Emocje, samoświadomość są na korcie równie ważne, co technika, taktyka, szybkość i wytrzymałość – mówi w kolejnym odcinku „szkoły liderek” Sandra Zaniewska, trenerka czołowych tenisistek świata. Marta Kostyuk pod jej okiem awansowała do czołowej dwudziestki rankingu.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.
Magda Rosłaniec: Od kiedy tenis jest ważną częścią twojego życia?
Sandra Zaniewska: Zaczęłam grać, gdy miałam 10 lat. Mama szukała pomysłów, jak okiełznać moją niespożytą energię. Dosyć szybko poczułam, że kort to moje miejsce – daje mi poczcie wolności i pozwala zatrzymać galopujące myśli. Szczęśliwie też okazało się, że mam do tego sportu predyspozycje. W tenisie dużo mówi się o czuciu piłki, ja to od początku miałam. Trenowałam kilka razy w tygodniu, szło mi coraz lepiej, więc musieliśmy podporządkować szkołę pod kalendarz turniejów. Miałam pełne wsparcie rodziców. Nie wywierali żadnej presji, wręcz przeciwnie, mówili, że mogę dać sobie spokój, jeśli tenis przestanie sprawiać mi radość. Ale radości było przez lata bardzo dużo. Jednym z takich momentów był juniorski Roland Garros, miałam 16 lat i w drugiej rundzie pokonałam Laurę Robson, najlepszą wówczas zawodniczkę. Chyba właśnie wtedy dotarło do mnie, gdzie jestem. Pamiętam te emocje, patrzyłam na płaczącą ze wzruszenia mamę i pomyślałam: wow, to jest naprawdę super, chcę ciężko pracować i osiągnąć jak najwięcej.
Miałaś 20 lat, gdy w 2012 roku osiągnęłaś najwyższą, czyli 142. Pozycję w „dorosłym” rankingu najlepszych tenisistek świata. Trzy lata później musiałaś przerwać karierę.
Byłam wtedy na dobrej drodze do pierwszej setki, czyli pierwszego etapu spełnienia marzeń każdego profesjonalnego tenisisty. Niestety, przez lata miałam poważne problemy z lędźwiami. Był taki czas, że ledwo byłam w stanie wstać z łóżka. Po rehabilitacji udawało mi się na krótko wracać na kort, ale kontuzja wiele razy wycofywała mnie z turniejów, bo ból był nie do zniesienia. W pewnym momencie po prostu straciłam wiarę w to, że mogę grać na takim poziomie, o jakim marzę.
Czy kiedy godziłaś się z tym, że odchodzisz z tenisa, miałaś plan B?
Nie. Wiedziałam tylko, że nie chcę zostać w tenisie, o ironio! Nie miałam alternatywy, bo życie nauczyło mnie, że zawsze się jakoś układa, kiedy dajemy sobie trochę luzu i przestrzeni. No i nie pomyliłam się. Kiedy kontuzja zatrzymała mnie na cztery miesiące w łóżku, skorzystałam z programu dofinansowywanego przez WTA (Women’s Tennis Association), który pozwalał zawodniczkom skończyć studia w trybie online na Indiana University East. Wybrałam Business Administration z dodatkową specjalizacją w psychologii, nie wiedząc jeszcze, jak bardzo mi się ta wiedza przyda w przyszłej pracy.
Pracy w tenisie, bo jednak w nim zostałaś…
Życie bywa przewrotne. W 2017 roku, niedługo po zakończeniu mojej zawodniczej kariery, Petra Martić, z którą znałyśmy się właściwie całe nasze tenisowe życie, poprosiła mnie o pomoc przy kilku turniejach. Nie wiem, dlaczego przyjęłam tę propozycję bez żadnego doświadczenia, byłam szalona, nie ma na to innego wytłumaczenia. Tak samo szalone postępy zrobiłyśmy z Petrą, bo awansowałyśmy razem z 90. miejsca w rankingu na 14. w niespełna dwa lata. I już w trakcie tej drogi nie miałam wątpliwości, że znalazłam swoje nowe miejsce w tenisie najbliżej kortu, jak tylko mogłam. Po zakończeniu współpracy z Petrą Martić pracowałam przez półtora roku z Alizé Cornet. A potem dołączyłam do Mouratoglou Academy należącej do Patricka Mouratoglou, który przez prawie 10 lat był trenerem Sereny Williams. Zajmowałam się tam wyszukiwaniem nowych talentów, głównie młodszych zawodników, nawet od około ósmego roku życia, przyszłych mistrzów Wielkiego Szlema. Po dwóch latach zatęskniłam jednak za pracą trenerską i wróciłam na tour. Podczas Wimbledonu, na którym byłam prywatnie, podeszła do mnie agentka Marty Kostyuk z propozycją współpracy. Znałam Martę z czasów juniorskich: wygrała Australian Open, mając 14 lat i bardzo szybko weszła do top 100. Miała wtedy 21 lat, a ja nie miałam wątpliwości, że to jedna z najlepszych zawodniczek na świecie. No i tak to się zaczęło.
Kiedy Iga Świątek szukała trenera, na giełdzie nazwisk padało również twoje. Czy gdyby się do ciebie zwróciła, podjęłabyś współpracę?
Gdy zaczęły się pojawiać takie spekulacje, byłam już mocno zaangażowana w pracę z Martą. To jest relacja oparta na zaufaniu, inwestycji emocjonalnej i wspólnym celu. Kiedy pracuję z zawodniczką, to jestem z nią na sto procent, nie szukam innych możliwości w trakcie. Iga jest niesamowitą tenisistką, ale nie wyobrażam sobie sytuacji, w której zostawiam kogoś dla kogoś innego. Dlatego w ogóle nie rozważam takich scenariuszy. Skupiam się na tym, co budujemy z Martą.
Czytaj także: Jak uczyć młodych ludzi radzić sobie z porażką? Pytamy Darię Abramowicz, psycholożkę Igi Świątek
Wróćmy jeszcze do twojej gry w turniejach – co cię najbardziej stresowało, spalało jako zawodniczkę?
W tenisie przez większość czasu, mimo przeciwnika po drugiej stronie kortu, mierzysz się głównie ze sobą. Ze swo oczekiwaniami, z tym, czego – jak ci się wydaje – oczekują od ciebie inni, ze swoją niedyspozycją, własnymi sabotującymi myślami. Wyjście na kort i zagranie meczu to paradoksalnie bardzo samotne przeżycie bez względu na to, ilu ludzi ci kibicuje i jak dobrze życzą ci bliscy. Mierzyłam się z tym tak samo, jak większość zawodników. Ale chyba najtrudniejsza była dla mnie presja, którą nakładałam sama na siebie, i poczucie niezadowolenia – bez względu na miejsce w rankingu czy wyniki meczów. Nigdy nie byłam dla siebie wystarczająco dobra, aż w końcu stałam się po prostu… nieszczęśliwa.
Jak wyszłaś z tej matni?
Pomogła mi moja trenerka Elise Tamaëla. Powiedziałam jej szczerze, że nie cieszy mnie to, co osiągam. A ona powiedziała mi wtedy coś, co zapamiętam chyba do końca życia: „Sandra, to wszystko dlatego, że utożsamiasz się za mocno z byciem tenisistką, jakby to cię definiowało. Spróbuj pomyśleć o tym trochę inaczej – że po prostu jesteś człowiekiem, który gra w tenisa”. Uderzyło mnie to jak piorun. Zrozumiałam, że nie mogę budować całej swojej wartości na tym, czy mecz wygram, czy go przegram, a w związku z tym, czy jestem dobra, czy do niczego. To był przełom. Nadal chciałam wygrywać, ale przede wszystkim skupiłam się na zaopiekowaniu się sobą, a nie tylko sobą w roli zawodniczki.
Taka postawa pomaga ci w roli trenerki?
Filozofia, że najpierw człowiek, potem tenis, jest mi bardzo bliska. Myślę, że dużą wartością jest również to, że byłam zawodniczką i znam te wszystkie zakręty, w które sportowcy wpadają. Dużo z Martą rozmawiamy, o życiu, potrzebach, marzeniach, rozterkach. Widzę, jak zmienia się jako człowiek z turnieju na turniej, i to jest dla mnie budujące. Ma dopiero 23 lata, bardzo przypomina mnie, kiedy byłam w jej wieku, pewnie dlatego mamy taką silną więź, bo staram się być dla niej osobą, której sama kiedyś potrzebowałam. Poziom, na którym gramy, jest najwyższy na świecie, więc często wyniki na korcie są odzwierciedleniem stanu psychicznego zawodnika, a niekoniecznie przygotowania stricte pod kątem gry, i to jest dla mnie najważniejszy obszar do pracy. Wszyscy zawodnicy z top 20–30 są fantastycznie przygotowani fizycznie, więc to nie tam szukam przewagi, która decyduje o wygranej – czasem to jeden punkt.
Sandra Zaniewska (Fot. Aldona Kaczmarczyk/ Van Dorsen)
Słyszę w tej historii dużo zaufania – czy to klucz do udanej współpracy? Zwłaszcza w tenisie, gdzie trenerzy będący mentorami zawodników są jednocześnie ich podwładnymi.
Zdecydowanie tak. Dla mnie zaufanie to decyzja, że naprawdę jesteśmy w tym razem, więc mogę powiedzieć mojej zawodniczce, co widzę — szczerze, bez owijania w bawełnę. I ona również może przyjść do mnie ze wszystkim. Nie musimy grać ról: ja nie muszę udawać wszechwiedzącej, a ona nie musi grać twardej, kiedy przytłaczają ją emocje. Wydaje mi się, że zaufanie daje przestrzeń na wątpliwości i rozmowę o nich — zanim urosną do rangi problemu. Kiedy obie osoby czują, że mogą powiedzieć: „Hej, zatrzymajmy się na chwilę i zobaczmy, co tu się dzieje”.
Czytaj także: Tenis – tu etykieta jest nie mniej ważna od samego sportu. Odsłaniamy kulisy wielkich turniejów
Jak na co dzień wygląda życie zawodniczki przygotowującej się do turnieju?
Ważny jest rytm. Na korcie zwykle dwie, trzy godziny dziennie, technika, taktyka, sparingi. Do tego motoryka lub siłownia kilka razy w tygodniu, żeby ciało mogło robić to, czego tenis wymaga.
Ważna jest również regeneracja: fizjoterapia, osteopatia, masaż, terapia zimnem–ciepłem, sen. Czasem to właśnie odpoczynek decyduje o tym, czy następnego dnia w ogóle da się dobrze trenować. A oprócz tego… normalne sprawy. Planowanie podróży, hotele, spacery z psem, adaptacja w różnych strefach czasowych. Z zewnątrz to może wyglądać jak podróżowanie po świecie, od środka to jednak sporo logistyki i dyscypliny. Każdy turniej to nowe miejsce, inne warunki, inna presja, więc zawodnicy muszą dosyć szybko stworzyć sobie poczucie stabilności, a moją rolą jest, żeby w tym pomóc.
Nie wszyscy wiedzą, że codziennością każdego zawodowego sportowca są też kontrole antydopingowe.
Tak, to normalna część życia tenisisty – jest ich nawet około 20 w ciągu roku. Zawodnik nie wie, gdzie i o której godzinie do drzwi zapuka komisja antydopingowa, a może w dowolnym momencie, również podczas wakacji. Przez cały rok muszą podawać do centralnego systemu informację, gdzie aktualnie przebywają.
Tenis się zmienił w ostatnich latach?
Bardzo przyspieszył. Jest bardziej fizyczny, a poziom wyrównany, więc prawie każdy mecz to realne wyzwanie. Do tego doszło więcej obowiązkowych turniejów. Kalendarz jest gęsty, trudniej złapać chwilę na oddech czy spokojny trening między startami. Sport się tak rozwinął, że granica obciążenia dawno już została przekroczona, stąd kontuzje, przemęczenie zawodników. Trzeba mądrze zarządzać energią w sezonie. Regeneracja, zdrowie psychiczne, życie poza kortem – to są elementy, które decydują, czy ktoś potrafi trzymać poziom przez cały rok.
Liczba turniejów wzrosła, bo jak się łatwo domyślić, chodzi o pieniądze.
Pieniądze są częścią tego sportu, nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Tenis przyciąga sponsorów, sprzedaje bilety na całym świecie, ludzie chcą to oglądać i przeżywać te emocje razem z nami. Dzięki temu mamy świetne korty, opiekę zdrowotną, technologie, bezpieczeństwo finansowe dla zawodników.
Jednak jeśli chcemy, żeby ten sport dalej rósł, trzeba zadbać o to, co go napędza – o zdrowych fizycznie i psychicznie, gotowych do rywalizacji sportowców. Wierzę, że biznes i troska o zawodników jednak mogą iść razem.
Co byś powiedziała młodym tenisistom oraz ich rodzicom, którzy wkładają w ten sport dużo pracy, poświęcenia i pieniędzy, a przecież nie każdy zostanie Świątek czy Federerem.
Tenis może dać wiele życiowych kompetencji, jak: odporność psychiczną, samodzielność, radzenie sobie ze stresem, ale też kontakty, radość z ruchu. To już jest ogromna wartość, niezależnie od wyników. A marzeń nie wolno ograniczać.
Jasne, każdy może chcieć być kolejną Igą czy Rogerem. Nie odbierajmy im tego. Po prostu pamiętajmy, że sukces ma różne formy. Czasem to nie finał Wielkiego Szlema, tylko fakt, że dziecko lubi być na korcie i rozwija się we własnym tempie. Rola rodziców to być wsparciem, a nie kolejnym źródłem presji, to dawanie poczucia: jesteś ważny nie dlatego, że wygrałeś, tylko dlatego, że próbujesz.
A nawet jeśli kiedyś wybierze inną drogę, to wszystko, czego nauczy się na korcie, pójdzie z nim.
Czytaj także: Jak osiąga się mistrzostwo? Rozmowa z Igą Świątek i psycholożką Darią Abramowicz
Wśród 100 najlepszych profesjonalistek rankingu, tylko niespełna 10 procent ma w swoich teamach kobiety. Właściwie nigdzie indziej nie ma takich możliwości, by tę rzeczywistość szybko zmienić, bo to same zawodniczki o tym decydują.
Faktycznie wciąż jest nas mało, ale to już się zmienia – dlatego, że zawodniczki zaczynają szukać nie tylko świetnych trenerów, ale też osób, które naprawdę je rozumieją. A kobiety często mają dużą uważność na to, co dzieje się w środku: emocje, zmiany nastroju, presje. To ma ogromne znaczenie. Nie chodzi o przewagę jednej płci nad drugą, tylko o różnorodność perspektyw.
Gdybyś w 2012 roku, czyli tym kluczowym dla ciebie czasie, kiedy pięłaś się ostro do góry, a jednocześnie byłaś nieszczęśliwa, była swoją trenerką, to co byś sobie powiedziała?
Możesz być ambitna i jednocześnie zadbać o siebie.