Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Relacje
  4. >
  5. „Uwodzenie karmi się niepewnością” – psycholożka o sekretach flirtu. Jak dobrze je znasz?

„Uwodzenie karmi się niepewnością” – psycholożka o sekretach flirtu. Jak dobrze je znasz?

(Fot. Igor Ustynskyy via Getty Images)
(Fot. Igor Ustynskyy via Getty Images)
W uwodzeniu ważniejszy niż cel jest sam proces. O tym, jakie znaczenie we flircie mają słowa, ale także milczenie, i dlaczego warto delektować się tym etapem relacji, nawet ryzykując odmowę – mówi językoznawczyni dr Małgorzata Majewska.

Spis treści:

  1. Czym jest flirt? To komunikacja na dwóch poziomach
  2. Rola języka we flirtowaniu
  3. Flirtowanie a kompleksy
  4. Komplementy: ważny element flirtu

  • Flirt to nie tylko to, o czym mówi się wprost. W języku uwodzenia równie ważne są subtelne, dwuznaczne komunikaty.
  • Sztuka flirtowania to także budowanie napięcia przez niedopowiedzenia, humor, subtelne sygnały.
  • Uwodzić można nie tylko poprzez atrakcyjny wygląd, ale i sposób mówienia, umiejętność prowadzenia rozmowy.
  • „Flirtując z kimś, flirtuję także ze sobą. Uczę się siebie, sprawdzam pewne strategie, testuję, czy działają, dowiaduję się, co umiem, a czego nie” – mówi ekspertka, Małgorzata Majewska.

Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 1/2026

Czym jest flirt? To komunikacja na dwóch poziomach

Agnieszka Radomska: Gdy chcemy wzbudzić w kimś pożądanie i zachwyt, używamy gestów, mowy ciała, ale i słów. To się jednak odbywa w specyficzny sposób, bo najczęściej działamy na dwóch poziomach – dosłownym i niedosłownym. Pod banalną pogawędką o pogodzie jest wówczas mnóstwo ukrytych intencji, drugie dno. Dlaczego te dwa poziomy są tak istotne? Po co to robimy?

Małgorzata Majewska: Moim ulubionym filmowym przykładem pokazującym ten mechanizm jest scena z filmu „Nić widmo” Paula Thomasa Andersona, w której starszy mężczyzna, krawiec Reynolds Woodcock, poznaje Almę, młodziutką kelnerkę w kawiarni. Choć kobieta robi na nim piorunujące wrażenie, to na dosłownym poziomie po prostu zamawia u niej śniadanie, życząc sobie, by dżem nie był truskawkowy. I on, i ona, i my – widzowie – wiemy oczywiście, że to nie jest tylko pogawędka o dżemach, że ona ma za zadanie uruchomić drugi kontekst, ten niedosłowny, zdradzający erotyczne napięcie pomiędzy nimi.

Dość trywialna rozmowa służy więc konkretnemu celowi – w ten sposób sprawdzamy, na ile interesująca nas osoba czyta między słowami i czy w ogóle wyczuwa tę grę, ale też w sposób bezpieczny dla siebie testujemy, czy jest nami zainteresowana. Gdyby ten mężczyzna zapytał wprost: „Czy poszłaby pani ze mną na kolację, a potem do łóżka?”, to oczywiście szlag by trafił całą ekscytującą atmosferę niedopowiedzenia, tak ważną na etapie flirtu, ale byłby jeszcze jeden skutek – on po takim komunikacie w razie odmowy poczułby się najpewniej zawstydzony, jego godność zostałaby urażona. Gdy jednak rozgrywa sytuację, mówiąc pozornie o dżemach,
to zawsze bez konfuzji może do tego wrócić, zachować twarz w poczuciu, że przynajmniej oficjalnie nic wielkiego się nie stało, pogawędzili sobie o śniadaniu i tyle.

Prócz ubezpieczenia się celem jest więc to, by powiedzieć, o co chodzi, tak naprawdę tego nie mówiąc?

Tak, bo uwodzenie karmi się niepewnością i nieprzewidywalnością. Z jednej strony zauważasz, że się komuś podobasz, ale na tym etapie nigdy nie masz pewności, że się nie mylisz. Akt seksualny ma to do siebie, że dopóki się nie wydarzy, to nie możesz mieć gwarancji, że nastąpi.

Niedosłowna komunikacja jest więc w pewnym sensie wentylem bezpieczeństwa. Pozwala w razie kosza wycofać się z poczuciem zachowanej godności, ale także zostawia ci furtkę na wypadek, gdybyś to ty zmieniła zdanie, stwierdzając, że to jednak nie to.

W końcu przy bliższym poznaniu ludzie nierzadko tracą, bo na przykład nie odpowiada nam ich zapach czy jakikolwiek inny aspekt fizyczny.

Operując na dwóch poziomach komunikacji, sprawdzamy też kreatywność osoby, która zwróciła naszą uwagę, ważną w procesie indywiduacji. Gdyby wystarczyło podejść do kogoś i prosto z mostu zaproponować mu seks, w ogóle przestalibyśmy być kreatywni!

Rola języka we flirtowaniu

Flirtując, tworzymy pewną aurę tajemniczości i nieoczywistości, używamy języka w specyficzny sposób. Da się ten styl rozmowy jakoś opisać?

Obszarem, w którym mamy najwięcej niepewności, jest nasza atrakcyjność fizyczna. Nigdy do końca nie wiemy, czy się komuś podobamy, i przeczuwamy, że ta druga osoba też nie jest pewna, czy podoba się nam. Tutaj także wykorzystujemy więc komunikat dwupoziomowy. Zamiast powiedzieć wprost: „Podobają mi się twoje szerokie ramiona”, możemy rozegrać sytuację subtelniej, odwołując się do rzeczywistości zewnętrznej: „Uwielbiam facetów z szerokimi ramionami, bo przy nich czuję się bezpieczna”. To nic innego jak potwierdzenie: „Po, co ty masz, uważam za obiektywnie atrakcyjne”.

Na etapie flirtu sprawdzamy też, czy druga strona rozumie ironię i humor. Rzucamy więc w rozmowie coś ironicznym żartem trochę po to, by pokazać, że umiemy w to grać, a trochę po to, by sprawdzić, czy druga strona podłapie i pociągnie żart. Jeśli to się wydarzy – mamy z nią pomost. To jest bardzo cenne nie tylko dlatego, że dzięki temu już wiemy, że będziemy się umieli razem śmiać, ale i dlatego, że to dla nas sygnał – skoro umiemy się razem bawić w języku, to jest duża szansa, że będziemy się umieli bawić naszymi ciałami. To, co się dzieje w rozmowie, można przełożyć na wiele innych obszarów.

Czasem bardziej niż to, co mówimy, liczy się, jak mówimy. Wirtuozeria językowa to potężny wabik. Mówi się nawet, że ktoś nas czaruje słowami. Na etapie flirtu język może więc być zupełnie bezpośrednim narzędziem uwodzenia?

Tak, i to bardzo skutecznym. Język zdradza bardzo wiele, choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Jeżeli ktoś już na etapie niezobowiązującej rozmowy pokazuje, że rozpoznaje niuanse, koloryty, subtelności, choćby opisując finezyjnie smak pitej kawy, starannie i z wyczuciem dobierając słowa, to odbieramy to jako obietnicę, że także w kontakcie cielesnym nie będzie toporny, ograniczony, a raczej otwarty, kreatywny, skłonny do eksperymentów i poszukiwań. Łączymy te dwa obszary nieświadomie.

Poza tym skoro godzinna rozmowa nad kawą płynie w towarzystwie takiej osoby harmonijnie, to pojawia się nadzieja, że w seksie będzie podobnie, że będzie się z nią dało i tam poszukiwać różnych kontekstów, odkrywać je. Jeśli ktoś czyta mnie na poziomie słów, jest spora szansa, że będzie także umiał czytać moje ciało, wyczuwać, co sprawia mi przyjemność. Rozmowa jest jak papierek lakmusowy, który pozwala sprawdzić, czy jesteśmy w stanie budować z kimś wspólną przestrzeń, z czasem nie tylko do konwersacji. Zwróć uwagę, że rozmowa, podobnie jak akt seksualny, ma swoją dynamikę, zmieniają się tempo, język, jakiego używamy. Nie bez powodu pociąga nas ktoś, kto potrafi, gdy trzeba, mówić poetycko, ale to nie przeszkadza mu czasem siarczyście przekląć. Takiej samej techniki spodziewamy wtedy się w fizycznej miłości, przeczuwamy, że będzie potrafił być łagodny i delikatny, ale innym razem bardziej zdecydowany czy nawet wulgarny, co dla niektórych osób możne być wprawdzie odpychające, ale dla wielu jednak ekscytujące. Rozmowa może zatem pokazać tę otwartość na różnorodność.

Flirtowanie a kompleksy

Jedne komunikaty na etapie flirtu działają lepiej, inne gorzej, ale chyba są i takie, które psują całą robotę, prawda?

Zacznę od tych ostatnich, wśród których moim ulubionym przykładem jest podkreślanie własnych niedostatków. Zadziwia mnie, jak często to robimy zwłaszcza my, kobiety. Oto gdy ktoś nam się podoba i mamy nadzieję na dłuższy związek, postanawiamy opowiedzieć mu, często ze szczegółami, o wszystkich swoich kompleksach, trochę na zasadzie: wyrzucę z siebie ten cellulit, za grube uda czy za małe piersi, i będziemy to mieli z głowy. To jest wyznanie, które nie tylko nam ujmuje, ale dodatkowo zdradza zawczasu, na czym autorka tak szczerego zwierzenia na temat swoich kompleksów będzie się koncentrowała w sypialni. Raczej nie skupi się na ciele partnera, tylko na tym, żeby nie było widać jej cellulitu... Wygra uważność na swój wstyd, nie na partnera.

Oczywiście gdy wymieniamy już na starcie swoje minusy, to chcemy jednego – akceptacji bezwarunkowej. Wymieniamy je w nadziei, że ten ktoś da nam plus. Ale gdy przestajemy skupiać całą uwagę na sobie i swoich niedostatkach, pokazujemy z kolei to, co dla budującej się relacji jest bezcenne – że mamy do siebie dystans. Przecież skoro ktoś potrafi zaakceptować swoje niedoskonałości, to znaczy, że najpewniej będzie umiał zaakceptować i cudze, a to buduje poczucie bezpieczeństwa, tworzy atmosferę, w której tacy, jacy jesteśmy, jesteśmy okej. Mówienie wprost o kompleksach to zdradzanie czegoś więcej niż tylko ich przedmiot, czyli na przykład ten nieszczęsny cellulit. W ten sposób zapowiadamy, że one będą w naszej relacji tematem, a więc że tematem będzie poczucie wstydu.

Już w języku flirtu negocjujemy z drugą stroną, czy między nami będzie więcej murów – a niepewność co do własnej atrakcyjności jest murem – czy też więcej pomostów, dzięki którym będziemy się ze sobą dobrze bawić.

Zobacz, że jeśli odwrócimy sytuację i zamiast wymieniać minusy, skupimy się na własnych plusach, to wszystko zmienia. W konstrukcji „lubię w sobie”: długie nogi, cięty dowcip czy cokolwiek innego – jest bowiem obietnica, że i w tobie coś będę lubić, i nie będę skupiać się wyłącznie na tym, co mi przeszkadza.

Co w takim razie, by podać kontrprzykład, na tym wczesnym etapie znajomości nas nie zdystansuje, a do siebie zbliży?

Myślę, że ważniejsze niż to, co konkretnie mówimy, jest to, jak ludzie się przy nas czują. Każdy potrzebuje się przy drugim człowieku ogrzać, poczuć ważny, jednak w kwestii uwodzenia nie mam na myśli współczucia, ale wzbudzenie ciekawości. To oczekiwanie na początku znajomości można by zamknąć w zdaniu: „Powiedz mi coś, dzięki czemu zauważę i poczuję, że jestem dla ciebie interesująca”. Trudno mi sobie wyobrazić, by kobietę mógł uwieść mężczyzna, który przez całe spotkanie mówiłby wyłącznie o sobie, niezależnie od tego, jak ciekawa byłaby to opowieść. W odwrotnym kierunku też raczej by to nie zadziałało. Wszyscy tak naprawdę jesteśmy głodni uwagi. Gdy ją komuś dajemy, zwłaszcza w obszarze ważnym dla tej osoby, szczerze, a nawet troszkę na siłę, bo przecież jego opowieść o łowieniu ryb niekoniecznie wywoła u nas szczere zainteresowanie, przyciągamy go do siebie.

Doskonałym językowym narzędziem są tu pytania otwarte, bo one są zaproszeniem do prezentacji – ich nadawca zamienia się w widza, zamienia się w słuch. Nie bez powodu dla wielu ludzi udana randka to taka, po której mogą powiedzieć: „on mnie naprawdę słuchał” czy „ona naprawdę mnie słuchała”. I jeszcze dopytywał albo dopytywała o szczegóły! Właśnie to sprawia, że czujemy się przy kimś wyjątkowo. Jeśli ktoś na kolejnym spotkaniu pamięta, co mówiłaś na pierwszym – nawet jeśli to jest drobiazg typu: „kawa zawsze z cukrem, ale koniecznie bez mleka” – to działa jak magnes i trudno się temu oprzeć.

Komplementy: ważny element flirtu

Ważną i chyba pożądaną częścią uwodzenia są również komplementy. Tyle że tu można się otrzeć o banał, zabrzmieć niewiarygodnie i popełnić pewnie masę innych błędów. Jakich?

Ujmując rzecz najprościej, im bardziej ogólne komplementy, tym mniejsza ich wartość. Wyjątkowo atrakcyjna kobieta, świadoma swojej urody, gdy usłyszy od nieznajomego, a zachwyconego nią mężczyzny: „ależ jesteś piękna”, raczej go nie zapamięta, bo słyszała to już miliony razy...

Gdybym miała sformułować przepis na komplement, który faktycznie działa i zapada w pamięć, powiedziałabym, że powinien być wyjątkowy za sprawą zakotwiczenia w jakimś detalu osoby, którą chcemy uwieść.

Do dziś pamiętam mężczyznę, który zwrócił uwagę na pióro, którym podpisywałam książki po spotkaniu autorskim, mówiąc, że jest niezwykle piękne i że od dawna nie widział, by ktoś się nim posługiwał. Skomplementował wprawdzie pióro, nie mnie, ale ta sytuacja pokazuje, że fokus na detal niemal zawsze robi wrażenie. Jeśli zauważymy jakiś element, na który nikt dotąd nie zwrócił uwagi – ciepłe dłonie, skupione spojrzenie, smukły obojczyk – pokazujemy, że patrzymy na świat, dostrzegając szczegóły, niuanse, które innym umykają. Komplementując konkrety, wyróżniamy odbiorcę komplementów, sprawiamy, że czuje się wyjątkowy. W końcu: „jesteś taki inteligentny”, można powiedzieć wielu ludziom, ale już: „Niesamowite, że skojarzyłeś ten obraz z książką Hemingwaya, zaimponowało mi to!”, już niekoniecznie.

Czasami próbujemy podkręcić język uwodzenia pewnymi trikami, choćby udając bezradność w obliczu wrażenia, jakie ktoś na nas zrobił. „Przepraszam cię, ale nie wiem, czy przy tobie dam radę skupić się na spektaklu”, rzucone na drugim spotkaniu to tani chwyt, czy jednak coś, co naprawdę działa?

Nie nazwałabym tego trikiem, bo to słowo sugeruje jednak manipulację, ale raczej strategią. Całkiem skuteczną, ale pod jednym warunkiem. Taki komunikat zadziała, o ile wytrzymamy pauzę, która po nim nastąpi. Bo to właśnie ta chwila wymownej ciszy, niezagadana, ma największą moc. Zawieszenie głosu i wytrwanie w milczeniu oddaje siłę wrażenia, pod jakim jesteśmy w towarzystwie tej osoby, stwarza przestrzeń do powstania erotycznego napięcia. Nie zawsze potrzeba potoku słów.

Posłużę się w tym miejscu rodzinną anegdotą. Śmieję się, że mój ojciec był zawodowym podrywaczem, o czym zresztą mówił otwarcie i z dużym humorem, więc pozwolę sobie przytoczyć jedną z jego przygód. Opowiedział mi ją zapytany o najbardziej erotyczną historię w życiu. Gdy był na jakimś bankiecie, nagle na salę pełną gości weszła kobieta – tak atrakcyjna i olśniewająca, że wszyscy wlepili w nią wzrok i oniemieli, włącznie z moim ojcem. Przez całą imprezę nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Wydawało się, że nie zanotowała nawet jego istnienia. Choć czynił niemałe starania, by go dostrzegła, konsekwentnie traktowała go jak powietrze. Gdy wybiła godzina 22, nagle wstała od stołu, narzuciła futro i po raz pierwszy spojrzała mojemu ojcu w oczy, mówiąc tylko jedno zdanie: „Tadeusz, a ty jeszcze niegotowy?”. Ojciec wspominał tę sytuację do końca życia. Wprawdzie wieloletniego związku z tego nie było, ale za to ognisty romans jak najbardziej.

Gdy przyglądam się temu jednemu zdaniu pod kątem komunikacji, dochodzę do wniosku, że ono miało wszystko, jeśli chodzi o uwodzicielską moc. Kobieta mimo pozornego braku zainteresowania zapamiętała imię mojego ojca, co musiało zrobić na nim wrażenie. Ale jeszcze ważniejszą rzeczą jest, że to jedno zdanie wypowiedziała publicznie, a przecież Tadeusz mógł wcale nie być zainteresowany wyjściem z nią, więc sporo ryzykowała, narażając się na publiczne zawstydzenie w razie odmowy. A jednak to zrobiła i właśnie ta odwaga była najbardziej erotyczna.

Myślę, że im bardziej ryzykujemy utratę twarzy, tym więcej możemy zyskać na uwodzeniu.

Bo skuteczne uwodzenie właśnie na tym polega – że ktoś ma świadomość ryzyka, a jednak w to wchodzi, co pokazuje, że ma zasoby, by udźwignąć odmowę. Jak pisze Esther Perel, psychoterapeutka, autorka koncepcji inteligencji erotycznej – dobry seks opiera się na dwóch przeciwstawnych potrzebach, potrzebie bezpieczeństwa i potrzebie przygody, a sama seksualność bierze się z osobności. To osobność jest źródłem pożądania i napięcia erotycznego. Składają się na nią pewne strategie, a jedną z nich jest właśnie gotowość do przyjęcia odmowy i zaakceptowanie tego ryzyka.

Zapachniało trochę hazardem i ruletką...

Bo uwodzenie jest grą, i to grą wspaniałą! To jedna z nielicznych czynności, która nie jest tak do końca pragmatyczna, bo tu ważny jest przede wszystkim proces, a nie tylko efekt. Dla mnie istotne jest to, że flirtując z kimś, flirtuję także ze sobą. Uczę się siebie, sprawdzam pewne strategie, testuję, czy działają, dowiaduję się, co umiem, a czego nie.

Jest i taka zaleta flirtowania, że dziś, w dobie aplikacji randkowych, gdy wszystko jest podane kawa na ławę i właściwie nie ma już miejsca na niedopowiedzenie, ono pozwala trenować umiejętności fatyczne, bawić się językiem, rozpoznawać niuanse, dwuznaczności. Zapomniana dziś trochę sztuka uwodzenia jest dla mnie bezcenna, bo zamiast szybkiego skonsumowania związku daje możliwość powolnego delektowania się nim, smakowania bez pośpiechu i presji.

Małgorzata Majewska – dr nauk humanistycznych, językoznawczyni, specjalistka od komunikacji werbalnej i niewerbalnej. Przez wiele lat pracowała w Instytucie Mediów i Komunikacji Społecznej UJ. Zafascynowana pograniczem języka i psychologii, bada jego znaczenie i rolę w relacjach międzyludzkich. Jest twórczynią kanału na YouTubie „Między Zdaniami”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE