Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Kiedyś łobuz, dziś aktywista. Sean Penn to jeden z ostatnich gigantów Hollywood

Kiedyś łobuz, dziś aktywista. Sean Penn to jeden z ostatnich gigantów Hollywood

(Fot. Dominique Charriau/WireImage)
(Fot. Dominique Charriau/WireImage)
Największy z żyjących aktorów? Nie będzie wielkiej przesady w stwierdzeniu, że takich gigantów gry jak Sean Penn zostało w tej branży niewielu. I on też, zniechęcony pustką proponowanych scenariuszy, powoli szukał bardziej satysfakcjonującego zajęcia. Aż zadzwonił Paul Thomas Anderson.

To może być jego trzeci Oscar. Pierwszego dostał w 2003 roku za udział w dramacie noir „Rzeka tajemnic” w reżyserii Clinta Eastwooda. Drugi raz odebrał statuetkę sześć lat później, za główną rolę w filmie „Milk”, biografii Harveya Milka, polityka i działacza społecznego zaangażowanego w walkę o równouprawnienie mniejszości seksualnych, którą nakręcił Gus Van Sant. Dziś opowiada w wywiadach, że to właśnie wtedy czuł na planie autentyczne spełnienie. Przez kolejnych kilkanaście lat – choć grywał, by pozostać w obiegu – aktorstwo z każdą kolejną rolą wytracało sens. Aż przyszli do niego z przewrotną opowieścią o rewolucji, w której miał wcielić się w swój rewers: mizoginicznego żołnierza na usługach skrajnej prawicy. Film „Jedna bitwa po drugiej”, w którym reżyser kreatywnie korzysta z powieści „Vineland” Thomasa Pynchona, jest jedną z najmądrzejszych, najbardziej przemyślanych prób rewizji zaostrzających się światopoglądowych podziałów i politycznych kryzysów, jakich w ostatnich latach podjęło się kino. Amerykańska Akademia Filmowa doceniła sam film, który ma szansę na nagrodę w głównej kategorii, ale i większość obsady, bo nominowano zarówno Leonarda DiCaprio, jak i Teyanę Taylor. Sean Penn walczy o Oscara w kategorii Drugoplanowa rola męska. Nie ma wielkiej konkurencji. I nawet jeśli przegra, pozostanie bezkonkurencyjny.

Aktor rzemieślnik, aktor rozrabiaka

„Praca aktora nie różni się niczym od pracy dowolnego rzemieślnika, na przykład spawacza. Nie różni się też niczym od pracy przedstawiciela CORE” – tłumaczył, gdy dziennikarz „The New York Times” zapytał go o prospołeczny wymiar popkultury. Na marginesie: wspomniane CORE to organizacja aktywistyczna, której przewodzi Penn. „Jedyna różnica polega tylko na tym, które narzędzia dziś wybierzesz, aby coś zbudować. Jeśli osoba idzie do kina i widzi na ekranie coś, co sprawia, że przez chwilę czuje się mniej samotna, to korzyść jest podobna do tej, która płynie z postawienia dla kogoś nowego domu”. Jak w tym kontekście podsumować karierę człowieka, który zagrał w prawie siedemdziesięciu filmach i wyreżyserował kilkanaście? Jak wyciągnąć średnią ze skuteczności każdego ze zrealizowanych projektów, by właściwie ocenić poziom dowiezionej misji? Bez przesady, Sean Penn nie grywa w wyłącznie wybitnych produkcjach. Wszyscy pamiętamy niesławną „Niespodziankę z Szanghaju” z 1986 roku, w której aktor wystąpił u boku Madonny, prywatnie ówczesnej partnerki. Twórcy gnani nostalgią za starym kinem wielkiej przygody ugrzęźli w fabularnych mieliznach, po drodze potykając się o nieświeże gagi, czego nie omieszkała wytknąć im prasa. „Oj, ten film zasługiwał na dużo gorsze” – rzucił Penn w podcaście Louisa Theroux, gdy ten wspomniał, że „Niespodzianka z Szanghaju” zbierała złe recenzje. W latach 80. ubiegłego wieku Sean Penn dumnie obnosił się z reputacją łobuza. Spędził dwa miesiące w więzieniu za fizyczną napaść. Notorycznie wdawał się w bójki, ale gdy inny aktor oskarżył go o stosowanie przemocy wobec Madonny, Penn zażądał 10 mln dolarów zadośćuczynienia za zniesławienie, a wokalistka stanęła po stronie męża.

Hollywood milczy, Sean Penn mówi

Później też można było mu sporo zarzucić. Z jednej strony przyjmując Oscara za film „Milk”, kategorycznie opowiedział się za równymi prawami dla osób LGBT+. Z drugiej plótł publicznie jakieś niewydarzone brednie o postępującym „zniewieścieniu amerykańskich mężczyzn”, którzy w geście „źle pojmowanej równości” postanowili „zrzucić spodnie i założyć sukienki”. Nie wszystko, co mówi, ma sens, ale przynajmniej – w przeciwieństwie do wielu hollywoodzkich gwiazd, które lubią milczeć – Sean Penn zabiera głos. Jest aktywistą, przeciwnikiem przemocowej polityki republikańskich prezydentów. Kategorycznie sprzeciwiał się interwencji militarnej w Iraku, zainicjowanej przez administrację George’a W. Busha. Krytykował Trumpa za sojusze z Turcją i wsparcie dla azerbejdżańskich wojsk, mordujących ludność Armenii. Cztery lata temu przyleciał do Ukrainy, by zrealizować film dokumentalny („Moc” miała premierę w 2023 roku), ukazujący z bliska pełnię brutalności rosyjskiej inwazji. Głośno apelował, by amerykański rząd nie zaprzestawał wsparcia dla Ukrainy. Lubią mu wytykać, że buduje opinie o świecie na podstawie informacji z libertariańskich mediów i że wobec tego bywa nieobiektywny w swoim zapale. Albo że kiedy poleciał do Nowego Orleanu, by dołączyć do akcji ratunkowej ofiar huraganu Katrina, zabrał ze sobą fotografa, bo w przecież w Hollywood nie pomaga się incognito. I nawet jeśli część krytyki jest uzasadniona, trudno nie doceniać zaangażowania aktora w walkę o szeroką rozumianą społeczną sprawiedliwość.

Aktor wypalony, aktor walczący

„Czym jest Ameryka? Wiemy, że nigdy nie spełniła swoich obietnic wobec każdego, komu je składała. Rozumiem, że progres wymaga czasu. Przykro mi, że ze względu na swój kolor skóry i płeć należę do tej szczęśliwej grupy…” – w wywiadzie dla „The New York Times” uznawał swój przywilej, ale jednocześnie wspominał przypadek własnego ojca, żeby pokazać, że nawet ci dziś z automatu uznawani za równych nie zawsze byli równo traktowani. „Kraj, za który walczył i dla którego ryzykował życie mój ojciec, umieścił go na czarnej liście (w latach 40. i 50. ubiegłego wieku w dużych studiach filmowych obowiązywał niepisany zakaz współpracy z każdym, kto był podejrzany o sympatie komunistyczne – przyp. red.). Nie czuł z tego powodu goryczy. Traktował to jak przeszkodę, którą trzeba ominąć, by zbudować lepszy kraj. Staram się myśleć w ten sam sposób. Żyjemy w brzydkich czasach. Przyszłości nie da się przewidzieć. Ludzie głupieją, są uzależnienie od technologii, nadużywają jej. Pogłębia się kryzys więzi. Być może rozwiązaniem jest pytanie: Co zrobię z tym jutro? Wszystko, co warte celebracji w Ameryce, wzięło się z walki. Walka jest fundamentem człowieczeństwa”. Taka jak w filmie „Jedna bitwa po drugiej”? Penn, którego postać uosabia całe zło hegemonicznej męskości, przyznaje, że był bliski wypalenia zawodowego, a film Paula Thomasa Andersona wskrzesił w nim na nowo miłość do kina. „Ostatni raz taką przyjemność sprawiła mi praca nad filmem „Milk” osiemnaście lat temu” – wyznał na łamach „W”. „Chcesz uczestniczyć w czymś, co odpowiada twoim aktualnym zainteresowaniom, i współpracować z ludźmi, którzy potrafią zaskoczyć. Dzięki filmowi Paula znów polubiłem aktorstwo. Ale zawsze mogę wrócić do stolarstwa…”. Raczej nieprędko. Prognozujemy, że po Oscarach wzrośnie zapotrzebowanie na Seana Penna.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE