1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. „Zmorą naszych czasów nie są agresywni chłopcy, tylko wycofani”. O trudnym okresie nastoletniości rozmawiamy z psychoterapeutą

„Zmorą naszych czasów nie są agresywni chłopcy, tylko wycofani”. O trudnym okresie nastoletniości rozmawiamy z psychoterapeutą

Kolaż Aleksandra Zaborowska
Kolaż Aleksandra Zaborowska
O tym, jak ważny dla męskiego formatowania jest nastoletni etap życia chłopców, mówi psychoterapeuta Paweł Droździak.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 12/2025.

Alina Gutek: Psychologowie, w tym słynny badacz rozwoju chłopców Steve Biddulph, podkreślają, że po 14. roku życia liczą się przede wszystkim mentorzy, trenerzy. To znaczy, że na nas, rodziców, już za późno?

Paweł Droździak: Nie do końca. Oczywiście gdy pewnych rzeczy nie zrobi się w odpowiednim czasie, to potem jest dużo trudniej, ale nie wszystko jeszcze stracone.

Moim zdaniem wiele naszych wychowawczych trudności bierze się stąd, że zapominamy, że nastoletniość to dla chłopców bardzo trudny czas.

Tak, dojrzewanie płciowe to czas przejścia na inny rodzaj napędu. Można go porównać do rozwoju ptaków, które najpierw umieją chodzić, a dopiero potem latać, ale chodzenie i latanie opiera się trochę na innej fizyce. I podobnie dzieje się u chłopców. W momencie, gdy zaczyna pracować u nich cała aparatura hormonalna osoby dorosłej, to zaczynają działać procesy, których zarówno sami chłopcy, jak i często ich rodzice nie mogą zrozumieć.

Bo słodki chłopczyk, ukochany synek przepoczwarza się w pyskatego osobnika.

W ogóle to bywa szokujące dla rodziców, kiedy mając w głowie słodkiego synka, nagle zobaczą, co i jak mówi on na grupach w mediach społecznościowych. Albo gdy matka wejdzie do pokoju i zastanie syna na masturbacji. Trzeba zauważyć, że te zmiany zaczynają się nagle, granica jest ostra. Dosłownie czasami w jednym tygodniu chłopak składa kolejkę, a w kolejnym już nie chce zabawek, chce poznawać rzeczywisty świat.

Pewnego dnia wzbrania się przed trzymaniem matki za rękę, chociaż poprzedniego sam ją chwytał.

Bardzo często mamy do czynienia z taką sytuacją, że rodzice nie chcą się do tych zmian dostosować, bo interpretują je jako odrzucenie. Albo mają rodzaj niezgody na tę dorosłą część w dziecku, która kojarzy im się z czymś agresywnym. Bo czasem dorosły traktuje relację z dzieckiem jako schronienie przed okrucieństwem świata. Wchodzi z nim w symbiozę, jest mu z tym dobrze. I gdy nagle nie ma już dziecka, rodzice czują się zostawieni, samotni. Matka zadaje sobie pytanie: „Kto będzie mnie teraz trzymał za rękę?”.

Powinna ją puścić, żeby ułatwić synowi przejście do świata mężczyzn?

Tak. Bo niektóre matki mogą instynktownie torpedować ten proces, czyli tak kształtować syna, żeby cały czas ją za tę rękę trzymał. Matki robią to po to, żeby nie przeżywać zderzenia z dorosłym światem, samotnością, trwogą istnienia. Syn cały czas będzie im służył do tego, żeby je przed tą trwogą chronić.

Jakim kosztem?

Kosztem swojego rozwoju. On się nie będzie rozwijał w kierunku męskości, będzie musiał pozostać dzieckiem, żeby cały czas tkwić w tej relacji.

To głównie matkom zależy na tej symbiozie?

Tak. Ale tu dygresja: rodzice różnią się między innymi tym, że są na pewnych etapach rozwojowych dziecka ekspertami, a na innych sobie nie radzą. Czasem to zależy od tego, jak przebiegał ich własny rozwój, że na przykład ich najlepszy okres przypadał na wiek szkolny albo nastoletni. I jak ich dziecko wejdzie w ten wiek, to oni lepiej się w nim odnajdą jako rodzice. Niektórzy ojcowie lepiej radzą sobie z dziećmi, z którymi można się dogadać, czyli kiedy da się odwoływać do wyższych funkcji poznawczych, a bardzo słabo radzą sobie z zaspokajaniem biologicznych potrzeb małego dziecka. Bywa też odwrotnie. Podobnie jest z okresem dorastania syna. Rodzice często mówią: „Radziłem sobie świetnie i nagle, dosłownie w ciągu tygodnia, masakra”.

Czytaj także: Jak wychowywać chłopca? Wszystko w rękach matek

Warto wiedzieć, co się wtedy dzieje z synem na poziomie biologicznym, że na przykład w jego organizmie poziom testosteronu wzrasta o 800 procent!

Zmiany są ogromne. Mamy do czynienia z zupełnie innym typem motywacji. Często syn też nie rozumie swoich impulsów, tego, że jest wieziony innym silnikiem i nie ma do tego, co się z nim dzieje, dobrych kategorii myślowych.

Nie wie na przykład, jak obsłużyć swoje zainteresowanie płcią przeciwną.

W ogóle mało wie na ten temat. Zastanawia się na przykład, czy będzie miał powodzenie, czy nie – to podstawowy niepokój. Co więcej, wcale nie jest jasne dla niego, czy będzie przystojny. Orientuje się, że dziewczyny preferują wysokich chłopaków, a bardzo wielu z tych, już gotowych seksualnie, nie wie, czy będą wysocy, bo skoki wzrostowe mają miejsce w różnych momentach życia.

W tym czasie chłopiec identyfikuje się z innymi chłopcami, liczy się dla niego grupa rówieśnicza.

Generalnie dzieci, w tym nastolatki, są absolutnymi konformistami, lubią robić to, co rówieśnicy. Taka tendencja jest bardzo silna u wszystkich dzieci. Istnieje pogląd, że nastolatki są rewolucjonistami, rebeliantami, nonkonformistami. Tak, są, ale w mówieniu tego samego. Po prostu pewne poglądy mają wszystkie nastolatki, bo takie należy mieć.

Myślę, że rodzicom przydałaby się edukacja, żeby zrozumieli swoich nastoletnich synów.

O tak! To pierwszy moment w życiu człowieka, w którym zaczyna się budować spójna wizja „ja”. Adolescencja to moment, kiedy pojawia się myślenie o myśleniu, na przykład w postaci poszukiwania charakterystyki siebie. Nastolatki interesują się psychozabawami, które ich kategoryzują, bo chcą mieć diagnozę, która im objaśni, jacy są. Czy podobni do rodziców, czy jednak inni? Ważna jest dla nich grupa odniesienia, ponieważ daje pewne znaki świadczące o tym, do czego chłopiec przynależy. I to wszystko jest dla niego ważniejsze niż to, co mówią rodzice. Oni nie są wtedy autorytetami. Wcześniej dziecko ślepo podążało za tym, co mówili, oczywiście mogło się buntować, ale od nich czerpało informacje o życiu. Natomiast dla nastolatka, który kieruje się funkcjami popędowymi, tak naprawdę ważna jest inna kategoria. Czyli to, jakie zachowanie da mu szansę na sukces rozrodczy, a także akceptacja grupy rówieśniczej i dziewczyn. Może nie tyle akceptacja, ile dostęp do dziewczyn.

Czytaj także: Jak wychować syna, aby w świat nie wyfrunął seksista?

Dzisiaj wiele badań mówi, że nastoletni chłopcy nie są zainteresowani dziewczynami ani seksem.

Bo nie widzą szans właśnie na dostęp do nich i wtedy mogą wybrać drogę dewaluacji – będą bardzo silnie dezawuowali dziewczyny właśnie z tego powodu, że i tak nie wierzą w to, że są w stanie uzyskać jakąkolwiek ich akceptację.

Młodzi chłopcy podejmują czynności ryzykowne, czasami na granicy życia i śmierci. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, żeby zwrócić na siebie uwagę, żeby zdobyć pozycję w grupie, żeby się przetestować, zaimponować dziewczynom. To są zachowania rywalizacyjne, nastolatek jest w stanie dużo ryzykować, bo tak naprawdę z ewolucyjnego punktu widzenia ważniejsze dla niego jest to, żeby doprowadził do stosunku, niż żeby przeżył. Szybki samochód w tym wieku to recepta na nieszczęście, bo nastolatek naprawdę zupełnie inaczej ocenia zagrożenie niż starsza osoba, która chce przeżyć. Młody człowiek chce doświadczyć, chce się pokazać. To typowa droga, ale są też drogi nietypowe, na przykład taka, że część młodych chłopców nic nie robi.

Coś na pewno robią w internecie.

Ale jak się zaczyna to badać, i to jest przerażające, okazuje się, że nawet w internecie nie robią aż tyle, ile by się należało spodziewać. Podstawą w psychologii jest to, że jak mamy problem, to on wywołuje nasze emocje. I możemy się skupić albo na zmianie problemu, albo na zmianie emocji. Mogę skupić się na przykład na tym, żeby osiągnąć sukces sportowy i wtedy mam poczucie sprawstwa, albo wypić trzy piwa i wtedy też mam poczucie sprawstwa – świat należy do mnie. Dla mojego mózgu to są podobne stany. Może to mnie kosztować pięć lat ciężkich treningów albo trzy piwa.

Wybieram to, co łatwiejsze.

Na pewnym poziomie mój mózg w ogóle nie zauważa różnicy. Dlatego warto, żeby rodzice zawczasu zidentyfikowali taką tendencję u syna i uważali na to, jak buduje samoocenę, wiarę w siebie, jak znosi porażki, bo pod tym względem ludzie się różnią. A jest to czas intensywnej rywalizacji. I jeśli chłopak spodziewa się porażki, to często niepokój z tym związany jest prawdziwym motywem zainteresowania się pornografią. Włączy film porno i ma każdą dziewczynę. Tym samym poniekąd odpowiada na pytanie, które zadała Masłowska w tytule swojego bloga: „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu”.

Dzisiaj nie ma rytuału inicjacji w męskość, podobnego do tego w pierwotnych plemionach, na przykład u Dakotów, który polegał na tym, że 14-letniego chłopca wystawiano na próbę przetrwania w nocy w lesie. A wszystko pod czujnym, choć niewidocznym dla nastolatka okiem dorosłych mężczyzn. Potem przez dwa lata taki chłopak nie mógł kontaktować się z matką.

Wiadomo, o co chodziło w pozbawianiu go kontaktu z matką – żeby nie wrócił do chłopięcego świata. Dzisiaj nie mamy czasu dla dzieci. Ba, nie chcemy ich mieć, bo jesteśmy nastawieni na indywidualne doświadczenie, a dziecko to koszt i kłopot. A jak już mamy dzieci, to się nadmiernie nimi opiekujemy. I albo zamęczamy je własnymi ambicjami, albo nie mamy żadnych ambicji i w ogóle nie uczymy ich, jak sobie radzić z porażką. Jest coś takiego jak krzywa motywacji. Ona do pewnego momentu rośnie, ale jeśli przesadzimy, to się zaczyna przemotywowanie, czyli demotywacja. Każdy młody chłopak jest inny pod tym względem, więc trzeba realistycznie ocenić jego możliwości.

Czytaj także: Czym dzisiaj jest męskość? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

Wydaje mi się, że swego rodzaju przepustką do męskiego świata może być sport.

Sport pokazuje korelację pracy z jej efektami. Czyli że nie jest tak, że mi się coś należy, ale że na rezultat trzeba zapracować. Sport uczy też pewnej rzeczy, o której rzadko się mówi i którą trudno zwerbalizować, mianowicie tego, że pewne sytuacje są „jak gdyby”. Boksuję na ringu, ale to nie znaczy, że się bijemy, choć tak to wygląda. Jestem w stanie boksować i w każdej chwili to przerwać. Tej umiejętności nie mają zwierzęta.

Czego to „jak gdyby” uczy chłopca?

Tego że – powiedzmy – taniec to jest coś innego niż obściskiwanie się. Uczy pewnych konwencji, które obowiązują w życiu społecznym, i młody chłopak powinien je poznać.

W plemionach pierwotnych, społecznościach wiejskich (nie w kulturze zachodniej) dziecko dość szybko dowiaduje się, że ma nie tylko dostawać, ale że jest kimś, od kogo będzie się czegoś oczekiwać. Co więcej – to nie jest dla niego udręką, bo dzieci chcą uczestniczyć w pewnych czynnościach swoich społeczności. Ważne, co zrobi dorosły. Jeśli powie: „Zostaw to, lepiej się baw”, to dziecko się uczy, że oczekuje się od niego, żeby nie brało udziału w prawdziwym życiu. Natomiast jeśli je włączamy w działania, to dla niego jest naturalne, że spoczywa na nim pewna odpowiedzialność.

Dziecko chce odpowiedzialności, chce wiedzieć, czego grupa od niego oczekuje, wszak jesteśmy istotami społecznymi. Jeżeli grupa mówi: „Niczego od ciebie nie chcemy,” to ono to kupi. Dlatego chłopiec od małego powinien mieć obowiązki, oczywiście na miarę swoich możliwości. Potem będzie dla niego oczywiste, że nie może brać od starych kasy, tylko w pewnym momencie musi coś od siebie dołożyć. Ojciec powinien powiedzieć: „Mieszkasz jako student z nami? Dołóż się do wspólnego budżetu, zrób coś na rzecz domu”. To powinna być dla syna oczywistość. Tymczasem my, dorośli, wpadamy w pułapkę swojej omnipotencji, chcemy pokazać, że jesteśmy opiekuńczy, więc we wszystkim wyręczamy młodych chłopaków. A potem dziwimy się, że całymi dniami siedzą na kanapie.

Czytaj także: Pierwsza kobieta w życiu mężczyzny – relacja z matką ma wpływ na całe życie

Wszyscy boją się teraz o bezpieczeństwo dzieci, przedkładają je nad konieczność konfrontowania ich z rzeczywistością.

Ale wpadamy przy tym w błędne koło. Bo jak raz nazwiemy źródło niebezpieczeństwa, to nie bardzo można je potem olać, bo to by znaczyło, że jesteśmy nieczuli, niewrażliwi.

Tych niebezpieczeństw teoretycznie można sobie wyobrazić nieskończenie dużo. Musimy jako dorośli się na nie trochę uodpornić. Tak jak powinniśmy się wyzbyć poczucia winy, że czegoś nie dopatrzyliśmy. Wszystkiego dopatrzyć się nie da. Wychowujemy człowieka, który kiedyś będzie musiał się nami zaopiekować, powinniśmy mu to wprost powiedzieć: „Będziesz facetem, który ma odpowiedzialność”.

Jak budować wrażliwość syna?

Myślę, że jeśli potrafimy słuchać, rozmawiać, nazywać pewne rzeczy, to w naturalny sposób budujemy wrażliwość, która rodzi się z bliskości. Ale nie możemy bać się mówić o swoich potrzebach, na przykład, gdy syn prosi: „Pobaw się ze mną”, to nie bójmy się odpowiedzieć: „Później, teraz muszę się zdrzemnąć”. Mamy prawo tak powiedzieć i syn musi sobie z tym poradzić, bo nie jest wiecznym pacjentem czy biorcą.

Dzisiaj rodzice usuwają pyłki spod nóg dzieci. Jak więc i gdzie chłopcy mają się nauczyć odpowiedzialności za siebie i innych?

Powtórzę: to ważne, żeby syn miał zadania, a nie tylko przyjemności. Obecnie duży nacisk kładziemy na werbalizowanie stanów psychicznych. To oczywiście może mieć znaczenie, ale młody chłopiec dużo więcej zyskuje, gdy nauczy się czegoś konkretnego, na przykład gotować, robić zakupy. Współcześni rodzice nie wdrażają umiejętności. A powinni na przykład zachęcić syna, żeby skręcił mebel z Ikei. Jak? „Tam jest instrukcja, ogarnij to, na pewno dasz radę”.

Gdy da radę, będzie miał dużą satysfakcję.

A jak będzie miał satysfakcję, to też przekonanie, że coś potrafi. Bo jak uczyć granic pewnych zachowań? Sama rzeczywistość tego uczy. Jeśli mamy złożyć mebel z Ikei, to nie możemy się na ten mebel złościć, rzucać nim, bo materia nas ukarze i nic nie osiągniemy. Musimy zdyscyplinować umysł i rozwiązać problem. Jeżeli skręcimy źle, to będziemy musieli robić to od nowa.

A jeśli chłopiec nigdy nie widział skręcającego meble ojca?

Ojciec może wybrnąć z tego tak: „Synu, wiesz co, ja się do tego nie nadaję, zostawiam to tobie”. Myślę, że niewielu facetów nie potrfia skręcić mebla z Ikei, bo to naprawdę proste. Jeżeli jednak ojciec ma 50 lat i jakąś wiedzę praktyczną, a jego dorastający syn jej nie ma, to znaczy, że ojciec coś zaniedbał. Być może został wypchnięty z roli ojca albo sam zdezerterował po rozwodzie. Nie mówię o zaawansowanych sprawach zawodowych, bo syn nie musi podążać drogą ojca, ale jakieś elementarne kompetencje ojciec powinien przekazać synowi.

W procesie budowania samokontroli, reakcji emocjonalnych, strukturyzowania rzeczywistości biegłość w umiejętnościach ma tak naprawdę większą wartość niż biegłość w werbalizacji. Oczywiście dobrze jest pogadać z synem, ale to, że mam do wykonania pewną czynność i muszę się dostosować do tego, jak warunkuje mnie materia, jest bardzo kształcące. A przy okazji wiele rzeczy wychodzi – czy potrafię się skupić, opanować emocje, planować.

A gdy w życiu chłopca nie było i nie ma ojca?

Matka powinna postarać się o obecność w jego życiu innego mężczyzny: dziadka, wujka, kolegi. To nie jest tak, że syn w tym wieku nie potrzebuje matki, tylko że ona daje pewne diagnozy rzeczywistości niekoniecznie dobre dla młodego mężczyzny.

Matka musi sobie uświadomić, że syn pretenduje do bycia mężczyzną i ona nie może tych aspiracji ośmieszyć ani uciąć.

Może natomiast podpowiedzieć synowi, jak postępować z dziewczynami?

Pod warunkiem, że powie o tym, co zadziałało w jej przypadku, a nie co sobie wyobraża na temat tego, jak być powinno. Synowi będzie łatwiej przyjąć to, co matka mówi, jeżeli widzi, że miała jakiś rodzaj sukcesu w tej materii – jakieś udane związki, satysfakcję z nich.

Czytaj także: Ojciec i syn. Synowie potrzebują przede wszystkim rozmowy

Mam taki postulat do rodziców, którym zależy, żeby ich nastoletni synowie wyrośli na fantastycznych mężczyzn: nie zostawiajcie ich samym sobie.

Tak, ale synowie muszą też wiedzieć, że oczekujemy od nich, że dorosną. Często się mówi o nastoletnim buncie jako naturalnej części biologii tego wieku. Tymczasem badania międzykulturowe tego nie potwierdzają. Potwierdzają natomiast co innego – że młodzi ludzie podejmują działania ryzykowne, kwestionują rodziców, ale nie kwestionują fundamentalnie, przedstawiają tylko swoją świeżą perspektywę.

W Melbourne przeprowadzono eksperyment polegający na tym, że wycofanych chłopców w nastoletnim wieku, z tak zwanymi problemami, zgrupowano w jednej klasie. Opiekowali się nimi odpowiednio do tego przygotowani nauczyciele mężczyźni – empatyczni, kompetentni w swoich dziedzinach. Poświęcano im dużo czasu, pozytywnie wzmacniano, stwarzano możliwości trenowania wybranych sportów. I co się okazało? Że wszyscy wyszli na ludzi: zdali maturę, rozwinęli się społecznie. Czyli tych chłopców przywrócono społeczeństwu!

Zmorą naszych czasów nie są agresywni chłopcy, tylko wycofani. Udręką rodziców nie są synowie kibole, ale synowie, którzy się zapadają w sobie, bierni, do niczego niedążący, z którymi nie ma możliwości nawiązania kontaktu. Rodzice są bezradni, pytają: „Co mam robić? Dorosły syn siedzi mi na głowie, nic nie robi, nie dokłada się do domowego budżetu”.

Myślę, że odzywa się tu brak ojca. Bo to zjawisko dotyczy młodych facetów, nie dotyczy dziewczyn. Ci chłopcy nie mają wzoru, a jeżeli nie mam wzoru, to mogę być kimkolwiek, nie mam powodu, żeby być facetem.

W przywołanym przez panią eksperymencie zatrudniono empatycznych nauczycieli mężczyzn, którzy pokazali, jak być mężczyzną. Bo jeżeli nie ma żadnej idei bycia mężczyzną, to nie ma żadnej idei życia. Nie można być po prostu osobą, każdy chce wiedzieć, kim jest, i tym kimś być.

Paweł Droździak, psycholog, pracuje z dorosłymi mającymi trudności w kontroli zachowań impulsywnych i będącymi w kryzysie życiowym. Współautor publikacji „Blisko, nie za blisko” i autor książki „Zdrada. (Nie)wierna towarzyszka związków”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE