Randka w sklepowych alejkach zamiast eleganckiej restauracji, kina czy kawiarni? Wbrew pozorom ten scenariusz może ziścić się nie tylko w reklamach sieci handlowych. W dobie trendu „choremances” proza życia splata się ze sferą uczuć, które do niedawna wymagały bardziej poetyckiego sznytu. Czy zastępowanie tradycyjnego randkowego entourage’u zwyczajnością to przejaw śmierci romansu, jaki znamy z miłosnych powieści i hollywoodzkich produkcji, czy może wręcz przeciwnie – próba romantyzowania szarej codzienności?
Dopiero co w mediach społecznościowych zaczęto mówić o supermarketach jako o atrakcji turystycznej. Głównym założeniem „grocery store tourism” było odkrywanie lokalnej kultury kulinarnej poprzez analizowanie zawartości sklepowych półek i obserwowanie, jakie produkty lokalsi najchętniej zabierają ze sobą do kasy. Tuż przed walentynkami okazuje się, że spożywczaki to nie tylko gratka dla podróżników, ale także… idealna sceneria na randki. I nie, tym razem nie chodzi o Hiszpanów błąkających się po Mercadonie z ananasem w koszyku, aby przechytrzyć algorytmy Tindera, ale o celowe planowanie spotkań przy okazji rutynowych sprawunków.
Nie widzi ci się trzymanie się za ręce między puszkowaną żywnością a mrożonkami? Nic straconego. Jak wskazuje sama nazwa „choremances” (połączenie słów chore – obowiązek, oraz romance – romans), w grę wchodzą wszystkie przyziemne zadania, które codziennie odhaczamy na liście „do zrobienia”. Zamiast na zakupy możesz więc zaprosić osobę z aplikacji randkowej lub oficjalną już drugą połówkę na wspólne wyprowadzanie psa (co nosi jeszcze znamiona standardowej schadzki w parku), na siłownię, podlewanie ogródka, załatwianie spraw zawodowych, a nawet… sprzątanie mieszkania – wbrew pozorom wszystko to może stać się okazją do spędzenia czasu we dwoje. To trochę jak Admin Party, ale w wersji w cztery oczy.
Czytaj także: Randki mają sens! – zapewnia psycholożka Iwona Firmanty
Dlaczego młodzi ludzie chcą szukać miłości w okolicznościach tak bardzo odbiegających od naszych wyobrażeń o idealnej randce? Powodów jest kilka. Po pierwsze, wdrożenie „choremance’u” w życie pozwala zaoszczędzić czas, którego w dzisiejszym świecie często mamy jak na lekarstwo. W nawale zobowiązań wielu osobom może przyjść do głowy, aby wykręcać się z umówionych randek, bo czują się urobieni po pachy. Ale jeśli spotkanie z założenia ma opierać się na ogarnianiu codziennych obowiązków, nie będą mieć już wygodnej wymówki. Można więc zjeść ciastko i mieć ciastko. Nawet jeśli ostatecznie nie zaiskrzy, przynajmniej będziecie mieć poczucie dobrze wykonanej roboty. Kto jest szczególnie zabiegany i trudno mu wygospodarować kilka godzin wyłącznie na przyjemności, ten może chwytać się takich rozwiązań.
Efektem ubocznym może być również mniejszy stres – brak konieczności formalniejszego stroju czy starannego planowania całego wieczoru sprawia, że możemy poczuć się swobodniej. Prawdą jest, że tego typu randki bardziej przypominają dzień jak co dzień starego małżeństwa niż początkowe, ekscytujące fazy związku. Jak zauważa na portalu „Psychology Today” Bruce Y. Lee z City University of New York, dzięki temu zyskujesz okazję, aby poznać kandydata na partnera z zupełnie innej strony. Zamiast pieczołowicie dopracowanej inscenizacji ze świecami i bukietem czerwonych róż w roli głównej macie szansę podziałać zespołowo i zobaczyć, jak naprawdę funkcjonujecie w prawdziwym życiu.
W takich sytuacjach łatwiej zauważyć w praktyce, czy ktoś jest zaradny, skory do pomocy i kompromisów, czy raczej woli nie ubrudzić sobie rąk i zostawić wszystko na głowie towarzysza.
Można więc potraktować taką randkę jako zapowiedź tego, jak ewentualnie może wyglądać wasze wspólne życie w przyszłości. Lee dodaje, że wbrew pozorom randka łącząca przyjemne z pożytecznym potrafi być także… seksowna. Dla wielu osób może nie być nic bardziej pociągającego niż perspektywa partnera, który ma w małym palcu obsługę pralki i żelazka, skręcanie mebli czy naprawę cieknącego kranu. „Atrakcyjną cechą, niezależnie od płci, jest umiejętność doprowadzania spraw do końca” – mówi ekspert.
Czytaj także: Efekt IKEA w randkowaniu. Czy szwedzkie meble pomogą ci znaleźć miłość?
Kiedy „choremancing” działa, a kiedy szkodzi relacji?
Cytowany przez „HuffPost” Michael Kaye, ekspert randkowy z aplikacji Plenty of Fish, podaje, że już 42% singli w pewnym stopniu stosuje ten trend, a ponad dwie trzecie uważa go za dobrą metodę sprawdzenia kompatybilności. Najpopularniejszymi „choremance’ami” mają być spacery z psem (preferowane przez 58% ankietowanych), wspólne treningi (25%) oraz cotygodniowe zakupy spożywcze (21%). – Tego rodzaju realne spojrzenie na świat może budować zaufanie i emocjonalną intymność szybciej niż elegancka randka przy kolacji.
Oczywiście nie wszyscy przyjmą tego typu propozycje z entuzjazmem. Dla niektórych będzie to jasny sygnał, że druga strona nie stara się wystarczająco i wcale nie zależy jej na zdobyciu ich serca. Tam, gdzie jedni zobaczą przejaw praktycznego podejścia do tematu, inni dostrzegą smutny upadek romantycznych rytuałów. Aby nie poczuć się jak ktoś zbyt mało ważny, by zasłużyć na prawdziwą randkę, przynajmniej raz na jakiś czas warto wybrać się na specjalne spotkanie, które w stu procentach skupi się na rozrywce i zacieśnianiu więzi. Kluczem do sukcesu jest więc równowaga.
– „Choremances” działają najlepiej, gdy uzupełniają, a nie całkowicie zastępują jakościowy czas spędzany na aktywnościach, które naprawdę lubimy – podkreśla Kaye.
Czytaj także: „On nie jest w moim typie, więc będzie bardziej się starał”. Ta randkowa pułapka ma już swoją nazwę
Podobne zdanie wyraziła Sabrina Zohar, prowadząca popularnego podcastu poświęconego randkom. – Romantyzowanie codziennych czynności może być mądrym sposobem na podtrzymywanie relacji. Jest coś ugruntowującego w przekształcaniu prozaicznych chwil w okazje do bycia razem i wspólnej zabawy – mówi. – Z drugiej strony, jeśli jedyne momenty, jakie spędzacie razem, to te w supermarketach, jest to sygnał ostrzegawczy. Może to oznaczać, że związek stracił swoją celowość albo nie macie już ochoty naprawdę się do siebie zbliżyć – dodaje.
Najważniejsze są więc balans i intencja. Chodzi o to, by uczynić codzienne obowiązki, które inaczej mogłyby całkowicie uniemożliwić spotkanie, bardziej znośnymi poprzez wykonywanie ich razem, a nie o całkowite wyzbycie się jakościowego czasu spędzanego przy kawie, w teatrze czy na tanecznym parkiecie. – Warto zadać sobie pytanie: czy robimy to, bo chcemy widywać się jak najczęściej, czy po prostu przestało nam zależeć i idziemy po linii najmniejszego oporu? – radzi Zohar.
Artykuł opracowany na podstawie: Bruce Y. Lee, „The Choremance Dating Trend Can Be a Time Saver”, psychologytoday.com; Fleurine Tideman, „Are ‘Choremances’ The End Of Romance — Or Is It A Real Test Of Compatibility?”, huffpost.com [dostęp: 10.02.2026]