1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ojciec i syn. Synowie potrzebują przede wszystkim rozmowy

Ojciec i syn. Synowie potrzebują przede wszystkim rozmowy

Dzielenie się sobą, tym, czego ojciec doświadczył, co 
przeżywał, ma dla syna kolosalne znaczenie. (Fot. iStock)
Dzielenie się sobą, tym, czego ojciec doświadczył, co przeżywał, ma dla syna kolosalne znaczenie. (Fot. iStock)
„Co ja mogę przekazać synowi? Życie jak życie. Nie ma o czym gadać!”. Właśnie o to chodzi, żeby ojcowie gadali o tym niczym! Na to właśnie synowie czekają – wyjaśnia Benedykt Peczko, psychoterapeuta.

Zaprzyjaźniony 50-latek zwierzał mi się ostatnio, że gdy patrzy na swojego niemal 30-letniego syna, który właśnie zostanie ojcem, to mu się robi słabo. „On powtarza wszystkie moje błędy!”.
Dlaczego ten mężczyzna nie powie o tym synowi?

Boi się reakcji. Nie chce chłopaka pouczać, strofować, naprowadzać na właściwą drogę. Nie był dla niego idealnym ojcem, więc syn może powiedzieć: „Przegrałeś swoje ojcostwo, więc co mi będziesz gadał!”.
Niech właśnie o tym gada! Że przegrał, że się nie wyrabiał…

„Wiesz, na kilka dni przed twoim urodzeniem pojechałem z kolegami w góry, żeby się powspinać…”
Tak, niech powie: „Uciekałem. Bałem się. Byłem przerażony, jak to będzie, gdy się urodzisz… Żaden ze starszych mężczyzn ze mną o tym nie rozmawiał. Mama w ciąży chodziła sama na badania, bo ja miałem treningi. Po skomplikowanym porodzie też była sama. Do tej pory nie może mi tego wybaczyć”. Wiele par na terapii boryka się z taką przeszłością. Kobiety mają żal, że mężczyzna nie był obecny w okresie ciąży i po porodzie. Mówią, że czuły się porzucone. Ojciec więc może powiedzieć synowi, czego żałuje, jakie błędy popełnił.

„W moim pokoleniu, gdy kobiety rodziły dzieci, mężczyźni balowali z kolegami do rana, a współcześni chłopcy nie wychodzą z Internetu” – mówi ten ojciec.
To jest mniej więcej to samo. Dla młodego mężczyzny sytuacja, gdy rodzi się dziecko, jest tak trudna, nowa, nieznana, że przestaje być obecny, wyjeżdża, zapuszcza grę komputerową. Kiedyś mężczyźni się upijali. Teraz nie muszą tego robić; wystarczy, że wejdą do Internetu, i już ich nie ma.

Załóżmy, że ojciec zaryzykuje taką rozmowę.
Dobrze, gdyby to on zaczął. Syn raczej nie odważy się zapytać, nie poprosi o radę czy pomoc. Relacje między synami a ojcami bywają napięte, a poza tym mężczyzna radzi sobie sam, nawet jeśli sobie nie radzi. Więc trudno mu przyznać, że czuje się zagubiony, że dziecko to dla niego życiowy próg, wielkie wyzwanie.

Co się dzieje w wewnętrznym świecie obu mężczyzn, gdy dochodzi do takiej rozmowy?
Dzielenie się sobą, tym, czego ojciec doświadczył, co przeżywał, ma dla syna kolosalne znaczenie. Doceni z pewnością odwagę ojca, który mówi prawdziwie, z serca, nie boi się, że ucierpi jego wizerunek ojca i mężczyzny. „Ciężko było mi wejść w rolę ojca, wolałem, żeby matka się tobą zajmowała, brakowało mi cierpliwości”; „Gdy się urodziłeś, trudno było mi od razu się ucieszyć, kobiety przeżywają macierzyństwo inaczej”. Ojciec, który przyznaje, że kiepsko sobie radził, zawiódł, popełniał błędy, często wybuchał, był rozdrażniony, nieobecny, tym samym pokazuje swoją siłę, ponieważ przyznanie się do słabości jest oznaką siły. Oczywiście, niedobrze, gdyby ojciec na tym poprzestał. Wiele się nauczył, szczególnie na temat kobiet, niech o tym opowie.

Na przykład?
To się często w terapii zdarza. Mężczyzna mówi, że gdyby mógł cofnąć czas, postąpiłby inaczej. Że gdyby miał świadomość, jak bardzo kobiety potrzebują w tym czasie obecności, opieki i miłości, nigdzie by nie wyjeżdżał. Ten przekaz dla syna mógłby brzmieć tak: „Nawet jeśli dziecko będzie cię nudzić czy drażnić, pamiętaj, że od tego, czy będziesz obecny, zależy przyszłość waszej rodziny”. Lepiej to wiedzieć zawczasu niż później przez lata borykać się ze skutkami zaniedbań. Rana porzucenia ciężko się zabliźnia.

To ma być przede wszystkim rozmowa o kobiecie?
Tak, o więzi, jak ją budować, wzmacniać. To jest najważniejsze. Kobiety skarżą się, że są przemęczone, wyczerpane. W jaki sposób mężczyzna mógłby odciążyć partnerkę w opiece nad dzieckiem? Na przykład zorganizować pomoc, aby mogła odpocząć, wyspać się, pójść na spacer, spotkać się z przyjaciółkami.

A relacja z dzieckiem?
Jeśli mężczyzna będzie obecny, miłość do dziecka się pojawi. Ojciec może powiedzieć do syna: „Nie martw się zawczasu. Ojcostwo mamy w genach, to są naturalne reakcje i zachowania. Ręce same wyciągają się do dziecka”. Instynktownie wiemy, co robić, jak się troszczyć, jak wzmacniać więź, która przecież i tak istnieje.

Ojciec może mieć wątpliwości co do swoich kompetencji w temacie ojcostwa także z tego powodu, że młodzi ludzie mają teraz dostęp do mądrych książek, Internetu, do wszystkich możliwych specjalistów.
Tak, to częste obawy. Nie doceniamy przekazu międzypokoleniowego. Ten przekaz jest nieoceniony, ponieważ jest żywy. W bezpośrednim kontakcie płynie energia i to ona nas zmienia i rozwija. Książka mnie nie widzi, coś wyjaśnia, opisuje, jednak w sposób mocno uogólniony. Ojciec jest obok, patrzy, słucha, rozumie, zależy mu, nie jestem sam. Gdyby młody mężczyzna przyznał się przed sobą, że potrzebuje kontaktu, że ma prawo sięgać po wsparcie ojca, gdyby nie upierał się, że przecież musi poradzić sobie sam, to wiele by zmieniło. Taka otwartość zawsze skutkuje dobrymi rozwiązaniami i uzdrowieniem rodzinnych zaszłości.

Pod warunkiem że ojciec nie chce rozwiązywać problemów syna.
Tak, musi na to uważać; wystrzegać się pouczania, nacisków, słownej i emocjonalnej przemocy. Dojrzali i świadomi ojcowie to potrafią. Wiedzą również, że taka rozmowa jest ważna także dlatego, że traktuje o relacji między ojcem a synem. Przełamuje lody. Otwiera na inne rozmowy – na przykład o dzieciństwie ojca. Synowie mają wtedy szansę na nowo poznać swoich ojców. I zrozumieć siebie.

W jaki sposób?
Syn zaczyna rozumieć, co wydarzyło się w jego dzieciństwie. Jako dzieci nadajemy sens różnym zdarzeniom, na przykład nieobecności ojca. Zapisuje się przekonanie, że skoro ojca nie było, to znaczy, że ja nie jestem ważny. To jest głęboko nieświadomy proces. Kiedy dowiadujemy się, że ojca nie było, ponieważ czuł się zagubiony i przerażony, nie wiedział, co robić, nie miał świadomości, wiedzy ani wsparcia ze strony swojego ojca, wtedy czujemy smutek, ale i ulgę. „A więc jego zachowanie nie było wymierzone przeciwko mnie”. Ta ulga sprawia, że zaczynamy doceniać to, co dostaliśmy, przypominamy sobie, że brał na spacery, czytał do snu, uczył jeździć na rowerze.

Co się dzieje, gdy ojciec jest obojętny wobec syna, który ma zostać tatą?
Ojciec ucieka od tego tematu, tak jak uciekał, gdy był młody. To znaczy, że nie zintegrował tamtego doświadczenia. Syn czuje się samotny, zirytowany, nawet wściekły. Myśli o ojcu: „Zawsze taki był, nic się nie zmienił, cały tatuś!”. Paradoksalnie to może bardzo syna motywować: „Nie będę taki jak ty, ja o swoje dziecko zadbam!”.

To się udaje?
Może się udać. Młodzi mężczyźni wyciągają wnioski z doświadczeń z ojcami i zaczynają żyć inaczej. Są dobrymi ojcami, co nie znaczy, że nie popełniają błędów. Uczą się ojcostwa, czytają, szukają mentorów. A jeśli szukają, to znajdują. A więc to, czego nauczyli się na zasadzie przeciwieństwa, może być wartością.

Znam ojca, który dużo rozmawia ze swoim synem. Temu synowi właśnie rodzi się trzecia córka, więc jest spanikowany, przemęczony. A ojciec go uspokaja: „To normalne, że się denerwujesz, takie jest życie, dasz radę”. Totalna akceptacja wszystkiego.
Może być tak, że tracimy mnóstwo energii na walkę z tym, co jest. A także z samymi sobą, bo przecież coś powinienem zrobić, tylko co. Pojawia się wewnętrzne rozdarcie, konflikt: to nie tak powinno być. A czasami trzeba po prostu zaakceptować to, co jest, przestać się szarpać. Starsi taką wiedzę, zgodę, akceptację mają w swoich sieciach neuronalnych. Wiele przeszli, doświadczyli, znają życie; warto ich słuchać.

Są też ojcowie, którzy mówią: „Co ja mogę przekazać synowi? Życie jak życie. Nie ma o czym gadać!”.
Właśnie o to chodzi, żeby gadali o tym niczym! Na to właśnie synowie czekają! Nie na dywagacje o pracy, polityce, pieniądzach, samochodach i kosiarkach; to już synowie znają do znudzenia. Niech ojcowie powspominają swoje zwyczajne, codzienne życie – jak to było, gdy syn się urodził, jakieś zdarzenia, anegdoty. Niech opowiedzą o swoim dorastaniu, o tym, co wiedzą o swoich ojcach. To nieprawda, że nie mają nic do przekazania. Mają wiele i synowie bardzo potrzebują tych opowieści. Potrzebują zwyczajnych rozmów, kontaktu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Spotkania

Maria Czubaszek i Wojciech Karolak – kompletnie niepospolita miłość

Dla Marii Wojciech Karolak był „Zającem”, sama więc została „Zajęczycą”. (Fot. Krzysztof Kuczyk/Forum)
Dla Marii Wojciech Karolak był „Zającem”, sama więc została „Zajęczycą”. (Fot. Krzysztof Kuczyk/Forum)
Gdy 23 czerwca zmarł Wojciech Karolak, wybitny muzyk jazzowy, kompozytor i wirtuoz organów Hommonda, obok smutku, tęsknoty i wspomnień, pojawiła się mała iskierka radości. Dołączył bowiem do Marii Czubaszek, bez której przecież nie umiał żyć.

Poznali się na imieninowej prywatce u wspólnych znajomych. Ona – w trakcie rozwodu, on – żonaty. Przyznała, że zrobił na niej piorunujące wrażenie – pukle włosów do ramion, dżinsowy garnitur, cholernie przystojny. Słyszała o nim już dużo wcześniej – Andrzej Jarecki, jej kolega z radia, opowiadał, że ma wybitnie uzdolnionego muzycznie kolegę. Jednak wtedy, podczas ich pierwszej rozmowy w oknie warszawskiego mieszkania, nie wiedziała, że rozmawia właśnie z nim – Wojciechem Karolakiem. „[…] ja bardzo lubię utalentowanych ludzi. I rzeczywiście, kiedy już się poznaliśmy z Karolakiem, to fajnie się rozmawiało. Ale żebym przeżyła jakiś szał uniesień; co to, to nie. Zresztą, zachwycić to ja się mogę, na przykład, kiedy zobaczę jakiegoś małego szczeniaka. No, wtedy po prostu dostaję bzika. Człowiek jeszcze nigdy nie wywołał u mnie takich reakcji. Nawet Karolak” - pisała w książce „Nienachalna z urody” (Wyd. Prószyński i S-ka).

Z kolei jego pierwszym wrażeniem o Marii Czubaszek był zachwyt jej… nogami. A do tego niezwykłym intelektem i poczuciem humoru. Po latach Karolak wspominał, że od razu przekonał się, że „to kompletnie niepospolita dziewczyna”. Niedługo po ich poznaniu on wyjechał do Szwajcarii, ich kontakt się urwał. Jednak po powrocie do kraju szybko się do niej odezwał, umówili się na spotkanie, które skończyło się kłótnią.

„Nie wychowujemy się nawzajem, nie wchodzimy sobie na głowę”

Wzięli ślub w 1976 roku. Początki w małżeństwie nie były łatwe. Oboje mieli wybuchowe charaktery, często się kłócili, a Maria dodatkowo była o niego nadzwyczaj zazdrosna. Podczas jednej z awantur ze złością kopnęła Karolaka i złamała mu dwa żebra. On twierdził, że czuł się wtedy wzruszony, bo zrobiła to z zazdrości o niego. Dla Marii Wojciech Karolak był „Zającem”, sama więc została „Zajęczycą”. Po imieniu wołała go tylko wtedy, gdy była na niego zła.

Po ślubie stali się niemal nierozłączni i zdali sobie sprawę z tego, że nie wyobrażają sobie życia z kimś innym. Oprócz ogromnej miłości łączyło ich przede wszystkim poczucie humoru i dystans do siebie i do świata. „Nas połączyło bardzo dużo wspólnych upodobań. Miłość do zwierząt. […] Cały światopogląd, stosunek do życia. To, że nigdy nie musieliśmy uzgadniać, kto jest w czym najważniejszy i jak to w ogóle będzie” – mówił Wojciech Karolak w rozmowie z Krystyną Pytlakowską w książce „Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz, że ja cię kocham” (Wyd. Prószyński i S-ka). Oboje nie lubili podróżować, nie jeździli więc na wakacje, najchętniej w ogóle nie wyjeżdżaliby z domu. Byli również zgodni w kwestii dzieci – nie chcieli ich mieć i uzgodnili to już na początku związku.

„Marysia miała duży seksapil – kiedy wchodziła do pokoju, erotyzm otaczał ją jak niewidzialny welon. I to na mnie od razu działało. Bo to była ona”. Seks nigdy jednak nie stanowił dla niego pierwszorzędnej sprawy. I w tym także się zgadzali, bo Maria Czubaszek wielokrotnie przyznawała, że seks jest według niej przereklamowany – dużo bardziej pociąga ją rozmowa. „Kiedy mnie pytają, jak to się stało, że jesteśmy już tak długo z Karolakiem, to wyjaśniam, że między innymi dlatego, że nie wychowujemy się nawzajem, nie wchodzimy sobie na głowę. Po prostu staramy się zostawiać sobie maksymalnie dużo przestrzeni. Nie chodzę na jego koncerty, on nie czyta moich tekstów. Dzięki temu nie zawracamy sobie głowy, nie zamęczamy się wzajemnie. No i nie śpimy razem” – mówiła.

„Nigdy więcej, bo stracę moją Marysię”

Gdy się poznali, Wojciech był w okresie abstynencji. W czasach, gdy w artystycznym środowisku każdą, poważną bądź nie, rozmowę przeprowadzało się przy wódce, niepijący mężczyzna był ewenementem. Marię to niepokoiło, bo sama lubiła pogawędki przy alkoholu, jednak on od początku uczciwie mówił, że nie pije, bo jest alkoholikiem.

Niedługo po ich ślubie Karolak wrócił do swoich zwyczajów. Jego nałóg nasilał się, wraz z nim w ich związku pojawiały się coraz poważniejsze kryzysy. W jednym z wywiadów Maria stwierdziła, że picie Wojciecha było jednym z najgorszych okresów jej życia. Ciągłe kłótnie, pretensje, kolejne odwyki. I choć nigdy nie błagała go o to, by przestał pić, dopiero groźba rozwodu przyniosła pożądany skutek. „Decyzję podjąłem w ciągu kilku sekund. Miałem ze sobą wódkę, która dla mnie była artykułem pierwszej potrzeby − można nie mieć chleba, ale jeśli się pije wódkę, trzeba ją mieć. Nie wylałem jej do zlewu, tak jak to się pokazuje w filmach, tylko dopiłem to, co było w butelce, i postanowiłem, że to jest koniec picia. Nie wstanę z łóżka, dopóki zupełnie nie wytrzeźwieję. Męczyłem się przez dziesięć dni i wstałem już trzeźwy. Przyrzekłem sobie wtedy, że już nigdy więcej, bo stracę moją Marysię. I będę za to w całości odpowiedzialny” – mówił Wojciech Karolak w książce „Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz, że ja cię kocham”.

„Między nimi nic nie było na pokaz”

Byli świadomi swoich talentów, choć nigdy się z tym nie obnosili. „Wielokrotnie dawałem jej do zrozumienia, że pisze genialne teksty, zwłaszcza te dla radia. Wiedziałem też, że jest przeświadczona o moim geniuszu muzycznym. Bardzo mnie to cieszyło” – mówił Karolak. Jednocześnie nigdy nie informowali się nawzajem o tym, nad czym aktualnie pracują. Dawali sobie przestrzeń, bo oboje bardzo jej potrzebowali. I być może właśnie to najbardziej umacniało ich miłość.

Nieczęsto mówili sobie, że się kochają, choć w jednym z wywiadów Karolak przyznał, że pod koniec życia Maria potrafiła stanąć w drzwiach do jego pokoju, patrzeć na niego, jak siedzi przed komputerem i zapytać: „Czy ty wiesz, że ja cię kocham?”. On nie wiedział wówczas, co powinien odpowiedzieć, „ja ciebie też” wydawało mu się banalne, bo przecież całe ich życie świadczyło o tym, że się kochają. Świadczyły o tym również drobne, codzienne gesty. Na przykład takie, że gdy Maria wyjeżdżała, zostawiała Wojciechowi jedzenie w paczuszkach w lodówce, z dokładnymi wskazówkami, jak powinien je przyrządzić. – Było w tym dużo czułości, ale nie takiej na pokaz. Między nimi nic nie było na pokaz. Nie było czegoś takiego, że ona przyjdzie i pogłaszcze Wojtka po głowie, i pocałuje go w czółko, żeby mu pokazać, jak ona bardzo go kocha. Miała opory przed fizycznym kontaktem – mówił Artur Andrus, wieloletni przyjaciel Marii.

„Strasznie mi jej brakuje”

„Kto się zajmie Karolakiem?” – pytała z troską, gdy wiedziała, że jej organizm jest już bardzo słaby. Maria Czubaszek odeszła 12 maja 2016 roku. „Z jednej strony dziękuję opatrzności, że była łaskawa, bo obdarzyła mnie kimś tak wspaniałym, jak Marysia, ale z drugiej strony czuję, że żal za tym pięknem, które się skończyło, bywa silniejszy niż przyjemność wspominania. Wiem, że tak nie powinno być, że w ten sposób marnuję coś cennego, ale przychodzą chwile, kiedy nie potrafię sobie z tym dać rady. Po prostu strasznie mi jej brakuje” – mówił Wojciech Karolak.

Przyznał też, że po jej śmierci najbardziej brakuje mu ich rozmów. „Zauważyłem, że bez Marysi głupieję. Przede wszystkim dlatego, że nie mam z kim rozmawiać, bo skończyły się w tym domu rozmowy o niczym, które były najpiękniejsze. W ogóle skończyły się rozmowy” – mówił w wywiadzie dla magazynu „VIVA!”. On zmarł 5 lat później. Od tego dnia ich rozmowy mogą trwać bez końca.

Korzystałam z książek: Maria Czubaszek „Nienachalna z urody” (Wyd. Prószyński i S-ka), Krystyna Pytlakowska „Małżeństwo doskonałe. Czy Ty wiesz, że ja Cię kocham” (Wyd. Prószyński i S-ka), Violetta Ozminkowski „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć” (Wyd. Prószyński i S-ka).

  1. Styl Życia

Wychować syna na feministę

Świat naszych synów jest wciąż pełen stereotypów, a do „prawdziwej męskości” prowadzi jedna, sztywno wytyczona droga. Chłopcy wciąż słyszą, żeby "nie płakać", że „nie wolno zachowywać się jak baba”, a „kolor różowy nie jest męski”. Odbiera się im prawo do bycia sobą. Aurélia Blanc w książce „Jak wychowa syna na feministę” daje podpowiedź, jak wychować chłopca, który: wie, że kobiety i mężczyźni są równi, potrafi zadbać o siebie, nie krzywdząc innych, potrafi kochać i nie boi się okazywać uczuć.

Fragment książki „Jak wychowa syna na feministę” Aurelii Blanc, tłum. Adriana Celińska, wyd. Znak Koncept. Wybór i skróty pochodzą od redakcji.

Był piękny letni wieczór. Spotkaliśmy się w gronie najbliższych przyjaciół. Było ciepło, sączyliśmy piwo i prowadziliśmy ożywione dyskusje. W tamtym czasie (nie tak znów odległym) nikt z nas jeszcze nie miał dzieci. To jednak one, choć wciąż nienarodzone, zdominowały naszą rozmowę. Jeden z naszych znajomych mimochodem rozpętał prawdziwą awanturę, gdy na dzień dobry wyraził zgorszenie widokiem nastolatek spacerujących w krótkich spodenkach: „Szczerze? Wyglądają jak dziwki. Jeśli kiedykolwiek będę miał córkę, nie ma takiej możliwości, żebym pozwolił jej wyjść z domu w takim stroju!”. W jednej chwili przyjemna nasiadówka przerodziła się w zażartą kłótnię.

Większości moich kolegów (i koleżanek) uznało, że naszą rolą jako przyszłych rodziców jest ochrona córek. A dokładnie ich cnoty. Choć te, o które tak się martwiliśmy, jeszcze się nie narodziły. „Wyobraź sobie, że twoja córka zachodzi w ciążę w wieku piętnastu lat!” „Co zrobisz, gdy odkryjesz, że zamieściła swoje nagie zdjęcia w sieci?” „Z córką nigdy nie zaznam spokoju. Czy widzieliście, jak się teraz ubierają dziewczyny?! Nic dziwnego, że pakują się w kłopoty!” To mi uświadomiło, że tym razem nie chodzi wyłącznie o niestety dość powszechny slut-shaming przebijający z ich słów. Uświadomiłam sobie wtedy – i cały czas to sobie uświadamiam – że w podobnych dyskusjach chłopcy należą do wielkich nieobecnych! Zawsze (lub prawie) tak jest, gdy wypływa ten temat.

Spróbuj i się przekonaj na własnej skórze: rozpocznij rozmowę o życiu seksualnym nastolatków i zobaczysz, że wszyscy natychmiast zaczną mówić o… dziewczynach, dziewczynach i jeszcze raz dziewczynach. O niebezpieczeństwach, które na nie czyhają, przedwczesnych ciążach, molestowaniu, agresji seksualnej, prostytuowaniu się nieletnich (bo tak, w temacie dziewczyn i seksu, najczęściej dominuje pryzmat zagrożeń). A chłopcy? Puf, zniknęli. Nie ma ich. Co zmusza do zadania sobie następujących pytań: czy dziewczyny uprawiają seks same ze sobą (czy między sobą)? Zachodzą w ciążę za sprawą Ducha Świętego? Są gwałcone przez… ba! No właśnie, kto je gwałci?

Martwimy się, że pewnego dnia nasze córki zostaną napadnięte, choć nawet przez myśl nam nie przejdzie, że to nasi synowie mogą być agresorami. Boimy się, że zostaną zwyzywane od „dziwek”, nie zastanawiając się nawet, czy to czasem nie nasi chłopcy je znieważą. Za wszelką cenę chcemy je uchronić przed nastoletnią ciążą, ale niezbyt nas niepokoi, że nasi synowie mogą zostać nastoletnimi ojcami (przy okazji zauważmy, że to wyrażenie, w odróżnieniu od budzących grozę „nastoletnich matek”, nie trafia do nagłówków gazet). W kwestii zarówno seksu, jak i życia uczuciowego wciąż całą odpowiedzialnością obarczamy dziewczyny. Nigdy nie kwestionujemy sposobu, w jaki wychowujemy chłopców. I jest to powód do wstydu.

Przemoc na tle seksualnym ma swoją płeć

Każdego roku kolejne instytucje prowadzą badania, które potwierdzają: w miażdżącej większości aktów przemocy na tle seksualnym ofiarami są kobiety, sprawcami zaś – mężczyźni. Weźmy na przykład raport francuskiego Krajowego Instytutu Badań Demograficznych (INED) opublikowany w 2016 roku: we Francji przemocy seksualnej doświadcza rocznie ponad pół miliona kobiet (580 000) i niecałe dwieście tysięcy (197 000) mężczyzn (statystyki nie uwzględniają przypadków molestowania ani ofiar ekshibicjonizmu). Co roku średnio zgłasza się dziewięćdziesiąt trzy tysiące przypadków gwałtów lub usiłowania gwałtu na osobach dorosłych, w których ofiarami są w 96% kobiety. W dziewięciu na dziesięć przypadków napastnikami są mężczyźni.

Tak się przedstawia sytuacja nie tylko w przypadku gwałtów, lecz także innych napaści na tle seksualnym (obmacywanie, ekshibicjonizm, molestowanie itd.): w 2017 roku na dwadzieścia dwa tysiące trzystu skazanych za przestępstwa seksualne 98% stanowili mężczyźni.

Niedawny raport Wysokiej Rady ds. Równości Kobiet i Mężczyzn ujawnił, że 100% kobiet przynajmniej raz w życiu padło ofiarą molestowania i/lub przemocy seksualnej w środkach transportu publicznego. Gwizdy, sprośne uwagi, natarczywie lubieżne spojrzenia, obelgi, obmacywanie pośladków… W 2016 roku szeroko zakrojona międzynarodowa ankieta pokazała, że we Francji 65% kobiet pierwszy raz doświadczyło „ulicznego nękania” przed ukończeniem piętnastu lat, a 82% między jedenastym a siedemnastym rokiem życia. Powszechne zjawisko – kobiety nie zaprzeczą! – w którym znów stroną czynną są prawie wyłącznie… mężczyźni.

Przemoc seksualna nie jest ani przypadkiem, ani zrządzeniem losu

Jakie z tego płyną wnioski? Trzeba nauczyć dziewczyny przynajmniej tego, jak się bronić. Przede wszystkim uwrażliwiać je, żeby uważały na postawę, zachowanie, ubrania, miejsca spotkań… Słowem, powinny wziąć własną wolność w nawias.

Od najmłodszych lat dziewczynki wiedzą, że ryzyko gwałtu jest jak najbardziej realne: wcześnie dowiadują się, że ich ścieżki życiowe mogą skrzyżować się na parkingu z drogą niebezpiecznego typa. Żeby uniknąć pożarcia w całości przez bestię, powinny zostać w domu, gdzie jest bezpiecznie.

Tyle że gwoli ścisłości do większości gwałtów dochodzi w domu (ofiary lub napastnika). W 74% przypadków sprawca należy do rodziny ofiary – często jest jej (byłym) partnerem. Nagle uświadamiamy sobie, że zamykanie dziewczyn w domach jest złe, bo przed niczym ich nie chroni. Jeśli naprawdę chcemy zapobiegać gwałtom, lepiej powiedzieć córkom, że w ich najbliższym otoczeniu czai się największe niebezpieczeństwo. Że ofiary nigdy nie ponoszą winy za przemoc, której doświadczyły. A przede wszystkim nauczmy chłopców, żeby powstrzymali się od aktów agresji. Gwałt nie jest bowiem domeną chorych, niezrównoważonych facetów: popełnia go Pan Każdy, który pochodzi z każdego środowiska społecznego, bez wyjątku. Wbrew powszechnemu mniemaniu, sprawcy agresji seksualnej rzadko są chorzy psychicznie. W 2009 roku badanie przeprowadzone w jedenastu europejskich krajach wykazało, że mniej niż 7% oskarżonych o gwałt cierpiało na zaburzenia natury psychiatrycznej. Zresztą gwałt nie jest pochodną frustracji, jak się powszechnie uważa.

W badaniu przeprowadzonym w 1990 roku na stu czternastu mężczyznach skazanych za gwałt, 89% przyznało, że przed aresztowaniem regularnie uprawiało seks przynajmniej dwa razy na tydzień. Wiele eksperymentów, jak na przykład ten przeprowadzony w 2004 roku przez czterech amerykańskich naukowców, wykazało, że za skłonnością do gwałtu kryje się żądza dominacji, a nie przyjemność seksualna. Innymi słowy, sprawcy nie gwałcą, dlatego że mają potrzebę lub ochotę na seks, popycha ich żądza dominacji. „Inne badania udowodniły, że mężczyzn przejawiających skłonności do przestępstw na tle seksualnym lub tych, którzy je popełnili, pociąga władza i automatycznie utożsamiają ją z seksem” – podkreśliła Noémie Renard w swoim eseju En finir avec la culture du viol [Skończmy z kulturą gwałtu]. Trzeba przypominać, że to nie ofiary, a już na pewno nie ich zachowanie, prowokują gwałciciela. Żeby obalić ten utarty mit Centrum Edukacji i Zapobiegania Przemocy Seksualnej przy amerykańskim Uniwersytecie Kansas, zorganizowało w 2017 roku wystawę zatytułowaną: Jak byłaś ubrana? Wystawiono na niej ubrania, jakie miało na sobie osiemnaście kobiet w chwili, gdy zostały zgwałcone: szorty, sukienka, koszulka polo… czyli zupełnie zwyczajne ciuchy. W 2007 roku amerykańska badaczka Theresa Beiner przeanalizowała korelację między seksownym strojem a molestowaniem. W rezultacie udowodniła, że nie ma między nimi żadnego związku, że kobiety nie były molestowane ze względu na to, jak były ubrane. Tym, którzy wciąż mają wątpliwości, przypominam, że gdyby to kobiecy strój popychał sprawców do łamania prawa, plaże stałyby się scenami masowych gwałtów, a kraje, w których kobiety są zmuszane do zakrywania całego ciała, nie odnotowywałyby żadnych aktów przemocy seksualnej. Tak jednak nie jest.

Rozmawiajmy o przemocy seksualnej z naszymi synami

Choć nie zapominamy przestrzegać córek przed przemocą na tle seksualnym, której mogą paść ofiarą, nigdy (albo bardzo rzadko) nie podejmujemy tego tematu w rozmowach z synami. Jakby ich to zupełnie nie dotyczyło. Ale przecież ten problem dotyczy przede wszystkich ich.

Po pierwsze – o czym była mowa wcześniej – dlatego, że sprawcami przemocy seksualnej w przeważającej większości są mężczyźni. Oczywiście nie wszyscy mężczyźni są gwałcicielami (na szczęście!). Nie wiadomo jednak, którzy mogą – lub mogliby – dopuścić się złamania prawa. We Francji nikt nigdy nie przyjrzał się temu z bliska. W swoim eseju Noémie Renard przypomina jednak, że istnieją potwierdzone dane, wyniki badań przeprowadzanych za granicą, głównie w Stanach

Zjednoczonych. Z nich dowiadujemy się, że od 5% do 13% mężczyzn użyło siły lub wykorzystało stan upojenia alkoholowego lub narkotycznego, żeby wykorzystać swoją ofiarę – albo usiłowało wykorzystać. Równie licznej grupie (do 27%) zdarzyło się wywierać presję, aby przymusić partnerkę do seksu: szantaż, groźby zerwania itd. Zakłada się, że od 10% do 20% mężczyzn obmacywało kobietę bez jej zgody. „Ogólnie rzecz ujmując, z badań wynika, że 25–43% mężczyzn przyznaje, że przynajmniej raz w życiu uciekło się do agresji seksualnej lub ­stosunku pod przymusem” – podsumowuje Noémie Renard.

Jeśli nie chcemy, żeby nasi synowie zasilili szeregi agresorów seksualnych, musimy ich wyczulić na powyższe kwestie, mimo że nie napawa nas to entuzjazmem. „Trudno tłumaczyć córce, »jak nie dać się zgwałcić«, bo nie chcemy jej sobie wyobrażać w roli ofiary. Perspektywa wyjaśniania synowi, jak „nie gwałcić”, jest jeszcze boleśniejsza, bo nie chcemy w nim widzieć napastnika” – zauważyła niedawno Carina Kolodny w liście otwartym do „rodziców nastolatków” opublikowanym na łamach „Huffington Post” i zatytułowanym: La conversation que vous devez avoir avec votre fils à propos du viol [Rozmowa o gwałcie, jaką musisz przeprowadzić z synem]. Rozmawiajmy z chłopcami o przemocy seksualnej. Jest to tym bardziej konieczne, że sami także mogą paść jej ofiarą. W 2016 roku szeroko zakrojona ankieta Contexte de la sexualité en France (CSF) pokazała, że 15,9% kobiet przyznaje, że doświadczyła próby wymuszenia albo wymuszonego stosunku seksualnego; było tak również w przypadku 4,5% mężczyzn. W styczniu 2018 roku raport francuskiego Narodowego Obserwatorium ds. Ochrony Dzieci ujawnił, że wśród nieletnich 22% skarg na przemoc seksualną wnieśli chłopcy. W 2016 roku złożyli 19% doniesień o gwałcie i 23% o molestowaniu i agresji seksualnej. Jest to jedynie czubek góry lodowej, bo instytucja przypomina, że „zgłaszanych jest mniej niż 10% aktów przemocy seksualnej”. Nie pozwólmy naszym synom samotnie mierzyć się z problemem przemocy seksualnej, która ich dotyka: w roli sprawców, lecz również ofiar.

Uszanowanie zgody – tego się uczy

Co odróżnia zabawę od agresji? Podryw od molestowania? Gwałt od stosunku? Odpowiedź jest oczywista: zgoda partnera. Ostatnio często się na ten temat dyskutuje, choć zasada jest prosta: nie znaczy nie. Moje ciało należy do mnie, podobnie jak moja seksualność, i nikt nie ma prawa mnie dotykać bez mojej zgody. W definicji wszystko wydaje się jasne. Niestety rzeczywistość jest zgoła odmienna. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że kobiety masowo padają ofiarami agresji seksualnej?

„Statystyki gwałtów lub usiłowania gwałtu są przerażające, a w liczbach kryją się faceci, którzy nawet nie są świadomi, że dopuścili się gwałtu” – uważa artysta D’de Kabal. Od 2016 roku kwestia zgody stała się centralnym zagadnieniem jego Laboratorium dekonstrukcji męskości. W trakcie warsztatów D’ de Kabal trafia w sedno: „Wymagamy od mężczyzn, żeby pytali kobiety o zgodę, a przecież nawet nie potrafią sami siebie o nią zapytać. Jeśli chcemy rozwiązać problem przemocy, według mnie trzeba zacząć właśnie od tego”.

W społeczeństwie, które uważa, że mężczyźni myślą tylko o seksie, zostało powszechnie przyjęte – zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety – że zgoda mężczyzn jest oczywista. Co wyjaśnia, dlaczego tylu mężczyzn nigdy nie zadało sobie trudu, aby zakwestionować własne pożądanie („Czy naprawdę mam na to ochotę? W ten właśnie sposób?”). Tłumaczy to także, dlaczego mężczyzna, na którym kobieta wymusi stosunek, nigdy nie użyje słowa „gwałt”… choć przecież to jest gwałt.

Innymi słowy, jeśli chcemy walczyć z przemocą seksualną, uczenie, czym jest zgoda, to absolutna podstawa – zarówno w przypadku dziewczynek, jak i chłopców.

Zacznijmy rozmawiać z nimi o zgodzie jak najwcześniej, nie czekajmy, aż wejdą w okres dojrzewania. „Czym jest intymność? Kto ma prawo cię dotykać? Takie pytania dziecko powinno sobie stawiać już od przedszkola” – radzi edukator seksualny Alexandre Chevalier. W tym celu posługujmy się językiem i przykładami odpowiednimi dla ich wieku. Rozumienie „zgody” jako pozwolenia w sensie prawnym może nie być oczywiste, zwłaszcza w wypadku bardzo małych dzieci. Dlatego właśnie Alexandre Chevalier proponuje, żeby sięgać po konkretne przykłady codziennych sytuacji, niekoniecznie związanych z seksem. „Można na przykład powiedzieć: »Gdy będziesz spał, twoja młodsza siostra obetnie ci włosy. Podoba ci się to? Zgadzasz się?«. Można także poruszyć kwestię wymuszenia: »Wyobraź sobie, że chodzisz do szkoły, ale nie masz żadnych przyjaciół w klasie. Pewnego dnia jeden z kolegów namawia cię, żebyś coś ukradł ze sklepu, i obiecuje, że wtedy będzie twoim kumplem. Co zrobisz? Może przystaniesz na jego propozycję, ale czy działając pod presją, twoja zgoda będzie autentyczna?«” – podpowiada Alexandre Chevalier. Powyższe przykłady z życia codziennego nie tylko mają tę zaletę, że są zrozumiałe dla dzieci, lecz pokazują także, że konieczność wyrażenia zgody dotyczy różnych sfer życia, nie tylko seksualności. Nie zmuszajmy dzieci do całowania (lub bycia całowanym) wbrew ich woli. W Wielkiej Brytanii ten komunikat próbuje przekazać Lucy Emmerson, szefowa stowarzyszenia Sex Education Forum [Forum edukacji seksualnej]. W 2014 roku temat wzbudził liczne kontrowersje po drugiej stronie kanału La Manche, wielu rodziców uznało jej zalecenia za zbyt ekstremalne. Jednak, co wyjaśnia Lucy Emmerson podczas licznych publicznych wystąpień, zmuszając dzieci do kontaktów fizycznych, mówimy im nie wprost, że ich ciało do nich nie należy i że dorośli mogą z nimi zrobić cokolwiek tylko zechcą, nawet jeśli dziecko nie wyrazi zgody. Jeśli nasz syn lub córka nie chce pocałować dziadków na dzień dobry, nie ma najmniejszych powodów do paniki: możemy wymuszone „buziaki” zastąpić przesyłaniem całusa dłonią w powietrzu lub „papatkami”. Mamy prawo odmówić kontaktu fizycznego, co wcale nie oznacza, że musimy przy okazji wyjść na gburów!

Zgoda: w pięciu krokach

1. Jest dobrowolna: ustępowanie (pod wpływem szantażu) nie jest zgodą.

2. Jest wyrażana w sposób jasny: milczenie nie oznacza zgody. W razie wątpliwości lepiej zapytać i się upewnić.

3. Udziela jej osoba, która jest w stanie ją wyrazić: innymi słowy, jeśli ktoś śpi, jest pijany, nieprzytomny lub nie może się wypowiedzieć (z powodu na przykład wypadku lub niepełnosprawności), nie może wyrazić zgody.

4. Jest konkretna: zgody udziela się konkretnej osobie i dotyczy ona konkretnego czynu, a także konkretnej chwili. Fakt, że raz się zgodziliśmy, nie oznacza, że jutro będzie tak samo.

5. Może zostać unieważniona: mamy prawo anulować naszą zgodę lub wycofać się na każdym etapie stosunku płciowego.

Zmieńmy wyobrażenia związane z gwałtem

Najpierw dowiedzmy się, czym jest „kultura gwałtu”… żeby ją skuteczniej zwalczać. Kultura gwałtu – termin utworzony w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych – obejmuje całokształt „postaw i przekonań – najczęściej błędnych, lecz szeroko rozpowszechnionych i trwale wpisanych w struktury społeczne – służących negowaniu i legitymizowaniu męskiej agresji seksualnej wobec kobiet”. Jesteśmy jej częścią, na przykład, gdy insynuujemy, że ofiary przemocy seksualnej to najczęściej kłamczuchy niesłusznie oskarżające napastników (choć w rzeczywistości fałszywe zarzuty stanowią zaledwie od 2% do 10% wszystkich doniesień14; identyczna proporcja obowiązuje też w przypadku innych przestępstw). A także, kiedy bezrefleksyjnie zgadzamy się z twierdzeniem, jakoby Iksińska została zgwałcona, bo przecież sama się o to prosiła (i do wyboru: bo ubrała się zbyt seksownie, bo piła alkohol, bo umawiała się z chłopakiem). Również wtedy, gdy uważamy, że kiedy kobieta mówi „nie”, to naprawdę myśli „tak”. Wszystkie powyższe mity związane z gwałtem nieuchronnie przyczyniają się do obwiniania ofiar (więc zniechęcają do zwierzeń i składania zeznań) i rozmywania odpowiedzialności sprawców (którzy mogą sobie spokojnie dalej żyć, a nawet wciąż bezkarnie gwałcić). Sprawiają, że nasze społeczeństwo bagatelizuje gwałt, a wręcz go toleruje. Problem polega na tym, że kultura gwałtu jest bardzo głęboko zakorzeniona w naszej świadomości i systematycznie przenika do kultury popularnej. Żeby to zmienić, musimy:

• zacząć wierzyć ofiarom;

• przestać je obwiniać;

• wytykać powszechne, lecz błędne przekonania tradycyjnie związane z przemocą seksualną (nie wszyscy napastnicy są zwyrodniałymi potworami, większość to zwykli faceci);

• przypominać naszym dzieciom, że nigdy nikomu nie muszą się odwdzięczać seksem w podziękowaniu za przysługę (nawet jeśli druga strona jest troskliwa, daje prezenty lub się ją kocha);

• wyjść z friendzone (z ang. friend zone) – ten dość mglisty termin, popularny zwłaszcza wśród nastolatków, oznacza sytuację, gdy jedna osoba marzy o głębszym związku z drugą, która jednak woli, aby ich stosunki pozostały na przyjacielskiej stopie. Można powiedzieć, że ktoś „wpakował się w friendzone”. Zjawisko podtrzymuje kulturę gwałtu, bo sugeruje, że pod pretekstem bycia miłym (zazwyczaj chłopak) może oczekiwać od dziewczyny seksu w ramach wdzięczności. Mimo to ten wątek regularnie pojawia się w serialach, u youtuberów, a w konsekwencji na szkolnych korytarzach…

Powiedzmy wprost: gwałt jest agresją seksualną. Alexandre Chevalier podkreśla, że w dziedzinie relacji z drugą osobą i granic tego, co można, a czego nie, wiele kwestii wciąż pozostaje (bardzo) rozmytych. W trakcie warsztatów zdarza mu się spotkać młodych, dla których wymuszony stosunek oralny nie jest postrzegany w kategoriach gwałtu, lecz „gry wstępnej”. Zabawy seksualne, agresja… wszystko się radośnie miesza. Żeby rozgraniczyć pojęcia, zazwyczaj bazuje na obowiązujących przepisach prawnych i zachęca, aby iść w jego ślady, nawet w gronie rodzinnym, na przykład w trakcie komentowania bieżących wydarzeń lub dyskusji na ten temat.

Można wyjaśnić, że:

• kiedy dochodzi do penetracji (także palcem lub przedmiotem) bez zgody zainteresowanej osoby, to dochodzi do gwałtu, czyli przestępstwa zagrożonego karą pozbawienia wolności;

• kiedy pozwalamy sobie na gesty o podłożu seksualnym, niezależnie od tego czy dochodzi do fizycznego kontaktu z drugą osobą (obmacywanie, ekshibicjonizm), a druga strona nie wyraża na nie zgody, mamy do czynienia z agresją seksualną i także jest to czyn zagrożony karą pozbawienia wolności;

• kiedy używamy słów i/lub gestów o charakterze seksualnym, które krępują, zastraszają lub poniżają drugą osobę, jest to forma molestowania seksualnego – także ścigana prawnie.

Podważajmy słuszność własnych wyobrażeń.

„Musimy opracować nowy język mówienia o problemie przemocy seksualnej. Dotyczy to także wielu osób dorosłych, którym brakuje jasności. Mając to na uwadze, jak możemy oczekiwać, że dzieci nie będą mieć z tym problemu?” – pyta Alexandre Chevalier. Trudno się z nim nie zgodzić. W marcu 2016 roku stowarzyszenie Mémoire traumatique et victimologie [Pamięć traumatycznych zdarzeń i wiktymologia] przeprowadziło sondaż, żeby dowiedzieć się, jak Francuzi postrzegają gwałt: dwóch na dziesięciu ankietowanych uważa, że jeśli kobieta mówi „nie”, to myśli „tak”. Natomiast dla 61% Francuzów i 65% Francuzek mężczyźnie „więcej trudności nastręcza kontrolowanie własnych popędów niż kobiecie”. Ta koncepcja jest powszechnie podtrzymywana przez stereotypy płciowe. I przypomina, dlaczego tak ważna jest jak najwcześniejsza dekonstrukcja wyobrażeń odnośnie do „męskiego” i „żeńskiego”. Jeśli chcemy skończyć z księżniczkami i rycerzami, to nie dla przyjemności zabawy w ikonoklastów, lecz dlatego, że z tych właśnie wyobrażeń wyrasta przemoc seksualna.

Aurelia Blanc, „Jak wychować syna na feministę”, wyd. Znak Koncept

  1. Psychologia

Czy uda się, jeśli spróbujemy drugi raz?

Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Dawna miłość to delikatny języczek naszych uczuć. Dotyka tego, co w nas intymne. Ale czy to znaczy, że jest możliwe drugie miłosne rozdanie dla tej samej pary? Pytamy psychoterapeutę Roberta Rutkowskiego.

Spotkać się czy nie z dawną miłością, która właśnie wróciła z zagranicy, rozwiodła się, zadzwoniła po latach – przecież mamy poukładane życie? Czy to miłość czy tylko wspomnienia? Czy nam się uda, jeśli drugi raz spróbujemy?
To wcale nie najważniejsze z pytań, jakie można sobie w takiej sytuacji zadać. Skupiając się jednak na szukaniu odpowiedzi na nie, łatwo pominąć to, co najważniejsze. Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? Zanim spotkam się – lub nie spotkam z dawna miłością, trzeba najpierw spotkać się z samym sobą! Spotkanie to nam się jednak nie uda, jeśli będziemy przed nim uciekać w romanse z i te z przeszłości i te nowe. To droga do zatracenia. Aby być gotowym na dobry związek, trzeba być gotowym na samego siebie. Pokochać siebie. A często mijają lata, a my ani razu nie staniemy przed lustrem, żeby się sobie przyjrzeć.

To zaboli, podczas gdy wino z dawną miłością może uskrzydlić!
Samopoznanie zaczyna się od bólu, to prawda. Wynika on z zajęcia się tym, co się w moim życiu wydarzyło: czemu porzuciłem, zdradziłem, pozwoliłem odejść? Skąd się wzięły te moje zdrady, kłamstwa, przemoc, udawanie? Ale to tylko pierwszy krok, niezbędny do tego, by pojawiło się zrozumienie: dlaczego tak postąpiłem, czemu mnie to spotkało? To ważne, bo tylko wtedy, kiedy rozumiem, mogę sobie wybaczyć. A nie wybaczając sobie, nie stworzę dobrego związku z drugim człowiekiem.

Po co grzebać się w przeszłości, co było minęło! Możemy spróbować jeszcze raz!
I jeszcze raz przeżyć ten sam koszmar? W latach 90. byłem w burzliwej i atrakcyjnej relacji. Ale pewnego dnia wracam do domu, a tam moja partnerka grzebie w szafie. Myślałem, że układa rzeczy, ale ona zapytała, czy mógłbym jej pomóc spakować się, bo przeprowadza się do Piotrka. Zupełnie otępiały pomogłem nawet wynieść walizki. Potem bardzo tęskniłem, cierpiałem. Kiedy po roku, jak już nie było między nami żadnej relacji, zadzwoniła w sprawie naszego psa, pomyślałem, że jej chodzi o mnie, bo też tylko 12 miesięcy po ważnym związku, to za mało, żeby oprzytomnieć, choćbyśmy się rzucili w wir pracy, czy nowych relacji. No więc będąc jeszcze nadal pogrążony w iluzji miłości do niej, zacząłem z nią żyć, co zakończyło się zupełną katastrofą. Ja, oczekiwałem tamtej jej, sprzed roku. A ona po nieudanym związku, zmieniła się. Ja odwrotnie – nadal byłem taki jak przed naszym rozstaniem, a więc taki jaki ją rozczarowałem, skoro odeszła do innego. No, ale i ona przez chwilę myślała, że to co do mnie czuje, to miłość, a to był tylko … emocjonalny ślad dawnych uczuć. Jej rozczarowanie szybko odżyło i znów zostałem porzucony.

Powroty czasem się udają. Znajoma jest od kilku lat z kimś, kogo zawsze z wzajemnością, choć platonicznie kochała. Jak twierdzi, było to możliwe dlatego, że dorosła, przestała być lekkomyślna i nieobliczalna.
Jeśli się spotkamy, tak jak mówiłem, sami ze sobą, to wtedy realne staje się nierealne. To jednak rzadkość. Paradoks zmiany polega na tym, że nie można z przeszłości iść w przyszłość, pomijając teraźniejszość. Czyli: nie jesteśmy w stanie wpływać pozytywnie na swoją przyszłość, jeśli nie zaakceptujemy siebie tu i teraz, nie wybaczymy sobie. Poczucie winy, ból odrzucenia, jakie dźwigamy, wciąż rozpatrując, co mogliśmy zrobić, ile zmarnowaliśmy – nic nie dają. Nic nie zmarnowaliśmy! Wszystko to była lekcja.

Piękne słowa, ale…
Nie tylko słowa. Widzę po swoich pacjentach, że pierwszy krok, to dać sobie prawo do bycia takim, jakim jestem: pogubionym, niepoukładanym, płaczącym w gabinecie psychoterapeuty. Te chusteczki tu, na stoliku, to nie dekoracja. Częściej używają ich zresztą mężczyźni niż kobiety.

I bywa, że właśnie z powodu dawnej miłości?
Tak. Jako młokos poznałem dziewczynę, w której się zakochałem i byłem przez jakiś czas. Niestety, rozstaliśmy się, bo ja byłem niedojrzały. I musiałem sam przejść psychoterapie, do pewnych rzeczy dojrzeć, żebyśmy mogli - kiedy się znów spotkaliśmy - być razem. I teraz ta kobieta jest moją żoną, mamy dziecko i jesteśmy szczęśliwi. Ale dużo czasu mi zajęło to, żebym zrozumieć, że ten chłopiec, który nadal we mnie mieszka, dowartościowuje się kolejnymi romansami, i że to go ogranicza, jest jak każde inne uzależnienie. Że kolejne romanse są dla niego jak heroina, a więc to jego śmierć na raty. Prawdziwe życie to wolność od uzależnień…

Różne są jednak miłosne powroty. Może wrócić ktoś, z kim nigdy nie byliśmy blisko. Albo z kim mieszkaliśmy, a nawet byliśmy małżeństwem… Czy przy drugim rozdaniu, któraś z tych miłości ma większe szanse?
Jeśli tylko do kogoś wzdychamy, oczy za nim wypatrujemy i o nim fantazjujemy, to ta nasza miłość raczej nie wytrzyma konfrontacji z rzeczywistością. A to dlatego, że stan oczarowania miłosnego polega na idealizowaniu. I taki nieprawdziwy obraz ukochanej osoby zachowa nasz mózg. A że wydeptaliśmy tym wzdychaniem i fantazjowaniem tzw. ścieżkę neuronalną w naszym mózgu, kiedy więc tylko zobaczymy obiekt naszej fascynacji, mózg odpali stare emocje i poczujemy to same euforyczne uniesienie, jak wtedy kiedy gapiliśmy się na nią czy za niego na szkolnym korytarzu. Jednak, jak obliczyła pewna amerykańska badaczka, Nancy Kalish z California State University w Sacramento, statystycznie nic z tego nie będzie. Właśnie dlatego, że mamy zbyt wygórowane oczekiwania.

Fantazja pryska kiedy spotykamy realnego człowieka?
Tak, bo przez te lata nie „kochaliśmy” prawdziwego człowieka, z jego wadami i niedoskonałościami, ale wymyślony obraz, ideał! A miłość nie ma nic wspólne z ideałem! W pięknej scenie „Buntownika z wyboru” terapeuta zwierza się studentowi, że tęskni za zmarłą żoną, która – przez sen … puszczała bąki! I to jest miłość. Nie jest to zapach róż, czy skomplikowane frazy poetyckie. To praktyka dnia codziennego. Dlatego, wracając do pytania – łatwiej reaktywować miłość, kiedy było się razem, miało to szare życie: ona budziła się rano bez makijażu, a on stłukł jej kubek. Bo to znaczy, że coś głębszego się między nami pojawiło. Życie czasem jednak niesie takie scenariusze, że mimo to ludzie bliscy rozstają się: bo on za dużo pracował, albo ona dała się oczarować innemu.

„Nie kupował mi ani leków, ani kwiatów. Nie było go od czasu studiów, a mój mąż był” – powiedziała moja przyjaciółka, kiedy nagle zjawił się „mężczyzna jej życia”. Czy odrzuciła miłość?
Miłość, to obecność. Mówisz o dojrzałości, o decyzji podjętej przez osobę dojrzałą. A możemy też mówić o dojrzałym i niedojrzałym uczuciu. Niedojrzałe porusza się w przestrzeni teoretycznej. Czyli on mógł nawet przez te lata uważać, że ją kocha. Ale to była tylko teoria. Teoria bez praktyki? Bywa świetna, porywająca! Umysł potrafi tworzyć fantastyczne koncepcje. Ale co nam po nich, jeśli życie i tak wszystkie je zweryfikuje? Dojrzałe uczucie porusza się w przestrzeni praktyki i dlatego powrót do wyśnionej miłości sprzed lat okazuje się zazwyczaj wielkim rozczarowaniem.

Poczucie więzi z tym, z kim jestem, jest takie kobiece. Mężczyzna spróbuje zdobyć tę, która kiedyś mu odmówiła, choćby miał żonę i dzieci.
I co dalej? Wróci do żony? No właśnie… Mężczyzna może się łatwo przekonać, czy jest mężczyzną. Męskość to wierność. I to mówi ci facet, który do tego stwierdzenia dojrzewał trzy czwarte swojego życia. Ale teraz nie mam kłopotu z decyzją. To kwestia wartości. Ale też rozsądku, bo sam wiem, że poczułem się wolnym człowiekiem, dopiero kiedy przyrzekłem swoje obecnej żonie wierność i jej dotrzymuję.

Ale kiedy się spotykamy z narzeczonym ze studiów, czujemy się tak jakbyśmy znów mieli te 20 lat, więc idziemy z nim na wino zamiast z mężem – choć byliśmy umówieni do kina i choćby on nawet już pod tym kinem stał! A więc może to miłość nami kieruje? To szaleństwo to jej najlepszy dowód?
Czujemy się na 20., ale mamy znacznie więcej. I to jest pierwsza prawda. Druga pomaga zrozumieć, co się z nami zadziało i dlaczego nie warto nazywać tego z punktu miłością. Otóż każdy z nas, niezależne od wieku, ma w sobie irracjonalne pragnienie, by zrobić coś szalonego, by narozrabiać. Pragniemy tego nawet po siedemdziesiątce, bo w głębi siebie zawsze mamy dziecko. No, ale dziecięce chęci u dorosłego, mogą łatwo stać się przebranym w krótkie spodenki destruktorem. Nabrojenie może więc być piękne, dopóki nie przekroczymy, pozwalając sobie na nie, poczucia bezpieczeństwa drugiego bliskiego nam człowieka. Nie obudzimy jego lęku. A więc zadajmy sobie pytanie, czy pędząc na spotkanie z dawna miłością kogoś nie krzywdzę? Kaptur na głowie, żeby nikt nie widział, i marsz do hotelu po seks z dawną partnerką – to słabe. Zostawienie męża pod kinem? Sama sobie odpowiedz… Miłość ma w sobie element wolicjonalny, czyli świadomej decyzji. A więc ten z kim jestem i którego znam, czy tamten z przeszłości i idealizacji? Sprawy zamknięte takimi powinny pozostać. Inaczej skazujemy siebie i drugiego człowieka na szarpaninę.

Zazwyczaj opowiadamy o miłości z punktu widzenia zakochanych, nie patrzymy z perspektywy tych, którzy są z nimi…
Mówi się, że jeśli w naszym związku nie układa się, to wtedy ulegniemy czarowi dawnej miłości. Nie zawsze, bo to po sutym obiedzie mamy ochotę na deser, a potem rozglądamy się jeszcze za czymś słonym. Taką mamy naturę i to ona pcha nas do tego, żeby się nam chciało przeżywać coś na odwyrtkę… Dawna miłość to delikatny języczek uczuć. Można je poznać, ale nie zaczynać od spotkania z dawną miłością. Bo ten ktoś może liczy na twój powrót, a ty tylko sobie chcesz powspominać, czy poczuć się jak dwudziestolatka. Jeśli wiesz że ten ktoś cię kocha, nie spotykaj się. Bo sama twoja obecność możesz zadawać ból nadal kochającemu…

Na jak długo wystarcza nam miłości, jeśli się nie spotykamy?
To zależy, jeśli zakochaliśmy się w gwieździe rocka, po pół roku zazwyczaj nam mija. Ale jeśli, kiedyś powiedzmy w studenckich czasach, widywaliśmy się często, to ten człowiek może stać się naszą obsesją. I nawet gdy zaczniemy żyć z kimś innym, jak kochankowie, pozostaje wzorcem choćby urody. Możemy sobie z tego nie zdawać sprawy, ale jeśli to była blondynka z długimi włosami, taka zapewne będzie nasza żona. Ponieważ, jak mówiłem, nasz mózg pamięta wszystko, to gdy nagle spotykamy dawną miłość - wszystko wraca. Mózg uruchamia dawne uczucia tak jakby zapalił światło w dawno nieotwieranym pokoju. Tyle, że to oczarowanie, fantazja, które tam żyją, niewiele mają wspólnego z człowiekiem, który teraz staje na naszej drodze. Niewiele też z nami samymi, takimi jakimi dziś jesteśmy.

Zdarza się, że ona, dumna z męża i dzieci, przeczyta na Facebooku wyznanie danego partnera i myśli: co nim kieruje? Na co liczy? Co czuje? Po co to pisze? Czy to miłość?
Może nie dał wtedy rady i dlatego jej szuka? Chce, żeby pojawiła się szansa na odzyskania dobrego zdania o sobie? Na to by tym razem sprostał sytuacji. Albo wrócił, by tak naprawdę zawalczyć ze swoimi poczęciem winy i wstydu. No i jest ryzyko, że znów może odejść, jak tylko zaspokoi swoją potrzebę dowartościowania albo zmazania winy. Po prostu bywa, że ktoś w przeszłości szuka „prawdziwej” miłości po burzliwym rozwodzie, bo wmówił sobie, że się nie udało, bo nadal kochał kogoś z przeszłości. A jakby zadałby mu to najważniejsze pytanie: czy kocha siebie i czy chce spędzisz swoje życie z kimś, kto jest mu najbliższy, czyli ze sobą?

  1. Psychologia

Ojciec i syn. Kiedy nadchodzi czas na oczyszczającą rozmowę o przeszłości?

Ojcowie często nie mówią otwarcie o pragnieniu miłości i akceptacji. Szukają kontaktu, odwołując się do synowskiego obowiązku troszczenia się o starego ojca, do poczucia winy. A synowi trudno rozpoznać te sygnały jako wyraz chęci zbliżenia się. (Fot. iStock)
Ojcowie często nie mówią otwarcie o pragnieniu miłości i akceptacji. Szukają kontaktu, odwołując się do synowskiego obowiązku troszczenia się o starego ojca, do poczucia winy. A synowi trudno rozpoznać te sygnały jako wyraz chęci zbliżenia się. (Fot. iStock)
Porządkujące, oczyszczające rozmowy o przeszłości z ojcem to najlepsze, co syn może zrobić dla siebie. To także szansa dla ojca. I dla całego systemu rodzinnego. W ten sposób mężczyźni przełamują pokoleniową falę niezrozumienia, chłodu i obcości między ojcami i synami – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

Przyjaciel opowiadał mi o przełomowym momencie w jego dorosłej relacji z ojcem. Otóż oglądał z synkiem „Czterech pancernych i psa”, ten odcinek, gdy Janek odnajduje ojca i idą tak do siebie wzdłuż brzegu morza. I wtedy właśnie mój przyjaciel wybuchnął płaczem, zaczął szlochać, co nie zdarzyło się nigdy w trakcie jego dorosłego życia. Gdy ochłonął, uświadomił sobie, jak bardzo tęskni za ojcem. Pamiętał dwie sceny z tatą z dzieciństwa, a potem już go nie było, mama niechętnie go wspominała. Niedawno odnalazł ojca.
Pogratulować. Ten mężczyzna zrobił coś bardzo ważnego dla siebie, swojego syna i przyszłych pokoleń mężczyzn. Zwracając się do ojca, zaakceptował przeszłość. Zaakceptował niedoskonałość ojca, a poprzez to także własną niedoskonałość. Nie wstydził się emocji. Nazwał je i pozwolił, aby nim pokierowały.

Czasem ojciec czeka na rozmowę z synem całe życie. Czeka, aż syn powie: „Tato, może nie wszystko było super, ale starałeś się, byłeś dobrym ojcem, dziękuję ci”. Robert Bly, autor „Żelaznego Jana”, twierdzi, że większość mężczyzn umiera w poczuciu, że nie sprawdzili się jako ludzie i jako ojcowie. Dorosły syn ma moc, by uspokoić sumienie ojca.
Ojcowie czekają na to, ale raczej nieświadomie. Szukają sposobności, aby odbudować kontakt z dorosłym synem. Robią to niezgrabnie, na przykład prosząc, aby syn załatwił im coś w urzędzie. Ojciec nie mówi otwarcie o pragnieniu miłości i akceptacji. Szuka kontaktu, odwołując się do synowskiego obowiązku troszczenia się o starego ojca, do poczucia winy: „Nie przyjeżdżasz, nie dzwonisz…”. Synowi trudno rozpoznać te sygnały jako wyraz chęci zbliżenia się. Dlatego zbywa ojca: „Wiesz, jaki jestem zajęty”. A gdyby tak spytał: „Stęskniłeś się za mną, tato? Chciałbyś się spotkać, porozmawiać? Spotkajmy się”. To mógłby być dobry początek rozmowy.

Z kolei gdy synowie chcą się zbliżyć – bo np. obejrzeli poruszający film – ojciec jest przerażony! To jest autentyczna historia: Syn dzwoni do ojca i mówi: „Tato, ostatnio myślałem, co dla mnie zrobiłeś, i chcę ci podziękować. Kocham cię…”. A ojciec na to: „Dobrze się czujesz?”.
Albo: „Mów od razu, czego potrzebujesz!”, albo: „Bądź mężczyzną! Widzę, że się rozklejasz”. Ojcowie, którzy przez całe życie odcinali się od swoich uczuć, nie są w stanie przyjąć uczuć syna.

Jak miałaby wyglądać rozmowa między ojcem a synem po latach milczenia, zdawkowych powitań i pożegnań, chłodu i obojętności?
Trzeba uporządkować i oczyścić przeszłość. Syn nazywa i wyraża uczucia, jakie żywi do ojca. Mówi, jak zapamiętał dzieciństwo, jak się czuł jako dziecko, co przeżywał i czego doświadczał, i jak to wpłynęło na jego dorosłe decyzje i wybory.

Wielu ojców stosowało i stosuje wobec synów przemoc psychiczną, emocjonalną, a nierzadko fizyczną. Jak o tym mówić bez gniewu, wściekłości czy lęku?
Mówić o tym, jak trudno mówić: „Jeszcze dziś czuję paraliżujący lęk, gdy przypominam sobie, jak musiałem przed tobą uciekać, drżałem już w momencie, gdy słyszałem twój pijany bełkot za drzwiami po nocy. Bardzo cierpiałem i chcę, żebyś o tym wiedział. Ciągle jestem wściekły, gdy pomyślę, co działo się w domu. Potrzebuję ci o tym powiedzieć i jestem pewny, że ty potrzebujesz usłyszeć. Nie oskarżam cię, nie oczekuję, żebyś mnie przepraszał, tylko żebyś wysłuchał”.

Ojcowie w takich sytuacjach zaprzeczają, bronią się, atakują, oskarżają syna o niewdzięczność.
Jednak stało się – syn powiedział, a ojciec usłyszał. Ten przekaz nie ginie. Ojciec nie jest na tyle silny i dojrzały, żeby spokojnie przyjąć słowa syna, ale na głębszym poziomie czuje ulgę, gdy to, co ukryte, zostaje nazwane. Synowi łatwiej wtedy zaakceptować ojca takim, jaki był i jaki jest. I relacja między nimi pomału się zmienia – jest prawdziwsza, bardziej bezpośrednia.

Raczej nie ma co liczyć na to, że ojciec się otworzy, przyzna do błędów, powie: „Tak mi przykro, synu, że cię opuściłem, że byłem przyczyną twojego cierpienia”. Taka reakcja wymagałaby sporej samoświadomości, a przede wszystkim akceptacji swojej niedoskonałości. Ojcowie często wpadają w pułapkę doskonałości. Nie wiedzą, że przyznanie się do błędu wobec syna i najbliższych jest wyrazem siły. To jest cecha wojownika.

Ojcowie nie mogą się pogodzić z tak jawną niesprawiedliwością, przecież się starali, żeby syn miał wszystko, wyszedł na ludzi.
Syn może wtedy powiedzieć: Doceniam to, jestem wdzięczny, ale zabrakło mi tego i tego. Dobrze, żeby przed rozmową z ojcem poznał jego historię, dzieciństwo, młodość; dowiedział się, jakim presjom i ograniczeniom podlegał. Gdy syn poznaje szerszy – rodzinny, społeczny, polityczny – kontekst życia ojca, zaczyna postrzegać go nie tylko jako sprawcę cierpienia, ale także jako ofiarę, a to wiele zmienia.

Gdy zagłębiamy się w historię życia naszych ojców, uświadamiamy sobie, że oni także – jak każdy – na swój sposób dążyli do szczęścia. Mogli robić to w opaczny sposób, który niósł cierpienie, ale my także fundujemy sobie i innym rozmaite odmiany cierpienia. W czym jesteśmy lepsi?

Gdzie miałaby się odbyć rozmowa z ojcem?
Rozmów może być kilka. Można wracać do różnych wątków z przeszłości. Gdzie? Na pewno w cichym, spokojnym miejscu. Można zaprosić ojca do siebie, na długi spacer, na ryby. To może być też rozmowa przy okazji wspólnego malowania mieszkania, prac w ogrodzie. Gdy jest więcej czasu, można zabrać ojca na kilka dni do miejsc jego dzieciństwa. Już samo bycie razem jest budujące i integrujące.

Czytałam o mężczyźnie, który zabrał ojca do lasu i powiedział: „Nie wrócimy, dopóki się nie rozmówimy!”. Inny zamknął na klucz drzwi szpitalnego pokoju, w którym ojciec leżał, i oznajmił: „Teraz cię mam!”.
Mężczyźni bywają zdumieni tym, że gdy odważą się wyrazić gniew i wściekłość wobec ojca, to pod tymi uczuciami odnajdują smutek i żal; a gdy wypłynie smutek, zostaje już tylko miłość. Spontanicznie zaczyna napływać mnóstwo ciepłych uczuć, wspomnienia dobrych chwil z ojcem: gdy uczył jeździć na rowerze, otulał kurtką, czytał do snu.

Jeden z mężczyzn, wiedząc, że będziemy rozmawiać na ten temat, zapytał, co zrobić, gdy ojca nie ma i nigdy nie było w życiu syna.
Napisać list. Jeśli zasiadamy do pisania z pustką w głowie, to właśnie tak zacząć: „Czuję pustkę. Nie wiem, o czym pisać…”. Potem podążać za tym, co się pojawia, co odczuwamy. Pozwolić popłynąć opowieści. Gdy list jest gotowy, odczytać go na głos, wyobrażając sobie ojca, który to słyszy. Takich listów można napisać na przestrzeni miesięcy czy lat kilka. Można je spalić, zakopać, wrzucić do rzeki. Podobnie postępujemy w przypadku, gdy ojciec nie żyje. Wyobrażamy sobie, że siedzi naprzeciwko i słucha. Możemy mówić też do zdjęcia.

To wydaje się proste. Jednak bezpośrednia rozmowa z zamkniętym emocjonalnie ojcem, gniewnym i nieszczęśliwym, to jak zderzenie z lodową ścianą. Dlaczego mężczyzna miałby podjąć to wyzwanie?
Ponieważ to najlepsze, co może dla siebie zrobić. Jeśli za tym nie pójdzie, będzie nosić w sobie ciężar, a to pochłania mnóstwo energii i komplikuje życie. Szczera rozmowa z ojcem to także szansa dla ojca na przyjęcie odciętych części siebie; niewykluczone, że z niej skorzysta.

Co dzieje się w życiu mężczyzny, który nie skonfrontował się z ojcem?
Przenosi relację z ojcem na relacje z innymi mężczyznami. W kontakcie z mężczyznami starszymi czuje lęk i napięcie. Widać to na przykład w pracy. Bardzo często młodzi menedżerowie zachowują się bezwzględnie wobec starszych mężczyzn, dokonują cięć kadrowych. Mówi się wtedy, że starsi mają nawyki, których nie sposób wykorzenić, że korporacji potrzebna jest świeża krew. Miałem takiego klienta: na szczęście zanim zwolnił dobrego fachowca, zorientował się, że widzi w nim ojca, wobec którego nie wyraził lęku, złości i rozpaczy, i że chęć zwolnienia go jest podświadomą zemstą na ojcu.

Czy mężczyzna może być dobrym liderem, szefem czy przywódcą, gdy w środku jest zrozpaczonym, smutnym chłopcem? Gdy nie podjęliśmy próby konfrontacji z autorytetem ojca, to tak, jakby chłopiec w nas ciągle nie mógł dorosnąć. Czy może być szefem ktoś, kto nie dorósł? Mężczyzna ma poczucie, że jest słaby, nie poradził sobie, nie wyraził swoich uczuć i potrzeb, uległ. Ale nie pokazuje tego, stara się być silny, chodzi na siłownię, żegluje, jeździ na nartach, gra w tenisa. Zachowanie tych pozorów wymaga potwornego wysiłku. Niemożliwe, aby taki mężczyzna mógł czerpać z pracy radość i satysfakcję. Z pewnością czerpie różne gratyfikacje, finansowe, prestiżowe, towarzyskie. Może dążyć do kariery – menedżerskiej, naukowej czy artystycznej – jednak trudno mu poczuć się spełnionym człowiekiem. Rola lidera wymaga umiejętności emocjonalnych. Cele, strategie, techniki kreatywności są ważne, jednak najważniejsze jest to, co dzieje się między ludźmi. Lider, który nie radzi sobie z emocjami, pogarsza sytuację w firmie.

Mężczyzna, który nie skonfrontował się z własnym ojcem, boi się być ojcem. Niejednokrotnie spotykałem młodych mężczyzn, którzy nie mogli się zdeklarować w tym względzie, co w końcu doprowadzało do rozpadu ich związków z kobietami. To były dramatyczne sytuacje, ponieważ kochali te kobiety. Jednak tak sabotowali temat małżeństwa i rodzicielstwa, że kobiety w końcu były zmuszone podjąć decyzję o rozstaniu.

  1. Psychologia

Czy można być dobrym rodzicem, jeśli samemu nie zaznało się dobrego rodzicielstwa?

Wychowanie to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. (Fot. iStock)
Wychowanie to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. (Fot. iStock)
Bycie dobrym rodzicem będzie wymagać od ciebie należytego dbania o siebie, abyś zachował czujność i nie działał na autopilocie. Właśnie wtedy jesteśmy narażeni na powielenie rodzinnych błędów, postępując w sposób, którego solennie się wyrzekliśmy.

Fragment książki „Matka niedostępna emocjonalnie”

Choć prawdą jest, że większość rodziców, którzy emocjonalnie zaniedbują swoje dzieci lub stosują względem nich psychiczną przemoc, przekazuje dalej to, czego sami doświadczyli, z radością stwierdzam, że na przestrzeni lat wielu spośród moich pacjentów, którzy byli poszkodowani na tym polu, zostało wspaniałymi rodzicami. Większość kobiet, które nie zdecydowały się na macierzyństwo, cierpi na deficyt matki i obawia się, że nie będą wiedziały, jak to się robi. Czasem boją się, że „spaprzą” swoje dzieci tak samo, jak w ich odczuciu same zostały spaprane. (Choć nie zapominajmy, że istnieją inne ważkie powody, dla których ktoś może zdecydować, że nie chce zostać rodzicem). Kobiety żywiące takie obawy zapewniam, że potrafią to zrobić inaczej. Po pierwsze, istnieje coś takiego jak instynkt macierzyński, który przy braku czynników zakłócających włącza się samoczynnie. Znam kobiety, które z zachwytem otworzyły się na energię Dobrej Matki i miłość, spływające na nie, gdy zostały matkami. Po drugie, jesteś zapewne wrażliwsza od swojej matki – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Większość mam, które wypełniają swoją rolę znacznie lepiej od kiepskiego wzorca, jest z natury wrażliwszych i dodatkowo wyczulonych z powodu tego, przez co same przeszły. Chcą mieć pewność, że ich dzieci dostaną to, czego im tak brakowało.

Po trzecie, można się tego nauczyć. I zachęcam do tego. Bycie dobrym rodzicem wymaga dogłębnego zrozumienia poziomów rozwojowych i rozeznania, jak radzić sobie w nowych sytuacjach. Czemu nie skonsultować się z ekspertami: autorami, lekarzami i innymi autorytetami, którzy sprawdzili się jako opiekunowie własnych lub cudzych dzieci?

Jak zauważyłam na początku, jest to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. Nie ulega wątpliwości, że bycie dobrym rodzicem będzie wymagać od ciebie należytego dbania o siebie, abyś zachował czujność i nie działał na autopilocie. Właśnie wtedy jesteśmy narażeni na powielenie rodzinnych błędów, postępując w sposób, którego solennie się wyrzekliśmy. Im bardziej wyzwolimy się spod wpływu dysfunkcyjnej rodziny, tym pełniej zerwiemy z niechlubną tradycją. Choć słyszałam opinie, że dawanie dzieciom tego, co samemu chciało się mieć, ma działanie terapeutyczne, nie zawsze tak jest. Wspomniałam już, że może być trudniej zapewnić to, co drażni twoje czułe miejsca, rozpalając utajony ból.

Spotkałam także wiele kobiet będących wspaniałymi matkami dla własnych dzieci, co jednak ani trochę nie pomogło im zagoić ich własnych „pomatczynych” ran. Wynika to między innymi z naszej złożonej psychicznej struktury – zakapsułkowanych zranionych dziecięcych części, które jako takie nigdy nie będą w pełni wyleczone, jeżeli sami aktywnie nie otoczymy ich matczyną opieką. Tak więc chociaż bycie dobrym rodzicem dla własnych dzieci jest naturalnie czymś, co wspomaga rozwój zdrowej psychicznej konstytucji, to tylko jeden z elementów układanki. Choć zwracam się tutaj bezpośrednio do kobiet, odnosi się to w równym stopniu do mężczyzn będących dobrymi ojcami.

Wytrwać w drodze do uleczenia

Jeżeli zainicjowałeś ten proces i jesteś na drodze do uzdrowienia, wiesz, że to ciężka praca. Gruntowna przebudowa. Przenicowujemy się na tak wielu poziomach: od połączeń w obrębie mózgu limbicznego po sztandarowe przekonania; od koncepcji samego siebie po relacje z innymi; od wywołanego niepokojem ucisku w klatce piersiowej po zdolność kochania, zarabiania pieniędzy i spokojnego przesypiania nocy. Prawdopodobnie proces ten zajmie kilka lat, jeżeli nie kilka dekad. Mówię to otwarcie, choć nie bez obawy, że cię to zniechęci. Lecz byłbyś równie rozgoryczony, gdybyś sądził, że wszystko pójdzie raz-dwa, a tak się nie stanie. Żadna znana mi osoba, która przepracowała swoje „pomatczyne” rany, nie dokonała tego szybko. Ważne więc, aby wyznaczyć sobie umiarkowane tempo, robić przerwy, dostrzegać poczynione postępy i się nimi chlubić.

Nie imituj matki, która nigdy nie doceniała twoich osiągnięć, nie wspominając o ich świętowaniu. Wzrost nie jest procesem liniowym, lecz spiralnym. Te same kwestie będą się w nim przewijać wielokrotnie. Jeżeli dany cykl nie przyniesie żadnej zmiany, to znak, że potrzebujesz większego wsparcia, lecz poza tym nastaw się, że będziesz musiał kilka razy opłakać to, co utracone, odżałować niesprawiedliwości i zaspokoić zignorowane potrzeby. Nie będzie to trwało wiecznie. Proces leczenia idzie swoim tokiem, i chociaż to, że raz porządnie się wypłaczesz, nie zrekompensuje lat tłumionego smutku, przybliży cię do upragnionego celu bardziej, niż mógłbyś przypuszczać.

Dobra Matka rozumie, że proces wzrostu nie jest równomierny i nie wyśmiewa ani nie karci dziecka za przestoje. Ważne, aby mieć dla siebie współczucie i wyrozumiałość. Robimy, co w naszej mocy, i niektóre dni są po prostu cięższe niż inne.

Czy jest możliwe pełne uleczenie?

Choć proces leczenia nigdy definitywnie się nie kończy, ból mija, a poczucie bycia dzieckiem pozbawionym matki może ustąpić całkowicie. Nigdy jednak nie będziemy w stanie ostatecznie zamknąć tego rozdziału, a to dlatego, że nieustannie się zmieniamy. Sam bieg czasu daje nam nową perspektywę i pozwala zdystansować się do przeszłości. W rok czy dwa lata po tym, jak zaleczymy większość ran, będziemy czuć się inaczej niż dziesięć lat później, kiedy przeszłość będzie jeszcze odleglejsza. Głęboki uraz zawsze pozostawia choćby delikatną bliznę: pozostaje przynajmniej wspomnienie rany lub pewna tkliwość. Lecz moc tej rany słabnie wraz z postępami terapii i zmienia się reakcja na podrażnienia tego obszaru. Zamiast dać się usidlić dziecięcym uczuciom za każdym razem, gdy zostaną wyzwolone, uczymy się delikatnie przekierowywać uwagę i pytać wewnętrzne dziecko, czego aktualnie potrzebuje. Umiemy odpowiedzieć na uczucia, zamiast pozwolić, aby nas zniewoliły.

W miarę pracy nad „pomatczynymi” ranami nasza tożsamość również ewoluuje. Ostatecznie nasza historia się zmienia. Nasze życie się zmienia. Czas, aby zmianie uległa również nasza wewnętrzna narracja. Jak powiedziała mi pewna osoba: „Rana pozostała, lecz nie kieruje już moim życiem. Nie definiuje tego, kim jestem”. U tych, którzy zostaną otoczeni opieką przez kogoś, kto zastąpi im Dobrą Matkę, lub potrafią stać się Dobrą Matką dla własnych wewnętrznych dzieci, w miejscu poczucia deficytu matki może pojawić się poczucie dostatku. Możesz czuć się kochany, wspierany i zadbany. Nie, nie możesz cofnąć się w czasie i przeżyć przeszłości od nowa, lecz możesz mieć teraz to, na co zasługiwałeś wtedy. Jak powiedział powieściopisarz Tom Robbins: „Na to, żeby mieć szczęśliwe dzieciństwo, nigdy nie jest za późno”

Psychoterapeutka Jasmin Lee Cori w książce „Matka niedostępna emocjonalni” pomoże ci lepiej zrozumieć twoją matkę i wyleczyć ukryte rany niedostatecznego macierzyństwa. Lektura pomaga zrozumieć m.in.: czym jest „deficyt matki” i dlaczego twoja matka nie była w stanie dać ci w dzieciństwie miłości, jak odnaleźć dziecko w sobie i wypełnić „matczyną lukę”, czym jest zaniedbanie i przemoc emocjonalna i jak sobie z nimi radzić w dorosłym życiu, jak uzdrowić „pomatczyne” rany i zadbać o szczęśliwszą przyszłość dla siebie (i być może dla swoich dzieci).