Dokument „Louis Theroux: W głębi manosfery” zapowiadał się jako poruszająca podróż po zakamarkach ruchów na rzecz praw mężczyzn i środowiska redpill. I chociaż faktycznie szokuje i porusza, to momentami traktuje kontrowersję jak walutę - i zamiast zasypać podziały, buduje jeszcze wyższe mury.
„Louis Theroux: W głębi manosfery” to najnowsza produkcja Netflixa, w której znany dziennikarz zagłębia się w tzw. manosferę – internetowe środowisko skupione wokół radykalnych wizji męskości, skupionej na dominacji i „tradycyjnych wartościach”.
Theroux spotyka się w nim z kilkoma amerykańskimi influencerami działającymi w tym nurcie, inspirowanymi m.in. teorią redpill i poglądami Andrew Tate’a. Obserwuje ich codzienność, relacje z partnerkami oraz sposób komunikowania się z widownią podczas streamów. Jak zwykle przyjmuje swoją charakterystyczną strategię: udaje bezstronnego obserwatora, zadaje pozornie niewinne pytania i pozwala bohaterom wyrazić swoje poglądy, które często brzmią... po prostu absurdalnie.
Bo jak inaczej nazwać fakt, że jeden z influencerów, HS, wyznał, że OnlyFans to obrzydliwa platforma i wydziedziczyłby swoją córkę, gdyby zdecydowała się na niej działać, ale świadomie inwestuje w nią swoje pieniądze? Albo nazywa swoją dziewczynę „zmywarką”, ale gdy ekipa filmowa ma przybyć do domu jego mamy, rzuca się do przetarcia brudnych podłóg?
Kadr z filmu „Louis Theroux: W głębi manosfery” (Fot. materiały prasowe Netflix)
Dokument dość sprawnie obnaża hipokryzję manosfery: mężczyźni budujący wizerunek na kontroli i dominacji, poza kamerami są kimś zupełnie innym. Napędzani chęcią zysku i klikalności sięgają po manipulację, by tworzyć kontrowersyjne treści. Dowiadujemy się więc, że dziewczyny, które manosfera ośmiesza w podcastach, często są pod wpływem alkoholu, a reklamowana przez nich „jednostronna monogamia”, czyli model, w którym mężczyzna sypia z wieloma kobietami, a jego partnerka zachowuje wierność, za kulisami nie zdaje egzaminu.
Czytaj także: Incel – cyfrowe wcielenie mizogina
Chociaż dokument zręcznie ukazuje te sprzeczności, to niestety Louis Theroux nie próbuje ich naprawdę rozbroić. Zamiast pogłębionej analizy, dostajemy jedynie obraz zjawiska, chwilami wręcz powielający mechanizm, który napędza samą manosferę - gdzie pokazanie kontrowersji jest celem samym w sobie.
Najwyraźniej widać to, gdy Theroux, próbując grać bezstronnego, zarzuca influencerom granie na skandalu dla zysku, jeden z nich odbija piłeczkę i pyta go, czy on nie robi tego samego? Czy nie pojawia się w manosferze niczym „z kamerą wśród zwierząt” i nie chce sprzedać go widzom jako egzotyczną ciekawostkę?
Można się spierać, że jest to po prostu styl Louisa Theroux, który pozwala swoim bohaterom być sobą i widzom zostawia przestrzeń na interpretację. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że zabrakło tutaj najważniejszego pytania: dlaczego treści manosfery są dzisiaj tak popularne? Padają różne tropy – brak ojca w dzieciństwie, potrzeba kontroli, frustracja – jednak jak na skalę zjawiska są one niewystarczające. Ten dokument mógłby „wycisnąć” z bohaterów więcej: rozłożyć to zjawisko na czynniki pierwsze, pokazać kontekst społeczny, ekonomiczny, technologiczny. Może w manosferze nie chodzi wyłącznie o indywidualne traumy, ale o coś szerszego – może o współczesne społeczeństwo, które zostawia nas w poczuciu zagubienia, albo potrzebę otrzymania prostych odpowiedzi na trudne pytania.
Dużo wrażliwszą, pogłębioną perspektywę przyjęły Patrycja Wieczorkiewicz i Aleksandra Herzyk, które z empatią wniknęły w świat polskich inceli i opisały ją przez pryzmat problemów mężczyzn, nad którymi świat nie pochyla się z uważnością, na jaką zasługują.
Nasza rekomendacja? Dokument warto zobaczyć, jego temat jest ważny i aktualny, ale obawiamy się, że może on jedynie pogłębić istniejące podziały, zamiast je zasypać, bo wzmacnia widoczność radykalnych głosów, ale nie chwilami nie zapewnia potrzebnego kontekstu.
Czytaj także: Patriarchalny model męskości zatruwa życie samym mężczyznom. Nie ciśnij sam siebie jak surowy ojciec – mówi terapeuta Robert Milczarek