1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kim są osoby wykluczone, których brakuje w rodzinnej układance, a powinny w niej być?

Kim są osoby wykluczone, których brakuje w rodzinnej układance, a powinny w niej być?

Wykluczeni. Osoby, których brakuje w rodzinnej układance - a powinny w niej być. Wyrzucono je, odepchnięto, zaginęły lub odeszły same. Pustka po nich pozostaje pustką, lecz domaga się wypełnienia.

Do systemu rodziny należą wszyscy: osoby zmarłe przedwcześnie, dzieci, które nie zaznały życia z powodu poronienia lub aborcji, wygnańcy, wydziedziczeni, chorzy psychicznie zamknięci w szpitalach, a także zbrodniarze i oszuści, których rodzina nie chce znać. Jest to zasada uznawana w psychologii systemowej, ale także w teorii Hellingera, w psychogenealogii Anne Ancelin Schutzberger w ogólnie panującej logice, którą trafnie ujmuje porzekadło: rodziny się nie wybiera.

Wykluczeni z systemu naturalnie pragną do niego powrócić, a rodzina podświadomie za nimi tęskni, bo jest organizmem, który jak każdy dąży do całości, pełni. Nic w tym dziwnego - grupa istot związanych więzami krwi chce trzymać się razem, w jej odwiecznym, instynktownym interesie jest przekazywać geny i bronić członków swojego rodu. W systemie działa także wspomniane już prawo ukrytej lojalności rodzinnej: więc jeśli kogoś wyrzucono poza nawias rodziny, któryś z potomków może się z nim solidaryzować. Odezwie się ukryta w jego podświadomości lojalność z tym akurat wyklętym pradziadkiem, czy stryjkiem, zadziała i wznieci potrzebę dokończenia jego życiowej misji lub zgotuje mu podobny los.

Oto potomek żeglarza, który nie powrócił z dalekomorskiej wyprawy: dzieje się z nim coś niepokojącego: ciągnie go na morze, nie potrafi sobie znaleźć miejsca, a to ulega wypadkom, zmienia adresy, pracę, w każdym pubie inna dziewczyna, wszędzie mu źle... pomóc może poszukanie wiedzy o życiu zaginionego żeglarza i - bez względu na zdobyte lub niezdobyte informacje - uznanie go za członka rodzinnej grupy.

Analizując swoje geneosocjogramy, ludzie dostrzegają ze zdziwieniem, że rodzinna historia się powtarza, potomkowie dziedziczą podobny los: wnuczka łamie nogę na nartach w tym samym wieku, w którym pradziadka wydziedziczono, a ten gniew wyjechał w świat... itd. itd. Według Anne Schutzenberger właśnie w taki sposób osoba wykluczona przypomina się swojemu systemowi rodzinnemu. Dopóki nie zostanie zauważona, w jakiś, nawet symboliczny sposób na portów przyjęta na rodzinne łono, potomkowie nie zaznają spokoju, a podobne przypadku będą powracać. Nawet jeśli taka reguła brzmi abstrakcyjnie i ponoszenie konsekwencji za wykluczenie praszczura wydaje się niemożliwe racjonalnym umysłom - to i tak warto wiedzieć, że wykluczony przodek istniał.

Może ktoś odziedziczy jego geny (albo majątek)? Zasada dążenia struktur do scalenia też nie wydaje się irracjonalna, a brakujący element we własnej rodzinie zwykle wszystkich intryguje. Dlatego zachęcam do stworzenia geneoskryptu. Każdy potomek, także ów nienękany żadnymi problemami - może pochylić się nad historią rodzinną i pomyśleć, kto z jego przodków został wyrzucony poza nawias rodziny i mógłby domagać się swoich praw? A każdy symboliczny gest scalający rodzinę, czy to znicz na grobie dedykowany wykluczonemu, czy imię nadane bezimiennemu dziecku, czy nawiązanie kontaktu z żyjącymi krewnymi może przynieść tylko korzyści. Do wykluczonych należą tak samo osoby, których rodzina się wyrzekła, którzy zaginęli, jak i przedwcześnie zmarli, a także dzieci oddane lub nienarodzone (...)

Więcej w książce "Sekrety przodków, czyli jakie znaczenie ma to, że twoja prababka zwiała przez okno z kochankiem?" Katarzyny Drogi, Wydawnictwo Zwierciadło.

Sekrety przodków Katarzyna Droga Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak uwolnić się od wzorców rodzinnych?

Czasy się zmieniają. Wzorce rodzinne mogą nas wspierać, częściej jednak blokują nasze działania. Jak rozpoznać te negatywne? (fot. iStock)
Czasy się zmieniają. Wzorce rodzinne mogą nas wspierać, częściej jednak blokują nasze działania. Jak rozpoznać te negatywne? (fot. iStock)
Pierwszy krok to uświadomić sobie wzorzec, następny - wejść w proces rozwoju. Gdy postępujemy świadomie i poznajemy prawdę, przyciągamy do siebie osoby z innego poziomu. W końcu świadomie dojdziemy do momentu, gdzie nie ma już z kim przeżywać starych wzorców. Jak przejść ten proces? Wyjaśnia Małgorzata Przygońska, terapeutka i nauczycielka duchowa.

Jak przejść przez proces uwalniania się od wzorców? Jeśli teraz uświadomisz sobie na przykład swój wzorzec ucieczki od: rodziców, trudnych sytuacji, związków, miejsca pracy - spostrzeżesz, że zamiast rozwiązywać problemy, uciekałaś. Jeśli następnie prześledzisz życie swoich przodków, to zauważysz że powtarzasz jakiś ich wzorzec. Będziesz to robić, dopóki nie staniesz się świadoma tej powtórki. Kiedy już poznasz schemat zachowań, w którym żyłaś jakby bez twojej woli, odzyskasz wolny wybór. Od tego momentu jako wolna osoba możesz go powtarzać, albo nie. To już zależy od tego, na co ty się zdecydujesz. Świadoma intencja i decyzja zmienią sposób twojego postępowania. Jeśli poziom naszej świadomości wzrasta o pięć procent, jakość życia poprawia się o 80 procent. Uświadomienie sobie wzorców może być szokujące. Obserwuję to podczas warsztatów o związkach, które prowadzę. Nasza podświadomość broni się przed ujawnieniem tej prawdy wszelkimi sposobami. W konsekwencji tego tkwimy w tym stanie, składając winę na inne osoby i mówimy - to przez niego, przez nią, przez moją matkę, przez mojego dziadka, bo to oni tacy byli.

W poczuciu skrzywdzenia można trwać do końca życia. Tak. Dopóki nie weźmiemy odpowiedzialności za jakość swojego życia. Za to, że wszystko co się w nim wydarza, my stworzyliśmy swoimi myślami, uczuciami i działaniami. Wygodniej obwinić jest kogoś albo coś, nawet sytuację czy splot zdarzeń, niż poczuć własną odpowiedzialność za kreację rzeczywistości.

Jak wziąć na siebie odpowiedzialność? Zdawać sobie sprawę z konsekwencji, które rodzi każda decyzja. Trzeba jak jasnowidz, choć na chwilę wejrzeć dokąd ona mnie doprowadzi i jak będzie wyglądało moje życie za rok czy dwadzieścia lat, gdy ją podejmę. Jeśli na przykład dziewczyna pozna uroczego chłopaka, który właściwie spełnia jej wszystkie marzenia, ale załóżmy że ma kontakt z narkotykami, albo na każdym spotkaniu pije alkohol, to dla niej powinno zapalić się czerwone światło zagrożenia. Jej błąd może polegać na tym, że nie mając wiedzy na ten temat, pomyśli sobie że jak on ją pokocha, a ona jego, to on się zmieni. Nic bardziej błędnego. Mamy wpływ wyłącznie na siebie, a nie na drugą osobę. Popatrzcie na rodziny alkoholików i zobaczycie, że póki uzależniona osoba nie chce uwolnić się od tego wzorca, to namowy rodziny, prośby, groźby nic nie dają, bo to jest jej osobisty wybór, na który otoczenie nie ma wpływu. Co w takiej sytuacji mogę zrobić? Po pierwsze - uświadomić sobie, że skoro ten chłopak pojawił się w moim życiu, to ja mam wzorzec bycia współuzależnioną osobą. Widocznie w mojej bliskiej lub zupełnie dalekiej rodzinie byli ludzie uzależnieni od hazardu, seksu, alkoholu, choć wtedy mówiło się „dziadek trochę popijał”. I to wystarczy, żeby dziewczynę zainteresował chłopak z podobnym problemem, bo ten wzorzec w kolejnym pokoleniu domaga się uzdrowienia. Dziewczyna potrzebuje przeanalizować sobie historię swoich znajomości. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że miała już podobnego kolegę, chłopaka, który jej się podobał i że on też miał coś wspólnego z jakimś nałogiem. Jeśli nie uwolni tego wzorca, będzie do siebie przyciągać takich ludzi.

Niestety, zwykle lampki ostrzegawcze się nam nie zapalają. Po to rozmawiasz ze mną, żeby się nam zapalały. Na warsztaty przychodzą osoby, które chcą zyskać świadomość tego, co dzieje się w ich życiu. Wiedzą już, że sobie z czymś nie radzą. Są też i takie, które już zdecydowały się na zmianę i chcą się dowiedzieć od czego zacząć proces odnowy, szukają w sobie źródła odwagi. Często znajdują się w trudnym momencie, ale są już otwarte na nową jakość życia, na inne relacje w rodzinie.

Powiedziałyśmy o uświadomieniu sobie wzorców, wzięciu odpowiedzialności za własne życie i chęci zmiany. Co dalej? Trzeba dalej iść do przodu. Najpierw jednak należy obejrzeć się do tyłu - popatrzeć z miłością na swoich przodków i uzdrowić przeszłość. Oznacza to zaakceptowanie siebie takim, jakim się jest na chwilę obecną. Konieczne też jest wybaczenie sobie i innym, pogodzenie się z rzeczywistością, która nas otacza, a którą sami sobie wykreowaliśmy. To jest pierwszy, najważniejszy krok w procesie osobistej przemiany, ponieważ potrzebujemy akceptacji, która uwolni energię dla dokonania niezbędnych zmian w życiu. Dalej trzeba żyć świadomie, tworząc pozytywne energetyczne wzorce dla przyszłych pokoleń.

Jak zmienia się życie osób, które pozbywają się wzorców? Dostrzegają, że poprzez zmianę sposobu myślenia i wzrost świadomości siebie samych, mają realny, wymierny wpływ na swoje życie, a przez to zmienia się ich otoczenie. Ze spokojem wprowadzają konieczne zmiany już bez panicznego lęku i niepokoju. Gdy uwolnią lęki, stają się bardziej asertywni, współodczuwający, mniej krytyczni dla siebie i innych, bardziej pewni siebie, a zarazem łagodniejsi. Wyraźnie to widzę, kiedy zjawiają się na kolejnych zajęciach po miesiącu lub dwóch. Dzieje się tak, ponieważ podnieśli swoje wibracje na wyższy poziom. Dbają o dobre samopoczucie i nastrój każdego dnia, lepiej też postrzegają ich inni.

Małgorzata Przygońka jest twórcą metod: Świadomego Uwalniania Wzorców i Świadomego Kreowania Rzeczywistości. Prowadzi sesje indywidualne i Warsztaty Świadomego Rozwoju. Łączy umiejętności z zakresu różnych dziedzin m.in. Terapii Odwykowej, Neurolingwistycznego Programowania, Konstelacji Rodzinnych.

  1. Zwierciadło poleca

Co dziedziczymy po rodzicach?

Zależności pomiędzy środowiskiem a genami są wciąż dość niejasne i niezwykle złożone. (fot. iStock)
Zależności pomiędzy środowiskiem a genami są wciąż dość niejasne i niezwykle złożone. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
„Wykapany synek tatusia i nieodrodna córeczka mamusi” – często, słysząc takie komentarze, zastanawiamy się na ile nasze cechy i zdolności uwarunkowane są genetycznie. Co na ten temat mówi nauka? Jakie są najnowsze odkrycia genetyków? – wyjaśnia prof. Ewa Bartnik, autorka książki „Co kryje się w naszych genach? Największa łamigłówka ludzkości.”

Ród Kossaków to ewenement na skalę światową. Zdarza się bowiem, że ojciec czy matka przekazują swój talent dziecku, jednak u Kossaków były aż trzy pokolenia twórców. Poczynając od dziada Juliusza, którego ulubionym motywem malarskim były konie, przez ojca Wojciecha, autora Bitwy pod Racławicami, po wnuków Juliusza – Karola i Jerzego, którzy również zostali uznanymi malarzami. Czterech członków najbliższej rodziny, obdarzonych tym samym talentem. To nie może być przypadek. Podobnie jak nie jest zapewne przypadkiem, że kilka kobiet z tej rodziny miało talent literacki – to z rodziny Kossaków pochodzi przecież Magdalena Samozwaniec, znakomita pisarka i satyryczka, jej siostrą była poetka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, a siostrą stryjeczną – powieściopisarka Zofia Kossak-Szczucka.

Takich przykładów mamy w życiu mnóstwo. Syn jest równie zdolnym muzykiem jak ojciec, córka dziedziczy talent malarski po mamie, rodzeństwo ściga się w tym samym sporcie. Są też pewne sytuacje, o których mówimy – o, tu zadziałały złe geny. Być może one doszły do głosu na przykład w przypadku Bobbi Kristiny Brown, córki Whitney Houston? To była dramatyczna historia, która wstrząsnęła światem przed kilku laty. Najpierw słynna piosenkarka zmagała się z uzależnieniem od narkotyków, aż w końcu ją zabiły. Utonęła w wannie w pokoju hotelowym, będąc pod wpływem kokainy. Kilka lat po śmierci matki dwudziestodwuletnia Bobbi została znaleziona w swoim mieszkaniu martwa – również w wannie, a w jej krwi śledczy wykryli mnóstwo narkotyków i alkoholu. Czy zadziałały tu geny, czy raczej środowisko, pełne stresów i załamań życie artystycznego światka, które popchnęło obie kobiety ku autodestrukcji?

Do dzisiaj nie potrafimy dać na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Czynniki genetyczne i środowiskowe stanowią skomplikowaną mieszankę, zwłaszcza w przypadku cech charakterologicznych, talentów, inteligencji, nawet skłonności do różnych chorób. Zacznijmy od tego, że dziedziczymy od obojga rodziców po 23 chromosomy, w tym dwa chromosomy odpowiadające za naszą płeć – dziewczynki mają dwa chromosomy X, po jednym od mamy i taty, a chłopcy jeden chromosom X od mamy oraz jeden chromosom Y od taty. Warto wiedzieć, że nie wszystkie plemniki przenoszą chromosom Y, ale połowa z nich niesie chromosom X – czyli żeński. Z połączenia tych plemników z komórką jajową narodzą się dziewczynki, a więc płeć dziecka zależy tak naprawdę wyłącznie od ojca.

Kiedy plemnik i komórka jajowa połączą się, w jednej zapłodnionej komórce spotykają się po 23 pary chromosomów oraz geny, które są na nich ulokowane. Czy to oznacza, że przyszły człowiek został już dokładnie zaprogramowany? Oczywiście nie. Jeżeli chodzi o cechy wyglądu, takie jak: kształt twarzy, kolor oczu, włosów, skóry, to rzeczywiście, są one przekazywane w naszych genach. Ale nie zależy to od jednego czy dwóch genów. Za niemal każdą cechę naszego wyglądu odpowiada kilka lub kilkadziesiąt genów. Można powiedzieć, że dzisiaj znamy ich wiele i potrafimy dość sprawnie na ich podstawie określić wygląd danej osoby. Ten postęp dokonał się dzięki medycynie sądowej i kryminalistyce. To w tych dziedzinach bardzo potrzebne były metody identyfikacji zmarłych osób na podstawie ich materiału genetycznego. Kiedyś nie było to możliwe. Można było odtworzyć rysy twarzy na podstawie kształtu czaszki, ale kolor włosów, oczu, skóry? Tego stwierdzić się nie da na podstawie badań szkieletu czy jego fragmentów. Dzięki postępom w genetyce udało się jednak zidentyfikować całe grupy genów, które odpowiadają za to, że jedni ludzie mają zielone oczy i rude włosy, a inni są niebieskookimi blondynami o chłodnej karnacji. Dzisiaj genetycy pracujący w laboratoriach kryminalistycznych mają do dyspozycji specjalne zestawy do badania cech wyglądu na podstawie DNA.

Badania genetyczne pozwalają dziś wyjaśnić wiele przestępstw. (fot. iStock) Badania genetyczne pozwalają dziś wyjaśnić wiele przestępstw. (fot. iStock)

 

Dla genetyków szczególnie ważne są badania prowadzone z udziałem bliźniąt jednojajowych. Przychodzą one na świat z identycznymi zestawami genów (czasami z bardzo drobnymi wyjątkami). Te bliźnięta są dla nas „żywymi laboratoriami”, które pozwalają nam przypisać różne geny do różnych cech i dowiedzieć się, w jakim stopniu informacje zawarte w DNA mają wpływ na to, jacy jesteśmy. Kiedy na przykład chcemy zbadać, w jakim stopniu inteligencja, zdolności czy skłonności do różnych chorób, takich jak: depresja, schizofrenia czy cukrzyca, są zależne od genów, sprawdzamy to, właśnie porównując bliźnięta jednojajowe. Ale oczywiście nie jedną parę – do badań zapraszane są duże grupy bliźniąt, naukowcy mają specjalne bazy z ich adresami i kontaktami do nich.

Z tymi badaniami jest kilka problemów. Kiedyś sporo badań było robionych na bliźniętach rozdzielanych po urodzeniu, na przykład oddawanych do adopcji. I w tym procederze naukowcy brali udział! We współpracy z domami dziecka (tak było na przykład po drugiej wojnie światowej) określali, do jakich domów powinny iść rozdzielone bliźnięta, żeby badanie przyniosło jak najwięcej informacji. To było nie tylko nieetyczne, ale też nie dawało miarodajnych rezultatów, bo bliźnięta czasem miały ze sobą kontakt, nie wszystkie pary rodzeństwa z próby trafiały do rodzin zastępczych w tym samym wieku. Metodologia tych badań pozostawiała więc sporo do życzenia. A jeszcze dodatkowo niekiedy okazywało się, że bliźnięta, na których prowadzono obserwacje, wcale nie są jednojajowe, a tylko bardzo do siebie podobne – niemniej w zapłodnieniu brały udział dwie różne komórki jajowe, co wyklucza identyczność materiału genetycznego.

Dzisiaj, kiedy te obserwacje są prowadzone dużo staranniej i na lepiej wybranych grupach bliźniąt, stwierdzamy, że w przypadku cech charakteru, inteligencji czy też predyspozycji do różnych dolegliwości zazwyczaj geny mają wpływ w 50 procentach, a pozostałe 50 procent to czynniki środowiskowe – wychowanie, doświadczenia życiowe, styl życia. Te 50 procent to jednak wcale nie tak mało, dlatego wciąż prowadzone są badania sprawdzające, które warianty genów mają wpływ na różne nasze cechy, na przykład skłonność do strachu albo odkrywania i poszukiwania nowości. Niestety, wyniki są na razie dość, powiedziałabym, irytujące. Owszem, wiemy na przykład, który wariant jakiego genu odpowiada za skłonność do poszukiwania nowości, ale okazuje się, że posiadanie tego wariantu nie jest ani warunkiem koniecznym, ani wystarczającym, aby dana osoba lubiła odkrywać nowe rzeczy i doświadczać przygód. I tak jest z większością genów wpływających na nasze zachowanie, to, kim jesteśmy i jakie mamy podejście do życia.

Być może dowiemy się więcej dzięki nowej inicjatywie naukowej, która narodziła się w USA. To Social Science Genetic Consortium – zespół badawczy, który analizuje gigantyczną ilość danych zarówno genetycznych, jak i dotyczących cech oraz doświadczeń, takich jak: poczucie zadowolenia z życia, skłonność do depresji, długość edukacji, sukcesy w szkole i tak dalej. I ci naukowcy znajdują na przykład warianty genów, których posiadacze, jak się okazuje, są statystycznie o rok dłużej w szkole niż ci, którzy ich nie posiadają. Ale czy to oznacza, że osoby z tym wariantem są lepiej wykształcone? Nie. Zależności pomiędzy środowiskiem a genami są bardzo niejasne i niezwykle złożone, dlatego moim zdaniem nigdy nie uda nam się tylko na podstawie sekwencji DNA danego człowieka, na przykład niemowlęcia, stwierdzić, czy będzie on w dorosłym życiu psychopatą, czy wrażliwym altruistą. Może będziemy jedynie w stanie określać jakiś procent zwiększonego ryzyka pojawienia się danej cechy czy zaburzenia osobowości – na przykład że dana osoba ma 5 procent większe niż ogół populacji ryzyko psychopatii albo o 10 procent większą skłonność do empatii. Ale nigdy nie będzie wiadomo, czy coś z tych prognoz wyniknie, bo środowisko w każdym z tych przypadków może odegrać decydującą rolę.

Jest w tym wszystkim sporo zagadek, czasami też zabawnych. Weźmy na przykład taki fenomen, jak studiowanie w Akademii Medycznej. Wydaje się na pierwszy rzut oka, że to musi być wybór ścieżki zawodowej bardzo silnie uwarunkowany genetycznie, bo właśnie wśród lekarzy jest mnóstwo przykładów na wielopokoleniowe uprawianie tego zawodu. A oczywiście genu studiowania medycyny nie ma. Kiedyś nawet badano te lekarskie rodziny i pytano studentów medycyny o przesłanki, które kierowały ich wyborami. Okazało się, że są dwie główne – tradycja rodzinna oraz doświadczenie w dzieciństwie choroby, która się szczęśliwie zakończyła. Osoby, które nie mają „rodzinnego obciążenia” medycyną, mogą „zarazić się” nią przez dziecięcą fascynację podczas pobytu w szpitalu, pod warunkiem że nie jest to we wspomnieniach doświadczenie traumatyczne.

Traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa nie chronią za to przed uzależnieniem. W tym przypadku też obserwujemy, że skłonność przechodzi często z pokolenia na pokolenie. Jeśli pił nałogowo ojciec, statystycznie bardziej prawdopodobne jest, że jego syn zostanie alkoholikiem, niż to, że alkoholikiem zostanie człowiek z domu, gdzie nikt nie nadużywał alkoholu. Ostatnio dużo się w nauce mówi o genach predysponujących do uzależnień, ale te badania są bardzo trudne. Musimy też w dużej mierze opierać się w nich na wywiadach, a ludzie często nie mówią w nich prawdy, zwłaszcza jeżeli chodzi o zachowania związane z uzależnieniami. Z pewnością jakiś wpływ genetyczny też w tym przypadku jest, ale znowu jest to moim zdaniem pół na pół z tym, jak kształtuje nas środowisko i wychowanie. Nie ma wątpliwości, że jedni z nas są bardziej podatni na toksyczny wpływ alkoholu, a inni mniej. Odpowiadają za to geny pozwalające na rozłożenie etanolu do aldehydu octowego i sprawne pozbycie się go z organizmu. Ten gen występuje w nieco innej formie u niektórych Azjatów, dlatego łatwiej się upijają. Ale nie oznacza to automatycznie, że są bardziej skłonni do uzależnienia od alkoholu.

Ważne pytania

Czy istnieje coś takiego, jak geny narodowe? Zdecydowanie nie. Różnorodność genetyczna w ramach jednej grupy etnicznej może być większa niż różnorodność pomiędzy mieszkańcami różnych kontynentów czy przedstawicielami różnych grup. Takie stawianie sprawy – że jedne narody mają lepsze geny od innych – doprowadziło nas już do wielkich tragedii. Oczywiście, na Północy jest więcej osób o jasnej cerze i jasnych włosach, a Azjaci mają skośne oczy, ale nic z tego nie wynika dla inteligencji, potencjału czy innych cech.

Skąd w takim razie w niektórych narodach nadreprezentacja naukowców czy wybitnych muzyków? To kwestia nie genów, ale organizacji państwa oraz dobrobytu. Muzycy, malarze, naukowcy mogli od wieków rozwijać swoje talenty w społeczeństwach o silnych tradycjach mieszczańskich, wysoko rozwiniętych gospodarczo. Tam po prostu był czas na to, żeby zająć się innymi rzeczami niż tylko walka o byt. Ale talenty i inteligencja w narodach i grupach etnicznych rozdzielone są statystycznie po równo.

Fragmenty z książki „Co kryje się w naszych genach?”

Ewa Bartnik: genetyk, profesor biologii, popularyzatorka nauki. Specjalizuje się w chorobach, które są powodowane przez zmiany DNA. W 2008 r. od Polskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Naukowych otrzymała honorowa nagrodę dla naukowca przyjaznego mediom. Odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za zasługi na rzecz nauki w Polsce i na świecie oraz wspieranie międzynarodowej współpracy naukowej. Jest członkiem specjalnej komisji Światowej Organizacji Zdrowia zajmującej się problemem modyfikacji ludzkiego DNA, była uczestnikiem Międzynarodowej Komisji Bioetycznej UNESCO.

 

  1. Psychologia

Przeszłość ma wpływ na naszą teraźniejszość

Prof. Bogdan de Barbaro:
Prof. Bogdan de Barbaro: "Wierzę, że jest coś takiego, jak dziedziczenie społeczne, jak mitologia rodzinna, jak lojalność wobec przodków, często niewidoczna i nieoczywista – to wszystko na nas wpływa". (Fot. Getty Images)
Terapeuta rodzin prof. Bogdan de Barbaro twierdzi, że wszyscy bierzemy udział w swoistej sztafecie pokoleń, w której każda kolejna zmiana ma wpływ na poprzednią i na późniejszą. To nas scala i daje poczucie przynależności, ale rodzinne i narodowe mitologie bywają też niebezpieczne. Jak budować je w dojrzały sposób?

Czy stojąc w Święto Zmarłych nad grobem naszych dziadków, pradziadków lub innych dawno zmarłych krewnych, możemy przeżyć coś w rodzaju połączenia, odbyć dialog z dawnymi pokoleniami?
Pyta pani, jak sądzę, o coś, co jest szczególną, niewidoczną łącznością. Rzeczywiście ludzie idą na cmentarz również w celu duchowego spotkania z przodkami. Pewien Amerykanin, który kilka lat temu odwiedzał Polskę i w Dzień Zaduszny był ze mną na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, był oszołomiony ilością ludzi na cmentarzach. W Stanach mają Halloween, które obśmiewa śmierć, jest pretekstem do zabawy, w Polsce w ten dzień może być okazją do odczuwania zadumy i smutku. Być może w naszym kraju jest to dzień szczególnie jednoczący rodzinę. To też dobry przykład na to, że ta sama okoliczność może zwrócić nas ku sacrum albo ku profanum.

W Polsce przodkowie to kategoria „sacrum”?
Myślę, że tak. Dają nam poczucie rodowej łączności. Jako osoba uczestnicząca w szkoleniu terapeutów rodzinnych często mam okazję robić tak zwany genogram, czyli graficzne wyobrażeniem drzewa rodzinnego, z osobami, które mają zostać terapeutami. I to są bardzo poruszające sytuacje. Poruszające dlatego, że tam wartością nie musi być wcale ilość czynów bohaterskich, jest też miejsce na dramaty i zawsze jest spotkanie z jakąś żałobą. Nie ma wśród nas ludzi, którzy nie nosiliby w swoim sercu jakiejś utraty. Mało tego, nosimy w sobie także to, jak śmierć naszego pradziadka wpłynęła na naszego dziadka. Ten, kto analizuje swój genogram, ma za zadanie spotkać się ze swoimi żyjącymi przodkami i dowiedzieć się od nich czegoś więcej o rodzinnej przeszłości. Czasem słyszy różne zabawne historie, przygody, czasem opowieści o krzywdzie i tym, że świat jest zły. Ale wszystkie te narracje w jakiś sposób integrują człowieka. Dodają mu siły. Większość osób po zrobieniu genogramu wyznaje, że to doświadczenie ich wzbogaciło i scaliło.

Czy rzeczywiście to, kim byli nasi przodkowie, ma takie znaczenie dla tego, kim my jesteśmy?
Ja wierzę, że to, co się dzieje i działo z moimi przodkami, ma wpływ na mnie. Wierzę, że jest coś takiego, jak dziedziczenie społeczne, jak mitologia rodzinna, jak lojalność wobec przodków, często niewidoczna i nieoczywista. To wszystko na nas oddziałuje. Jeśli pyta pani o to, czy przeszłość wpływa na teraźniejszość – to nie mam wątpliwości, że tak.

Nawet nie moja przeszłość?
Jest przecież we mnie także przeszłość moich przodków, odziedziczona. Oczywiście nie jest to tak jednoznaczne jak algorytm, ale znakiem tego, że to istotne, jest fakt, iż praktycznie w każdej terapii rodzin częścią terapii jest właśnie praca nad wspomnianym genogramem. Czasami sięgamy daleko, wiele pokoleń wstecz i to może być dla niektórych powodem do dumy. Czasami trudno odtworzyć to, co się działo kiedyś, to, kim byli nasi pradziadkowie. Ale samo szukanie jest ważne. Ludzie dowiadują się rzeczy, dzięki którym mogą siebie lepiej zrozumieć. Na przykład myśleli, że to, co robią, wynika z ich wyboru czy świadomej decyzji, a tak naprawdę jest dokładną realizacją marzenia pradziadka, przekazywanego z pokolenia na pokolenie na nieświadomym poziomie.

Po przodkach, oprócz domu czy koloru oczu, dziedziczymy też różne rodzinne mitologie, ukryte przekazy, zakodowane sposoby radzenia sobie z rozmaitymi kwestiami…
…motta życiowe, uprzedzenia – pozytywne bądź negatywne. Dostajemy je, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. I od nas zależy, co z tym zrobimy.

Mogę się zgodzić, że takie dziedzictwo ma na nas wpływ, ale co mi daje wiedza o tym, że mój przodek był komiwojażerem? Jaki to ma związek z moim życiem?
Bezpośredniego związku może nie mieć, to są często bardzo subtelne wpływy. Jeśli pani pradziadek był komiwojażerem, to mogło stworzyć w nim pewne psychiczne konsekwencje pt. bezpieczeństwo podróży lub niebezpieczeństwo podróży, przekazywane następnym pokoleniom, niekoniecznie na zasadzie „pamiętaj, podróżuj” lub „pamiętaj, nie podróżuj”. Przekaz może być w pani zapisany dyskretnie, cienką kreską.

Druga ważna sprawa, która może jest mniej oczywista, każdy z nas jakoś określa, co znaczy jego „ja”. „Ja indywidualne” kończy się na mnie, ale jest też szerszy krąg, w którym to „moje ja” się obraca – jestem członkiem pewnej rodziny, społeczności, wspólnoty europejskiej – te kolejne kręgi są coraz szersze. „Ja rodzinne” jest blisko „ja indywidualnego”. Poczucie tożsamości „ja indywidualnego” jest częścią mojej wewnętrznej siły, poczucie mojego „ja rodzinnego” też. Ta siła może brać się więc z bogactwa osób, które są we mnie, moich przodków. Nie jestem wtedy samotną wyspą, moja wyspa „ja” jest zaludniona.

Czyli wszystko ma znaczenie?
Jeśli uznamy, że życie refleksyjne ma sens, to musi się ono wiązać z refleksją na temat tego, skąd się wziąłem. Niekiedy w przeszłości naszych przodków znajdujemy powody do dumy, a czasem – do zawstydzenia, ale nadal to jest kawałek nas samych.

Porozmawiajmy o tym zawstydzeniu. Jaki wpływ może mieć na nas wiedza, że nasz przodek był złoczyńcą?
Każdy prawdziwy obraz rodziny jest obrazem złożonym. Mitologia rodzinna to bardzo często taki rodzaj ocenzurowanej opowieści. I mam wybór – czy ja chcę o sobie wiedzieć tylko dobre rzeczy, czy mam na tyle siły, by pomyśleć o sobie w sposób złożony, niejednoznaczny: że mam w sobie siłę i słabość. Skoro obie te okoliczności mają na mnie wpływ, to chyba lepiej, żebym poznał obie.

To, czego stajemy się nieraz ofiarą, to jednostronna narracja o naszej przeszłości, widzianej jako zestaw dum narodowych czy rodzinnych. To jest niedojrzałe, dziecinne i nieprawdziwe. Dojrzałe jest bycie w kontakcie z tym, z czego jesteśmy dumni, ale też w kontakcie z czymś, co nas zawstydza. Być może nosimy w swoich sercach – często o tym nie wiedząc – ciężar niechlubnych historii naszych przodków. O jakiejś przemocy, o jakichś wydarzeniach zawstydzających. Mglistość tych spraw sprzed wielu lat nie pozwala nam się nimi zająć i z nimi uporać.

Czyli dobrze jest mieć wśród przodków złodzieja...
Niekoniecznie dobrze, ale warto być tego świadomym i nie udawać, że był bankierem. Na zasadzie: „jestem dumny z Kościuszki, ale jest mi wstyd za Jedwabne”. Ci nasi przodkowie, którzy mieli jakieś udręki, porażki, może nawet zbrodnie na koncie, musieli jakoś sobie z tym poradzić. Ich potomkowie też gdzieś w sobie to noszą, ale nie powiedziałbym, że to działa na zasadzie „ponieważ dziadek był bohaterem, to ja też będę bohaterem”. Takiej przechodniości nie ma, ale jeżeli czyjś dziadek był bohaterem, to we wnuku może być rodzaj obligacji, żeby coś dobrego zrobić. Jeśli był zbrodniarzem, to wnuk może chcieć odkupić zbrodnię swojego przodka. To nie ma bezpośredniego przełożenia, ale nie może nie mieć związku.

Co kieruje nami w poszukiwaniu korzeni? Potrzeba? Brak?
Czasem ciężar jakiejś tajemnicy sięgającej wielu pokoleń wstecz. Niekiedy z tego powodu ludzie mają poczucie, że coś było w nich niescalone i dopiero wyjaśnienie tajemnicy ich scala. To może być też coś bardzo zwykłego: potrzeba dowiedzenia się, skąd przychodzimy. W jakimś sensie w ten sposób poszerzamy naszą rodzinę.

Od zawsze wiedział pan, że pana rodzina pochodzi z Włoch?
Ta „przeprowadzka” do Polski to kwestia czterech pokoleń wstecz, wiedziałem o tym od dziecka. Ale przeżyciem było dla mnie, gdy kilka lat temu odnalazłem listy, z których wynikało, że moja babcia korespondowała z moimi przodkami z Wenecji.

Pyta pani, co to daje. Chyba głównie poczucie przynależności. Żyć bez tego poczucia to tak jakby powiedzieć, że ktoś nie ma nazwiska czy kraju pochodzenia. Oczywiście można wybrać kosmopolityzm, beznarodowościowość, ale i tak jakaś kraina czy grupa ludzi będzie moim korzeniem. Słowo „korzenie” nieprzypadkowo jest w tym kontekście używane, bo oznacza, że nikt mi ich nie wyrwie, że dzięki nim jestem silniejszy, bardziej ugruntowany.  Oczywiście jest też w psychologii i myśli społecznej takie postmodernistyczne spojrzenie, że wszyscy jesteśmy nomadyczni, że ciągle się przenosimy – zwłaszcza duchowo i intelektualnie – i co jakiś czas jesteśmy świadkami nowego krajobrazu, w tym też jest coś pięknego. Można to rozumieć jako krajobraz mentalny, a można dosłownie, jako przemieszczanie się fizyczne. Topos człowieka w drodze, homo viator, jest bardzo nośny i pomaga zrozumieć siebie.

Mówimy: „zapuszczać gdzieś korzenie”, co oznacza, że mamy też taką zdolność, by wybrać miejsce, z którym chcemy się związać.
Zgadza się. Ludzie czasem zadają sobie pytanie: „Gdybym tu nie mieszkał, to gdzie bym się przeniósł?”. Ja bym się przeniósł do Włoch. Przodkowie przekazali mi przywiązanie do pewnych miejsc, podobnie jak legendy. Mój ojciec opowiadał mi, jak uczestniczył w drugiej wojnie światowej, a później walczył w podziemiu, i pamięć o tym we mnie żyje. Noszę też w sobie opowieść o dziadku, który zginął w Katyniu. Wiele lat temu byłem w lesie katyńskim, i to zdarzenie mnie tworzy nie tylko w sensie tożsamości, ale też tego, co jest dla mnie poruszające i ważne. Jestem przekonany, że są dla mnie ważne pewne sprawy właśnie dlatego, że były one ważne dla moich przodków: dziadka, pradziadka, oczywiście z tego, co na ich temat wiem. Jeden z moich pradziadków ma grób we Lwowie, na którym też byłem. Nie chcę trywializować tego tylko do wzruszeń, ale na tym budują się rodzinne mitologie.

Budują się mitologie osobiste, mitologie rodzinne i mitologie narodowe.
Czasem są to mitologie dojrzałe, a często niedojrzałe. W Polsce silna jest mitologia krzywdy i bohaterstwa. To może nas bardzo osłabiać, bo z takiej mitologii wynika ślepota na nasze błędy i zaniedbania. Jeśli nie pasujemy do wersji, w której herbie jest martyrologia i szczególnego rodzaju nadzwyczajność, to może to być pretekstem do wykluczenia nas ze wspólnoty.  Więc jest to mitologia niedojrzała, zanurzona w cierpieniu i wymagająca cierpienia. Wersję wspólnoty nadzwyczajnej i heroicznej trudno uznać za dojrzałą i pogłębioną. Czyż nie jest paradoksem, że w XXI wieku nieraz słyszymy, że „Polska jest Chrystusem narodów”? Bywa to przez polityków używane i nadużywane.  A o czym są pomniki i rocznice w Polsce?  O naszych klęskach.

W swojej pracy pewnie obserwuje pan często, jak dotarcie do jakichś elementów z przeszłości odmienia czyjeś spojrzenie na siebie i świat o 180 stopni.
Poznanie przeszłości zawsze pozwala lepiej zrozumieć siebie, dodaje sprawczości. Sprawczość jest o tyle ważna, że my często realizujemy pewne scenariusze, nie wiedząc, dlaczego je realizujemy. Tu nie chodzi o to, by je porzucić, tylko by je autoryzować. Czasami wymaga to pracy nad zranieniami rodziców czy dziadków, przy czym im bliższe pokolenie, tym wyraźniej to odczuwamy i możemy nazwać. Czasem to jest coś bardziej odległego.

Praca nad nieświadomą częścią historii przodków ma miejsce w metodzie ustawień Berta Hellingera, do której mam bardzo duży dystans, bo wprowadza ludzi w niepokój i zamieszanie, bardziej otwiera rany, a nawet je tworzy, niż je domyka. To mi się nie podoba, choć podzielam pogląd, że w przeszłości są jakieś ważne, niedomówione sprawy. Tak, stale obserwuję, jak odkrywanie tajemnic z przeszłości i ich przepracowywanie domyka blizny i zabliźnia rany.

Czasem nie chcemy zagłębiać się w historię swojej rodziny, odcinamy się od niej, bo nie mamy zbyt dobrych relacji z najbliższym pokoleniem. W książce „I jak tu się dogadać?!” mówi pan, że teoria o toksycznych rodzicach z jednej strony otworzyła ten temat, ale z drugiej go podgrzała i doprowadziła do obwiniania rodziców bez chęci zrozumienia tej trudnej relacji i może też przebaczenia.
Z mojego terapeutycznego doświadczenia wynika, że pozostanie na etapie oskarżyciela nic nie daje. Oczywiście otwiera się wtedy przestrzeń na spotkanie z własnymi uczuciami, takimi jak gniew, rozpacz, ból, wściekłość, ale żeby to się mogło zabliźnić, powinno być też miejsce na zrozumienie, a potem wybaczenie. To, że 40-letni syn idzie do 70-letniej matki i zaczyna jej wygarniać, że nie dość kochała go w dzieciństwie, jest nie tylko niecne, ale też nieskuteczne.

Czy ktoś, kto nie widzi rzeczy, za które mógłby być wdzięczny swoim przodkom, też powinien zrobić swój genogram?
Tym bardziej powinien. Nie jest możliwe, by rodzina nic dobrego nie dała. To dobro może być pokiereszowane, schowane, przytrute, ale praca nad genogramem polega na dotarciu do czegoś, co jest wartościowe, co sprawiło, że ten człowiek jest na takim etapie drogi, a nie innym.

Co może taka osoba odkryć? Że samo życie jest darem?
Nie tylko. U każdej osoby może pojawić się coś innego. Jeśli ktoś zauważa w sobie silne strony, to są powody, by sądzić, że łączą się z tym, co otrzymał. Jeśli ma słabe strony, to możliwe, że znajdzie nie tylko wyjaśnienie, ale też usprawiedliwienie, zrozumienie ich przyczyn.

Przodkowie mają wpływ na nas, a czy w jakimś psychologicznym albo mistycznym wymiarze my możemy mieć wpływ na nich?
Na przykład mężczyzna wyrósł z dziada pradziada w patriarchalnej rodzinie, ale dzisiaj tkwienie w tym patriarchacie jest poniekąd śmieszne, a poniekąd niemożliwe i niedające szczęścia. I dochodzi do zderzenia mitu rodzinnego z rzeczywistością. Ten mężczyzna musi porozmawiać ze sobą i ze swoimi przodkami. Powiedzieć: „Pradziadku, rozumiem, że za twoich czasów było tak, ja mam inaczej, szanuję cię, ale idę swoją drogą”. I to jest to wyodrębnienie, które czyni go samym sobą, uwalnia ze szponów scenariusza sprzed lat. Nie będzie miał w sobie już tego zamieszania, nie będzie toczył wojny pomiędzy dwoma wzorcami: odziedziczonym patriarchalnym i współczesnym.

Bardzo często mówi się, że nie da się zmienić przeszłości. Ja wierzę, że się da. Nie da się wprawdzie zmienić faktów, ale da się zmienić ich interpretację. Jeśli przyjmiemy, że interpretacja jest ważniejsza od faktów, to możemy starać się budować taką narrację o przeszłości, by nam ona służyła. By była częścią naszego wyposażenia. To tak jak idę na strych i w tych szczątkach przeszłości znajduję coś, co trzeba wyrzucić, bo jest przegniłe i zjedzone przez korniki, ale też znajduję skarby, które chcę zachować i postawić na honorowym miejscu. I to jest mój sposób porozumiewania się z przeszłością. Zapoznaję się z zawartością rodzinnych kufrów i wybieram, co chcę zatrzymać, co chcę oddać, a co dać do historycznej gabloty.

Czyli to, kim byli moi przodkowie, ma wpływ na to, kim jestem, ale też w dużej mierze to ja sama buduję siebie i historię mojej rodziny.
Mój ojciec miał taki zwyczaj, że podczas czytania zagryzał palec wskazujący.  Pamiętam, jak mnie to w dzieciństwie irytowało. Nagle, będąc już w wieku dojrzałym, odkryłem, że robię to samo. Bardzo mnie to rozśmieszyło, ale był to też znak, że to, co nazywamy dziedziczeniem, jest taką właśnie sztafetą. To, jaki czas osiągnę, na jakim miejscu będę w sztafecie na kolejnej zmianie, będzie zależało od tych poprzednich zmian, ale też mogę wnieść w nią swój indywidualny dobry wkład. Naszą rozmowę warto spuentować słowami Czesława Miłosza z utworu „Czego nauczyłem się od Jeanne Hersch?”: „…Że we własnym życiu nie wolno poddawać się rozpaczy z powodu naszych błędów i grzechów, ponieważ przeszłość nie jest zamknięta i otrzymuje sens nadany jej przez nasze późniejsze czyny.”

  1. Psychologia

Złam schemat! Pozbądź się blokad, które ciążą na kobietach w twojej rodzinie

Nieraz trudno jest złamać utarty schemat. Jednak, gdy zdobędziemy się na odwagę - pomożemy sobie i swoim dzieciom. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Nieraz trudno jest złamać utarty schemat. Jednak, gdy zdobędziemy się na odwagę - pomożemy sobie i swoim dzieciom. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Czasem więź łącząca pokolenia kobiet blokuje przed kroczeniem własną drogą. Kiedy jednak córka wyłamie się z ram rodzinnej powinności, może uratować nie tylko siebie, ale i… matkę.

Matki zwykle chcą, by ich córki miały lepiej niż one same – jeśli jednak zaczynają żyć inaczej, zwykle je za to karcą. „Nawracają” na właściwy kurs, a czasem wręcz odwracają się od nich. Tak jakby drzemało w nich poczucie, że córka nie powinna przekraczać ograniczeń matki. Między pokoleniem matek i pokoleniem córek jest pewien rodzaj spójności, która jednocześnie karmi i zniewala. Psychologowie nazywają ją niewidzialną nicią lojalności. To niezwykle silna więź, która łączy nas z kobietami w rodzinie. Choć trudno ją dokładnie opisać czy nazwać, ma potężny zasięg – nawet do siódmego pokolenia. I choć czasem bardzo się staramy ją zerwać, trzyma. Nie puszcza. Krępuje życiowe decyzje. – To właśnie ta nić lojalności powoduje, że często jesteśmy w konflikcie, bo z jednej strony chcemy żyć inaczej niż nasze matki, a z drugiej, kiedy żyjemy inaczej, czujemy się winne – mówi psycholog i socjoterapeutka Katarzyna Platowska. – Ale to nie znaczy, że nie można jej zerwać i żyć po swojemu. Można. Choć wymaga to odwagi, mądrości, siły i determinacji. Co więcej, gdy córce udaje się z powodzeniem przełamać rodzinne fale, może dojść do pozytywnego sprzężenia zwrotnego: woda może się od nas odbić i porwać inne kobiety w rodzinie. Zdarza się, że kiedy emocjonalnie staje na nogi córka, proces zdrowienia zaczyna też matka.

Pożegnaj strach

Marta ma 24 lata, a w sercu mnóstwo lęku. Matka Marty, Ewa, zawsze była lękliwa. Wciąż się bała tego, co przyniesie życie. Nie lubiła przygód i spontaniczności, bo oznaczały brak kontroli – a to pachniało zagrożeniem. Pracowała w jednym miejscu, choć nienawidziła swojej pracy, szef jej nie cenił, a koleżanki lubiła średnio. Jednak myśl o zmianie firmy budziła w niej strach. „Lepsze znane, choć nielubiane, niż nieznane” – powtarzała córce. Albo: „Tylko jak masz stałą pracę, to masz pewne jutro”. Nie rozumiała mody na własną działalność – jej zdaniem było to proszenie się o kłopoty. Za namową matki Marta skończyła szkołę kosmetyczną (bo „w tym zawodzie zawsze będzie praca”). Tuż po szkole zatrudniła się w niewielkim, nowoczesnym salonie. Po dwóch latach jego właścicielka postanowiła wyjechać za granicę i – widząc zaangażowanie dziewczyny – zaproponowała Marcie… odkupienie firmy. Po bardzo preferencyjnej cenie! Marta biła się z myślami. Miała wielką ochotę rozwinąć skrzydła, ale też wciąż w uszach brzmiały jej powtarzane latami przestrogi matki. W końcu zdecydowała: biorę salon! Ustaliła, że część pieniędzy spłaci w ratach, rozpisała biznesplan, załatwiła kredyt i… została oficjalnie szefową własnej firmy! Dopiero wtedy powiedziała o wszystkim matce. Kiedy stanęły razem w progu, zatoczyła ręką koło i powiedziała: „Zobacz, mamo, to jest moje”. I od razu poprosiła: „Tylko nie mów, że to katastrofa i że się nie uda. Daj mi parę miesięcy, a zobaczysz, że to była dobra decyzja”. Rzeczywiście, salon prosperował doskonale. Zadowolone klientki przysyłały koleżanki, które polecały usługi Marty dalej. Dziewczyna musiała zatrudnić jeszcze jedną osobę, by dać sobie radę z rosnącą popularnością. Minęło parę miesięcy. Pewnego dnia podczas sobotniego śniadania Ewa powiedziała: „Córeczko, chcę z tobą porozmawiać. Mam trochę zaoszczędzonych pieniędzy. Jeśli chcesz, zainwestuję je w salon”. Zdumiona Marta usłyszała, że Ewa zawsze chciała rzucić swoją pracę, ale powstrzymywał ją przed tym lęk. Że bała się marzyć, bo była słaba. Że jej mama też pragnęła samodzielności, ale obawiała się, że nie da sobie rady. I że jest bardzo szczęśliwa, bo Marcie się udało.

Jak komentuje Katarzyna Platowska, psycholożka i terapeutka:

Najtrudniejsza do przełamania fala to przekraczanie wartości, które były wyznawane przez wiele kobiet w rodzinie – w danym pokoleniu i w poprzednich. Jeśli w rodzinie nie było rozwodów lub kobiety miały tylko po jednym dziecku czy nie prowadziły samochodu – bardzo trudno będzie iść pod prąd i mieć więcej dzieci, rozwieść się czy zrobić prawo jazdy lub nie schować go do szuflady zaraz po zdanym egzaminie. Podobnie w rodzinie, w której się uważa, że życie jest wrogie, nieznane jest groźne, a samodzielność oznacza samotność i porażkę. Matka Marty miała marzenia, ale zabrakło jej odwagi do ich realizacji. Podobnie babka. Czasem rodzice przekazują nam lęki swoje i swoich rodziców. Takie przekonania potrafią wędrować nawet przez wiele generacji. Na szczęście w każdym kolejnym pokoleniu kobiety są trochę silniejsze – córki są zawsze odrobinę odważniejsze od matek. Dzięki temu siła marzeń rośnie, a moc lęku maleje. Marta była pierwszą od pokoleń kobietą, która miała siłę, by odłożyć na bok lęk, a sięgnąć po marzenia.

Uratuj swoje życie

Edyta wychowała się w bardzo tradycyjnej rodzinie – takiej, w której jak ślub, to na całe życie. Choćby pił i bił, jest się żoną – na dobre i na złe. Niestety, rodzina Edyty nie należała do harmonijnych: Ilona, jej matka, była z ojcem głównie „na złe” – to gwałtowny, wymagający, wiecznie niezadowolony z żony i najprawdopodobniej także niewierny mężczyzna. Lubił wypić, potrafił znikać na popołudnia i wieczory. Właściwie więcej go nie było niż był – co dzieci przyjmowały z ulgą, bo powrót ojca do domu wiązał się z napięciem i kłótniami. Edyta nie pamięta, żeby tata wziął ją na kolana, pobawił się z nią czy gdzieś ze sobą zabrał. Dlatego kiedy poznała Włodka, rozrywkowego studenta, który bardzo zabiegał o jej względy, szybko się zakochała. Równie szybko zaszła w ciążę – a że dziecko oznacza rodzinę, wzięli ślub. Włodek wyrósł z bycia studentem, ale z rozrywkowego trybu życia już nie: Edyta siedziała w domu z dzieckiem, a potem z kolejnym i kolejnym, a Włodek się bawił. Dokładnie jak ojciec: znikał, nie mówił, gdzie idzie i po co, wracał „na gazie” i robił awantury. Żona szybko przestała go interesować, dzieci również – ważniejsze były alkohol, zabawa, kumple. Edyta znosiła swoje nieudane małżeństwo i wybryki oraz zaniedbania męża przez 10 lat – przecież ślub jest na zawsze. W końcu jednak nie dała rady i powiedziała: „Dość. Nie zrobię tego moim dzieciom, nie chcę, by ich dzieciństwo przypominało moje. Albo coś się zmieni, albo wystąpię o rozwód”. Włodek o zmianie nawet nie myślał, więc Edyta się wyprowadziła. Największą pretensję miała do matki – że nie powiedziała: „Dziewczyno, ratuj się, uciekaj, zadbaj o sobie”. Odwrotnie: każde ich spotkanie kończyło się litanią wyrzutów: „Jak mogłaś odejść od męża, przez ciebie całkiem zejdzie na psy!”. Długo mijały się szerokim łukiem, ale wszystko zmieniła pewna wigilia. Kiedy Ilona zobaczyła, że Edyta, świeżo zakochana, promieniała, a odprężone dzieciaki śmiały się radośnie, podjadając słodycze z choinki, zrozumiała, że dawno ich takich nie widziała. Nie zdobyła się na gest pojednania wobec córki, ale po jej wyjściu szepnęła do siebie: „Dobrze, że uciekłaś z tego piekła, z pijakiem nie ma życia. Ja się na to nie zdobyłam. Ty zrobiłaś to za siebie – i za mnie”.

Psycholożka komentuje:

Czasem życie i przekonania matek są klątwą dla córek. „Ja wytrzymałam, to i ty wytrzymasz” – mówią, bo przecież córka nie może być słabsza od matki. To dość typowe, że w takich rodzinach matki stają nie po stronie córek, tylko zięciów – choć obiektywnie ci są draniami. Kurczowe trzymanie się złego scenariusza to też rodzaj zabezpieczenia: jest zły, ale znany. Jeżeli córka będzie żyła podobnie, to łatwo wszystko przewidzieć. Jeśli coś zmieni, przyszłość będzie nieznana. Choć Edyta wykazała się wielką siłą, to jej matka będzie potrzebować siły jeszcze więcej. Stwierdzenie „Dobrze, że uciekłaś z tego piekła” – to dla niej konfrontacja z całym własnym życiem. Musi sama przed sobą przyznać, że wytrwała w bezsensownym związku w myśl absurdalnych ideałów, że sama zniszczyła własne życie. Edyta, walcząc o swoje szczęście, wszystko to uświadomiła matce. Ale pokazała też, że można być szczęśliwą. Zmierzyć się z własnymi demonami, by móc z nimi wygrać.

  1. Psychologia

Na ile ukształtowali cię twoi przodkowie? Co musisz naprawić?

Czasem nie zdajemy sobie sprawy, co przejmujemy od poprzednich pokoleń, jakie traumy i niezałatwione sprawy przodków ciążą na nas do dziś. Ten emocjonalny spadek może wpływać na naszą teraźniejszość. (fot. iStock)
Czasem nie zdajemy sobie sprawy, co przejmujemy od poprzednich pokoleń, jakie traumy i niezałatwione sprawy przodków ciążą na nas do dziś. Ten emocjonalny spadek może wpływać na naszą teraźniejszość. (fot. iStock)
Lubimy myśleć o sobie jako o indywidualistach. Uważamy, że nasze życie zależy od nas samych. A już na pewno na jego kształt nie mają większego wpływu ci, którzy odeszli: nasi dziadkowie, babcie, prababcie. Łączy nas z nimi sentymentalna nić wspomnień, nie teraźniejszość, a tym bardziej przyszłość. Nowy świat budujemy sami. To błąd w myśleniu – przekonuje terapeuta Zbigniew Miłuński.

Długo szukałam kogoś, kto mi opowie o przodkach. Najwyraźniej nie jest to łatwy temat: przodkowie jako zasób, do którego możemy sięgać.
Niby oczywistość, ale jednak nie w naszym kręgu kulturowym. Na szczęście jest się od kogo uczyć. W książce „Dawna mądrość na nowe czasy” von Lüpkego pewien sangoma, czyli południowoafrykański uzdrowiciel, mówi, że jeśli komuś nie wiedzie się w życiu, napotyka nieoczekiwane przeszkody – np. choć unika konfliktów, wciąż w nie wpada, nie może znaleźć pracy, marzy o założeniu rodziny, a nie może znaleźć partnera itp. – to sygnał, że została zerwana więź z przodkami. Mówi, że trzeba odzyskać brakujące ogniwo w łańcuchu pokoleń. Wtedy życie wróci na proste tory.

Jak pan to rozumie?
Wiele osób nie przyznaje się do swoich przodków i odcina od korzeni. Oczywiście, można mieć poważne powody ku temu, chcieć żyć zupełnie inaczej. Rodzinne relacje bywają trudne.

Możemy też nie chcieć mieć wiele wspólnego z przodkami, których nie znaliśmy osobiście, ale nie pochwalamy tego, jak żyli, wstydzimy się za nich.
Rozmowę z sangomą przeprowadza Niemiec, który mówi: „My w Europie nie chcemy mieć kontaktu z naszymi przodkami, bo oni robili złe rzeczy”. I na to ów sangoma odpowiada: „To błąd. Nie ma na świecie człowieka, który by czegoś złego nie zrobił. To nie powód, żeby się odcinać od przodków. Oni są częścią nas”.

Ja uciekłam od rodziny, żeby osadzić się w tym, co jest dla mnie ważne. Teraz próbuję te relacje nawiązać na nowo. I uświadomiłam sobie, jak mało wiem o swoich rodzicach, nie mówiąc już o dalszych przodkach...
To powszechne zjawisko. Nie wiemy, kim byli nasi przodkowie, nie interesujemy się ich życiem. Nie poznaliśmy ich osobiście, nie pytamy o nich rodziców, a niekiedy nawet nie znamy ich imion.

Kiedyś nie chciałam się za siebie oglądać, bo widziałam tam samych ludzi pokiereszowanych przez wojnę. Szczególnie w męskiej linii – żołnierzy albo uciekinierów. I myślałam: „Nie chcę walczyć! Na nic mi taka spuścizna”.
Po co mi te karabiny i granaty...

Nie mają mi nic do przekazania. Tak myślałam do momentu, kiedy podczas jednego warsztatu stanęłam w miejscu przodków. Był to rodzaj ustawienia. Pojawił się ruch: dziarskie maszerowanie. Kiedy weszłam w to głębiej, poczułam, jaka to fajna energia. Ile tam jest siły, wytrwałości, umiejętności dążenia do celu.
Ale też pewnie niezłomność, waleczność, wytrwałość, stawanie w obronie tego, co ważne, gotowość do konfrontacji. Takie cechy w życiu bardzo się przydają.

A mnie ich brak – tak myślałam. I nagle zrozumiałam dlaczego: odcinając się od moich przodków, odcinam się od kawałka siebie samej, od swoich zasobów, zamykam je w pudełku z napisem „wojna”. Dotarło do mnie, że fakty z czyjegoś życia to jedno, a to, kim oni są, to drugie. Mogą mi się nie podobać rzeczy, które robili, ale ich cechy, talenty mogą być dla mnie wspierające. To ważny, psychologiczny aspekt relacji z przodkami,
ale nie jedyny. Na ogół myślimy o nich jako o kimś osobnym. Więc jeśli już nie żyją i nie mamy z nimi kontaktu, to uważamy, że nie ma powodu, żeby się nimi zajmować. Tymczasem my jesteśmy naszymi przodkami. Czy tego chcemy, czy nie, oni w nas żyją. Również w sensie najbardziej namacalnym, biologicznym. Nitki DNA naszych rodziców spotkały się, splotły w miłosnym uścisku i tak powstała istota, którą jesteśmy. Ich DNA też jest splecione z DNA ich rodziców. Nasze ciało to więc żywi przodkowie, bo odtwarza zapis DNA naszego drzewa genealogicznego. W trakcie życia płodowego przechodzimy ewolucję. Od organizmu jednokomórkowego, przez płazy, gady, aż do człowieka. Nasze ciało zawiera całą informację o dziejach ludzkich. W tym kontekście mówienie, że nie chcemy mieć do czynienia z tym czy innym kawałkiem siebie, nie ma sensu. Równocześnie nie możemy jednak udawać, że przodkowie nie robili złych rzeczy, czy skupiać się tylko na ich pozytywnych cechach. Trzeba mieć świadomość, że jesteśmy miejscem spotkania przeszłości i teraźniejszości, dzięki czemu możemy zmieniać swoje dziedzictwo. Percy Ndithembile Konqobe, nasz sangoma, ujmuje to tak: przodkowie potrzebują nas, aby przyznać się do tego, co zrobili, by mogli stać się pozytywną siłą dla swoich potomków.

To znaczy, że my mamy szansę uświadomić sobie to, co oni zrobili, przebaczyć im i zmienić ten wzór?
Sposób mówienia i myślenia w kategoriach oni – my zakłada, że jesteśmy od nich oddzieleni. A my jesteśmy nimi, oni nas współtworzą. Na przykład czy chcę, czy nie, w odruchu zdarza mi się wybuchnąć. Tak jak moim przodkom, którzy się wściekali, robili rzeczy bardzo gwałtowne, a skutki tego były katastrofalne. Wiem, bo poznałem historię rodziny. Jednak nie słucham tych historii, jakby dotyczyły wyłącznie kogoś innego. Mnie to też dotyczy. Mam w sobie tę spuściznę, wraz z doświadczeniami katastrofalnych skutków. Mogę się od tego dziedzictwa odciąć, ale ono i tak będzie we mnie obecne, tyle że poza moją świadomością. Albo mogę świadomie uznać, że to moje dziedzictwo, i z nim pracować, znaleźć większą równowagę. Na przykład wielu młodych Niemców – co budzi mój wielki szacunek – pracuje nad swoim dziedzictwem, nie odcina się, mówiąc: „To nie ja to zrobiłem, więc nie biorę za to, co się stało, odpowiedzialności”. Podejmują wysiłek, żeby przyjąć trudną spuściznę i ją przekształcić. To trudne zadanie, ale właśnie w ten sposób ci przodkowie w nich mogą przyznać się do tego, co zrobili, stać się pozytywną siłą. Działać poprzez swoich młodych następców tak, żeby zło, które wyrządzili, już się nie powtórzyło.

Indianie mówią, że mamy w sobie siedem pokoleń i to, co robimy, ma wpływ na kolejnych siedem. Wygląda na to, że tyle potrzeba, żeby traumę typu wojna domknąć i naprawdę przekształcić.
Całkowicie się z tym zgadzam. Uświadamianie sobie i przekształcanie przeszłości to proces. Każde pokolenie ma szansę posunąć temat nieco dalej, aż do całkowitego uzdrowienia.

Na przykład ja mam małą cierpliwość do dzieci. Mój syn – dużo większą. Widzę tu pewien postęp. Świadome podejmowanie tematów rodowych przynosi wymierne rezultaty.

Kiedy mówię o przodkach, mam na myśli nie tylko ludzi, ale też dziedzictwo w szerszym znaczeniu.
Czyli nasze korzenie? Często się od nich odcinamy. Wstydzimy się swojego pochodzenia. Na przykład są ludzie, którzy przenoszą się ze wsi do miasta i zmieniają w „supermiastowych”, odnoszą się do wsi z pogardą. Ich życie staje się przez to nieprawdziwe, niepełne. Zaprzeczają swojej tożsamości. Jakiś czas temu jeden z moich znajomych żalił mi się, że utknął w martwym punkcie i przestał się rozwijać jako psychoterapeuta. Powiedział mi, że nic mu nie idzie, że zwątpił w możliwość skończenia studiów. „Nie jestem już młody, powiedział, mieszkam w małym miasteczku, gdzie nic się nie dzieje, tylko starcy siedzą na ławkach i patrzą w dal”. Zamiast go przekonywać, że jest inaczej, powiedziałem mu: „To prawda. Jesteś z małego miasteczka i już nie jesteś młody”. Zachęciłem go, żeby poczuł się naprawdę stary i z tej perspektywy popatrzył na siebie i swoje studia. Strasznie go to walnęło. Uświadomił sobie, że przez lata studiował psychologię, żeby uciec z tego miasteczka, czyli od siebie, stać się kimś innym. Zrozumiał, że pracuje odtwórczo, wyłącznie zgodnie z procedurą. Procedury są ważne i trzeba je znać, ale to nie one pracują, tylko żywi ludzie. Jeśli ktoś nie wnosi do tego, co robi, swoich unikatowych zasobów, niewiele dokona. Zaprzeczanie dziedzictwu jest udawaniem kogoś innego, pozbawieniem siebie swoich darów, doświadczeń.

Dużo się mówi o tym, że jesteśmy wyjątkowi. A to właśnie takie pozornie nieatrakcyjne rzeczy jak pochodzenie z małego miasteczka nas wyróżniają i stanowią o naszej niepowtarzalności.
Jesteśmy jak liście na drzewie – mówi sangoma. Życiodajne soki nie płyną, jeśli nie ma łączności między nami a pniem i korzeniami. To piękna metafora. Nawet w naszej kulturze mówi się o drzewie genealogicznym. Gdy się odcinam od tego drzewa i udaję, że jestem pojedynczym liściem w pustej przestrzeni, to z czego mam czerpać siłę? Nie mam kontaktu z ziemią i brak mi oparcia. Czuję się samotny.

Uświadomiłam sobie ostatnio, że mnie przodkowie kojarzą się z grobami. Moja babcia mieszkała w małej miejscowości, tam był kościół i obok cmentarz. Po niedzielnej mszy zawsze szło się na te groby.
Rozmawiałem kiedyś z pewnym Indianinem, który w swoim plemieniu pełnił funkcję uzdrowiciela. Był pierwszy raz w Polsce. Zapytałem, co go tutaj najbardziej uderza. Odpowiedział, że kult przodków. Otworzyłem szeroko oczy: jaki kult przodków? Przecież jesteśmy katolickim krajem, cywilizowanym. Ale od tej chwili zacząłem się temu przyglądać i stwierdziłem, że on ma rację. W dzień Wszystkich Świętych cała Polska chodzi na groby. W Wigilię z każdego cmentarza w Polsce bije światło, na Wielkanoc też. Nigdzie indziej w Europie tak nie ma. Jednak takie nieświadome przywiązanie do przeszłości ma też negatywne strony. Na przykład trzymanie się przeszłej traumy. Czcimy ją, zamiast leczyć. Próby uzdrowienia naszego życia uznajemy za zdradę. Ten mechanizm jest w Polsce tak silny, bo przez długi czas nasze przetrwanie zależało od lojalnego trzymania się tradycji, kultywowania polskości. Świat się zmienił i nasza sytuacja też, ale wciąż trwamy w tym wzorcu, choć nam szkodzi, zamiast pomagać.

Odkryłam, że jestem też nieświadomie lojalna wobec przodkiń i ich cierpienia. Np. idzie mi dobrze i jestem zadowolona z siebie, więc robię nieświadomie coś, by się unieszczęśliwić, i w ten sposób pozostawać z nimi w solidarności. Bo one nie były szczęśliwe.
Podobnie jest z mężczyznami. Na przykład piją, bo ojciec pił. Wszyscy dziedziczymy po przodkach skłonności do określonych zachowań. Myślę, że warto znaleźć zdrowszy sposób pielęgnowania ciągłości pokoleń. Sangoma mówi jeszcze jedno: „Nie wolno oszukiwać dzieci na temat ich pochodzenia, ukrywać tego, co robili przodkowie. To i tak jest obecne. Żeby móc coś zrobić ze swoim dziedzictwem, musimy je znać. Mamy prawo do tej wiedzy. Tajemnice i kłamstwa rodzinne obciążają i niszczą”.

Mam znajomego, który dowiedział się, że jest dzieckiem ze zdrady małżeńskiej. Ale matka nie chce mu powiedzieć, kim jest jego ojciec.
Niedobrze. To pozbawia go podstawowej informacji na temat jego tożsamości. Ma dostęp do połowy siebie. Jak wygląda takie drzewo – z odciętą połową? Nie rośnie zdrowo. Nie wykorzystuje swojego potencjału. Duża część mojej pracy z ludźmi dotyczy właśnie tej trudności. Po to, żeby żyć w pełni, człowiek musi wiedzieć, kim jest, i jakoś z tym dojść do ładu. Wtedy może swobodnie tworzyć swoje życie i nie unikać odpowiedzialności za to, co robi, kim jest. To szczególnie istotne w wypadku mężczyzn. Mamy olbrzymie dziedzictwo przemocy, której biali heteroseksualni mężczyźni dopuścili się wobec kobiet, dzieci, innych mężczyzn, świata, siebie samych. Trudno się z tym spotkać, ogarnąć to jakoś, przyjąć, przekształcić, ale uważam, że to jest po prostu konieczne.

Z podobnymi tematami pracujemy w kręgach kobiecych. Tyle że my mamy do przyjęcia spuściznę ofiar, ale też manipulatorek, biernych agresorek.
Świetny przykład tego, w jaki sposób jesteśmy miejscem, w którym nasi przodkowie mogą stać się pozytywną siłą. Na warsztatach dla mężczyzn zapraszałem do ćwiczenia: prosiłem uczestników, żeby wyobrazili sobie, jakiego dziadka chcieliby mieć. A kiedy już to zrobili, mówiłem: „Teraz już wiecie, ku czemu możecie dążyć”. Na tym polega nasza odpowiedzialność. Dzieci przejmą od nas taki świat, jaki dla nich stworzymy. Żyjemy i będziemy żyć w ich ciałach tak samo, jak nasi przodkowie żyją w naszych. Więc co zostawimy po sobie?

Zbigniew Miłuński: filozof i dyplomowany terapeuta psychologii procesu. Należy do Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Trenerów Psychologii Procesu.