Hankę Podrazę interesują ubrania we wszystkich przestrzeniach życia. Najmniej w reklamie, bo stara się nie przykładać ręki do konsumpcjonizmu tego świata. Jej kostiumy możemy podziwiać m.in. w „The Office PL” czy nagrodzonym w Gdyni „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”. Jak z dumą podkreśla, na Instagramie ma więcej zdjęć niż obserwujących.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 3/2026.
Z Hanką poznałyśmy się ponad 16 lat temu w Poznaniu, obie byłyśmy wtedy na początku naszej drogi zawodowej związanej z szeroko pojętą modą i nie przesadzę, jeśli napiszę, że była to sympatia od pierwszego wejrzenia. Dzisiaj widzimy się w Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych na Chełmskiej w Warszawie, gdzie Hanka zgromadziła kostiumy do ukończonego niedawno filmu „Trochę sensu” Pawła Podolskiego. W jednym z wywiadów powiedziała, że ubierając siebie, tak naprawdę ubiera swoje nastroje. Dlatego, gdy wita mnie w przewiązanym na głowie szaliku przypominającym szeroki złoty łańcuch choinkowy, wiem, że na nasze, tym razem służbowe, spotkanie cieszy się równie mocno jak ja.
Gabriela Czerkiewicz: Podczas ostatniego festiwalu filmowego w Gdyni w kategorii „najlepsze kostiumy” byłaś nominowana aż za trzy filmy: „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, „Trzy miłości” i „Życie dla początkujących”. Wydawałoby się, że przy takiej liczbie nominacji nagrodę masz w kieszeni, jednak kiedy zadzwoniłam z gratulacjami, powiedziałaś mi, że na pewno nagrody nie zdobędziesz, więc przynajmniej masz z głowy zastanawianie się, co powinnaś włożyć na galę finałową. Dlaczego?
Hanka Podraza: Może zdobyłabym tę nagrodę, gdyby w konkursie głównym w Gdyni nie było żadnego filmu historycznego. Robienie współczesnych kostiumów jest nadal niedoceniane. Są osoby, które pracują w filmie i żyją w przekonaniu, że to, co robię, to nie jest kostium, tylko jakieś ubranie. Zdarza się, że nawet osoby aktorskie na przymiarkach potrafią obśmiać kostium, który przymierzają. Myślę, że to wynika z tego, że współczesne kostiumy oceniane są przez pryzmat tego, co dana osoba uznaje za brzydkie, a co za ładne. Dla mnie to nie ma żadnego sensu, bo w kinie, tak samo, jak w teatrze, nie chodzi o kwestie estetyczne, ale o to, co działa, a co nie. Dlatego nie biorę tych komentarzy personalnie, bo wiem, że jestem dobra w tym, co robię.
Pracę jako kostiumografka zaczęłaś w wieku 35 lat. Przeszłaś typową dla nowicjusza drogę, bo doświadczenie zdobywałaś, ubierając bohaterów etiud studenckich. Czy trudno było ci pracować z ludźmi młodszymi o ponad dekadę albo im z tobą?
Dla mnie wiek jest tak samo mało istotny jak płeć. Mam taki stosunek do wieku, że teraz, jak mam 50 lat, to wydaje mi się, że mam przed sobą więcej życia niż za sobą, co raczej jest zaskakujące, bo najprawdopodobniej jest odwrotnie. Parę razy zdarzyło się, że osoby, z którymi pracowałam, kiedy dowiadywały się, ile mam lat zmieniały swój stosunek do mnie. Myślę, że mogło chodzić o to, jak się ubieram, i o rodzaj wyluzowania, które prezentuję bez względu na okoliczności.
Nad kostiumami nie pracujesz w typowy sposób. Emi Buchwald, reżyserka „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, z którą współpracujesz od kilkunastu lat, powiedziała, że po spotkaniu dotyczącym nowego projektu nie zbierasz referencji, tylko kilka dni później wysyłasz zdjęcia ubrań, na przykład znalezionych w second-handach, w których widzisz wybranych bohaterów. Dlaczego nie robisz moodboardów?
Czasem robię, ale ja nie jestem dobra w szukaniu zdjęć na Pintereście. Mam taką wyobraźnię, że kostium bohatera buduję ze słów, obsady, spotkań, niż z wyszukiwania referencji. Internet a rzeczywistość to są dwie różne sprawy. Zdarzyło mi się już ratować projekty, do których kostiumy były inspirowane zasobami internetu. Natomiast umiem zrobić moodboard dokumentalny ze zdjęć wykonanych w przestrzeniach miejskich lub ze zdjęć prawdziwych osób.
Posłuchaj także: Ten film o relacjach między rodzeństwem zrobił furorę na festiwalu w Gdyni. Rozmowa z twórczyniami: reżyserką Emi Buchwald i kostiumografką Hanką Podrazą
Jak zatem wygląda twój proces tworzenia kostiumów?
Mam mniej rozumu do kostiumu, zdecydowanie więcej intuicji. Zwykle na początku wiem, czego na pewno nie chcę. Lubię obserwować i fotografować z ukrycia ludzi spotkanych na ulicy i w komunikacji zbiorowej. To oni są dla mnie najciekawsi.
Pracując nad kostiumami do filmu „Życie dla początkujących” Pawła Podolskiego, przez dłuższy czas nie wiedziałam, w co ubrać Mirka, granego przed Bartka Kotschedofa – wampira, który chce umrzeć. Pewnego dnia, w rodzinnym Krakowie, zobaczyłam mężczyznę nawołującego turystów do zwiedzania miasta meleksem. Miał na sobie trzyczęściowy garnitur i krawat. Wtedy zrozumiałam, że Mirek powinien wyglądać właśnie tak, jakby był zawsze gotowy na własny pogrzeb.
Lubię się głowić nad kostiumami bohaterów, którzy pojawiają się na ekranie na chwilę, bo to ma zadziałać raz, w tym konkretnym momencie. Tak było choćby w przypadku dziewczyny Franka z „Nie ma duchów…”.
Czytaj także: Co zostaje z relacji z rodzeństwem, gdy dorastamy? „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” to prawdziwa filmowa perełka, która pokazuje to najlepiej
Czy potrzebujesz odpoczynku i przewietrzenia głowy między kolejnymi produkcjami?
Gdy jestem w sklepie i nagle czuję się przytłoczona ilością ubrań, wtedy wiem, że potrzebuję urlopu. Zdarza mi się mieć dwumiesięczną przerwę między projektami, ale mogę też robić jeden po drugim. Uprawiam płodozmian, właśnie skończyłam film i będę pracowała przy dwóch spektaklach teatralnych. Praca kojarzy mi się z sumiennością, a ja lubię zasady i odpowiedzialność. Chodzenie do takiej pracy, jaką mam, powoduje, że ogólnie mam się dobrze. Jedynym minusem jest to, że czasem bywam niewyspana, a jednak, żebym dobrze funkcjonowała, zarówno ja, jak i mój układ nerwowy, muszę się jednak wysypiać. Praca trzyma mnie w pionie, bo organizuje mi życie i wymaga ode mnie samodyscypliny.
Bohaterów produkcji, przy których pracujesz, najchętniej ubierasz w sklepach z używaną odzieżą. Sama coraz rzadziej szukasz tam czegoś dla siebie. Dlaczego?
Ja się cały czas zmieniam, bo rzeczywistość, która mnie otacza się zmienia, a ona ma wpływ na to, co przeżywam i jak wyglądam. Teraz ubrania vintage stały się bardzo modne, a mi nie wychodzi bycie w trendach. Jestem na granicy awangardy i sztuki – tak mówi mój mądry przyjaciel. Z drugiej strony w sklepach z używaną odzieżą jest coraz więcej rzeczy z bardzo strasznych sieciówek typu Shein. W Warszawie chodzę tylko do sześciu miejsc z używaną odzieżą. Nie zmieniło się to, że ubrania, które wkładam, muszą być wygodne i zrobione z tkanin, których chce dotknąć. No i muszę mieċ na nie nastrój.
Jesteś chodzącą reklamą swojej pracy. Niedawno odnalazłam na komputerze zdjęcia z naszego pierwszego spotkania. Miałaś na sobie niebieski T-shirt Comme des Garçons i lekko nadgryzioną przez mole seledynową marynarkę vintage od Ungaro. Elementy od projektantów przełamałaś dresowymi spodniami, tenisówkami, czapką z daszkiem i saszetką typu nerka marki Ferrari. Pamiętam, że ludzie się za tobą oglądali. Zawsze lubiłaś zwracać na siebie uwagę?
Przyznaję, że lubię być w centrum uwagi. Nie umiem inaczej. W wieku pięciu lat zaczęłam nosić okulary i ogromnym przeżyciem było dla mnie pójście w nich po raz pierwszy do przedszkola, bo wiedziałam, że dzieci będą mnie wyśmiewać. Wtedy zrozumiałam, że muszę pielęgnować to, jaka jestem, a nie próbować się dopasować. Jak przychodziłam do domu i mówiłam, że moje koleżanki „coś tam”, to zawsze słyszałam od rodziców, że ich nie obchodzą inni, tylko interesuję ich ja. Dzięki temu mam do siebie na maksa jednostkowe podejście i nieważne, co mówią o mnie inni, bo największą świadomość tego, co mam w głowie, mam ja sama. Lubię, jak dobrze o mnie myślą ci, na których zdaniu mi zależy.
Podczas studiów na filologii orientalnej na kierunku iranistyka na Uniwersytecie Jagiellońskim wyjechałaś na stypendium do Teheranu. Jak ty – osoba, która lubi wyrażać siebie poprzez ubiór – odnalazłaś się w kraju, w którym obowiązują tak rygorystyczne zasady dotyczące kobiecego stroju?
Pierwszy raz wyjechałam do Iranu na trzecim semestrze. To był 1997 rok, do Teheranu lecieliśmy z Wiednia. Pamiętam, jak o czwartej nad ranem wylądowałam na lotnisku Imama Chomeiniego, które całe pachniało wodą różaną. Kiedy zobaczyłam te wszystkie kobiety i mężczyzn ubranych na czarno, to z wrażenia aż zakręciło mi się w głowie i upadłam na kolana. Do dziś uważam, że podróżowanie lądem jest dużo bardziej korzystne dla głowy, bo powoli zmieniają się krajobraz i ludzie, dzięki czemu, kiedy docierasz na miejsce, nie przeżywasz takiego szoku kulturowego. Będąc w Iranie, wymyśliłam, jak stosować zasady Islamskiej Republiki, jednocześnie zachowując swoją własną autonomię. Najważniejsza zasada dotyczy zakrywania przez kobiety ciała i włosów. Uszyłam więc sobie płaszcz, który miał kaptur jak stroje panczenistów, na który nakładałam jeszcze kapelusz typu bucket hat lub, zamiast chustki, nosiłam bluzy z kapturem. To był mój ubiór poza szkołą. W szkole obowiązywał „mundurek”. Było to jedyne w moim życiu ubranie, które nosiłam, a które mi się nie podobało. Zabrzmi to na maksa poetycko, ale w Iranie najbardziej tęskniłam za wiatrem we włosach. Życzę tego wiatru współczesnym Irankom. Te studia bardzo wiele mnie nauczyły i uświadomiły mi, jak ogromnym przywilejem jest urodzić się białym człowiekiem w miarę cywilizowanym kraju w Europie.
Czytaj także: Młode Iranki są odważniejsze. Rozmowa z Aną Lily Amirpour, irańską reżyserką
Te studia bardzo wiele mnie nauczyły i uświadomiły mi, jak ogromnym przywilejem jest urodzić się białym człowiekiem we w miarę cywilizowanym kraju w Europie.
Moja znajoma, która miała okazję cię poznać, a z którą chwilę później byłyśmy na przedpremierowym pokazie „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, po wyjściu z kina powiedziała, że kostiumy bohaterów są „bardzo twoje”. Ile rzeczywiście jest z ciebie w ubraniach, które na ekranie noszą bohaterowie filmu Emi Buchwald?
Przygotowanie kostiumów do „Nie ma duchów…” przychodziło mi z łatwością nie tylko dlatego, że znamy się z Emi bardzo długo, ale również dlatego, że ja mówię takim językiem, jakim napisany jest scenariusz filmu, bo jest on świetnie napisany. Używam tych samych słów, w podobny sposób formułuję myśli. Znam uczucia, które przeżywa rodzeństwo. Kostium nigdy nie wynika z mojego gustu, ale w przypadku akurat tego filmu dużo czerpałam z siebie.
Fot.: Przemek Paczkowski, Materiały Prasowe. Makijaż: Agata Winnicka.