Lista ról, jakie pełni w życiu Martyna Wojciechowska? Całkiem długa… matka, córka, podróżniczka, reporterka, prezeska fundacji, przyjaciółka, liderka, przewodniczka… to wielka radość, ale i odpowiedzialność. Czasem też samotność. Dlatego zawsze przy sobie nosi inną listę. Osób, które tworzą jej rodzinę z wyboru. – Kiedy ktoś mi mówi: „Pani jest taką ciekawą osobą”, odpowiadam, że, owszem, mam ciekawe życie, ale składają się na nie historie innych ludzi.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.
Joanna Olekszyk: Dopiero co zakończyła się emisja kolejnego sezonu programu „Kobieta na krańcu świata”, a ja nadal nie mogę wyjść z podziwu, jak ci się udaje znajdować tak wspaniałe bohaterki. Zwłaszcza dwa odcinki zrobiły na mnie wrażenie.
Martyna Wojciechowska: Niech zgadnę, ten o Maggy Barankitse?
Historia Maggy, która prowadzi w Rwandzie Dom Pokoju, schronienie dla dzieci porzuconych, osieroconych i ocalałych po wojnie, jest diamentem tego sezonu. No i ta scena, w której pytasz ją, czy się nie boi, w końcu było już 10 zamachów na jej życie…
A Maggy zaczyna się głośno śmiać... Bo jak przeżyjesz śmierć tylu osób, zaznasz głodu, więzienia – to co jeszcze mogłoby cię przestraszyć? „Kiedy doświadczysz już najgorszego, znika cały strach” – mówi. I dodaje, że nie można umrzeć przed śmiercią. Dopóki żyje, znajduje sposoby, żeby to życie celebrować… Tak, ta scena i cała ta rozmowa zostaną we mnie na zawsze. W Burundi, czyli w kraju, z którego pochodzi, Maggy była swego czasu bohaterką narodową, odznaczaną przez prezydenta. Potem za działalność opozycyjną wydano na nią wyrok – dlatego musiała uciec za granicę. Swoją misję kontynuuje w Rwandzie, w kraju, w którym doszło do ludobójstwa na niewyobrażalną skalę – w 1993 roku w ciągu zaledwie 100 dni wymordowano ponad milion ludzi, głównie Tutsi. A ona nie przestaje robić tego, co robi. Przygarnia kolejne dzieci, dba o ich edukację, skupia się na promowaniu idei przebaczenia i budowaniu dla nich lepszej przyszłości.
W filmie nie znalazła się pewna, szczególnie mocna historia. Przez cały pobyt w Rwandzie towarzyszył nam mężczyzna, który był właściwie cieniem Maggy. Wszędzie za nią podążał. Zaskoczyło mnie zwłaszcza, jak pewnego razu, kiedy nocowaliśmy w obozie dla uchodźców w Mahama, zobaczyłam go śpiącego pod drzwiami jej pokoju. Zrozumiałam wtedy, że Maggy to bardzo cenna dla niego i dla wielu ludzi osoba, więc ją chroni. Przedstawiła nam go jako swojego syna. Domyśliłam się, że chodzi o jedno z wielu przybranych dzieci, którymi się opiekuje w ramach swoich działań. Dopiero potem Maggy powiedziała mi, że ten właśnie mężczyzna jako młody chłopak został wysłany po to, żeby ją zabić. Wyciągnął ją z samochodu, kazał uklęknąć, wycelował w nią kałasznikowa, a ona podniosła wzrok i powiedziała: „Synu, co ty robisz?”. I wtedy zaczął płakać. Okazało się, że był sierotą, poddano go praniu mózgu, zresztą jak wiele innych dzieciaków w tym regionie, które wykorzystywane są do konfliktów zbrojnych. Nigdy nie zaznał ciepła ani troski, nikt nigdy nie nazwał go synem. To uratowało życie Maggy, ale też sprawiło, że chłopak odłączył się od grupy, dla której miał wykonać zlecenie, i od tamtej pory nie odstępuje jej na krok.
Drugą bohaterką, która doprowadziła mnie do łez, była Maricarmen Silva. Emerytowana primabalerina udzielająca bezpłatnych lekcji baletu dziewczynkom z ubogich dzielnic Limy.
Maricarmen jest legendarną primabaleriną Peru, jeździła z przedstawieniami po całym świecie, a dziś uczy tańca dziewczynki z nieuprzywilejowanych rodzin, ale też z tych bardzo zamożnych. Bo jej misja edukacyjna polega na tym, żeby łączyć te dwa światy. I tak dzieci, które pewnie nie miałyby szansy spotkać się na ulicy, każdego dnia ćwiczą razem na zajęciach i pracują na wspólny sukces. Sama Maricarmen dobrze zna te równoległe rzeczywistości, bo kiedyś, z dnia na dzień, straciła wszystko. Pamięta doskonale uczucia, które jej wtedy towarzyszyły – wstyd, ale i wdzięczność wobec wszystkich, którzy wyciągnęli do niej pomocną dłoń. W pewnym sensie dziś spłaca tamten dług. Mogłaby po prostu być na emeryturze, zajmować się córkami, wnukami, domem, psem, ale zamiast tego codziennie przemierza wiele kilometrów, wydaje własne pieniądze i poświęca cały swój czas na prowadzenie lekcji tańca. A trzeba dodać, że pracuje w dzielnicy, w której przejście nawet kilkuset metrów może być niebezpieczne. Bo Peru, które kojarzymy z pięknymi widokami i pysznym jedzeniem, jest też narkopaństwem, drugim na świecie producentem i eksporterem kokainy. Wojny gangów są tam na porządku dziennym.
W tej opowieści jest jeszcze jeden wątek, który mnie osobiście bardzo poruszył, a mianowicie historia dziewczynki z porażeniem mózgowym, jednej z uczennic Maricarmen. Lekarze mówili, że nigdy nie będzie chodzić, a dziś tańczy! Pamiętam moment, kiedy wyszła na scenę w teatrze. Spojrzałam na naszą ekipę: operatora, dźwiękowca, fotografa – wszyscy ze wzruszenia płakaliśmy, długo nie mogliśmy się uspokoić. Widok szczęścia malującego się na jej twarzy, mama asystująca córce na każdym kroku, dziewczynki z zespołu, które tak ją wspierały… Lekcje Maricarmen są o czymś więcej niż o balecie. Są o tolerancji, trosce o drugiego człowieka, o byciu razem w najtrudniejszych momentach.
Martyna Wojciechowska (Fot. Marta Wojtal)
Jak dobrze, że jesteś, Martyno. Jak dobrze, że opowiadasz nam te historie.
Jak dobrze, że mam dla kogo realizować te programy i filmy dokumentalne! Przecież gdyby nie ci, którzy je oglądają – nie byłoby programu „Kobieta na krańcu świata”. I oczywiście bez wspaniałej ekipy, z którą mam przywilej i zaszczyt pracować.
Dla całego naszego zespołu bardzo przejmujący był również odcinek z RPA z przybraną córką Nelsona Mandeli – Josiną Machel. Jej tata by pierwszym prezydentem niepodległego Mozambiku, mama – ministrą edukacji, którą dziś „Forbes” wymienia jako jedną z najważniejszych aktywistek na rzecz praw kobiet w Afryce. Niestety, tata Josiny zginął w katastrofie lotniczej, prawdopodobnie w zamachu na jego życie, kiedy miała zaledwie 10 lat. Mama poznała Nelsona Mandelę, który został pierwszym czarnoskórym prezydentem RPA, i tak się złożyło, że później zakochali się w sobie. Josina była więc wychowywana przez laureata pokojowej Nagrody Nobla, mówiła do niego „papa”. Można powiedzieć, że pochodzi z wyjątkowej rodziny, od najmłodszych lat nasiąkała aktywizmem, studiowała na świetnych uniwersytetach, bywała wśród najbardziej prominentnych osób na świecie. A jednak nie uchroniło jej to przed przemocą ze strony partnera, w wyniku pobicia straciła oko. Sprawca to bardzo zamożny mężczyzna, do dziś nie odpowiedział za to, co jej zrobił, batalia w sądzie trwa.
Dla mnie to jest opowieść o tym, że każda z nas, niezależnie od tego, na jakim krańcu świata żyje i jak bardzo jest zamożna oraz wyedukowana, może przejść przez osobiste piekło. A doświadczenie przemocy domowej jest bardzo uniwersalne i bardzo demokratyczne. Josina prowadzi teraz organizację, która wspiera kobiety w podobnych sytuacjach, pomaga im odejść od przemocowych partnerów i poradzić sobie w nowych warunkach.
Zobacz także: Martyna Wojciechowska w wideo do sesji okładkowej „Zwierciadła”
To już 16 sezonów programu „Kobieta na krańcu świata”, zgadza się?
Tak, 16 sezonów, dokładnie 133 odcinki, choć w sumie 17 lat pracy, bo program miał krótką przerwę. Łatwo mi liczyć, ile „Kobieta…” ma lat, bo ma ich dokładnie tyle, ile moja córka Marysia.
Czy misja tego programu zmieniała się przez te lata? Najpierw wydawało mi się, że ma on na celu pokazywanie świata, ale bardziej w takim ciekawostkowo-podróżniczym ujęciu. Zobaczmy, jak kobiety takie jak my żyją na co dzień, o czym marzą, jak wychowują dzieci, jakimi wartościami się kierują. Potem miałam wrażenie, że prezentujesz w nim kobiety, które są liderkami w swoich krajach, które pokonują osobiste lub społeczne bariery. Teraz twój program nabrał dla mnie głęboko tożsamościowego, wręcz humanitarnego wymiaru. A co ty widzisz, kiedy patrzysz w przeszłość?
Cofnijmy się do 2003 roku. To wtedy wymyśliłam, że będę realizować programy z innych części świata. Chciałam podróżować w najdalsze zakątki naszego globu, zanim stało się to tak powszechne i modne jak teraz. Marzyłam o tym, żeby robić filmy podróżnicze, ale wtedy była to dość wywrotowa koncepcja. Oczywiście wiele lat wcześniej byli Elżbieta Dzikowska i Tony Halik, ale fenomen „Pieprzu i wanilii” polegał na czymś zupełnie innym – było oknem na świat w czasach szarego komunizmu. Zresztą dzisiaj Elżbieta jest moją podróżniczą mamą i przyjaciółką, dzwoni po każdym, naprawdę każdym odcinku i daje mi pełen feedback. W każdym razie te ponad 20 lat temu, kiedy chciałam ruszyć w świat z kamerą, dla wielu, w tym także moich szefów, była to wizja dość utopijna. „Kto to będzie oglądał?” – pytali. Telewizja szła w zupełnie inną stronę.
Postanowiłam jednak zaryzykować, powstał program „Misja Martyna”. Zrealizowaliśmy 26 odcinków, które wciąż można obejrzeć na Playerze. Tamten program był jednak kompletnie inaczej skonstruowany, skupiał się na moim osobistym doświadczeniu. „Ja wam opowiem, jak tu jest, jak to smakuje” – rozprawiałam przed kamerą. Po czym zrozumiałam, że to wszystko to tylko scenografia, w której rozgrywają się niesamowite ludzkie historie.
Martyna Wojciechowska (Fot. Marta Wojtal)
W 2004 roku nastąpił całkowity przełom – w wypadku samochodowym zginął mój przyjaciel i operator Rafał Łukaszewicz, ja złamałam kręgosłup i zdaniem lekarzy miałam już nigdy nie wrócić do pełnej sprawności. Najpierw przykuta do łóżka, a potem siedząc na wózku inwalidzkim – zdecydowałam, że chcę w moim życiu zrobić dwa razy więcej, żeby w jakiś sposób uzasadnić, dlaczego to ja przeżyłam. Spłacić dług wobec świata. I to właśnie wtedy, w trakcie żmudnej rehabilitacji wyznaczyłam sobie ambitny cel, że zdobędę Mount Everest. Nie chodziło mi o najwyższą górę, tylko o znalezienie konkretnego powodu, żeby w ogóle żyć dalej. Ten cel miał też dla mnie wymiar symboliczny, był początkiem mojego drugiego życia. Teraz mówię, że mogłabym podawać dwie daty urodzenia: 28 września 1974 roku i 17 października 2004 roku, kiedy zdarzył się wypadek.
Półtora roku później, po wymagającej rehabilitacji, zdobyłam Mount Everest, ale wciąż nie mogłam poradzić sobie z traumą po śmierci Rafała. Dziś wiem, że przechodziłam ciężką depresję, ale nikt tego wtedy tak nie nazwał. Zresztą działo się tak dużo, że nie miałam nawet szansy objąć tego wszystkiego rozumem, czułam się, jakbym była obserwatorką, nie uczestniczką mojego życia.
Niedługo później zaszłam w ciążę, urodziłam Marysię i to był całkowity zwrot. Postanowiłam, że nie chcę już robić programów o sobie, chcę robić filmy o ludziach, a szczególnie o kobietach.
Dlaczego właśnie o nich?
Bo w momencie, w którym zostałam mamą, poczułam, jak wiele wspólnego my, kobiety, mamy ze sobą, niezależnie od krańca świata, na którym żyjemy. I że warto o tym opowiadać, dzielić się doświadczeniami. Wyrosłam z bardzo wtedy „męskiego” świata rajdów, motocykli, wyścigów, gór, nurkowania i przekonania, że zawsze trzeba być twardym.
Tymczasem wrażliwość i empatia są równie dużą siłą, o czym dziś mówię głośno. Ale początki mojej pracy przy tym projekcie nie były łatwe – pamiętam opinie, komentarze po kolejnych odcinkach, które wzbudzały duże emocje. Wiele było też reakcji niepochlebnych pod moim adresem. Pytano, jak śmiem pracować, realizować swoją pasję, podczas gdy jestem mamą, więc powinnam zostać z dzieckiem w domu i całkowicie się temu poświęcić.
Na szczęście przez te 17 lat dużo się zmieniło – staliśmy się bardziej otwarci, tolerancyjni, inaczej postrzegamy rolę kobiet. Dziś „Kobieta na krańcu świata” to zupełnie inny program, bardziej dojrzały. Wciąż jednak punktem wyjścia są losy kobiet i szukamy bardzo uniwersalnych opowieści.
Wierzę, że na tym polega jego siła – zaczynasz rozumieć, że ktoś na drugim krańcu świata mierzy się z podobnymi wyzwaniami, co ty albo ktoś z twojego otoczenia. Chcę dawać ludziom właśnie takie poczucie globalnej wspólnoty. To moja misja.
Czytaj także: Co powiedziałaby nastoletniej sobie Martyna Wojciechowska? Czego chciałaby dziś dla młodych wchodzących w dorosłość?
Co uważasz za swój największy talent?
Zacytuję Maggy Barankitse, która powiedziała, że jej supermocą jest to, że umie przeszkadzać. Zachwyciło mnie to zdanie. I głęboko odnalazłam się w tym opisie. Czuję, że moim zadaniem też jest przeszkadzać, mówić rzeczy niewygodne, pokazywać rzeczywistość taką, jaka jest, i tym samym skłaniać ludzi do refleksji. W jakimś sensie moja misja to bycie Posłańcem. Zajmuję się zbieraniem ludzkich historii i opowiadaniem ich innym w formie artykułów, książek, podcastów, programów telewizyjnych czy filmów dokumentalnych. Dlatego jak ktoś mi mówi: „Pani Martyno, pani jest taką ciekawą osobą”, to odpowiadam, że, owszem, mam ciekawe życie, ale składają się na nie historie innych ludzi.
A ja myślę, że opowiadając o tych ludziach, opowiadasz też o sobie.
Na pewno dzięki każdej z tych historii mogę poznawać lepiej samą siebie. Gdyby nie te spotkania i te opowieści, nie znalazłabym odpowiedzi na wiele pytań, które mnie nurtowały, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Jesteś Posłańcem, ale jesteś też chyba Łącznikiem albo Łączniczką. Bo łączysz też idee z ludźmi i pytania z odpowiedziami.
Staram się jednoczyć ludzi wokół pewnych projektów, ważnych tematów, więc w jakimś sensie łączę tych, którym się chce, którzy mają zapał, żeby zmieniać świat na lepsze. Nawet jeśli pochodzą z pozornie różnych światów. Właśnie do tego wykorzystuję swoją rozpoznawalność i zasięgi. Zresztą chyba nie ma osoby w moim bliskim otoczeniu, która jest w stanie się oprzeć i nie robić czegoś dla innych, nie wspierać mojej czy jakiejkolwiek innej fundacji. I to wcale nie dlatego, że ja to wymuszam, tylko dlatego, że wiele osób pozytywnie zaraża się tą ideą. [śmiech]
Martyna Wojciechowska (Fot. Marta Wojtal)
I tak dochodzimy do Fundacji UNAWEZA. No, nie ułatwiasz sobie życia, trzeba ci to przyznać. Mogłabyś teraz opalać się gdzieś na gorących wyspach, zapominając o bożym świecie, ale jest chyba coś, co długo nie pozwala ci być w takim miejscu. Po co ci właściwie ta fundacja? Przecież jest ich już tyle.
I ja z nimi przez lata współpracowałam, niektóre nawet współtworzyłam. Aż nadszedł czas, że postanowiłam stworzyć własną. Jako przestrogę dla innych dodam tylko, że jeśli chcecie zmieniać świat na lepsze, to niekoniecznie zaczynajcie od zakładania fundacji. To naprawdę wielka odpowiedzialność, z pewnością też największe i najtrudniejsze moje wyzwanie. Ale nie wyobrażam sobie już inaczej, to nadaje mojemu życiu głębszy sens.
Jest twoim ikigai?
Tak! To słowo usłyszałam w Japonii w trakcie realizacji jednego z odcinków ostatniego sezonu programu. Poleciałam tam, żeby zrozumieć tajemnicę długowieczności. Dlaczego właśnie tam, na Okinawie, znajduje się jedna z tak zwanych Niebieskich Stref, czyli rejonów, gdzie ludzie żyją wyjątkowo długo i wyjątkowo zdrowo? Rozmawiałam z kobietami, które mając ponad 100 lat, zdradziły mi swoje „tajemnice”. Okazały się wcale nie takie tajemne.
Trzy posiłki dziennie – tak brzmiała chyba jedna z nich.
Czyli coś oczywistego, prawda? [śmiech] Oczywiście ważna jest umiarkowana, zbilansowana dieta. Drugi filar to naturalny ruch, opierający się na spacerach czy tańcu, ale ich zdaniem też na sportach paletkowych, bo one nie tylko zwiększają połączenia między dwiema półkulami, ale też sprzyjają kontaktom z innymi ludźmi. Trzeci filar to właśnie bycie blisko z ludźmi, nieizolowanie się, a czwarty – wspomniane ikigai. Po japońsku oznacza cel, dla którego codziennie rano wstajesz z łóżka. Coś, co cię nakręca. No więc moim ikigai jest inspirowanie ludzi i realny wpływ na to, jak wygląda świat. Chcę mieć poczucie, że zostawiłam swój „odcisk” na tej ziemi, że nie zajmowałam się życiem wyłącznie dla siebie, ale też dla innych.
Martyna Wojciechowska (Fot. Marta Wojtal)
Od 2022 roku twoim ikigai jest dbanie o zdrowie psychiczne młodzieży. Mówiłaś, że inspiracją do powołania projektu MŁODE GŁOWY była twoja córka.
Moje córki są moją największą inspiracją. To dzięki Kabuli powstała Fundacja UNAWEZA, a dzięki Marysi powstał projekt MŁODE GŁOWY. Z myślą o Mani kilka lat temu po raz pierwszy na poważnie podeszłam do psychoterapii. Chciałam podnieść moje kompetencje jako rodzica, ale też zrozumiałam, że nie chcę zadrukować jej kalkami, z którymi sama weszłam w dorosłość. Bardzo żałuję, że nie zdecydowałam się na ten krok wcześniej.
Dziś jestem osobą dojrzałą, skończyłam 51 lat, nauczyłam się siebie i wiem, jak trudny i długi to był proces. Dlatego z wielką czułością i empatią myślę o młodych ludziach, którzy dopiero wchodzą w życie.
Z raportu „MŁODE GŁOWY” wyłania się smutny obraz. Blisko milion osób w wieku 10-18 lat może doświadczać kryzysu psychicznego. Młodzi, którzy wzięli udział w naszym badaniu, czują się osamotnieni, bezużyteczni, mają bardzo niskie poczucie własnej wartości, także bardzo niskie poczucie sprawczości. Zaskoczyło mnie, że blisko 82 procent młodych osób nie znajduje rozwiązania w kłopotliwych sytuacjach. Prawda jest taka, że stworzyliśmy naszym dzieciom świat, w którym jest bardzo ciężko żyć. Pełen presji, porównań i nadmiaru bodźców. Co więcej, harując na rzeczy, o których marzyliśmy w ponurych czasach komunizmu czy młodej demokracji, często mamy głębokie przeświadczenie, że one przecież mają wszystko. Tylko czym jest to „wszystko”? Gadżetami i zajęciami dodatkowymi, które mają zastąpić prawdziwe relacje? Nikt nas nie nauczył mówić o emocjach, nie potrafimy więc nauczyć tego naszych dzieci. W dodatku młode pokolenie mierzy się dziś z zupełnie nowymi wyzwaniami, o których nawet nie mamy pojęcia, więc to bagatelizujemy, umniejszamy albo wręcz wyśmiewamy, a to sprawia, że czują się coraz bardziej niezrozumiani, coraz bardziej osamotnieni i coraz bardziej pozbawieni wpływu.
Dlatego powstał projekt MŁODE GŁOWY i dlatego postanowiliśmy działać. Dajemy młodym głos, normalizujemy mówienie o zdrowiu psychicznym i dostarczamy konkretnych narzędzi w postaci między innymi naszego całorocznego, bezpłatnego programu profilaktycznego, który dociera do ponad miliona dzieciaków w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych.
Czytaj także: Depresja nastolatków – zamiast radzić, słuchajmy
Według statystyk w 2030 roku będziemy się zmagać z prawdziwą epidemią samotności. Ale jest też samotność, którą odczuwa podróżnik na szczycie góry. Samotność, która jest nam potrzebna do właściwego funkcjonowania. Gdzie ty widzisz granicę między nimi – między tą dobrą a tą złą samotnością?
Bycie samemu przez jakiś czas z wyboru, może być bardzo pomocne i dawać wytchnienie. Każdy z nas okresowo tego potrzebuje. Ba! Nawet więcej – zdolność do znoszenia tego odosobnienia to podstawia zdrowej autonomii. A ta „zła samotność” – jak to nazywasz – to osamotnienie, które wynika z czynników społecznych czy różnych sytuacji życiowych. To nie tylko bycie samemu, ale brak więzi z innymi. Mamy z nim do czynienia wtedy, kiedy z różnych przyczyn zostaliśmy bez partnera, bliskich czy przyjaciół.
Ludzie dzisiaj przecież o wiele częściej migrują, czyli zostają wrzuceni w zupełnie nowe środowisko, w którym nie mają żadnych więzi i bywa im trudno je stworzyć. Są też osoby, które mają za sobą ciężkie doświadczenia. Wycofanie się z życia społecznego, unikanie kontaktów może się wiązać z ogromnym lękiem przed byciem w relacji, ale również przed ocenami innych ludzi.
Często o wiele bardziej boimy się właśnie oceny, popełnienia błędu czy doświadczenia porażki albo tego, że okażemy się nie tak fajni i perfekcyjni, jakimi chcielibyśmy, by świat nas widział – niż tych rzeczywistych zagrożeń. A w rezultacie w ogóle rezygnujemy z podejmowania prób. Ten lęk to zagrożenie istniejące w naszej głowie, a nie w realnym świecie, bo przecież scenariusz, który sobie wymyślamy, może się w ogóle nie zrealizować. Jednocześnie pragniemy akceptacji, ale nie pozwalamy się nikomu zbliżyć, żeby nie doświadczyć odrzucenia. Sprawiamy, że ludzie się od nas odsuwają, bo po kilku próbach przebicia się przez nasz pancerz rezygnują. Wyobrażam sobie, że na ten rodzaj osamotnienia odpowiedzią mogłaby być życzliwa obecność drugiego człowieka, empatia, być może skruszenie tego muru. Nie mam wątpliwości, że takie osamotnienie to ogromne cierpienie zarówno dla tych, którzy odtrącają innych, jak i dla bliskich, którzy nie potrafią sobie poradzić z wyborami osób dla nich ważnych. Dlatego wierzę, że warto, żebyśmy tak szybko nie oceniali innych, nie etykietowali.
Mimo różnych, czasem trudnych doświadczeń, mam w sobie wielką wiarę w drugiego człowieka; taką cząstkę, która nie pozwala mi tracić nadziei, a nie poddaję się łatwo.
Podobno przed tym, by nie popaść w poczucie osamotnienia, chroni nas właśnie umiejętność nietracenia nadziei, o której przed chwilą powiedziałaś; drugi element to silne więzi rodzinne. Nie każdemu było dane wychować się w szczęśliwym domu, ale przecież rodziny z wyboru możemy tworzyć przez całe życie. Maggy z własnej inicjatywy została mamą dla setek dzieci.
Zobacz, coś ci pokażę. W telefonie mam listę osób, które są dla mnie właśnie taką rodziną z wyboru – to mój system bezpieczeństwa. Bo kiedy jestem w dużych emocjach i mam wszystkiego dosyć, to patrzę sobie na ten krąg zaufanych osób i wiem, że nie jestem sama, że zawsze mogę na kogoś liczyć. Potrzebuję popatrzeć na tę listę, żeby sobie o tym przypomnieć.
Ale mam też listę różnych ważnych dla mnie osób, z którymi nie mam na co dzień kontaktu. Czasem szukamy ludzi idealnych, takich, którzy zaspokoją wszystkie nasze potrzeby. A ja myślę, że takie osoby nie istnieją, a w każdym razie ja nie spotkałam na swojej drodze kogoś takiego. Bywa, że ktoś towarzyszył mi na jakimś etapie mojego życia i był dla mnie wsparciem, albo ja dla tego kogoś, ale potem nasze drogi się rozeszły – i tak też bywa.
Mam w swoim kręgu też ludzi z różnych stron świata, z innych kultur, o innym wyznaniu, innym kolorze skóry. Pamiętam moment, kiedy obudziłam się po ważnej operacji i nie wiedziałam, jak się uspokoić. I poczułam, że moim ratunkiem w tej sytuacji będzie Maja Kazazic, jedna z bohaterek programu „Kobieta na krańcu świata”, która mieszka na Florydzie. Potrzebowałam porozmawiać właśnie z nią, bo wiedziałam, że ona zrozumie, jak to jest nie mieć pełnej sprawności i nie wiedzieć, czy i kiedy się ją odzyska.
Siedziałam na szpitalnym łóżku i płakałam do słuchawki kobiecie po drugiej stronie globu. Pomogło. Dodam też, że ważne jest mówienie innym, że my dla nich też jesteśmy takimi osobami, ich wsparciem. Nie zakładajmy, że ktoś na pewno to wie. Można im to powiedzieć w cztery oczy, napisać w SMS-ie, nawet wyszyć na makatce. Chcę, żeby ludzie w moim otoczeniu wiedzieli, że mogą na mnie liczyć.
Czytaj także: Samotność nie musi być cierpieniem – mówi profesor Bogdan de Barbaro
Kiedy mówiłam o dobrej samotności, tym jej drugim rodzaju, podałam przykład podróżnika na szczycie góry, niemal żywcem wyjętego z obrazu Caspara Davida Friedricha. Doświadczałaś pewnie i takich momentów. Czułaś się wtedy sama? Było ci z tym dobrze?
Tak, to jest taki rodzaj doświadczenia, który opiera się na byciu samemu z wyboru – potocznie możemy go nazwać „dobrą samotnością”. Bycie samemu z wyboru to doświadczenie, którego bardzo, ale to bardzo potrzebuję. Dla mnie to szczególny rodzaj wolności, który pozwala mi choćby przez kilka minut nie czuć odpowiedzialności za cały świat. Bo ja, niestety, mimo pracy nad sobą, wciąż czuję się odpowiedzialna za każdą sytuację, której jestem uczestniczką. Często wchodzę mimowolnie w rolę ratownika, osoby zarządzającej daną sytuacją. I to jest – przyznaję – obciążające. Poza tym, odkąd pamiętam, byłam inicjatorką i liderką różnych projektów, co też w jakimś sensie skazuje na samotność.
Martyna Wojciechowska (Fot. Marta Wojtal)
Właśnie, opowiedzmy też o samotności lidera.
Bycie liderem bywa obciążające. Ludzie liczą, że zawsze będziesz ich wsparciem, ufają, że po prostu musisz wiedzieć, co robić. A przecież bywa, że nie wiesz. Wiele razy coś mi nie wyszło albo mówiąc bardziej wprost – coś totalnie spieprzyłam. I musiałam to sama dźwignąć, bo nie bez powodu mówi się, że „sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą”. Wiele razy płakałam ze złości albo z bezsilności, miałam ochotę zaszyć się w swojej norze i poczekać, aż wszystko minie.
Ale kiedy jesteś osobą rozpoznawalną, to nie masz takiego przywileju, a każda osobista tragedia, każde potknięcie, każda rzecz, którą zrobisz albo której nie zrobisz – zostanie obejrzana pod światło, skomentowana przez ludzi, którzy, bywa, nie mają o tym pojęcia, a potem będą wywlekać to przy każdej okazji. Zresztą większość błędów, które popełni ktoś z mojego otoczenia, także spada na mnie.
No więc kiedy mam trudny czas i słyszę zdanie: „Dasz radę, zawsze dajesz! Bo jak nie ty, to kto?!”, to przyznaję, że mam czasem ochotę z tej roli liderki na chwilę się wypisać. Ale potem przypominam sobie, za jak wiele osób jestem odpowiedzialna, więc znajduję w sobie dodatkowe pokłady siły i entuzjazmu. Dlatego jeśli potrzebuję odreagowywać, to zwykle ładuję baterie w odosobnieniu. Jednocześnie wiem, że zawsze mogę liczyć na grono świetnych ludzi, z którymi pracuję – najlepszy na świecie zespół programu „Kobieta na krańcu świata”, który zbierałam przez całe zawodowe życie, niezwykły team w Fundacji UNAWEZA i w projekcie MŁODE GŁOWY czy świetne ekipy, z którym pracuję nad kolejnymi projektami wydawniczymi, filmowymi czy reklamowymi. A wszystko to spinają dwie osoby – moja menadżerka Marta Grajeta-Świdzińska, która jest też wiceprezeską fundacji, towarzyszy mi z przerwami od blisko 25 lat i, kiedy trzeba, jak nikt inny potrafi mnie ściągnąć na ziemię, oraz Ania Habdas, która odpowiada za komunikację i potrafi mi wytknąć, że bredzę coś bez sensu i trzeba to przeredagować. Więc czuję, że mam na kogo liczyć, kiedy chwilowo opadają mi skrzydła. Na szczęście mam osoby, do których mogę się przytulić, a przypomnę, że już 20 sekund bliskości uruchamia wydzielanie oksytocyny! [śmiech].
Czytaj także: Prawdziwy lider nie ma narcystycznego kompleksu uzurpatora. Ma kompetencje serca. W cyklu „Jak pracować i nie zwariować” rozmawiamy z Wojciechem Eichelbergerem
Ale wróćmy jeszcze do obrazu Caspara Davida Friedricha, bo ten obraz jest o mnie. W momencie, kiedy jestem na tym symbolicznym szczycie góry, ale też na przykład w lesie, na pustyni czy pod wodą na ponad 100 metrach – to wiem, że jestem sama w znaczeniu: samodzielna. Kiedy na przykład nurkujesz głęboko, technicznie, to tak naprawdę w sytuacji zagrożenia nie możesz oczekiwać od innych bohaterstwa, bo to wiązałoby się z zagrożeniem życia także dla nich. Podobnie jest podczas wspinaczki w górach – pewnie, że jest braterstwo liny i współpraca, ale nie możesz się nastawiać, że inni wezmą na siebie odpowiedzialność za twoje życie. Bardzo trudno jest to zrozumieć z perspektywy ciepłej kanapy.
Zresztą chyba nie bez powodu uprawiam sporty, które wiążą się z jakimś rodzajem bycia solo, z samodecydowaniem o sobie. Zawsze pociągały mnie też aktywności, które były rodzajem ostatecznego sprawdzianu i wiązały się z koniecznością popchnięcia siebie do limitu. Ale to jest – tak jak mówiłyśmy – samotność z wyboru. Jest mi ona potrzebna do regeneracji po byciu cały czas z ludźmi i dla ludzi.
Ważny jest też dla mnie kontakt z surową naturą. Ja wtedy każdą cząstką mojego ciała czuję, że żyję. Także wtedy, kiedy wieje, pada deszcz, śnieg, kiedy panuje mróz. Zwłaszcza wtedy. Lubię odczuwać dyskomfort, bo on mnie otrzeźwia, osadza. Umiem czuć się dobrze z tym, że jest mi zimno, że padam ze zmęczenia, że bolą mnie mięśnie. I umiem bardzo długo znosić niewygody. Traktuję to też jako rodzaj treningu mentalnego.
Martyna Wojciechowska (Fot. Marta Wojtal)
Kiedy czułaś się najbardziej osamotniona? Bo ja chyba wtedy, kiedy byłam nastolatką. I wynikało to z połączenia tych wszystkich elementów, o których mówiłaś: wydawało mi się, że nikt mnie nie rozumie, w dodatku nie miałam narzędzi, by sobie z tym poradzić.
Tak, dla mnie to też był wyjątkowo trudny czas. To przejmujące poczucie, że nikt cię nie rozumie, ba, nawet sama siebie nie rozumiesz. Miałam jednak wielkie szczęście w postaci bardzo wspierających rodziców. Wprawdzie też nie do końca rozumieli, czym się zajmuję, ale mieli na to wielką zgodę. Dawali mi przestrzeń do próbowania, popełniania błędów. Nie usłyszałam nigdy: „A nie mówiłam?”, „Po co ci to było?!”. Tak, to, co wyniosłam z domu, to jest zasób, który zostaje na zawsze. Jak lina poręczowa podczas wspinaczki – nie musisz z niej korzystać, ale wiesz, że ona jest. Chyba właśnie dzięki temu wierzę, że sobie ze wszystkim poradzę. Może potrzebuję więcej czasu, może będę przez chwilę błądzić, ale znajdę sposób. A jeśli w krytycznym momencie o tym zapominam, to właśnie po to mam te swoje listy. Ludzie są dla mnie najważniejsi, bo przecież nie zmienia się świata w pojedynkę. Ale też to ludzie i jakość relacji stanowią o tym, że czuję się szczęśliwa. Zdobyte szczyty, nagrody… To wszystko nie ma znaczenia, jeśli nie masz z kim się z tego cieszyć.
Czuć od ciebie tę energię wspólnoty. Myślę, że ona przebija się także w twojej biżuterii z kolekcji Freedom. Najpierw ta tytułowa wolność miała postać jastrzębia, wilka czy czterech żywiołów, teraz w najnowszej kolekcji – właśnie liny.
Masz rację, to nie przypadek. To symboliczna lina, po której możesz się wspinać, asekurować nią, jeśli trzeba, ale też użyć jako liny ratunkowej. Przydatna we wspinaczce, żeglarstwie, nurkowaniu, ale przede wszystkim w codziennym życiu i w relacjach z innymi. Jest też liną, która łączy. Jest splotem doświadczeń, wspomnień, historii wszystkich ludzi, których spotkałam na swojej drodze.
Martyna Wojciechowska, dziennikarka, pisarka, podróżniczka, działaczka społeczna. Związana z telewizją TVN, tam od 2009 roku realizuje serię „Kobieta na krańcu świata”. Była redaktorką naczelną „National Geograhic Polska” i „National Geographic Traveler”. Ukończyła Rajd Dakar, zdobyła Mount Everest. Stworzyła Fundację UNAWEZA i projekt MŁODE GŁOWY. Otwarcie o zdrowiu psychicznym. Autorka książek, m.in. „Przesunąć horyzont” czy „Co chcesz powiedzieć światu”.