Zdobył i tytuł „najseksowniejszego żyjącego mężczyzny” w tym pociesznym rankingu magazynu „People”, ale i jednego z największych aktorów XXI wieku w poważnym notowaniu „The New York Times”. Czy Michael B. Jordan, aktor, producent, reżyser i największy pracuś w Hollywood, pójdzie na urlop, gdy dostanie Oscara?
Pytanie, czy w ogóle go dostanie. Choć już sama nominacja dla Michaela B. Jordana w kategorii „najlepszy aktor pierwszoplanowy” za podwójny rolę w musicalu grozy „Grzesznicy” jest dowodem, że pożądana zmiana w amerykańskim przemyśle filmowym postępuje, a akademia otwiera się – powoli, z oporami, ale jednak – na kino gatunkowe, na które zwykła kręcić nosem. Sama nominacja jest też więcej niż symboliczną nagrodą dla gościa, który od wielu lat harował jak mało który, a w wywiadach dzielił się niebezpiecznymi mądrościami, że cel jest ważniejszy niż relaks. To kariera, którą definiuje wielki talent, a może taka, którą określa głodne ego? O Michaelu B. Jordanie mówi się, że jest aktorem nowej fali, ale wiernym pryncypiom starego Hollywood. Świeże podejście, stara dusza. I bardzo żałuję, że nie da się zgrabnie przetłumaczyć żartu Nikki Glaser z monologu otwierającego tegoroczną galę Złotych Globów, bo dowcip o tym, co robiła, gdy dowiedziała się, że aktor będzie na imprezie, precyzyjnie ujmuje fenomen gwiazdy „Creed” czy „Czarnej Pantery”. Michael B. Jordan: bezkrytycznie doceniany, fanatycznie pożądany.
– Jestem z rocznika ’87. Wiem, jak wyglądał świat bez mediów społecznościowych, ale też rozumiem ich wagę – mówił w niedawnej rozmowie z „Vanity Fair”. – Szukam balansu. Staram się pozostać autentycznie sobą. Nie chcę być wiecznie w roli. Aktorstwo to jedynie moja praca – dodał.
Michael B. Jordan jest obecny w social mediach na tyle, na ile musi. Gdy akurat promuje nowy film ze swoim udziałem, regularnie publikuje na Instagramie zdjęcia z premier, oficjalnych wydarzeń, okładki magazynów, fragmenty wywiadów itd. Sporadycznie pozwala sobie na treści inne niż profesjonalne. Sesja z mamą, reels z gotowania, nic więcej. Gdy swego czasu po ponad miesiącu nieobecności na Instagramie opublikował zwykłe selfie, w komentarzach gruchnęło od żartów jednoznacznie seksualizujących aktora. Nie wdawał się w dyskusje. W tym względzie przypomina wielkie gwiazdy kina sprzed lat, które budowały swoje legendy na niedosycie. „Im mniej zdradzę, tym bardziej będą o mnie fantazjować”. Tajemnica stymuluje wyobraźnię. Michael B. Jordan zdaje się wyznawać te same wartości. Unika nadmiernie ekshibicjonistycznych wynurzeń w mediach, nie daje się wciągać w rozmowy o relacjach (jego status też rozpala ciekawość fanek), czasem wróci wspomnieniami do czasów dzieciństwa, jak w podcaście Jaya Shetty’ego „On Purpose”. – Gdy jesteś dzieciakiem, twoje życie sprowadza się do zwykłych, codziennych aktywności. Idziesz do szkoły, potem na trening koszykówki, do kościoła. A ja jeździłem na castingi do Nowego Jorku. Dlaczego? Jak do tego doszło? – opowiadał. – Mało który z moich kolegów miał takich rodziców jak ja: obecnych, wspierających. To naprawdę była rzadkość w środowisku, w którym wzrastałem. Słyszałem, że powinienem być zdyscyplinowany i skupiony na celu. Jestem im za to naprawdę wdzięczny. Wiele poświęcili dla poczucia bezpieczeństwa swoich dzieci, a wcale nie było im łatwo. W domu się nie przelewało, ale rodzice tak zgrabnie ukrywali przed nami ten brak, że nigdy nie poczuliśmy, że jesteśmy biedni. Dopiero w dorosłym życiu zaczynasz łączyć kropki. A, to dlatego któregoś razu spaliśmy wszyscy w kuchni przy włączonym piekarniku. A, to dlatego musieliśmy wyjechać do babci na dwa tygodnie… – kontynuował.
Michael B. Jordan w kilku wywiadach zastanawiał się głośno, dlaczego to właśnie on odniósł sukces – mimo niesprzyjających okoliczności. Fart?
Fokus. Pracuje, bez dłuższej przerwy, od 12. roku życia. Był chłopcem z kampanii reklamowych Toys „R” Us, amerykańskiej sieciówki z zabawkami i ubraniami dla dzieci. Grywał epizody w serialach. Większe rozpoznanie przyniosło mu „Prawo ulicy” – ikona wśród produkcji telewizyjnych – gdzie zagrał drobnego dilera narkotyków uwikłanego w potężną intrygę. To Ryan Coogler zobaczył w chłopaku z drugiego planu głównego bohatera. Obsadził go w swoim debiucie reżyserskim „Fruitvale”, opartej na faktach kryminalnej psychodramie o ciemnoskórym mężczyźnie, który ginie z rąk białego policjanta. Film przyjęto bardzo entuzjastycznie na festiwalu kina niezależnego Sundance, a Michael B. Jordan i Ryan Coogler od tamtej pory pozostają nierozłączni, jak Martin Scorsese i Robert De Niro. Pracowali razem przy hitowych filmowych franczyzach, jak „Creed” czy „Czarna Pantera”. „Grzesznicy”, zdobywca rekordowej liczby nominacji do Oscarów (aż 16, najwięcej w historii dla jednego filmu), to także ich wspólny triumf. Jordan, który w międzyczasie sam spróbował reżyserii i zajął się produkcją, z rzadka przyjmuje propozycje, które ograniczają się wyłącznie do zagrania roli. Chce mieć większy wkład, większą kontrolę. Dla Cooglera robi wyjątek. A Coogler zamiast jednej roli daje mu dwie. W „Grzesznikach” dramat historyczny krzyżuje się z horrorem, kryminałem noir, kinem akcji i musicalem, a figura białego wampira jest metaforą rozpisanego na całe dekady procesu przemocowego zawłaszczania kultury czarnych przez białych. Michael B. Jordan zagrał braci bliźniaków, którzy wracają na rodzinne Południe i tam rozkręcają biznes. Podobno tak bardzo wszedł w postać sprzed lat, że matka aktora nie poznała go, gdy pierwszy raz oglądała film. – Własnego dziecka! – śmiał się w rozmowie z „Vanity Fair”. – Tak naprawdę to największy komplement – wyznał. W tej samej rozmowie zdradził, w jaki sposób podkreślił różnicę między bliźniakami. – Nosiłem buty w różnych rozmiarach – mówił. Buty Smoke’a były o numer większe. – Smoke stąpa twardo po ziemi, jest oszczędny w ruchach, spokojny. Stack z kolei ma w sobie ciekawość, głód przygody. Potrzebuje więcej lekkości w nogach, bo ciągle za czymś goni…
A za czym goni teraz Michael B. Jordan? – Chciałbym dotrzeć do takiego punktu, w którym nic w moim życiu zawodowym nawet nie drgnie, jeśli nagle zdecyduję, że robię sobie rok albo nawet dwa przerwy od grania – mówił w zeszłorocznym wywiadzie dla amerykańskiego „GQ”. Wakacje to jednak wciąż pieśń przyszłości. Michael B. Jordan właśnie pracuje nad nową wersją popularnego kryminału „Afera Thomasa Crowna”, którą reżyseruje i w której gra główną rolę. Premiera w marcu 2027 roku.