To pierwsze słowa, które przychodzą na myśl, kiedy wchodzi się do mieszkania konserwatorki dzieł sztuki Aleksandry Szwed. I nie psuje tego wrażenia nawet intensywnie toczące się tutaj życie: dziecięce i psie zabawki, rozsypane klocki lego, pozostawione w holu buty gości czy chaos towarzyszący przyjacielskiej kolacji, na czas naszej sesji trochę jednak ogarnięty…
Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 3/2026.
Kiedy oglądam w magazynach pięknie wystylizowane wnętrza, zastanawiam się czasami, jak wyglądają, kiedy wkracza do nich nieład codzienności – mówi Ola i przyznaje, że kiedy razem z mężem szukali większego mieszkania, od początku wiedzieli, że jego wystrój będzie raczej prosty. – Nie jestem fanką klasycznego minimalizmu, ale chciałam też uniknąć przesady, która często prowadzi do chaosu, jeśli sumiennie nie odkłada się każdej rzeczy na swoje miejsce – wyjaśnia.
Aleksandra Szwed (Fot. Martyna Rudnicka)
Wcześniej mieszkali na warszawskiej Pradze Północ i po tej stronie Wisły chcieli pozostać. Oli marzyło się mieszkanie w starych murach z historią, ale rzeczywistość dość szybko zweryfikowała te plany. – Niewiele jest dużych, dobrze zachowanych mieszkań w praskich kamienicach, zdecydowaliśmy się więc na nowe budownictwo, a dokładniej mówiąc, kupiliśmy mieszkanie, które jeszcze nie istniało. Nie mogliśmy do niego wejść, wyjrzeć przez okno, poczuć energii tego miejsca – mówi. Za to od początku mogli tę przestrzeń zaprojektować po swojemu, dlatego zaraz po podpisaniu aktu notarialnego zadzwonili do architektki Karoliny Kulis. – Od kiedy mój mąż wypatrzył w internecie jej projekt, od razu wiedzieliśmy, że to właśnie z nią nawiążemy współpracę – mówi Ola.
Na pierwszym planie sofa marki Hay ze sklepu Another Design, na drugim – kultowy fotel Lounge Chair, do którego architektka Karolina Kulis dopasowała nawiązujący do stylistyki lat 50., obity wełną puf Sylwii Biegaj (sylwiabiegaj.pl) i stolik kawowy polskiej marki Noo.ma. (Fot. Martyna Rudnicka)
Zaczęli od zmiany układu funkcjonalnego, by już na etapie budowy dopasowano go do ich potrzeb. – Jedną z trzech zaplanowanych przez dewelopera łazienek zamieniliśmy na pralnię, przesunęliśmy kilka ścianek i wydzieliliśmy miejsce na gabinet, ponieważ mój mąż dużo pracuje z domu – wymienia Ola. Wysokie, dwustronne, przeszklone (szybkami z motywem „kocich łapek”) drzwi do gabinetu nawiązują do kamienicznego klimatu, ale Ola, choć marzyła właśnie o takim wnętrzu, podkreśla, że nie chciała tu kreować niczego na siłę. – Nie lubię pozorów, sztukaterii, postarzania nowych przestrzeni i udawania, że kryje się za nimi jakaś historia – wyjaśnia. Jednak znajomi, którzy przychodzą do nich po raz pierwszy, często są zaskoczeni tym, że w nowym budownictwie można stworzyć takie miejsce z duszą i charakterem.
Wysokie, dwustronne, przeszklone drzwi do gabinetu nawiązują do bliskiego Oli kamienicznego klimatu. Po prawej kopia obrazu „Starzec z księgą” namalowana przez Olę podczas zajęć na Akademii Sztuk Pięknych. Oryginał, autorstwa Willema Drosta, znajduje się w kolekcji Muzeum Narodowego. Natomiast ścianę po lewej zdobi litografia Aleksandry Waliszewskiej i dwa rysunki Bolesława Chromego. (Fot. Martyna Rudnicka)
– Duża w tym zasługa Karoliny Kulis, która z ogromnym wyczuciem łączy nowe ze starym – podkreśla Ola. Na początku spotykali się z architektką w swoim poprzednim mieszkaniu, dzięki temu mogła się zorientować, co im się podoba, w otoczeniu jakich rzeczy i kolorów czują się dobrze. – Prosiła również o podsyłanie inspiracji, ale dla nas punktem wyjścia był jej projekt z Powiśla. Chcieliśmy przenieść z niego najwięcej, jak się tylko da. Karolina jednak nie chciała kopiować samej siebie i proponowała różne nowe rozwiązania, a my postanowiliśmy jej zaufać – mówi Ola, choć przyznaje, że nie do wszystkich pomysłów była od razu przekonana. Na przykład zgodnie z projektem dolne szafki w całym mieszkaniu miały mieć takie same srebrne fronty. – Obawiałam się, że przesadzimy z tym odcieniem, że ta powtarzalność będzie zbyt monotonna, ale Karolina przekonywała, że taka spójność tworzy harmonię, w której dobrze się mieszka. I miała rację.
W lustrze odbija się zabudowa kuchenna. Na tafli nakreślono linie nawiązujące do podziałów widocznych na frontach dolnej zabudowy w pozostałych częściach mieszkania. (Fot. Martyna Rudnicka)
Dlatego takich powtarzalnych motywów jest tu więcej. Zabudowy w całym mieszkaniu znajdują się na tym samym poziomie, a drzwi szafek tworzą na frontach wyraźny, graficzny układ linii, który został odwzorowany również na tafli lustra wiszącego w holu. Spójne jest też oświetlenie w formie szyny poprowadzonej ciągiem niemal przez całe mieszkanie. I kolory, które tworzą jednolity, spokojny obraz. – Mało kto zwraca uwagę na takie detale, ale to właśnie im zawdzięczamy poczucie ładu, harmonii i spokoju – mówi Ola.
Centralnym punktem kuchni jest duży duński stół z lat 70. Stojące przy nim krzesła to Thonety. Nad stołem wisi kultowa już lampa Louisa Poulsena PH 5. (Fot. Martyna Rudnicka)
Dwa fotele, lampka, kilka obrazów i plakatów, dziesięcioletnia monstera oraz kolekcja modeli z klocków Lego – niewiele przedmiotów przenieśli tu z poprzedniego mieszkania, ale te, które zabrali, w dużej mierze nadały ton wnętrzu, jak stojący w salonie kultowy fotel Lounge Chair stworzony w 1956 roku przez słynny duet projektantów Charlesa i Ray Eamesów. – To było marzenie mojego męża. Przez lata powstało jednak tyle kopii tego fotela, że zanim go kupił, zrobił doktorat ze wszystkich szczegółów, po których można poznać oryginał, jak odpowiednia liczba warstw sklejki czy określone przeszycia – mówi Ola, której z kolei zależało na lampach Louisa Poulsena. – Uwielbiam takie klasyczne projekty. Mimo upływu lat cały czas inspirują i świetnie odnajdują się w każdym wnętrzu. To były jedne z pierwszych rzeczy, jakie kupiłam do nowego mieszkania.
W sypialniach naprzeciwko łóżka zazwyczaj znajdują się szafy, ale Ola po przebudzeniu chciała widzieć rzeczy ładne. Są to m.in.: plakat z wystawy japońskiego fotografa Nobuyoshiego Arakiego, który kupiła w berlińskiej galerii C/O, litografia Aleksandry Waliszewskiej i wazon Malwiny Konopackiej. (Fot. Martyna Rudnicka)
Za to najdłużej wybierała stół do jadalni. – Kiedy szukaliśmy większej przestrzeni do życia, okazało się, że wielu znajomych jest dokładnie na tym samym etapie, co my. W efekcie pięć zaprzyjaźnionych rodzin kupiło mieszkania w tym samym budynku i teraz są naszymi sąsiadami. A skoro dzieli nas tylko klatka schodowa, jest wiele okazji do spotkań. Bardzo zależało mi na tym, żeby stół w jadalni mógł pomieścić nas wszystkich – mówi. Na Pintereście wypatrzyła projekt, który ją zachwycił, ale nigdzie nie mogła znaleźć podobnego. Sfokusowana na ten stół, przez długi czas odrzucała absolutnie wszystkie propozycje, które podsyłała jej projektantka, aż w końcu w jakimś sklepie ze starociami znalazła duński projekt z lat 70. – Był dokładnie taki, jak chciałam. Idealnie wkomponował się nie tylko w to wnętrze, ale przede wszystkim w nasze życie towarzyskie. Bo, choć lubimy design i nie chcieliśmy, by przestrzeń, w której mieszkamy, była jedynie tłem naszej codzienności, to jednak nie rzeczy są tu najważniejsze, tylko ludzie – podsumowuje.
Oli podobała się podwieszana umywalka Catalano, ze względów praktycznych wkomponowano pod nią niską szafkę. Marmurowe kinkiety Thai Natura wybrała architektka. (Fot. Martyna Rudnicka)