Autopromocja
WOS 6 - 1200
WOS 6 - 1200
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Filmy
  4. >
  5. Nowe „Wichrowe wzgórza” miały nas podniecić i wzruszyć. Ostatecznie nie spełniły żadnej z tych obietnic [Recenzja filmu]

Nowe „Wichrowe wzgórza” miały nas podniecić i wzruszyć. Ostatecznie nie spełniły żadnej z tych obietnic [Recenzja filmu]

„Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe)
„Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe)
Balonik oczekiwań w związku z nową ekranizacją „Wichrowych wzgórz” media i widzowie napompowały do takich rozmiarów, że jego pęknięcie było tylko kwestią czasu. Jak zatem wypada nowa wersja jednej z największych historii miłosnych wszech czasów? Miało być monumentalnie, podniecająco i emocjonalnie. Jest banalnie, beznamiętnie i mdło, a przyciągniecie publiczności śmiałymi zapowiedziami to jedynie chwyt marketingowy. Czy jednak nowy film Emerald Fennell klasyfikuje się do całkowitego skreślenia? Oto nasza recenzja.

Sex sells. Emerald Fennell zdaje się dobrze zdawać sobie z tego sprawę, dlatego jej nowe dzieło – bardzo uwspółcześniona adaptacja „Wichrowych wzgórz”, klasyki angielskiej literatury – otwiera scena, w której widzowie dostają po uszach dość, wydawałoby się, jednoznacznymi dźwiękami. Czarna plansza, na której pojawiają się napisy, utrudnia jednak zidentyfikowanie ich źródła, jednak po chwili wszystko jest już jasne. Odgłosy rozkoszy, jak wszyscy myślimy, są w rzeczywistości ostatnimi tchnieniami życia mężczyzny ginącego właśnie na szubienicy. To jednak nie wszystko, bo skazaniec ejakuluje w trakcie egzekucji, wprawiając obserwujący tłum w swego rodzaju ekstatyczny szał.

To mocny obraz, a także dość osobliwy jak na otwarcie filmu będącego z założenia historią miłosną, ale całkiem trafiony, bo nie tylko przykuwa uwagę widza, ale też zdradza kierunek, jaki nagrodzona Oscarem brytyjska reżyserka znana z takich filmów jak „Obiecująca. Młoda. Kobieta” czy „Saltburn” zdecydowała się obrać tworząc swoje rozerotyzowane „Wichrowe wzgórza”.

„Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe) „Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe)

Historię tę znają chyba wszyscy – to osadzona na tle wrzosowisk Yorkshire opowieść o pożądaniu i szaleństwie; ukazująca intensywną, destrukcyjną relację między Heathcliffem a Catherine Earnshaw, których zakazana miłość z czasem staje się coraz bardziej toksyczna (dziś dynamikę ich związku nazwalibyśmy pewnie situationshipem). Warto jednak zaznaczyć: „Wichrowe wzgórza” w interpretacji Fennell nie są do końca adaptacją, a bardziej wariacją na temat oryginału. Różnic względem zarówno literackiego pierwowzoru, jak i poprzednich ekranizacji (najbardziej znana to ta z 1992 roku, z udziałem Juliette Binoche i Ralpha Fiennesa), jest więc całkiem sporo, ale nie będziemy się nad nimi rozwodzić, aby nie psuć wam zabawy i przyjemności z seansu.

Co zatem jest na plus, a co poszło nie tak?

Czytaj także: Czy Cathy z „Wichrowych Wzgórz” cierpiała na borderline? Pytamy psycholożkę Dorotę Mintę

Seks, szubienica i zero chemii. Nowe „Wichrowe wzgórza” rozczarowują bardziej, niż się spodziewaliśmy. Recenzja filmu

Zacznijmy od rzeczy dobrych. Trzeba przyznać, że Fennell ma niebywałe oko do detali, po mistrzowsku posługuje się kolorem i światłem, a jej filmy zawsze uświetniają zapierające dech w piersiach kostiumy i scenografie. Tak jest również i tym razem. Pod kątem estetycznym nowe „Wichrowe wzgórza” prezentują się więc niesamowicie baśniowo i więcej niż zachwycająco, a fakt, że reżyserka wypracowała sobie swój własny, niepowtarzalny język wizualny, jest naprawdę godny podziwu. Niestety, fakt ten nie ratuje całego filmu...

„Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe) „Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe)

Jedną z jego głównych bolączek jest scenariusz, który bardziej przypomina opowiadanie napisane na kolanie przez podnieconą nastolatkę niż dzieło poważnej twórczyni biorącej na warsztat klasyczną powieść. Autorka co prawda wielokrotnie mówiła w wywiadach, że właśnie to było jej celem, ale na ekranie wcale nie wypada to przekonująco. Mówi się też, że dobry scenarzysta powinien kierować się zasadą „show, don’t tell”, czyli „pokaż, nie mów”. Niestety Fennell często nie jest w stanie zdecydować się, którą opcję wybrać, więc ostatecznie dostajemy zlepek w stylu „powiem wam i pokaże jednocześnie”.

Co więcej, w pierwszej części reżyserka i scenarzystka boleśnie spłaszcza historię, momentami niebezpiecznie ocierając się nawet o parodię, i dopiero w drugiej zaczyna uderzać w odpowiednie struny, co prowadzi do bardzo zgrabnego i poruszającego zakończenia. Przez większość filmu fabuła nie budzi jednak większych emocji i nie trzyma w napięciu. I nawet napięcie erotyczne wydaje się nijakie i mdłe (a w zasadzie w ogóle go nie ma), ale do tego jeszcze za moment przejdziemy.

„Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe) „Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe)

Aktorsko „Wichrowe wzgórza” również wydają się sporym rozczarowaniem. Wszystko wskazywało bowiem na to, że nominowani do Oscara Margot Robbie („Jestem najlepsza. Ja, Tonya”, „Barbie”) i Jacob Elordi („Euforia”, „Saltburn”, „Priscilla”, „Frankenstein”) udźwigną temat i dadzą nam naprawdę jakościowe występy. Tak się niestety nie stało. Robbie gra momentami w podobnej tonacji co w „Barbie”, do granic możliwości infantylizując swoją bohaterkę. Oczywiście, jej zdolność do zmiennokształtności jest niepodważalna, ale tutaj aktorka nie pokazuje nam nic nowego (chociaż bądźmy szczerzy – tak zachwycającej urody w Hollywood nie ma chyba żadna inna gwiazda). Elordi jest z kolei mrukliwy i również nie dostarcza nam nic za co moglibyśmy go w tej roli podziwiać.

„Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe) „Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe)

Najbardziej zadziwiające jest jednak to jak mało chemii jest między głównymi bohaterami, a na niej w zasadzie zbudowana jest cała powieść. Czegoś ewidentnie zabrakło. Czego? Najpewniej odpowiedniego poprowadzenia aktorów przez reżyserkę. Wielka szkoda, bo ostatecznie najlepiej wypadają aktorzy drugoplanowi: grający młodego Heathcliffa Owen Cooper („Dojrzewanie”), Hong Chau („Wieloryb”) oraz Alison Oliver („Saltburn”), która wnosi do filmu dawkę nieoczekiwanego humoru (niektóre sceny z jej udziałem są przekomiczne!). I chociaż są to kreacje epizodyczne, lśnią jak diament.

„Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe) „Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe)

Sceny intymne – są, owszem, nawet sporo, ale nie aż tyle, na ile wskazywałyby zwiastuny, wedle których bohaterowie w zasadzie nie robiliby nic innego. Są też one dość odważne, dosłowne i nieco przeciągnięte (teledyskowy montaż pokazujący cały przekrój możliwych pozycji i lokacji jest tu raczej zbędny), a kwestie, które powinny być niedopowiedziane, są tu wyłożone niemalże kawa na ławę. To, czy widzowie będą usatysfakcjonowani tymi sekwencjami, jest kwestią osobistego gustu. W końcu każdego podnieca coś innego. Na mnie osobiście zadziałały (niech Cię szlag, Elordi!), chociaż z przykrością stwierdzam też, że nie wszystkie zostały podane ze smakiem. I czy film jako całość jest faktycznie tak podniecający jak zapowiadano? Mam do tego spore wątpliwości.

„Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe) „Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe)

Czytaj także: „Najwspanialsza historia miłosna wszech czasów?! Chyba czytaliśmy inną książkę”. Zwiastun „Wichrowych Wzgórz” wywołał burzę w sieci

Muzyka? Niech was nie zwiodą internetowe zapowiedzi – numeru Charli xcx z frazą „fall in love again and again” nie usłyszycie ani w samym filmie ani w napisach końcowych. Jest za to dużo zupełnie niewładających w ucho kawałków, które zupełnie nie współgrają z tym co widzimy na ekranie. Czy jednak całkowicie odradzamy seans? Pewnie, że nie. Daleka jestem również od wyrokowania w stylu „Emily Brontë przewraca się teraz w grobie”, chociaż w oderwaniu i bez znajomości oryginału opowieść ta z pewnością nieco zyskuje.

„Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe) „Wichrowe wzgórza” (Fot. materiały prasowe)

Z plusów – na „Wichrowe wzgórza” tłumnie ruszy pewnie młodzież, bo to wersja do bólu nowoczesna, na miarę naszych czasów. Stworzona, mam wrażenie, z myślą o przede wszystkim o pokoleniu Z, których z pewnością przyciągnie pinterestowo-instagramowo-tiktokowa oprawa filmu i, rzecz jasna, boski Elordi w obsadzie. I kto wie – może to popchnie młodych do sięgnięcia po książkę? Jeśli się tak stanie, reżyserce będą należeć się gromkie brawa. I chociaż jej ekranizacja nie porywa i zastrzeżeń mam do niej wiele, muszę przyznać, że całkiem nieźle sprawdzi się jako walentynkowy seans z drugą połówką lub przyjaciółką. Zachęcam, aby mieć to w pamięci planując lutowy wypad do kina.

„Wichrowe wzgórza” w kinach od 14 lutego.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE