Zrobiłem więc jedyne, co mi pozostało: nakręciłem, jak zrywają dach. Kiedy stałem za kamerą byłem zbyt roztrzęsiony, by widzieć, co filmuję. Po prostu próbowałem to uchwycić, zanim się skończy. Kiedy odtwarzałem potem ten materiał, siła obrazu mnie uderzyła. Już wcześniej wiedziałem, że mój następny film będzie portretem rodziny, ale nie nie miałem pojęcia, jaka to będzie rodzina. Po zobaczeniu tego oderwanego dachu pomyślałem, że to oczywiste. Musi być rozbita. Eksplorowałem dalej relację ojca i matki i doszedłem do wniosku, że on już nie mieszka w domu, śpi na łodzi. On pracuje z morzem, natomiast ona pracuje z ziemią. Bardzo lubię tę opozycję. Podkreśla odmienność bohaterów, a zarazem ich współzależność.

Kadr z filmu „Miłość, która zostaje” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Miłość, która zostaje” (Fot. materiały prasowe)

W Twoich filmach czuć nie tylko silne połączenie z naturą jako całością, ale także z naturą konkretnego miejsca.

Staram się znaleźć sposób, by dotrzeć do esencji. Żeby to osiągnąć muszę spędzić czas z filmem. Na początku procesu twórczego zamykam się właśnie w tym pokoju z maszyną do pisania (wskazuje na maszynę za swoimi plecami). Odseparowuję się od zewnętrznych bodźców, próbuję być tu i teraz. Rozstawiam mój system nagłośnieniowy, mikrofony. Słucham danego miejsca, przebywam w nim i piszę. Wtedy przestrzeń zaczyna odkrywać przede mną swój charakter.

W twoim portrecie rodzinnym istotnym elementem są również dzieci, na których odbijają się wszelkie decyzje dorosłych.

Dzieci są fundamentem rodziny i były także punktem wyjścia do filmu. Pomysł na „Miłość, która zostaje” przyszedł do mnie w trakcie kręcenia krótkometrażowego „Gniazda”. Na potrzeby tej produkcji przez półtora roku filmowałem dzieci bawiące się w domku na drzewie. Zacząłem się zastanawiać, co w tym samym czasie mogą robić ich rodzice, skoro nigdy nie pojawiają się na ekranie. Moja fantazja zaprowadziła mnie do długiego metrażu. Ale tak naprawdę tutaj protagonistą jest cała rodzina, włącznie z psem i światem, który ich otacza. Ciężko to wytłumaczyć, bo w głównym nurcie przywykliśmy do innego sposobu opowiadania. A mój film zamiast klasyczną opowieść przypomina raczej rodzinny gobelin. Nie ma tutaj dramatycznego potencjału, zwrotów akcji, tylko czas spędzony z tą konkretną rodziną, chwila zatrzymania zanim pójdzie się dalej. Najbardziej zależało mi na stworzeniu określonego, intymnego nastroju. Czegoś, co wydaje się bezwysiłkowe. Ten poziom autentyzmu jest bardzo trudny do uzyskania. Myślę, że udało nam się to dzięki maleńkiej, niemal dokumentalnej ekipie. Byliśmy elastyczni, mieliśmy dużo czasu, który mogliśmy spędzić razem. Jak bohaterowie filmu.

No właśnie! To rodzinny film w każdym znaczeniu tego słowa. Również dlatego, że na ekranie widzimy dosłownie twoją rodzinę. Bliźniaków, Grímura i Þorgilsa, grają twoi synowie, w Ídę wciela się twoja córka, zaangażowałeś nawet swojego psa Pandę. Który nawiasem mówiąc otrzymał za tę rolę Psią Złotą Palmę w Cannes. Mało tego, twoje dzieci zagrały w zasadzie w każdej twojej produkcji. Czy uważasz, że sztukę należy tworzyć właśnie w gronie bliskich?

Tak jak w przypadku bohaterów filmu, moje dzieci też urodziły się dość wcześnie i nie chciałem spędzać czasu z dala od rodziny. Zawsze starałem się pracować w swoim otoczeniu, zamiast daleko podróżować. Po prostu: być z bliskimi. I „Miłość…” oddaje tę potrzebę. Filmowałem to, co miałem wokół, bez konieczności budowania czy odtwarzania czegokolwiek. Zależało mi, żeby pokazać rzeczy takimi, jakie są naprawdę: intymne, przyziemne, a nawet brzydkie. Skupić się na wspomnieniach tworzonych z ukochanymi. Sam nie chcę niczego przegapić, z każdym rokiem wydaje mi się, że czas płynie coraz szybciej. W każdym filmie badam pewien rodzaj relacji rodzinnych. Dom jest dla mnie rdzeniem. Moja rodzina to duża część wszystkiego, co stworzyłem i prawdopodobnie będzie dużą częścią kilku kolejnych projektów.

Kadr z filmu „Miłość, która zostaje” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Miłość, która zostaje” (Fot. materiały prasowe)

To przywiązanie wykracza poza więzy krwi. Jedną z osób bez której nie możesz się obejść na planie jest aktor Ingvar Sigurðsson.

Mam bardzo zgraną ekipę. To zespół, z którym pracuję w kółko. Kiedy zaczynam tworzyć scenariusz, twarz Ingvara automatycznie pojawia mi się przed oczami. Więc jak go widzę, to go piszę. Czasami jest to główna rola jak w „Biały, biały dzień”, a czasami bardzo mała jak w „Miłość, która zostaje”, ale zawsze gdzieś tam jest. Nawet w filmie krótkometrażowym, który teraz kręcę, nie mogło go zabraknąć. To genialny aktor i genialny człowiek.

Poruszyłeś wcześniej kwestię brzydoty. W swoich obrazach pokazujesz, że natura i ludzie potrafią być odpychający, nawet szokujący.

Jestem szczęściarzem, że urodziłem się tu, gdzie się urodziłem, w pokojowym kraju. Ale świat jest teraz bardzo mały. Nawet jeśli wydaje ci się, że jesteś od oddalony od konfliktów, one i tak cię „zabarwiają”. Wojna w Ukrainie trwa już czwarty rok i sądzę, że to przenika moją pracę. Żyje w swojej własnej bańce, moje dzieci są zdrowe, moje codzienne zmagania to nic w porównaniu z tym, przez co przechodzą ludzie w strefach objętych wojną. Miałem wyrzuty sumienia, że nie robię nic, żeby to zmienić. Myślę, że dlatego zacząłem zauważać wokół siebie te brutalne i szokujące obrazy. I dlatego poczułem potrzebę, żeby przenieść je na ekran. Mój film nabrał kolorów odpowiednich do tego, co działo się u mnie w środku. Zawsze uważałam, że dobrze jest działać pod wpływem impulsów, ponieważ pochodzą one z prawdziwego miejsca. Kiedy podążam za tym bodźcem, zwykle otwiera mi to drzwi, pozwala wejść głębiej w projekt.

Kadr z filmu „Miłość, która zostaje” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Miłość, która zostaje” (Fot. materiały prasowe)

Najbardziej zszokowała mnie scena spotkania właściciela galerii z Anną. Jego wielkomiejski słowotok śmieszy, ale do czasu. Później już tylko przeraża fakt, że ktoś tak zachłanny i ordynarny decyduje o bycie albo niebycie w świecie sztuki. Czy przytrafiło ci się coś podobnego?

Kiedy wchodzisz w świat sztuki lub filmu, zaczynasz uczestniczyć w pewnym procesie dawania i brania. Widzisz obie strony tego biznesu: mroczną i jasną. Jednak ta scena nie miała być z mojej strony żadnym gorzkim stwierdzeniem, była po prostu impulsem. Oddałem się przyjemności pisania, dobrze się bawiłem. Czułem też, że to naprawdę ważny boczny tor, który powie wiele o współczesnym świecie, ale też o bohaterce. Czasami film rośnie jak drzewo. Nie dostrzeżesz sensu wśród splotu gałęzi, dopóki nie odejdziesz daleko i nie spojrzysz na całość.

Film „Miłość, która zostaje” można zobaczyć w kinach od 20 marca.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Hlynur Pálmason, islandzki filmowiec, scenarzysta i artysta wizualny. Swoją karierę rozpoczął od sztuk wizualnych, po ukończeniu Narodowej Szkoły Filmowej w Danii w 2013 roku, zajął się filmem. Zadebiutował filmem fabularnym „Zimowi Bracia” (2017), a następnie nakręcił „Biały, biały dzień”, który miał premierę podczas Tygodnia Krytyków w Cannes (2019). Jego trzeci film fabularny, „Godland” (2022), uczestniczył w konkursie „Un Certain Regard” na Festiwalu w Cannes. Czwarty film fabularny, „Miłość, która zostaje”, miał premierę na festiwalu w Cannes w 2025 roku. Pálmason mieszka i pracuje między Islandią a Danią wraz z żoną i trójką dzieci.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE