Najpierw na nogach pojawiają się delikatne pajączki, łatwo je przegapić, potem żylaki. Na początku nie bolą, ale już wtedy warto wybrać się do lekarza. Bo kiedy zaczynają boleć, problem jest poważny - mówi dr n. med. Agnieszka Krawczyk, specjalistka chirurgii ogólnej i flebolog.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 2/2026.
Joanna Derda: W reklamach środków na ciężkie nogi czy obrzęki nie widzę mężczyzn. Czy to dlatego, że lepiej się patrzy na kobiece nogi na ekranie, czy jednak rzeczywiście my mamy z tym problem częściej niż panowie?
dr n. med. Agnieszka Krawczyk: Zdecydowanie to drugie, kobiety mają z tym większy problem, 90 proc. pacjentów to właśnie panie. Panowie pojawiają się sporadycznie. Kwestia biologii – jesteśmy, niestety, bardziej predysponowane do niewydolności żylnej. Mamy więcej estrogenów, które rozleniwiają nam naczynia. Poza tym to kobiety zachodzą w ciążę, a z każdą ciążą ryzyko niewydolności żylnej wzrasta, o czym zresztą rzadko się wspomina. Druga sprawa to sam przebieg ciąży, to, czy wcześniej albo później było leczenie hormonalne, które także zwiększa ryzyko. Poza tym kobiety częściej i dokładniej oglądają swoje nogi, więc szybciej zauważają problem. Mężczyźni, którzy się zgłaszają do lekarza, przeważnie zostali przysłani przez żonę czy partnerkę. Mówią: „Mnie nic nie przeszkadza, ale żona kazała mi przyjść, bo chyba mam żylaki”. A te na początku nie bolą, to największy problem. Pacjent z bólem szybciej zwróci się po pomoc. A kiedy żylaki, czyli patologicznie poszerzone i wydłużone żyły, zaczynają boleć, to jest już najczęściej dość zaawansowane stadium. Kobiety przyjdą wcześniej, bo im przeszkadza, że to źle wygląda.
Czytaj także: Hormony rządzą naszym życiem. O tym, jaki wpływ mają na nasze życie rozmawiamy z dr Tadeuszem Oleszczukiem
Czym jest niewydolność żylna?
To skłonność u pacjenta do tworzenia się poszerzonych naczyń żylnych. Jest to, niestety, choroba przewlekła, jak nadciśnienie czy cukrzyca.
Jakie są czynniki ryzyka?
Cywilizacyjne, jak w wielu chorobach przewlekłych. Tryb życia – siedzący albo stojący. Waga – otyłość zwiększa ryzyko żylaków, to jeden z podstawowych czynników ryzyka.
Czy żylaki to właśnie niewydolność żylna, czy jej objaw?
Objaw. Przewlekła niewydolność żylna to większa podatność na rozciąganie ścian naczyń żylnych, tworzonych przez elastynę. Jeśli elastyna jest w dobrej kondycji, czyli dobrze się rozciąga i potem sprawnie obkurcza, jest sprężysta, to automatycznie mamy mniejsze ryzyko tworzenia się żylaków. Jeśli jest luźniejsza, czyli rozciąga się, ale potem gorzej obkurcza, może pojawić się problem. Przewlekła niewydolność żylna to często choroba genetycznie uwarunkowana.
Czytaj także: Co nas boli, kiedy bolą plecy? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger
Jeśli moja mama cierpi z powodu żylaków, czy mogę stylem życia zapobiec rozwinięciu się niewydolności żylnej?
Na pewno można rozwój choroby opóźnić. Przewlekłą niewydolność żylną dzielimy na klasy, pierwsza to są po prostu pajączki, drobne obrzęki. Druga klasa to już żylaki. Trzecia to obrzęki, czwarta żylaki z tworzącym się owrzodzeniem, zmianami skórnymi, przebarwieniami. Łącznie klas jest sześć.
Jeśli będziemy dbać o naczynia, o właściwą dietę, będziemy więcej w ruchu, możemy przeciwdziałać rozwojowi choroby. Ale zawsze mówię, że żyły uczą równowagi życiowej, czyli przesada – zarówno brak ruchu, jak i jego nadmiar – może powodować żylaki.
Nadmiar ruchu też?
Tak, ale tu mowa o poziomie zawodowych sportowców. Oczywiście równie groźny – i znacznie częstszy – jest brak ruchu. U osób mających pracę siedzącą czy, jeszcze gorzej, stojącą, ryzyko żylaków znacznie rośnie. U pracowników sklepów, sprzedawców, którzy dużo stoją, od razu widać efekt w naczyniach.
Co się wtedy dzieje?
Tym, co wprawia w ruch krew, jest serce, to oczywiste, natomiast pompą dla naszych żył są mięśnie i one muszą pracować, żeby był przepływ. A ten w kończynach dolnych jest szczególnie wymagający – trzeba przepchać krew przeciwnie do grawitacji, do góry. Do tego potrzebne są dwie rzeczy. Sprawne zastawki w naczyniach i sprawna pompa mięśniowa: słup krwi jest wypychany do góry przez mięśnie. Brak pracy mięśni, kiedy długo siedzimy lub stoimy w bezruchu, automatycznie powoduje zaleganie krwi w nogach – czujemy wtedy, że nogi są „ciężkie”. Jeśli ktoś ma pracę stojącą, powinien dreptać, robić nawet w miejscu drobne kroki, bo wtedy stymuluje odpływ żylny. Dla naczyń najgorszy jest bezruch, brak pracy łydek, które są sercem żylnym, pompą, one tłoczą nam krew z nóg. Jeśli nie działają, będą się tworzyły obrzęki.
Czy sposób, w jaki się ubieramy, ma znaczenie?
Za ciasne spodnie są zdecydowanie niewskazane.
Ale jak to jest – obcisłe spodnie złe, ale jak się pojawia problem, to każecie nam nosić skarpety uciskowe. Jeden ucisk dobry, inny zły?
Tak, bo zależy, co uciskamy! Na tym polega cała zabawa. Było takie piękne badanie, które zrobili studenci z koła flebologicznego Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach – pokazali, jakie jest ciśnienie w nogach w układzie żylnym w sytuacji, gdy mamy na sobie obcisłe dżinsy, kompresję albo dresy. Miejsce, w którym obcisłe dżinsy generują największy ucisk, to udo, tu jest napięcie i automatycznie utrudnienie odpływu – robimy sobie na drodze odpływu żylnego blokadę. Natomiast kompresja, czyli wyroby flebologiczne, czy są to pończochy, czy podkolanówki, czy opaski, to specjalnie tkane produkty, mające równoważyć ciśnienie, które generują nam żyły. Dlatego największe ciśnienie będzie w kostce, przy stawie skokowym, mniejsze w okolicy łydki, najniższe w udzie, zmniejsza się to liniowo. Kiedy chodzimy w tych pończochach, to tak, jakbyśmy mieli na nodze spiralę masującą nam cały czas nogi do góry poprzez ustawienie różnic ciśnień.
Wyroby kompresyjne muszą być dobrane do wymiarów pacjenta. Każdy produkt ma swoją tabelę rozmiarów, od zera do sześciu. Każdy ma swoją klasę ucisku, czyli 1. klasa to wyroby najmniej uciskające, profilaktyczne, można je kupić bez recepty. Produkty od klasy 2. wymagają recepty. Gdybym na przykład pacjentowi z obrzękami, ale i z niewydolnością serca założyła podkolanówki w klasie 2. i wysłała go na spacer, to mogłabym go tym zabić.
Bo?
Bo kompresja wymasuje mu nadmiar płynu, który ma w nogach, a serce nie będzie w stanie sobie z tym poradzić. Dlatego od klasy 2. produkty przepisuje lekarz, który ustala przeciwskazania do kompresji.
A te z klasy 1., bez recepty, powinniśmy zakładać profilaktycznie, jeśli na przykład mamy pracę stojącą?
Jak najbardziej. Jestem zwolenniczką kompresji profilaktycznej, sama noszę i czuję dużą różnicę. Stosowanie wyrobów kompresyjnych dla osób w grupach ryzyka, które dużo stoją albo siedzą, naprawdę zmienia ich funkcjonowanie. Jeśli byłam cały dzień na nogach, następnego dnia budzę się i one dalej są ciężkie i zmęczone, to wystarczy, że założę podkolanówki kompresyjne, pójdę na dwu-, trzygodzinny spacer i mam nogi wymasowane tak, jakby ktoś mi zrobił drenaż.
Przed wielogodzinną podróżą samolotem też warto je zakładać?
Tak, mam taką zasadę: jeśli pacjent nie ma żylaków, chce jedynie stosować mądrą profilaktykę, to podczas lotów do czterech godzin, w obrębie Europy, wystarczy sama kompresja, czyli podkolanówki w klasie 1. Ostatnio widziałam pana, którego autentycznie miałam ochotę uściskać. Wracaliśmy z Egiptu, sierpień, 40 stopni, on wszedł, założył podkolanówki kompresyjne, siedział w nich cały lot, zdjął przed wyjściem z samolotu – to było cudowne, modelowe załatwienie problemu.
Jeśli ktoś jest otyły, ma przebyte epizody zakrzepicy żył głębokich, pali papierosy, miał jakiś uraz z długotrwałym unieruchomieniem – w takiej sytuacji oprócz podkolanówek kompresyjnych zalecam jeszcze lek przeciwkrzepliwy.
Czyli papierosy to także czynnik ryzyka?
Zdecydowanie. Papierosy uszkadzają tętnice i na to kładziemy największy nacisk – jeśli będziesz palił, ryzykujesz – między innymi – zawałem serca. Ale nikotyna uszkadza też naczynia krwionośne. Ryzyko zakrzepicy zwiększają także estrogeny, jeśli więc kobieta bierze leki hormonalne, czy to antykoncepcja, czy hormonalna terapia zastępcza, jeśli jest w procesie przygotowań do in vitro – powinna raz na rok mieć kontrolne USG. I zawsze uczulam, że jeśli cokolwiek dzieje się z nogami, czujemy ból, rozpieranie czy ucisk, trzeba jak najszybciej skontaktować się z lekarzem, żeby wykluczyć ryzyko zakrzepicy. U pacjentek, które przebyły zakrzepicę, leczenie hormonalne jest zakazane.
Czytaj także: Kobiety też umierają na zawał. O tym, jak zapobiegać chorobom serca i naczyń rozmawiamy z kardiolożką
Zakrzepica jest czym innym niż niewydolność żylna?
To powikłanie niewydolności żylnej.
Zastrzyki, które dziś już chyba standardowo przyjmują pacjenci po zabiegach operacyjnych, mają zapobiegać zakrzepicy?
Uraz, unieruchomienie powyżej czterech godzin, długa operacja, zabieg, po którym pacjent będzie polegiwał, zawsze wymagają takiej profilaktyki, czyli podawania heparyny drobnocząsteczkowej w postaci zastrzyku w ramię czy brzuch, z reguły przez kilka dni.
Mówi pani o kontrolnym USG – co to za badanie?
Są dwie opcje USG. Jedno klasyczne czarno-białe, oglądamy stan naczyń od pachwiny aż do kostki i ich przebieg, sprawdzamy, czy się krzyżują, czy nie ma ucisku; pacjent podczas badania jest w pozycji stojącej, bo wtedy widzimy pełną funkcję zastawek. Jest też USG Doppler, czyli wzmocnienie klasycznego badania – włączamy dodatkowo falę kolorową, która pokazuje, w którą stronę płynie krew w danym naczyniu, czy są turbulencje, utrudnienia przepływu, czy zastawki są wydolne, czy krew się cofa przez zastawkę, czy ta zastawka pięknie się zamyka i krew idzie w jednym kierunku. Jest więc bardziej szczegółowe.
Jak wygląda leczenie niewydolności żylnej?
Wachlarz metod jest dziś ogromny. Kiedyś mieliśmy tylko klasyczną chirurgię, czyli operację z usunięciem naczynia. Zdarza się, że chirurdzy, którzy nie są uczeni innych metod, informują pacjentki z pierwszym stopniem niewydolności żylnej, czyli z pajączkami czy poszerzonymi żyłami siatkowatymi, że to nie wymaga leczenia, że taka jej uroda. A przecież na to są metody, choć nierefundowane – zaczynając od skleroterapii, czyli zastrzyku, który powoduje zamknięcie i zlikwidowanie tego naczynia: dzięki chemicznemu wywołaniu stanu zapalnego organizm „zjada” je, traktuje jak siniak i w takim samym tempie jak siniak te naczynia znikają. Czyli od najmniej inwazyjnego zabiegu – skleroterapii przez skleroterapią piankową (zmieszanie leku z powietrzem i spienienie go), po laser, którym zamykamy mikronaczynia.
Jeśli naczynia są większe i nie zareagują na skleroterapię, tu mówimy z reguły o naczyniach powyżej 4 mm, których zdolność do obkurczania jest mniejsza, a ryzyko ponownego otworzenia się, czyli rekanalizacji, znacząco wzrasta z każdym rokiem, możemy je zamykać ambulatoryjnie – w znieczuleniu miejscowym.
Albo metodami termicznymi, jak laser czy fala radiowa, albo nietermicznymi, np. flebogrif – narzędzie, które wygląda jak pazur gryfa, wprowadza się go w światło naczynia i od środka je „drapie”. To zabiegi, mające największe szanse powodzenia, ich skuteczność to 98-99 procent, a do tego obarczone są najmniejszym ryzykiem powikłań. U nas nie są refundowane, ale np. w Niemczech niektóre z nich, laser czy fala radiowa, mają refundację. Ich kasa chorych uważa, że to najskuteczniejsza metoda leczenia przy najmniejszym nakładzie kosztów. Przy klasycznej chirurgii musimy liczyć salę operacyjną, pobyt w szpitalu, miesiąc zwolnienia – a tu mamy godzinę zabiegu, pacjent wychodzi na własnych nogach i im więcej jest na tych nogach, tym lepiej. No i skuteczność powyżej 90 procent, podczas gdy klasyczna chirurgia to jedynie 60 proc. Są też kleje, stosowane u pacjentów, najczęściej starszych, u których np. z powodu niewydolności tętniczej nie można założyć kompresji. Najmocniej inwazyjna jest klasyczna chirurgia, uważa się, że powinno się ją stosować tylko i wyłącznie wtedy, kiedy nie jesteśmy w stanie zamknąć lub zlikwidować naczynia zabiegami małoinwazyjnymi. Ale tylko ona jest u nas refundowana.
Leczenie żylaków jest coraz mocniej spychane do sektora prywatnego. To samo obserwuję na świecie, np. w Anglii – mamy stamtąd dużo pacjentów, nie tylko Polaków, przyjeżdżają także Brytyjczycy, bo mają tu identyczne zabiegi, ale płacą za nie w złotówkach, nie w funtach. Ich kasa chorych uznała, że to choroba przewlekła, więc nie wymaga leczenia.
Ale czy my możemy sobie pozwolić na to, żeby jej nie leczyć?
Nie. Nieleczone żylaki mogą prowadzić do zakrzepicy, nasilającej się niewydolności żylnej, a nawet do upośledzenia funkcjonowania pacjenta, czyli tak naprawdę do inwalidztwa.
Reklamowane preparaty na ciężkie nogi czy obrzęki są skuteczne?
Przyznam, że nie oglądam reklam, bo od razu się denerwuję, ale jeśli ktoś nam obiecuje, że wystarczy wziąć tabletkę i nogi będą lekkie, to raczej włożyłabym to między bajki.
Na jakiej zasadzie te leki działają?
To zależy. Najczęściej podstawowym ich składnikiem jest diosmina. Żeby była skuteczna, musi być w dawce dobowej 5 g, a to już ryzyko działań niepożądanych, nietolerancji ze strony przewodu pokarmowego, biegunek, bólów brzucha – więc jest stosowana w małych dawkach, a wtedy pacjenci raczej nie czują różnicy. To, co rzeczywiście działa, to flawonoidy, ruszczyk kolczasty, ale tu też mogą pojawić się kłopoty z przewodem pokarmowym. Lekiem, który lubię, jest hesperydyna, jeden ze składników starego leku Detralex, zawierającego diosminę i hesperydynę. Większość firm farmaceutycznych poszła w diosminę, bo ta stanowiła 90 proc. leku, a de facto tym, co działało, była hesperydyna. Mała jej dawka wystarcza, by uszczelnić naczynia. Są leki, które zalecam przed zabiegami skleroterapii czy innymi, pacjenci po paru dniach czują większy komfort w nogach, a po siedmiu widzę ewidentne uszczelnienie naczynia, obkurczenie go i większą wytrzymałość.
Oprócz leków typowo flebotropowych mamy dobesylan wapnia, który działa przeciwobrzękowo, uszczelnia naczynia – kiedyś braliśmy wapno na katar, to ten sam mechanizm. No i witamina C, ale w większych dawkach. Rutinoscorbin reklamowano jako środek na uszczelnienie naczyń, to był marketingowy majstersztyk.
Czyli rutinoscorbin nie działa?
Działa, ale w dużych dawkach, po dwóch tabletkach nie będzie efektu. Kiedy chcemy uszczelnić naczynia, dajemy osiem czy 10.
Ale to nie jest dawka do przewlekłego stosowania?
Nie. Do tego dieta – warto jeść winogrona zawierające flawonoidy, cytrusy, które w białej otoczce mają witaminę PP. Plus sensowna, umiarkowana, ale codzienna aktywność fizyczna.
Dr n. med. Agnieszka A. Krawczyk jest specjalistką chirurgii ogólnej, flebologiem i lekarką medycyny estetycznej. Od ponad 10 lat pracuje jako flebolog w Warszawie w Klinice Ambroziak. Wykonuje diagnostykę obrazową naczyń (USG Doppler), zajmuje się leczeniem chorób żył: malformacji żylnych, żylaków kończyn dolnych, zakrzepic żylnych, nieoperacyjnym leczeniem niewydolności żylnej większością dostępnych metod.