Sezon nagród filmowych to nie tylko podniosłe wydarzenie dla ludzi z branży, czerwone dywany, na których fashioniści podglądają najnowsze trendy, to także idealna okazja do tego, by przemówić do ogromnej ilości widzów. Większość nagrodzonych ogranicza się do prywatnych podziękowań, ale niektórzy wykorzystują swoje 5 (lub mniej) minut jako platformę, by zaapelować do świata z ważnym przesłaniem. Podczas rozdania Złotych Globów na to drugie zdecydował się Stellan Skarsgård. W swoim przemówieniu przekazał niepokojącą wizję dotyczącą przyszłości kina.
Jeśli kiedykolwiek postanowiłabym zrobić listę największych miłośników kina Stellan Skarsgård z pewnością by się na niej znalazł. Szwedzki aktor, który rozpoczynał karierę w późnych latach 60., ma chyba najbardziej imponującą filmografię, jaką kiedykolwiek widziałam. Grał w rodzimej klasyce, dogmatycznych filmach Larsa von Triera, mniejszych hollywoodzkich produkcjach i wielkich franczyzach spod znaku Marvela, czy pokroju „Piratów z Karaibów”. W „Przełamując fale” wcielił się w zrozpaczonego kochanka, w „Mamma Mia!” był pociesznym lowelasem, w „Nimfomance” zagrał psychopatę, w „Diunie” przerażającego potwora, a w serialu „Czarnobyl” stał się sowieckim politykiem. Nie ma roli, której Stellan by nie udźwignął. Co potwierdzają nieustanne wygrane w castingach do kolejnych filmów. A także nagrody: za wspomniany serial „Czarnobyl” aktor zdobył już kiedyś Złoty Glob.
Innym dowodem na miłość Stellana do kina jest jego potomstwo. Liczne i mocno zaangażowane w branżę filmową. Alexander, Gustaf, Bill, Valter, Ossian, Kolbjörn – sześciu z synów poszło w jego ślady i wybrało aktorstwo jako swoją ścieżkę kariery, a córka Eija zdecydowała się na pracę po drugiej stronie kamery – została dyrektorką castingu.
Choć zdaje się, że Stellan pozostaje ze swoimi dziećmi w jak najlepszych stosunkach, na tegorocznym rozdaniu pojawił się na scenie, by przyjąć statuetkę za rolę tego złego ojca, w filmie „Wartość sentymentalna” w reżyserii Joachima Triera. Film opowiada o relacjach rodzinnych reżysera filmowego Gustava Borga, który po latach próbuje pojednać się ze swoimi córkami i zaangażować jedną z nich jako odtwórczynię głównej roli w nadchodzącym, mocno autobiograficznym projekcie.
Stellan Skarsgård i Elle Fanning w filmie „Wartość sentymentalna" (Fot. materiały prasowe)
Odbierając nagrodę dla najlepszego aktora drugoplanowego Stellan Skarsgård nawiązał do swojej rodziny:
„Oczywiście nie byłem na to przygotowany, bo myślałem, że jestem za stary. Muszę podziękować mojej żonie, Megan Everett-Skarsgård. Była dla mnie brutalnym wsparciem, surową kochanką i bardzo pouczająca. Moje dzieci również były bardzo pouczające. Gram ojca, który jest złym ojcem, a moje dzieci naprawdę mi pokazały, czym jest zły ojciec” – zażartował ze sceny.
Najważniejszą część przemówienia aktor zachował jednak na koniec. Mimo braku przygotowania o pasji do kina mówił wzruszająco i bez zająknięcia:
„Przede wszystkim bardzo się z tego cieszę, bo to mały norweski film, bez pieniędzy na reklamę ani nic takiego, który może zobaczyć świat w ten sposób. Mam nadzieję, że zobaczycie go w kinie, bo to już wymarły gatunek. W kinie, gdzie światła gasną i w końcu dzielicie się pulsem z innymi ludźmi. To magia. Kino powinno być oglądane w kinach.” – zakończył, cały w emocjach.
Żarliwe wyznanie miłości, jest zarazem apelem. Liczba widzów w salach kinowych stale maleje. Duży ekran coraz częściej zostaje zastąpiony przez mały wyświetlacz komputera. Łatwa dostępność filmów w streamingu zabija magię widowiska. Cierpią na tym właściciele kin, dystrybutorzy, twórcy i sądzę, że także odmawiający sobie pełnego doświadczenia widzowie. Dlatego pod apelem Stellana podpisuję się obiema rękami. Jeśli tylko możemy, oglądajmy kino w kinie!