Serial „Heweliusz” to nie tylko opowieść o katastrofie promu. To na równi historia o tych, które feralnej nocy z 13 na 14 stycznia 1993 roku zostały w domach, żegnając swoich mężów nieświadome, że robią to po raz ostatni. Magdalena Różczka wcieliła się w Jolantę Ułasiewicz, żonę kapitana statku, tworząc postać zarazem delikatną, wrażliwą i niezwykle silną – symbol wszystkich kobiet „Heweliusza”. Czego dowiedziała się o swojej bohaterce od jej pierwowzoru? Czy czuła presję? O tym opowiedziała nam Magdalena Różczka.
Dominika Soćko: W serialu „Heweliusz” wcielasz się w rolę żony kapitana Ułasiewicza, Jolanty. Jak opisałabyś tę postać?
Magdalena Różczka: Wrażliwa, delikatna, rozedrgana, próbująca nie pokazywać na zewnątrz swoich emocji, pragnąca być silna dla innych, a przede wszystkim dla swojej córki, którą chce ochronić. Chciałoby się powiedzieć, że przede wszystkim pragnie cofnąć czas, ale tu i teraz chce bronić dobrego imienia jej męża. Oddala też czas żałoby na później, bo są rzeczy ważne, które trzeba załatwić, a żałobę przeżyć za chwilę. A może nawet jej nie przeżyć, udawać, że to się nie stało.
Jolanta Ułasiewicz i jej córka Agnieszka jako jedyne użyczyły swoich nazwisk do historii serialu. Czy miałaś okazję rozmawiać z panią Jolantą Ułasiewicz?
Tak.
Jak przebiegło to spotkanie? Czego się dowiedziałaś o swojej postaci?
Dużo opowiadała o kapitanie Ułasiewiczu i to mi wspaniale otworzyło oczy. To w większości była wiedza dla Borysa [Borys Szyc wciela się w serialu „Heweliusz” w rolę kapitana Ułasiewicza – przyp. red.], natomiast sposób, w jakim o nim mówiła, to było coś dla mnie. Zrozumiałam, że to była wyjątkowa relacja. Wiedziałam, jak się poznali, jak go zobaczyła pierwszy raz, jaki kolor koszuli miał na sobie, jak bardzo lubił muzykę, jak kochał tańczyć. To były takie szczegóły, które mi tak namalowały ich piękną relację i dały do zrozumienia, że to jest takie wydarzenie, które – nie wiem, czy jest w ogóle do przeżycia, czy do przepracowania.
Jak dużo w tej Twojej bohaterce było rzeczywistej postaci, a jak dużo tej, którą wykreowałaś? Czy chciałaś naśladować panią Jolantę?
Naśladować się nie dało, to zrozumiałam bardzo szybko. Nie mogłabym i nie chciałabym naśladować filigranowej blondynki. Ale uchwycić jej cechę wrażliwości, ulotności – tego chciałam się nauczyć i na tym się skupiałam. Polubiłyśmy się też bardzo. Powiedziała, że cieszy się, że to ja wcielam się w tę rolę, więc to mi dodało skrzydeł.
Rozmyślania były do czasu wejścia na plan, a już od momentu „kamera, akcja”, wszystko toczyło się własnym życiem. To była po prostu postać, którą ja byłam i która była świetnie napisana przez Kaspra Bajona.
Czułaś presję?
Takie myśli miałam przed spotkaniem pani Jolanty, bo jak już się poznałyśmy, to zrozumiałam, że to jest osoba, która patrzy na nas życzliwym okiem. Wiedziałam, że czyta scenariusz, że wszyscy twórcy bardzo się liczą z jej zdaniem, więc nie miałam takich obaw. Myśmy konsultowali wszystko, każdy szczegół, żeby nawet na półce nie leżało coś, co jej by się nie podobało.
Czy wiesz, jakie reakcje wśród bliskich ofiar i tych, którzy przeżyli katastrofę, wywołał seans? Jakie były ich wrażenia?
Wiem, że Jolanta i jej córka widziały serial. Widziałyśmy się minutę po jego zobaczeniu. Nie rozmawiałyśmy dużo, tylko się przytuliłyśmy.
O czym tak naprawdę jest „Heweliusz”?
O uczuciach, wrażliwości, o tragedii zakończonej wielkiej miłości. O tym, że każdy z nas bez względu na wielkość portfela, pochodzenie i inne aspekty przeżywa żałobę i cierpi tak samo. Różnie to pokazując lub też ukrywając, ale to zawsze jest wielkie cierpienie. Na końcu tej drogi jest takie spojrzenie w oczy i bezradność, że po prostu się to wydarzyło i nie możemy cofnąć czasu.