Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Relacje
  4. >
  5. Myśleli, że nie mają już szans na szczęście. 3 historie miłości po pięćdziesiątce

Myśleli, że nie mają już szans na szczęście. 3 historie miłości po pięćdziesiątce

(Fot. Dimensions vie Getty Images)
(Fot. Dimensions vie Getty Images)
Dojrzała miłość wymaga uważności, celebracji i równowagi pomiędzy: ja, ty i my. I przede wszystkim świadomej decyzji, czy nadal chcemy być razem. Jak to może wyglądać – pisze terapeutka Ewa Klepacka-Gryz, inspirując się doświadczeniem par, z którymi pracuje w swoim gabinecie

Spis treści:

  1. Syndrom pustego gniazda: jak wpływa na związek?
  2. Miłość w dojrzałym wieku: czy jest możliwa?
  3. Miłość między przyjaciółmi: gdy przyjaźń przeradza się w związek

  • Psycholożka i psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz podkreśla, na podstawie swojego zawodowego doświadczenia, że miłość po pięćdziesiątce jest możliwa. Dowodzi tego, przybliżając historie trzech par.
  • Ekspertka zwraca również uwagę na wyzwania, jakie niesie za sobą dojrzała miłość. Jednym z nich jest syndrom pustego gniazda, który wpływa na relację między partnerami.
  • Nowy związek w dojrzałym wieku początkowo bywa trudniejszy niż młodzieńcze zakochanie. Wcześniejsze trudne relacje, zranienie, brak wiary w siebie to przeszkody, które można pokonać.
  • Przyjaźń może być początkiem dojrzałej miłości, zbudowanej na poczuciu bezpieczeństwa, wspólnych doświadczeniach.
  • Miłość po pięćdziesiątce to często relacja oparta nie tylko na dojrzałości partnerów, ale i namiętności.

Tekst pochodzi z miesięcznika „Sens” 1/2026

Miłość po pięćdziesiątce nie jest powtórką tej z młodości, nie jest uczuciem, które budzi motyle w brzuchu, nie jest też jedynie relacją, bo nierzadko zdarza się, że to, co przed laty połączyło dwoje ludzi, dziś już nie istnieje. Jest świadomym wyborem – czasami o zbudowaniu relacji na nowo, innym razem o zaufaniu po raz kolejny, a jeszcze kiedy indziej o pokochaniu siebie.

Syndrom pustego gniazda: jak wpływa na związek?

Igor poprosił mnie o spotkanie. Wszedł do gabinetu zdecydowanym krokiem, usiadł w fotelu naprzeciwko. Przez chwilę nic nie mówił, następnie pochylił się, schował twarz w dłoniach i wyszeptał: „Boję się, że ją stracę”.

Byli z Elżbietą małżeństwem z 35-letnim stażem. Poznali się na studiach, pobrali i pół roku po ślubie przyszło na świat ich pierwsze dziecko, a po kolejnym roku bliźnięta. Ela przerwała studia. Opieka nad trójką maluchów, brak własnego mieszkania i pomocy ze strony dziadków – problemów było sporo. Igor studiował i pracował. Ich związek przez wiele lat koncentrował się na obowiązkach: dom, dzieci, choroby, potem starzejący się rodzice.

– Wiesz, kiedy dwa miesiące temu ostatnie dziecko wyprowadziło się z domu, Ela po raz pierwszy od ponad 30 lat nie przygotowała kolacji. Powiedziała, że nie jest głodna i żebym wziął sobie coś z lodówki – powiedział. – Dlaczego tak cię to poruszyło? – Bo zrozumiałem, że już nic nie będzie tak jak dawniej. Obydwoje jeszcze pracujemy, spotykamy się w domu dopiero pod wieczór i każde z nas zamyka się w swoim pokoju. – A w weekendy? – W soboty, tak jak do tej pory, Ela robi mi listę zakupów, a sama zajmuje się sprzątaniem. W niedzielę jeżdżę do mojego ojca, do domu opieki, a żona czasami spotyka się z koleżanką. – Wychodzicie gdzieś razem? – Ale gdzie? – Igor jest szczerze zaskoczony. – Do kina, na spacer, do znajomych? – Zawsze wychodziliśmy z dziećmi, nie pamiętam, kiedy ostatni raz byliśmy gdzieś sami. – Nie chodziliście na randki? – podpowiadam. – Nie było na to czasu ani pieniędzy.

Doskonale to rozumiem. Wiele par, zwłaszcza tych dziś po pięćdziesiątce, zaczynało wymagające dorosłe życie tuż po wyprowadzce z domu rodziców na „swoje”. Dzieci przychodziły na świat zaraz po ślubie, młodzi często zaczynali pracę jeszcze na studiach. Dorabianie się na pierwsze własne mieszkanie, meble, samochód na raty – nie było tu miejsca, czasu ani pieniędzy na celebrację czasu we dwoje.

Syndrom pustego gniazda, czyli: „co dalej będzie z nami, kiedy dzieci się wyprowadzą?”, to naturalny etap życia pary.

Dla wielu z nich, niestety, naturalny jest również stan pustego związku – spełniliśmy się w rolach rodziców, to teraz żyjemy razem, ale obok siebie, bo niby jak inaczej miałoby to wyglądać?

Na kolejną sesję zaprosiłam obydwoje. Nie miałam pojęcia, a Igor również tego nie wiedział, jak jego żona wyobraża sobie ich dalsze wspólne życie.

– Przede wszystkim chciałabym odpocząć. Teraz, kiedy jesteśmy tylko we dwoje, nie muszę już zajmować się wyłącznie domem. Mam wreszcie czas na książkę, kino, teatr, spotkanie z przyjaciółką – Elżbieta wyglądała na zadowoloną z życia. – A czas spędzany z mężem? – Kobieta sprawiała wrażenie zaskoczonej. Po raz pierwszy spojrzała na męża. On przyglądał się jej od początku sesji. – Chciałbym, żebyśmy czasami chociaż porozmawiali albo obejrzeli jakiś film. – Przecież rozmawiamy? – Głównie o tym, kto kupi chleb albo kiedy pora wymienić opony w samochodzie. – Przecież my nawet nie oglądamy tych samych filmów – mówiąc to, Elżbieta spuściła głowę.

Rozumiałam, że to dla nich trudny, ale też bardzo ważny moment. Mieli szansę zbudować relację, której do tej pory nigdy nie mieli: nie w roli rodziców, nawet nie w roli męża i żony, bo to kojarzyło im się głównie z obowiązkami, zwłaszcza Elżbiecie, która chciała wreszcie mieć czas tylko dla siebie. Więź, która ich łączyła, była silna, patrzyli na siebie z troską, ale trudno im było wyjść z roli rodziców. Ela dużo mówiła o dzieciach. Igor wspomniał, że może niedługo zostaną dziadkami. – No to macie być może ostatni moment, żeby zadbać przede wszystkim o siebie, odnaleźć się w jako mężczyzna i kobieta – włączyłam się.

Nie bardzo rozumieli, o czym mówię. Poprosiłam, żeby opowiedzieli mi o swoim pierwszym spotkaniu. Obydwoje bardzo się ożywili. Patrzyłam na nich i widziałam nie ludzi w średnim wieku, ale dwudziestolatków, którzy z wypiekami na twarzy przekomarzają się, kto kogo pierwszy poderwał. To był doskonały start do odbudowania bliskości i intymności. Przez te wszystkie lata zbudowali solidną podstawę: silną relację opartą na wzajemnym szacunku, zaufaniu i możliwości polegania jedno na drugim. Teraz wystarczyło jedynie dobrze przyprawić tę relacyjną zupę. A inwencji nie brakowało żadnemu z nich. On zarządził comiesięczne wyjścia do teatru, ona zaproponowała, żeby co wieczór siadali razem do stołu. – Kolacje będziemy przygotowali wspólnie – zaproponował Igor. Przypomnieli sobie, że obydwoje lubią tańczyć. – Poszukam jakiejś grupy tanecznej zbliżonej do nas wiekowo – zaproponowała Ela.

Psychologowie par twierdzą, że puste gniazdo to test siły związku: jeśli ludzie zbudowali silną relację już na początku, to pusty związek im nie grozi.

Dodałabym jeszcze, że nie zawsze warto odświeżać relację sprzed dzieci, czasami o wiele korzystniej i ciekawiej jest zbudować coś całkiem nowego.

Na ostatnim spotkaniu Igor i Elżbieta usiedli obok siebie. Ela wzięła męża za rękę. – Cieszę się, że wybrałam właśnie ciebie. – Razem się wybraliśmy i to był nie najgorszy wybór – stwierdził Igor, puszczając do żony oczko.

Miłość w dojrzałym wieku: czy jest możliwa?

– Napisałaś „Miłość przed pięćdziesiątką”. Czy uważasz, że po pięćdziesiątce również może się przytrafić miłość? – zapytała Marta, kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy. – Wiesz, dziś, z perspektywy lat, myślę, że miłość się nie przytrafia. Miłość to świadomy wybór. – Może dla kobiety, ale nie dla faceta. Im przydarzają się okazje, a z okazji trudno nie skorzystać.

Marta i Marek, jej były mąż, poznali się w pracy. Obydwoje młodzi, zdolni architekci, swoją relację zaczęli od rywalizacji. – Przez pierwszy rok byliśmy jak para koni w tym samym zaprzęgu, szliśmy łeb w łeb. Kiedyś po imprezie firmowej spędziliśmy razem resztę nocy, po tygodniu razem zamieszkaliśmy, potem wzięliśmy ślub. Właściwie dla rodziny, bo między nami nic się nie zmieniło. Byliśmy albo w pracy, albo w domu, czyli też w zasadzie w pracy. Przez 15 pierwszych lat małżeństwa wyłącznie pracowaliśmy, zwłaszcza odkąd założyliśmy swoją firmę. Nie było czasu na wakacje, nigdzie nie wychodziliśmy, znajomymi byli wyłącznie ludzie z pracy. Wiesz, dopiero niedawno, pięć lat po rozwodzie, zdałam sobie z tego wszystkiego sprawę – opowiadała Marta. – Dlaczego się rozwiedliście? – Klasyka gatunku. Nigdy nie rozmawialiśmy o dziecku, nawet specjalnie nie zabezpieczaliśmy się przed ciążą, ale nasze zbliżenia zdarzały się tak rzadko, że… Kiedy weszłam w menopauzę, on obudził się, że jednak chce zostać tatusiem, i szybciutko znalazł sobie kandydatkę na mamusię. Nie chcę o tym rozmawiać. Nawet nie wiem, czy go kochałam. To, co było między nami, bardziej przypominało relację zawodową niż małżeństwo.

Przez ponad cztery lata po rozwodzie Marta próbowała ułożyć sobie życie na nowo, w pojedynkę. – Potrzebowałam trzech lat, żeby polubić swoje życie. Nie mam dzieci. Mam pieniądze. Mogę pozwolić sobie na różne przyjemności. Po rozwodzie zainwestowałam swoje udziały z firmy i nie muszę już tak dużo pracować.

Pół roku temu przyjaciółka namówiła Martę na wyjazd jogowy. Tam poznała Krzyśka, który zakochał się w niej bez pamięci. – On zachowuje się jak nastolatek. Obsypuje mnie kwiatami, zabiera na romantyczne wycieczki, jeszcze nie było między nami… No wiesz. On chce, a ja się boję. Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz kochałam się z mężczyzną, to znaczy pamiętam: z byłym mężem, bo ja tylko z nim.

Okazało się, że to Krzysztof namówił ją na wizytę u mnie. Gdzieś wygrzebał moją książkę i śmiał się, że Marta potrzebuje mojego błogosławieństwa.

Ale ona przede wszystkim potrzebowała zmierzenia się z lękiem przed zranieniem i zdradą. Została porzucona przez męża, kiedy było za późno na dziecko. Nigdy wcześniej o tym nie rozmawiali.

– Potraktował mnie jak przedmiot z przeterminowaną datą ważności. Jak mam zaufać jakiemukolwiek mężczyźnie? – Skąd wiesz, że nie ufasz Krzysztofowi? – Marta nie zrozumiała, więc dopytałam, jak się czuje jej ciało, kiedy on jest blisko. Zaczerwieniona odpowiedziała, że robi jej się ciepło w brzuchu. – Myślę, że twoje ciało już mu zaufało.

Przez kilka kolejnych tygodni Marta uczyła się zauważać w ciele sygnały bezpieczeństwa: ciepłe dłonie, spokojny oddech, silne nogi. Te sygnały pojawiały się w różnych sytuacjach i w towarzystwie różnych osób. Najczęściej w towarzystwie Krzysztofa. Na jednej z ostatnich sesji powiedziała, że on wyjechał na dwa tygodnie, a ona bardzo za nim tęskni.

– Jak tęsknotę czujesz w ciele? – Wiesz, tylko się nie śmiej, to jest jak głód, tak mnie ssie w okolicy żołądka. – Czy to jest nieprzyjemne doznanie? – Na początku tak, ale kiedy sobie o nim pomyślę, to ssanie zamienia się w takie ciepło wokół serca. O matko, chyba się nie zakochałam! Nigdy wcześniej tak się nie czułam.

Po powrocie z wyjazdu Krzysztof jej się oświadczył. I... – Uciekłam i… jestem u ciebie. Dziękuję, że znalazłaś dla mnie czas – tłumaczyła zagubiona.

Na kolejną sesję przyszli obydwoje. Krzysztof opowiedział mi trochę o sobie. Na studiach miał dziewczynę, mieli się pobrać, ale ona zginęła w wypadku samochodowym. Od tamtej pory miał kilka przelotnych relacji. Dopiero z Martą jest na poważnie, ale Marta w tej chwili nie jest gotowa do małżeństwa. – Wiesz, Krzysiu, może nigdy nie będę, ale chcę spróbować z tobą być, tak powoli, ostrożnie.

Miłość po pięćdziesiątce, zwłaszcza jeśli pojawia się po zranieniu, utracie zaufania, porzuceniu, potrzebuje czasu i świadomej decyzji o tym, jak ma wyglądać relacja. Marta i Krzysztof na razie są związkiem na odległość.

– Razem wyjeżdżamy na weekendy, czasami w tygodniu u siebie nocujemy. Obydwoje mamy swoje przyzwyczajenia, z którymi jest nam dobrze – tłumaczy Marta.

Miłość po pięćdziesiątce nie wymaga wyrzeczeń, zamiast tego szuka kompromisów, a właściwie konsensusu. W końcu na tym polega dojrzałość.

Miłość między przyjaciółmi: gdy przyjaźń przeradza się w związek

Beata i Tomek znają się od zawsze. Ich rodzice poznali się na studiach, po ślubie obydwie pary zamieszkały na tym samym osiedlu.

– Na wspólnych imprezach nasi ojcowie śmiali się, że tuż po naszych narodzinach ustalili, iż kiedyś nas pożenią. Obydwoje mamy raczej spokojne temperamenty, więc specjalnie się nie sprzeciwialiśmy. Poza tym znaliśmy się jak łyse konie i chyba przyjaźniliśmy od zawsze – tłumaczy Beata.

Razem chodzili do przedszkola, do szkoły, nawet studiowali na tym samym wydziale. Kiedy byli na drugim roku, ich rodzice złożyli się na mieszkanie, a potem zaplanowali ślub.

– W wieku dwudziestu paru lat ma się w głowie siano. Rodzice mówili, żebym wyszła za Tomka, to ich posłuchałam. – Czy w życiu któregoś z was pojawił się ktoś inny? – Byłam pewna, że chodzi o zdradę. Beata przez chwilę milczała. – Chyba chodzi o to, że dopiero niedawno poczułam samą siebie, oddzielnie od niego.

Kiedy ich syn wyjechał na stypendium za granicę, Beata zaczęła tęsknić za czymś, czego nie potrafiła nazwać.

– Czułam się jak wtedy, kiedy weszłam w menopauzę; bezsenne noce, płaczliwość, brak apetytu, zmęczenie. Tomek w tym czasie odkrył swoją nową pasję, prawie codziennie jeździł na strzelnicę. – Nawet zapraszał, żebym z nim jeździła, ale ja boję się broni. Za to zaczęłam zaczytywać się w romansidłach. Chowałam się w sypialni, żeby mąż nie zastał mnie z wypiekami na twarzy albo zaryczanej. Do tej pory o wszystkim sobie mówiliśmy, nie mieliśmy przed sobą żadnych tajemnic, ale teraz czułam, że mogłabym go zranić. – Zranić? Czym? – Wiesz, ja nigdy nie przeżyłam tego, co przeczytałam w tych książkach. – Chodzi o namiętność? – Pamiętam, kiedy pierwszy raz się kochaliśmy i Tomek walnął kolanem w kaloryfer. Wybuchnął śmiechem, ja też. I zamiast kochać się dalej, to ryczeliśmy ze śmiechu. Taka była ta nasza miłość. – Tęsknisz za miłością opisywaną w romansach? – Nie wiem, ale od kilku tygodni boli mnie serce. – Byłaś u lekarza? – Tak, zbadał mnie, zlecił kolejne badania i powiedział, że to od stresu. – Czym się stresujesz? – A może to, co nas łączy, to nie miłość? – Czy kiedykolwiek wcześniej zadawałaś sobie to pytanie? – Chyba nie i wiesz, to nie o to chodzi, że chcę odejść od Tomka, tylko nie mam pewności, czy to prawdziwa miłość.

Pytanie: „Czy to prawdziwa miłość?”, zadawał sobie chyba każdy z nas. Oni nie oznaczają jej braku, a raczej to, że relacja być może wymaga nowej definicji.

– A jaka miłość jest prawdziwa? – Wiem, że to może naiwne, zwłaszcza w moim wieku, ale nie myślałam, że można tak przeżywać miłość. – Tak jak w książkach? – My tacy nigdy nie byliśmy. – Znaliście się od dziecka, nie było między wami napięcia związanego z tajemnicą, niepewnością, powolnym odkrywaniem się nawzajem. – No właśnie. Chyba w naszych czasach w ogóle nie było takiej namiętnej miłości. – Wiesz, myślę, że macie ogromne zasoby, żeby obudzić romantyzm i namiętność w waszej relacji.

Codzienna rutyna i od lat te same nawyki nie sprzyjają namiętności, ale zawsze można je zmienić. Odrobina nowości, szczypta niespodzianki czy element zaskoczenia potrafią zrobić swoje.

A jeśli związek zbudowany jest na przyjaźni i partnerzy lubią się, ufają sobie nawzajem i niejedno razem przeżyli, mogą redefiniować swoją relację i ożywiać miłość do woli.

– To co ja mam zrobić? – Powiedz mu, za czym tęsknisz, opowiedz o swoich fantazjach. – A jeśli mnie wyśmieje? – Czy zrobił to kiedykolwiek? – Nie, no coś ty, przyjaciele nie robią sobie takich świństw.

Miłość oparta na przyjaźni naprawdę może wszystko.

Ewa Klepacka-Gryz – psycholożka, psychoterapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE