Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Filmy
  4. >
  5. Brontë Barbie czy filmowy majstersztyk dla Gen Z - dyskusja o „Wichrowych wzgórzach” nie ustaje. Zderzyliśmy opinie

Brontë Barbie czy filmowy majstersztyk dla Gen Z - dyskusja o „Wichrowych wzgórzach” nie ustaje. Zderzyliśmy opinie

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
„Oda do situationshipu”, „sukienka bawarskiej dziewki”, „scenariusz pisany na kolanie rozerotyzowanej nastolatki”... niewiele filmów w ostatnim czasie wywołało tak skrajne opinie (i zainspirowało tyle memów!), co najnowsze „Wichrowe Wzgórza” w reżyserii Emerald Fennell. I w naszej redakcji Zwierciadlo.pl zawrzało! Co o nim sądzić? Czy tak śmiałą wersję nadal można nazwać „Wichrowymi Wzgórzami”? I czy to w ogóle jest dobry film? Oto kilka naszych niecenzurowanych opinii.

Dominika Soćko (dziennikarka Zwierciadlo.pl i project managerka w Butiku Kreatywnym):

Na przekór będę się upierać, że warto obejrzeć „Wichrowe Wzgórza”, choćby dla ostatniej sceny. Dla dialogu, który jest najpiękniejszym znanym w literaturze wyznaniem miłości, a w obrazie w reżyserii Emerald Fennell nabrał finezji, która wzbudza dreszcze. Dla zapierających dech w piersiach kadrów, scenografii nie z tej ziemi, dla boskiego Jacoba Elordiego, w którego wcielenie zła zapewne nie uwierzycie i dla doskonałej Alison Oliver w roli Lintonówny, w której obłęd z kolei z pewnością uwierzycie. Sposób, który Fennel wybrała do opowiedzenia tej historii, wiele mówi o naszych czasach. Czy źle? A może –zainspirowana licznymi recenzjami filmu – powinnam zapytać: czy to my wciąż nie możemy zrozumieć, że „co autor miał na myśli?” jest najmniej sensowną rzeczą, o którą pytano nas w szkole?

Edyta Zbąska (dziennikarka Zwierciadlo.pl):

Ja tym filmem jestem absolutnie zachwycona. Wizualnie przepiękny, momentami kampowy, chwilami otwarcie w klimacie BDSM. Czy to źle? Mieliśmy już przecież co najmniej dziewięć ekranizacji „Wichrowych Wzgórz”, w których wierność oryginałowi była lepiej zachowana, więc może dobrze, że wreszcie dostaliśmy także taką wersję – rozciągającą wątki wcześniej niedoceniane i przesuwającą akcenty?

Na pewno seans był przyjemniejszy dla tych, którzy książki nigdy się czytali (wtedy oczywiste rozbieżności nie rażą i można cieszyć się seansem w błogiej nieświadomości). Ale jeśli tylko puści się kurczowo trzymane przekonanie, że ekranizacja musi być historycznie adekwatna, to można wciągnąć się w tę pięknie nakręconą, bogato zdobioną i szokującą opowieść bez reszty.

Jeśli mianem dobrego filmu określamy taki, o którym dużo się mówi i o którym każdy ma opinię – to oczekiwanie zostało zdecydowanie spełnione. Jeśli dzieło z premierą w walentynki ma wzbudzać emocje o istocie relacji – to też punkt zaliczony. A jeśli ktoś chodzi do kina już tylko po to, by zobaczyć, co dzieje się, gdy artystyczna wyobraźnia spotyka się z budżetem niejednego ważnego państwowego resortu, to również się nie zawiedzie. Wrzosowiskom wokół Haworth wróżę w tym roku niewiele cichych dni.

Czytaj także: Czy Cathy z „Wichrowych Wzgórz” cierpiała na borderline? Pytamy psycholożkę Dorotę Mintę

Tola Rybicka (project managerka w Butiku Kreatywnym):

Zacznę od pozytywów, bo „Wichrowe Wzgórza” Emerald Fennell to przede wszystkim estetyczna uczta. Dopieszczona scenografia, gotyckie kostiumy, makijaż oraz fryzury Cathy - tak baśniowe i dopracowane, że moglibyśmy je zobaczyć w Krainie Czarów lub „Marii Antoninie” Coppoli. Bez wątpienia jest to piękny obrazek.

Moja pierwsza myśl jest jednak taka, że zostałam wprowadzona w błąd. Zwiastun, który oglądaliśmy przez ostatnie miesiące wskazywał na pełen wybuchowej chemii romans wszech czasów, którego sceny wywołają rumieniec na twarzy - nawet u fanek „Bridgertonów”. Okazało się jednak, że to film o dość konserwatywnej formie, w której seks uprawia się w ubraniach, a Jacoba Elordiego próbuje się na siłę oszpecić złotym zębem, by choć odrobinę oddać toksyczny charakter jego bohatera. Heathcliff w jego interpretacji jest bowiem znacznie mniej mroczny niż Nate w „Euforii”. To bardziej poza łobuza, bo w głębi duszy wiemy, że to nawet dobry, ale pokrzywdzony przez los chłopak.

Żyjemy w erze skrupulatnie zaplanowanych kampanii marketingowych, w których „method dressing” i domniemany romans aktorów zaczynają odgrywać dużo większą rolę niż fabuła. Tym samym film staje się przede wszystkim produktem, a dopiero później sztuką. To wizualne arcydzieło, zrealizowane z onieśmielającym rozmachem; zabrakło w nim jednak hipnotyzującej chemii między bohaterami. Takiej, którą czuje się jeszcze na długo po wyjściu z kina.

Robert Choiński (dziennikarz Zwierciadlo.pl):

Mam co do tego filmu niezwykle mieszane uczucia. „Wichrowe wzgórza” w reżyserii Emerald Fennell to absolutnie wyborna uczta dla oczu i uszu. Piękne, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach kadry, imponująca scenografia, zachwycające kostiumy oraz absolutnie fenomenalna ścieżka dźwiękowa, ze specjalnie stworzonymi na potrzeby produkcji utworami autorstwa Charli xcx, sprawiają, że seans bywa momentami czystą przyjemnością. Odtwórcy głównych ról wypadają w swoich kreacjach dość przekonująco, choć muszę przyznać, że zdecydowanie bardziej uwierzyłem Margot Robbie niż Jacobowi Elordiemu, który momentami prezentuje się dość drewnianie.

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że reżyserka bardziej niż na stworzeniu współczesnej ekranizacji kultowej powieści Emily Brontë, skupiła się na nakręceniu kolejnego filmu w charakterystycznym dla siebie, sprawdzonym stylu. Stylu, który już raz przyniósł jej Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny za film „Obiecująca. Młoda. Kobieta.” – wybuchową mieszankę thrillera, satyry i pop-romansu, doprawioną szczyptą czarnego humoru.

Jej autorska wariacja na temat „Wichrowych wzgórz” (bo raczej trudno nazwać to klasyczną ekranizacją) jest więc chwilami do bólu przekoloryzowana i kampowa. Nie traktuję tego z góry jako zarzutu, a raczej jako pewną trudność. Ta konwencja bowiem nie każdemu przypadnie do gustu. Tych jednak, którzy dadzą się porwać tej wizji, czeka emocjonujący seans.

Czytaj także: Nowe „Wichrowe Wzgórza” miały nas podniecić i wzruszyć. Ostatecznie nie spełniły żadnej z tych obietnic [Recenzja filmu]

Ania Tobiasz (dziennikarka Zwierciadlo.pl i project managerka w Butiku Kreatywnym):

„Wichrowe Wzgórza” w reżyserii Emerald Fennell? Piękna katastrofa. I tutaj mogłabym w zasadzie postawić kropkę. Przecież o tym, jak spektakularną ucztą dla oka jest ta ekranizacja, powiedziano już chyba wszystko. I faktycznie, wizualnie równoważą się tu dla mnie wszystkie smaki. Są intencjonalnie przesłodzone ujęcia znudzonej Cathy zamkniętej (na własne życzenie rzecz jasna) w Clintowej złotej klatce, są umamiczne, monumentalne pejzaże północnej Anglii, jest gorzki mrok dla przeciwwagi i jest najbardziej chyba wyczekiwana pikanteria - choć osobiście sklasyfikowałabym ukazany tu erotyzm jako co najwyżej lekko ostry...

Zastanówmy się jednak przez chwilę, czym byłyby „Wichrowe Wzgórza” z pesząco przystojnym Jacobem Elordim i nieprzyzwoicie śliczną Margot Robbie pozbawione tych wszystkich ładnych obrazków. A byłyby niestety jedynie przeestetyzowaną odą do chorej miłości. Romantyzowaniem cierpienia wpisanego w rozwijanie silnie dysfunkcyjnych relacji. Dla kogoś, kto o zaburzeniu osobowości typu borderline wie niewiele, toksyczne pożądanie łączące parę głównych bohaterów wyda się zapewne szalenie pociągające. Tym zaś, którzy przestali już mylić niedojrzałość z namiętnością, a branie odpowiedzialności za własne życie z emocjonalną ujmą, film Fennell prędzej niż o zazdrość i zachwyt, przyprawi o rozdrażnienie.

Czy mimo to poleciłabym go przyjaciółce? A i owszem. W końcu nikt jeszcze od konsumpcji przerostu formy nad treścią nie umarł. Od czasu do czasu można. A czy warto - to już każdy musi ocenić sam.

Marta Kowalska (dyrektorka wydawnicza Zwierciadła):

Nie scrollowałam nigdy Pinteresta w kinie, ale przyznaję, że robić to na wielkim ekranie daje pewien rodzaj estetycznej atrakcji. No i nie trzeba przy tym chować telefonu pod fotelem. To, że film Emerald Fennell będzie naszpikowany wizualnymi bodźcami i symbolami zaprogramowanymi tak, żeby nawet skorupka jajka stała się wiralem, wiedzieliśmy już na etapie zwiastuna. Formalnie „Wichrowe Wzgórza” nakarmiły nas tak, jak karmi się gości domku dla lalek: piętrowymi eklerkami i herbatą w porcelanie. I choć scenariusz zesłał widzów na przymusową dietę, to chyba każdy odnalazł w tym seansie kilka momentów satysfakcji. Tylko czy zaspokoiliśmy apetyt, który narastał przez kilka miesięcy, gdy kampanię marketingową „Wuthering Heights” pompowano do granic możliwości?

Fennell zapowiadała wprawdzie, że nie ma w planach wiernej adaptacji, ale to tym bardziej dawało jej prawo do zrobienia z tą historią, co tylko chciała. Mogło być obrazoburczo, erotycznie, szaleńczo, zaskakująco, mogliśmy głośniej oddychać, zasłaniać oczy, wciskać paznokcie w fotel. Tymczasem pozostaje wrażenie, że reżyserka nie mogła zdecydować się, czy robi tragikomedię czy trzyma się gotyckiej dramaturgii oryginału. Ta niekonsekwencja odbiła się przede wszystkim na konfuzji Margot Robbie, która najpierw wcielała się w kapryśną trzpiotkę a w drugiej połowie goniła tragiczny cień Cathy - tej z powieści ale i tej, jaką w latach 90. podatowała nam Juliette Binoche. Jacob Elordi nie zrobił mi nic oprócz błyśnięcia złotym zębem. Za to mały Heathcliff, absolutnie doskonały Owen Cooper znany z „Dojrzewania”, przejął tak bardzo, że nie mogłam powstrzymać łez. Nie mogę doczekać się jego dorosłych ról. Warto oddać tu pokłon także innej aktorce z drugiego rzędu postaci. Isabella Linton w wykonaniu Alison Oliver to materiał do wycięcia krótkiego metrażu i zapętlania (scena z obrożą trafia do mojego brat-folderu). Jest jeszcze inny poboczny bohater… To anima mundi świata zbudowanego przez Fennell i scenografów. Drozdowe Gniazdo - dom, który ma ciało i duszę. Zbudowany szkatułkowo, więzi, magnetyzuje, wciąga do środka, wypluwa.To nie pierwszy raz, kiedy reżyserka udowadnia, że budowanie światów to jej konik. Tylko, cytując klasyka, „to nie sztuka wybudować nowy dom, sztuka sprawić, by miał w sobie duszę”. Póki co ten wzniesiony przez Fennell nawiedzać ma tylko Emily Brontë, o której krytycy piszą, że przewraca się w grobie. Nie przesadzajmy - każde pokolenie ma swoje dzieła, jeśli nie kultury, to popkultury. Temperatura dyskusji wokół nowych „Wichrowych Wzgórz” pokazuje, że Emerald Fennell uniknęła najgorszego grzechu wobec widza - pozostawienia go obojętnym.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE