Nie trzeba być niesłyszącym, by czuć się na marginesie, poza głównym nurtem, choć oczywiście niepełnosprawność to wzmacnia. Film „Dźwięki miłości” w reżyserii Evy Libertad pozwala spojrzeć na to, co znaczy „być innym” w bliskiej relacji. O to, jak wiele wysiłku wymaga taki związek, i to wysiłku obu stron – psycholożkę Katarzynę Miller pyta Joanna Olekszyk.
Joanna Olekszyk: Najkrócej można by streścić „Dźwięki miłości” tak: opowieść o trudnościach, jakie napotyka do tej pory udana relacja Ángeli, niesłyszącej kobiety, i Héctora, słyszącego mężczyzny. Ale czy ten film o tym jest?
Katarzyna Miller: O tym jest na pewno, bo jest to film o inności oraz o niemożności komunikacji między dwiema kochającymi się osobami. Ta komunikacja była, dopóki byli sami. Héctor był w Ángeli bardzo zakochany, okazywał to wprost, a ona była z tego powodu bardzo szczęśliwa i odpowiadała mu tym samym zakochaniem i bliskością. To, że każde z nich miało swój świat – swoich znajomych, pracę, swoje zajęcia – jakoś im wtedy nie przeszkadzało. Aż pojawiło się dziecko, oczekiwane i planowane. Ja wiem, o co ty pytasz, bo w tym momencie jednocześnie pojawiły się w ich wspólnym życiu problemy, które dotykają także par, które nie mają takiego „startowego ustawienia”, że jedno z partnerów nie słyszy.
Z jednej strony cieszę się, że „Dźwięki…” dotyczą społeczności ludzi niesłyszących, bo ona funkcjonuje nadal na marginesie głównego nurtu kultury. Z drugiej – pragnę zachęcić tych, którzy myślą, że to opowieść dla wąskiego grona odbiorców. Każda para to tak naprawdę połączenie dwóch światów, tylko czasem te światy są mniej, a czasem bardziej od siebie odległe. I wtedy więcej wysiłku kosztuje nas szukanie punktów wspólnych. Na początku bywa to ekscytujące, jednak gdy okoliczności zewnętrzne się zmieniają, okazuje się, że wygodniej jest nam zostać w swoich światach.
Przekonanie, że nasza miłość jest taka wybitna, inna – może rajcować. To na początku jest przecież bardzo ciepły film, pokazujący, że można dosłownie rozumieć się bez słów, co więcej, że można łączyć społeczności niesłyszących i słyszących, i że dla jednych i drugich jest to bardzo pouczające; tylko potem przeradza się w coś, co znamy wszyscy: konflikt, który narasta. Ángela wycofuje się z tej relacji, nie walczy o siebie. Nie odnajduje się w nowej sytuacji, ale też, niestety, nie odnajduje się w roli matki. Nie umie porozumiewać się z dzieckiem na jego poziomie, nie umie odwzorowywać swojej córki. Opowiada jej rękami abstrakcyjne historie, które są dla małej kompletnie niezrozumiałe i jeszcze się denerwuje, że dziewczynka niczego się nie uczy. O wiele bardziej skierowany na dziecko i jego potrzeby jest Héctor. Nic dziwnego, że córka od razu łapie z nim lepszy kontakt.
Rozumiem wiele zachowań Ángeli. To, że nie chce korzystać z aparatu słuchowego, który daje metaliczny, bezduszny dźwięk, w dodatku nie stopniuje jego nasycenia, prowadząc do przebodźcowania. Rozumiem, że woli ciszę. Rozumiem też, że staje się coraz bardziej zazdrosna o relację Héctora z córką, że czuje się wykluczona. Jednocześnie mam wrażenie, że Ángela jest bardzo roszczeniowa. Nie przejawia chęci wejścia do ich świata, woli pozostać w swoim i oczekuje, że to oni do niego wejdą. Héctor jej to zresztą mówi: „Fakt, że jesteś głucha, nie jest powodem, dla którego masz dostawać więcej uwagi”. Pamiętasz tę scenę, w której mała wypowiada swoje pierwsze słowo: „woda”? Uradowany Héctor przekazuje to od razu Ángeli, ale ona się wcale nie cieszy. Bo dziewczynka to powiedziała, a nie zamigała.
Czytaj także: „Dźwięki miłości” to film, który o doświadczaniu macierzyństwa przez osobę głuchą opowiada wszystkimi zmysłami [Recenzja]
Można odnieść wrażenie, że Ángela wolałaby, by jej córka urodziła się niesłysząca, choć przecież w innej scenie mówi, że bycie głuchym jest do dupy.
Tak, zdecydowanie by wolała. Bo córka byłaby z jej świata. Tylko co wtedy zrobiłby tata dziewczynki?
Mama Ángeli, dowiedziawszy się, że ta jest w ciąży, mówi: „Ale po co wam dziecko?! Przecież tak, jak jest teraz, jest dobrze”. No właśnie, po co im ono było? Nie wiem, czy byli przygotowani na to, jak bardzo zmieni się ich życie. Choć podobno na to nie jest się nigdy przygotowanym.
Każda zmiana, a narodziny dziecka są ogromną życiową zmianą, uruchamia w nas cechy, których istnienia nawet nie podejrzewaliśmy. Na przykład Héctor nie wiedział, że Ángela jest rywalizacyjna, zawistna i zaborcza. A ona nie wiedziała, że on chce pokazać, iż jest w czymś lepszy, bo do tej pory taki się nie czuł. Owszem, był wobec niej szalenie czuły, dbał o to, by Ángela miała jak największy komfort, co mi ogromnie imponowało, a potem bardzo wkręcił się w rodzicielstwo, co też mi się spodobało, ale to ona była gwiazdą w tym związku. Artystką lepiącą w glinie, tajemniczą, magiczną. Zobacz, my nawet nie wiemy, jaki jest jego zawód, widzimy go tylko, jak ogarnia ich dom, jedzenie, dziecko albo Ángelę. No i nagle okazało się, że jest w czymś lepszy. Ona od razu to zauważyła i od razu miała mu to za złe. A ponieważ czuła, że sobie nie radzi, powoli się wycofywała z nowej roli; robiła się coraz bardziej wściekła, aż wreszcie wybuchła.
Ten film uświadomił mi, jakie to ogromne wyzwanie być niesłyszącą matką małego dziecka. Nie słyszysz jego płaczu, nie słyszysz, jak się przewraca, jak mówi pierwsze słowa, nie słyszysz nawet jego śmiechu – choć to wszystko przecież widzisz.
Dlatego musisz cały czas patrzeć na dziecko. Są oczywiście sprzęty, które pomagają w opiece – elektryczna niania, która emituje światło, kiedy wyłapuje płacz dziecka czy jakiś niepokojący dźwięk, ale cały ciężar odpowiedzialności spada jednak na osobę słyszącą. I widać, że Héctor jest tym coraz bardziej poirytowany. Tym, że Ángela wydaje się nie angażować w opiekę nad małą. Tym, że zakłada jej słuchawki wygłuszające dźwięki, co na wczesnym etapie rozwoju dziecka jest bez sensu.
Czytaj także: „Ja chcę dziecka, a on nie” – takie problemy doskwierają niejednej parze. Czy taki związek przetrwa?
Z drugiej strony im dłużej patrzyłam na to, jak Ángela odsuwa się i od dziecka, i od Héctora, tym bardziej zyskiwałam przekonanie, że ten film świetnie pokazuje depresję poporodową. Miało być pięknie, miało wszystko przychodzić naturalnie – a nie przychodzi.
Matka osuwa się w depresję, opiekę nad dzieckiem przejmuje tata, w konsekwencji ona jest zła, że on tak dobrze sobie radzi, więc jeszcze gorzej siebie traktuje i jeszcze gorzej się z tym czuje.
Mnie z kolei przeszło przez myśl pytanie podobne do tego, które zadałaś wcześniej: Czy to był dobry pomysł, żeby Ángela miała dziecko? Moim zdaniem nie. W ogóle się na nim nie skupia, ważne jest tylko jej cierpienie.
I nie zmieniasz zdania wraz z rozwojem wypadków?
Ten rozwój wypadków nie jest zbyt zaawansowany. Pod koniec filmu Ángela rzeczywiście łapie jakiś kontakt z dzieckiem, coś miłego z nim robi, więc owszem, jest szansa, że w przyszłości bardziej się skupi na nim niż na sobie. Na razie jednak mam wątpliwości.
Kiedyś mówiło się o mezaliansach, czyli związkach osób pochodzących z różnych klas. Brzmiało na początku romantycznie, ale potem nastręczało wielu problemów. Sporo pracy trzeba było wykonać w takim związku. Ale może w każdym trzeba?
Tylko co to znaczy „trzeba”? Kto to ma orzekać?
Na przykład ty.
Dziękuję ci bardzo, kochanie. „Państwo Kowalscy powinni włożyć więcej wysiłku w swój związek…”. Pewnie, że wszyscy MOGLIBY wkładać więcej wysiłku w swoje związki, ale nie każdy ma na to siłę czy ochotę. Myślę, że często nie wiedzą też, jak mieliby to zrobić. Pamiętajmy, że jak się nazbiera dużo bólu, o którym na co dzień się nie mówi, to on się wylewa, i to tak, że człowiek mówi słowa, których nigdy by nie powiedział. Aż ma ochotę zabić i czasem rzeczywiście zabija… związek. Wspomnę tu naszą poprzednią rozmowę wokół filmu „Być kochaną”, ten moment, kiedy ona mówi: „Ty chcesz rozwodu”.
Czytaj także: Czy można kochać innych, nie kochając samej siebie? „Być kochaną” to najbardziej intymny dramat roku [Recenzja filmu]
A gdyby porównać obie pary... Jak sądzisz, czego w tych związkach zabrakło?
Niestety, ze smutkiem stwierdzam, że w obu parach kobiety są nieco bardziej ksobne i niespecjalnie dużo myślą.
A mężczyźni?
Oni są dosyć nieźle umoszczeni w środku. Wiedzą, co robić. Wiedzą, czego chcą. Są też w świetnym kontakcie z dziećmi…
Tylko nie zawsze w dobrym kontakcie ze swoimi partnerkami. Pamiętasz scenę, w której do Héctora i Ángeli przychodzą jego znajomi? On tak jest na nich skupiony, że nie widzi, że ona gubi się w rozmowie, że wstaje od stołu, wraca z aparatem słuchowym, potem wraca, by go odnieść, bo jest za głośno…
Tak, w tej scenie Héctor jej nie pomaga, ale też Ángela mogłaby, nie wiem, zastukać w stół, by zwrócić ich uwagę. Dotknąć ramienia Héctora, poprosić, by przetłumaczył, zakomunikować, że ona ich nie słyszy i żeby mówili, patrząc na nią. Upomnieć się o siebie. Ale nie na zasadzie żalu czy pretensji, tylko prośby i powierzenia się ich dobrej woli. Ludzie przeważnie się wtedy jednak starają.
Tylko ile razy można o sobie przypominać? Za którymś razem mógłby już ktoś zapamiętać.
No pewnie, że mógłby, ale czasem nie umie albo nie może. Poza tym jak się człowiek upomina, to bardzo często jednak dostaje. A jak się nie upomina, to nie dostaje prawie nigdy.
Zrobiło na tobie wrażenie, kiedy w filmie pod koniec zmienia się główna narracja i przez jakiś czas odbieramy rzeczywistość tak, jak odbiera ją Ángela, a nie tak jak my i Héctor, czyli słyszący?
Zrobiło. Choć nie takie wielkie, jakby mogło, ale to dlatego, że swojego czasu – jako już dojrzała kobieta – ćwiczyłam sobie, jak to jest nie mieć któregoś ze zmysłów, na przykład wzroku. Chodziłam po domu z przepaską na oczach, wykonując normalne życiowe czynności. Rozumiem też, jak to jest być w całkowitej ciszy. No jest kompletnie inaczej!
Kogo ci jest bardziej żal w tym filmie: jej, jego czy dziecka?
Można pomyśleć: biedna dziewczyna, ogłuchła w dzieciństwie; rodzice, a zwłaszcza matka, nie bardzo byli skupieni na tym, by ją wtedy zrozumieć, zresztą teraz też nie bardzo ją wspierają. Z drugiej strony spotkała świetnego faceta, z którym stworzyła piękny związek. Jego szkoda mi nie było, natomiast dziecka bardzo często.
Czytaj także: „Nie chodzi o rozwiązanie problemu, a o umiejętne zarządzanie konfliktem”. Specjaliści od budowania relacji radzą, jak dobrze kłócić się w związku
Jaka największa lekcja płynie z tego filmu?
By nie chcieć za dużo. Być bardziej z tym, co się dzieje tu i teraz. Było dobrze, to nie psuj.
Mnie przypomniała się inna twoja lekcja: druga osoba nie może być całym twoim światem. Co złego w tym, że on ma innych znajomych, a ty innych?
A pewnie! Przy swoich zawsze czujemy się najlepiej, przy obcych się spinamy i jeszcze oczekujemy, iż partner czy partnerka będzie non stop pośredniczyć w tej wymianie. Kochani, naprawdę, nie chciejmy za dużo!
Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).
„Dźwięki miłości” w kinach.