Wystawa René Magritte’a w Antwerpii otwiera się rok po zakończeniu obchodów stulecia surrealizmu. Belgowie nie wyrobili się na rocznicę i spóźnili z monografią swojego mistrza? Być może, ale w pokazaniu twórczości tego artysty osobno da się dostrzec głębszy sens.
Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.
Magritte, obok Salvadora Dalego, należy do najpopularniejszych surrealistów. Jego sława mierzona jest nie tylko muzealnymi wystawami, ale też – a może przede wszystkim – obecnością w kulturze masowej: na kubkach, koszulkach i plakatach z reprodukcjami jego prac. Jednocześnie był on surrealistą tak nietypowym z charakteru, że niemal antysurrealistycznym. W Paryżu mieszkał krótko i niezbyt mu się tam podobało. Nie wywoływał skandali, miał na koncie jeden udokumentowany romans, a poza tym spędził życie w małżeństwie z kobietą, którą poznał jeszcze w dzieciństwie.
Twierdził, że zupełnie nie interesują go ani podświadomość, ani Zygmunt Freud, którego pisma dla surrealistów były jak Biblia. Kiedy Salvador Dalí epatował publiczność ekstrawagancją, zakładając na głowę homara zamiast kapelusza, Magritte nosił meloniki i ubierał się jak agent ubezpieczeniowy. Do malowania siadał w garniturze i pod krawatem. Ten wielki artysta nie miał nawet prawdziwej pracowni: większość najsłynniejszych obrazów namalował w jadalni mieszkania na przedmieściach Brukseli. Z ostentacyjnie mieszczańskim stylem życia robił wrażenie człowieka zwyczajnego aż do przesady, jakby miał coś do ukrycia. I faktycznie tak było – bo to właśnie tajemnica stanowiła wielki temat jego sztuki.
Najsłynniejszy obraz Magritte’a przedstawia fajkę. Przedmiot namalowany jest z pedantycznym realizmem na neutralnym, ciepłym tle. Nie ma w tym przedstawieniu nic niezwykłego, sama fajka też jest zwyczajna. Obraz nadawałby się raczej na reklamę akcesoriów tytoniowych niż do muzeum, gdyby Magritte nie wymalował pod fajką zdania: „Ceci n’est pas une pipe”. To nie jest fajka.
Dzieło nosi tytuł „Zdradliwość obrazów”. Fajka, która nie jest fajką, bo jest obrazem – farbą olejną rozprowadzoną na płótnie, złudzeniem, wyobrażeniem rodzącym się w świadomości widza (na wystawie w Antwerpii można oglądać z kolei „Ceci n’est pas une pomme” z wyobrażeniem jabłka), to idealne wprowadzenie do twórczości Magritte’a. Niektóre jego prace przedstawiają osobliwe sceny: człowieka, który zamiast klatki piersiowej ma klatkę dla ptaków, głaz lewitujący wśród obłoków jak jeszcze jedna chmura, buty, które jednocześnie są gołymi stopami. Surrealiści dla takich przedstawień szukali inspiracji w snach i podświadomości, ale Magritte deklarował, że nie interesują go ani majaki, ani halucynacje, a jego przewodnikiem w malowaniu nie jest intuicja, lecz rozum. Fascynowała go relacja między rzeczywistością, jej reprezentacją i językiem, którego używamy, by nazwać to, co widzimy. Obrazy konstruował precyzyjnie, niczym matematyczne równania. I zawsze uzyskiwał ten sam wynik: brak rozwiązania.
R. Magritte, „Ceci n’est pas une pomme”, 1959 (Fot. Succession René Magritte - SABAM Belgium)
„Moje obrazy to widzialne wizerunki, które niczego nie skrywają – mówił artysta. – A jednak budzą poczucie tajemnicy. Patrząc na nie, człowiek zadaje sobie to proste pytanie, co to znaczy. Lecz one nic nie znaczą, bo i tajemnica nie ma znaczenia. Tajemnica po prostu jest, pozostaje niepoznawalna”.
Magritte był zapalonym szachistą, podobnie jak Marcel Duchamp, który w 1917 roku podpisał (fałszywym nazwiskiem) seryjnie produkowany pisuar, zatytułował go „Fontanna” i pokazał na wystawie jako dzieło sztuki. Wspólnota zainteresowań między tymi dwoma artystami nie jest przypadkowa. Duchamp jest duchowym ojcem sztuki konceptualnej, w której sens rozgrywa się w relacji między przedmiotem a pojęciem. Magritte’a w podręcznikach znajdziemy oczywiście w rozdziałach o surrealizmie, a jednak konceptualiści również w nim dostrzegali jednego ze swoich duchowych przodków.
Czy zatem Magritte’a należy postrzegać jako wyrachowanego gracza, który traktował malarstwo jak partię szachów z zagadką bytu w roli przeciwnika? Belgijski malarz lubił robić takie wrażenie – ale do jego wizerunku należy podchodzić z taką samą ostrożnością, z jaką oglądamy jego obrazy.
René Magritte, La clé des champs, 1936 (Fot. Museo Nacional Thyssen-Bornemisza, Madryt)
Czytaj także: Gustav Klimt – genialny malarz czy seksualny drapieżnik?
Do ulubionych motywów malarza należały kotary, które zdają się zasłaniać to, co w przedstawieniu najistotniejsze: lustra ukazujące zwodnicze odbicia, okna i obrazy w obrazie, perspektywiczne sztuczki i optyczne złudzenia. U tego artysty nic nie jest tym, czym się wydaje. Czy więc sam Magritte był naprawdę tym, za kogo się podawał? Badacze jego twórczości próbują znaleźć odpowiedź w biografii. I natrafiają tam na szczegóły, które nie do końca pasują do obrazu przewidywalnego, niemal nudnego mieszczanina z przedmieść Brukseli, całkowicie oddanego filozofii obrazu. W 1998 roku Narodowy Bank Belgii z okazji setnej rocznicy urodzin artysty wypuścił banknot 500-frankowy z jego wizerunkiem. A przecież istnieje relacja naocznego świadka – surrealisty Marcela Mariëna – według której wielki belgijski twórca wykorzystywał swój talent do… produkcji fałszywych banknotów 100-frankowych. Mało tego: w swojej autobiografii Mariën twierdził, że Magritte zajmował się fałszowaniem dzieł sztuki. Spod jego pędzla miały rzekomo wychodzić falsyfikaty prac takich artystów, jak Picasso, Braque czy Max Ernst – twórców, których Belg znał, nawiasem mówiąc, osobiście.
A może klucz do zagadki Magritte’a kryje się w jego dzieciństwie? Artysta przyszedł na świat w rodzinie krawca i przedsiębiorcy tekstylnego Leopolda Magritte’a. Ojciec był barwną postacią: potrafił zarabiać duże pieniądze, ale ze względu na skłonność do alkoholu i hazardu równie szybko je tracił. Zdarzało się, że aby związać koniec z końcem, handlował pornografią. René i jego dwaj bracia cieszyli się jako dzieci złą sławą chuliganów – biograf artysty Alex Danchev podaje, że do ich ulubionych rozrywek należało znęcanie się nad zwierzętami. Matka nie potrafiła zapanować nad rozwydrzonymi chłopakami. Cierpiała na przewlekłą depresję, miała za sobą próby samobójcze. W imię powstrzymania pani Magritte przed kolejnymi zamachami na własne życie, mąż potrafił trzymać ją całymi tygodniami zamkniętą w sypialni. Pewnego dnia udało jej się zbiec z domowego aresztu. Wiele dni później flisacy wyłowili jej ciało z pobliskiej rzeki. René miał wtedy 13 lat.Później, już jako dorosły artysta, uparcie powtarzał, że uważa psychoanalizę za pseudonaukę, nie interesuje go psychologia ani zgłębianie własnego wnętrza, lecz zagadka, którą jest świat, i rzeczywistość. A jednak w jego obrazach powraca motyw mostu, z którego matka skoczyła do rzeki, oraz postaci z twarzami owiniętymi w tkaninę. Biografowie odnotowują, że gdy odnaleziono ciało pani Magritte, miała twarz owiniętą własną koszulą nocną.
Artysta wspominał, że w dzieciństwie lubił bawić się na starym cmentarzu. Tam poznał innego entuzjastę nekropolii – malarza, który rozstawiał sztalugę wśród grobowców i malował pejzaże z natury. To właśnie podpatrywanie tego artysty przy pracy miało pchnąć René do zainteresowania się sztuką. W 1916 roku w wieku 18 lat wstąpił do Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Brukseli. Trzy lata później opuścił jej mury z głęboką niechęcią do środowiska artystycznego i stylu życia bohemy, za to z fascynacją nowymi kierunkami w sztuce. Zatrudnił się jako rysownik w fabryce tapet, a jednocześnie intensywnie eksperymentował. Próbował swoich sił w impresjonizmie, przez pewien czas flirtował z futuryzmem, ale najdłużej pozostał przy kubizmie.
R. Magritte, „Le rêve de l’androgyne” (1945). (Fot. Succession René Magritte - SABAM Belgium)
Czytaj także: Wilhelmina Barns-Graham – malarka, dla której abstrakcja stała się najwyższą formą realizmu
Przełom w jego twórczości nastąpił w połowie lat 20., kiedy w jego ręce trafiła reprodukcja obrazu Giorgia de Chirico „Pieśń miłosna”, który przedstawia ogromną głowę antycznego posągu, zawieszoną na murze obok monstrualnej, czerwonej gumowej rękawiczki. W dalekim tle przejeżdża pociąg, a na pierwszym planie leży ciemnozielona kula. Scena ukazana jest w pełnym słońcu, namalowana została klasyczną, realistyczną techniką, a jednak emanuje oniryczną osobliwością – niczym senna alegoria lub rebus domagający się rozwiązania. Magritte odnalazł w obrazie de Chirica drogę, którą podążał zasadniczo do końca życia, zbaczając z niej tylko sporadycznie – w stronę epizodycznych eksperymentów z impresjonizmem czy fowizmem, które podejmował w latach 40., i z których zawsze wracał na główny szlak swojej twórczości. Istotą tej drogi było stosowanie klasycznej, niemal ilustracyjnej techniki do ukazywania scen zbudowanych z elementów codzienności, a zarazem całkowicie niesamowitych.
Belgijski malarz nie był jedynym, na którego de Chirico wywarł przemożny wpływ. „Pieśń miłości” i inne obrazy, które młody Włoch namalował w latach 1909-1918, zainspirowały całe pokolenie twórców, którzy po I wojnie światowej w Paryżu sformułowali ruch surrealistyczny. Sam de Chirico nigdy do niego nie przystąpił. Po 1918 roku porzucił „malarstwo metafizyczne”, jak określał swoje młodzieńcze prace, i zajął się tworzeniem w manierze starych mistrzów. Ziarno jednak zostało zasiane: metafizyczna aura jego obrazów kiełkowała w twórczości młodszych artystów – Maxa Ernsta, Yves’a Tanguy czy właśnie Magritte’a.
Ten ostatni od połowy lat 20. intensywnie malował w duchu metafizycznego realizmu, a w 1927 roku zaprezentował plon tej pracy w Brukseli. Wystawa została zmiażdżona przez krytykę. Magritte uznał wówczas, że stolica Belgii jest zbyt prowincjonalna, by docenić jego twórczość. Wraz z żoną Georgette Berger – dziewczyną, w której zakochał się jeszcze jako nastolatek i którą poślubił w 1922 roku – postanowił wyjechać do Paryża i dołączyć do surrealistów.
Przywódca ruchu André Breton przyjął Belga z otwartymi ramionami, a raczej z entuzjastyczną reakcją na jego obrazy. Sam Magritte nie był jednak typem gracza zespołowego. W trzyczęściowym garniturze księgowego i z nieodłącznym melonikiem na głowie niezbyt pasował do ekstrawaganckiego towarzystwa paryskiej sekty surrealistycznej. Do tego życie w stolicy Francji okazało się drogie, a jego obrazy sprzedawały się słabo – dość wspomnieć, że namalowana w paryskim, skądinąd bardzo płodnym artystycznie okresie ikoniczna „Zdradliwość obrazów” z 1929 roku, przedstawiająca fajkę, która nie jest fajką, czekała na nabywcę przez 25 lat. René i Georgette wytrzymali nad Sekwaną zaledwie trzy sezony, zanim wrócili na przedmieścia Brukseli.
R. Magritte, „Le modèle rouge” (1953) (Fot. (Fot. Succession René Magritte - SABAM Belgium)
Nadal wystawiał z surrealistami, uczestnicząc w ich najważniejszych pokazach, lecz towarzysko pozostawał na marginesie ruchu. Kilkakrotnie zapisywał się do partii komunistycznej, ale za każdym razem szybko rezygnował i oddawał legitymację – źle czuł się w kolektywach. Nie lubił podróżować. Na sukces czekał długo. W latach 30. utrzymywał się z prowadzenia małej agencji reklamowej. Założył ją wspólnie z bratem Paulem – tym samym, z którym, według relacji Marcela Mariëna, miał później fabrykować banknoty 100-frankowe w chudych latach po II wojnie światowej. Międzynarodową ikoną sztuki stał się dopiero w latach 50. Media pokochały figurę staroświeckiego dżentelmena – wyglądającego jak bohater filmu niemego, a przy tym urzekającego kostycznym i zarazem absurdalnym poczuciem humoru. Zanim Belgia uznała jego twórczość za narodowy skarb, zachwyciły się nią Stany Zjednoczone, gdzie Magritte intensywnie wystawiał i sprzedawał swoje prace, zwłaszcza w latach 60. Zdobywał fanów w najróżniejszych kręgach: amerykańscy popartyści – Jasper Johns, Andy Warhol i Roy Lichtenstein – widzieli w nim jednego ze swoich artystycznych ojców. Przyznawali się do niego konceptualiści, ale również późne dzieci surrealizmu i przedstawiciele realizmu magicznego.
Czytaj także: „Współczesna popkultura to jego dzieło, nawet jeśli o tym nie wie”. Unikalna wystawa dzieł Andy'ego Warhola w Poznaniu
Popularność Magritte’a nie słabnie do dziś. Jego zagadka pozostaje fascynująca właśnie dlatego, że nie ma rozwiązania – a właściwie, mówiąc precyzyjniej, ma ich nieskończenie wiele. Magia jego obrazów nie polega na ukrytym znaczeniu, lecz na tym, że są tak zbudowane, by każdy mógł w nich ujrzeć to, co pragnie zobaczyć. A sam Magritte – czego szukał, malując swoje obrazy? Do końca życia nie odkrywał kart. Gdy pytano go o tajemnicę jego sztuki, odpowiadał krótko: „Życie wymaga ode mnie, żebym coś robił – więc maluję”.
Wystawa „Magritte. La ligne de vie”w Królewskim Muzeum Sztuk Pięknych (KMSKA) w Antwerpii potrwa do 22 lutego.