Gdyby „Ścieżki życia” były wyłącznie fikcją, wielu zarzuciłoby mu pewnie, że taka historia nigdy nie wydarzyłaby się w realnym życiu. A jednak... Para z wieloletnim stażem traci dom i źródło utrzymania. Zamiast pogrążać się w nieszczęściu, małżeństwo wyrusza jednak na pieszą wędrówkę wzdłuż wybrzeża Kornwalii. Jeśli pokochaliście oscarowy „Nomadland”, ten film z Gillian Anderson i Jasonem Isaacsem również skradnie wasze serca. Na początek roku to seans wręcz idealny.
Wchodzący właśnie na ekrany polskich kin film „Ścieżki życia” to poruszający dramat zrealizowany na podstawie prawdziwej historii Raynor Winn, która wraz z mężem postanowiła wyruszyć pieszo wzdłuż południowo-zachodniego wybrzeża Anglii. W przeciwieństwie do innych piechurów, para nie zdecydowała się jednak na ten krok dla przyjemności... Bohaterami filmu są więc Ray i Moth – małżeństwo w średnim wieku – które w wyniku nieroztropnej decyzji finansowej, straciło dach na głową i wszystko, co udało im się zbudować własnymi rękami. W międzyczasie okazuje się też, że Moth cierpi też na terminalną, bardzo rzadką i utrudniającą poruszanie się chorobę...
„Ścieżki życia” (Fot. materiały prasowe)
W dniu eksmisji, w przejmującej scenie z komornikami dobijającymi się do drzwi, Ray spontanicznie wpada na pomysł pieszej wędrówki 630-milowym nadmorskim szlakiem South West Coast Pat, która byłaby wyzwaniem dla młodej, zdrowej pary, co dopiero dla schorowanych 50-latków. Mimo to małżonkowie ruszają w drogę z nadzieją, że podróż da im czas na poukładanie spraw, zaplanowanie nowej przyszłości, uporanie się z długami i wyjście z bezdomności. Aby przetrwać, mogą jednak polegać prawie wyłącznie na sobie...
Wyruszają zmęczeni już na starcie, załamani, pełni żalu. Bez grosza przy duszy, wsparcia rodziny czy przyjaciół. Porzuceni przez system prawny, nieprzygotowani do radzenia sobie z pogodą. Z ciężkimi plecakami i tanim namiotem. Droga jest trudna i wyczerpująca. Wędrują przez smagane wiatrem doliny, walczą z żywiołami i nierównym terenem. Po drodze napotykają jednak rozmaite przejawy ludzkiej życzliwości, choć nie zawsze. Raz zmagają się ze zrzędliwymi przechodniami, innym razem otrzymują pomocną dłoń od uprzejmych nieznajomych. Pomimo trudnych warunków, pęcherzy i siniaków, para uzdrawia się, odbudowując więź z naturą i sobą nawzajem. Maksyma „krok po kroku, dzień po dniu” to podstawa ich przetrwania. Co jeszcze spotka ich po drodze?
„Ścieżki życia” (Fot. materiały prasowe)
Czytaj także: Wyjątkowe filmy o ludziach, którzy z dnia na dzień zaczęli wszystko od nowa. Te 5 produkcji poruszy twoje serce i zainspiruje do działania
Skromny, choć niezwykle inspirujący dramat oparty na bestsellerowej autobiografii – chociaż ukazuje przede wszystkim transformacyjną podróż uciśnionych ludzkich dusz – w gruncie rzeczy jest historią miłości, która pokonuje wszelkie przeciwności losu, jakie mogą spotkać małżeństwo. Na papierze opowieść ta wydaje się jednak trudna do sprzedania. Przez 90 proc. czasu para wędruje nadmorskim szlakiem, pozostałe 10 proc. to dość ponure retrospekcje. Dzięki znakomitym kreacjom aktorskim oraz majestatycznym krajobrazom, film ten wart jest jednak emocjonalnej inwestycji.
Debiut Marianne Elliott według scenariusza Rebekki Lenkiewicz („Słone lato”) składa się z krótkich epizodów, których subtelność przekazu nadaje filmowi głębi. Ray i Moth spędzają większość podróży opłakując dawne życie i rozmyślając o tym, jak radzą sobie ich dorosłe już dzieci. Mamy też kilka wątków pobocznych, jednak nigdy nie przytłaczają one głównej narracji. Trudna sytuacja pary i radykalne rozwiązanie ich kryzysu są niezwykle wciągające. Twórczynie boleśnie przypominają nam natomiast, że każdy z nas może być o krok od podobnego pecha (trudno o bardziej wymowny wake up call).
„Ścieżki życia” (Fot. materiały prasowe)
Czytaj także: Aby ratować swój związek, ruszyli pieszo wzdłuż wybrzeża Bałtyku. Ten film o relacji na krawędzi poruszy was do głębi
Film ten to również dowód głębokiej miłości małżeńskiej. Ray i Moth zmagają się z fizyczną niemocą, brakiem funduszy, głodem, pragnieniem, dziką przyrodą, a mimo wszystko cały czas są dla siebie życzliwi i okazują sobie wsparcie. Nigdy nie tracą też panowania nad sobą i nie ubolewają nad własnym losem. Do działania napędza ich uczucie do siebie i wrodzona dobroć. Nie znajdziemy tu więc typowych dla gatunku „droga do samopoznania” stereotypów. I chociaż na bohaterów spada seria karzących udręk, twórczynie wlewają w narrację sporo nadziei. Para odnajduje bowiem współczucie u nieznajomych, a w samych sobie siłę. Zamiast walczyć z naturą, bohaterowie postanawiają się przed nią ukorzyć. Film ma przy tym minimum dramaturgii, a jednak jest w nim coś, co sprawia, że ciężko oderwać się od ekranu.
Duża w tym zasługa zachwycających kreacji aktorskich Gillian Anderson i Jasona Isaacsa. Co prawda nie decydują się oni na wielkie ruchy czy łatwe sztuczki, oboje są tu wybitni, a ich powściągliwe występy są pełne emocji i niuansów. Aktorzy doskonale oddają też rozpacz, wstyd, wyczerpanie i cichą desperację swoich bohaterów. To naprawdę solidne role – subtelne, ale niezwykle wyraziste. Anderson to klasa sama w sobie. Jej gra jest tutaj nieco osobliwa, jednak robi wrażenie, bo jako Ray gwiazda takich seriali jak „Z Archiwum X”, „Upadek” czy „The Crown”, robi wszystko, aby wspierać chorego męża, nie pozbawiając go przy tym sprawczości, dając mu poczucie niezależności i godności, a także dyskretnie i z ogromną troską zwracając uwagę na każdy jego najmniejszy krok.
Isaacs, którego dobrze znamy z „Patrioty”, „Piotrusia Pana”, „Harry’ego Pottera”, „Śmierci Stalina” czy „Białego Lotosu”, również daje świetny aktorski popis. Jego Moth stoi bowiem na skraju otchłani, obciążony przez troski i zmartwienia, ale nie boi się przy tym okazywać głębokiej wrażliwości. Wisienką na torcie są tu natomiast pięknie uchwycone krajobrazy (liczne ujęcia z drona ukazują kornwalijskie wybrzeże w całej jego okazałości), muzyka dyskretnie akompaniująca parze, podkreślająca klimat i spokojną atmosferę filmu oraz odgłosy natury, które dają skupienie i spokój nie tylko bohaterom, ale też widzom.
„Ścieżki życia” (Fot. materiały prasowe)
Czytaj także: Filmy, po obejrzeniu których zapragniesz wyruszyć w podróż. Ranking 8 najlepszych tytułów
Koniec końców podróż, choć trudna, wyczerpująca fizycznie i psychicznie, a chwilami też dość niebezpieczna, okazuje się uzdrawiająca, a oglądanie jak Ray i Moth zmieniają się pod wpływem ludzi i zdarzeń, które ich spotykają, jest naprawdę satysfakcjonujące. To pokazuje, że ludzki duch potrafi być naprawdę niezłomny i może pokonać najgorsze kryzysy. Pod koniec bohaterowie znajdują bowiem ukojenie, odkrywają piękno oraz uzdrawiającą moc natury i odzyskują nową witalność. Ostatecznie dochodzą do wniosku, że wolność, jaką daje im droga, to właśnie to, czego tak desperacko szukali przez całe swoje życie.
„Ścieżki życia” (Fot. materiały prasowe)
W efekcie „Ścieżki życia” to urocze kino „ku pokrzepieniu serc” – o ludzkiej odporności i nadziei oraz ekstremalnych wyborach w obliczu ekstremalnych okoliczności. Portret straty, człowieczeństwa i odrodzenia oraz naprawdę wciągające kinowe doświadczenie. Film obnaża przy okazji ułomność brytyjskich systemów prawnych, które rzekomo mają chronić ludzi, a ostatecznie zawodzą. Całe szczęście emocjonalnego ukojenia zawsze możemy szukać w kontakcie z naturą, która zbawiennie wpływa na duszę, nadaje życiu właściwą perspektywę oraz leczy serca i ciała tych, którym odebrano poczucie bezpieczeństwa i środki do życia. Całość jest perfekcyjnie podana, a bohaterka Anderson deklaruje miłość do męża w sposób tak autentyczny, że naprawdę ciężko nie uronić łzy. Jeśli rozpocząć 2026 rok w kinie, to właśnie tak. Na ten czas „nowego startu” nie znajdziecie lepszego filmu.
„Ścieżki życia” w kinach od 2 stycznia.