Jessie Ware stawia dziś na szczerość, kontrolę i własne zasady. Przy okazji premiery nowego albumu „Superbloom” artystka mówi nie tylko o pracy nad bardzo osobistym materiałem, ale też o rodzinie, codziennych rytuałach i potrzebie zatrzymania się na chwilę. W naszej rozmowie wraca do tematu sceny, presji i zmiany podejścia do tworzenia. Tłumaczy też, dlaczego najlepsze piosenki to te, które jednocześnie bolą i porywają do tańca.
Robert Choiński: Chciałbym porozmawiać o nowym rozdziale w twojej twórczości. Album „Superbloom” łączy w sobie zarówno glamour, jak i intymność. Jak odnalazłaś balans między bardziej osobistymi historiami a tym lekkim, tanecznym klimatem w stylu Studio 54?
Jessie Ware: To zawsze jest spory dylemat, bo nigdy nie wiadomo do końca, co wybrać, a co zostawić tylko dla siebie. Mam wrażenie, że piosenki o moich bliskich, o przyjaciołach i rodzinie, wyszły bardzo radosne, wręcz celebrujące. I chyba byłam gotowa znowu trochę bardziej się odsłonić. Przyzwyczaiłam się do pisania lekkich, zabawnych rzeczy i bardzo to lubię. Na tej płycie nadal jest w tym sporo tej energii i pewnej gry konwencją. Ale jednocześnie chciałam sobie przypomnieć, że wciąż mogę dać słuchaczom coś bardziej osobistego, na własnych zasadach, i że to nadal może być jednocześnie piękne i przyjemne. Myślę, że to przychodzi z doświadczeniem, z takim ciągłym wyczuciem, ile powiedzieć, a ile zachować dla siebie. Zależało mi też na tym, żeby nie stracić kontaktu ze słuchaczami, którzy polubili mnie przy dwóch poprzednich albumach. Chciałam zachować tę ciągłość, ale jednocześnie wrócić do bardziej intymnego opowiadania o sobie.
Czy był jakiś drobny, może nieoczywisty moment przy pracy nad tą płytą, który szczególnie dał ci poczucie satysfakcji albo dodał inspiracji?
Myślę, że był taki naprawdę piękny moment, kiedy pracowałam z songwriterem Nate’em Campanym. Przyleciał specjalnie ze Stanów, żeby ze mną pisać. Usłyszał, że znowu działam z moim przyjacielem Barneyem Listerem, z którym nie pracowałam od dawna, a który ostatecznie został producentem tej płyty. Powiedziałam mu, że mam sesję i jeśli chce, może do nas dołączyć. I on po prostu wsiadł w samolot i przyleciał. Pomyślałam wtedy, że kiedyś pewnie bym się tym strasznie zestresowała, że muszę być idealna i sprostać oczekiwaniom. A tym razem poczułam ogromną pewność siebie, bo ktoś był gotów przelecieć pół świata, żeby ze mną pracować, i to dlatego, że naprawdę lubił to, co robię. Co ciekawe, poznaliśmy się jakieś dziesięć lat wcześniej, kiedy byłam w ciąży z moim pierwszym dzieckiem i byłam w zupełnie innym miejscu w życiu. On mi o tym przypomniał i powiedział, że już wtedy chciał ze mną pracować. I że kiedy tylko Barney powiedział mu, że znowu działamy razem, od razu kupił bilet. Napisaliśmy razem „Mon Amour”, to był nasz pierwszy wspólny numer i jednocześnie zamyka płytę. Powstało też „Love You For”. Bardzo kocham te piosenki. Wiem, że jeszcze razem popracujemy. To był po prostu naprawdę piękny moment.
Chciałbym porozmawiać o twoim rozwoju. Patrząc od „Devotion” do „Superbloom”, co najbardziej zmieniło się u ciebie w podejściu do tworzenia, muzycznie i emocjonalnie?
Przede wszystkim przestałam oddawać komuś innemu decydujący głos w sprawie tego, jak ma wyglądać mój album. Przy trzech ostatnich płytach sama pełniłam rolę A&R (Artists and Repertoire, czyli dobór repertuaru i kierunek artystyczny projektu – przyp. red.) i wierzę, że to właśnie one okazały się moimi największymi sukcesami. To też kwestia zaufania do własnych decyzji i gustu, tego żeby prowadzić, a nie być prowadzoną. I myślę, że to po prostu przychodzi z doświadczeniem. Mam wspaniałe wspomnienia związane z „Devotion”, „Tough Love” i „Glasshouse”, ale jest coś bardzo ważnego w przejęciu kontroli i odpowiedzialności za swoją twórczość. Mam poczucie, że to właśnie pozwoliło mi stać się lepszą artystką.
W twoich piosenkach często jest jednocześnie coś bardzo osobistego i coś, co aż ciągnie na parkiet. Jak to łączysz?
Wydaje mi się, że to właśnie są najlepsze piosenki. Takie, przy których tańczysz, a jednocześnie coś cię w środku ściska. Weźmy „Love Me Tonight” Fern Kinney, to jest strasznie smutny numer, a jednak nie da się przy nim ustać w miejscu. Albo „I Will Survive” Glorii Gaynor czy „Young Hearts Run Free” Candi Staton. Niby taneczne kawałki, ale jak wsłuchasz się w tekst, to robi się zupełnie inaczej.
„Dancing On My Own” od Robyn...
No właśnie, idealny przykład.
Tak naprawdę to jest bardzo smutna piosenka.
Dokładnie, a ludzie śpiewają ją na całe gardło i trochę jakby wyrzucają z siebie emocje. To „płakanie na parkiecie” to w ogóle ciekawa rzecz. Na początku byłam raczej postrzegana jako taka bardziej melancholijna, poważna wokalistka. „Devotion” miało w sobie dużo smutku i to się do mnie przykleiło. A potem dotarło do mnie, że przecież mogę robić jedno i drugie naraz. Mogę pisać rzeczy bardzo radosne, choć kiedyś w ogóle nie myślałam, że to moja bajka. Ale mogę też zrobić coś takiego jak „Spotlight”. Jest w tym tęsknota, a mimo to ludzie dalej do tego tańczą.
Jessie Ware (Fot. mat. prasowe Universal Music Polska)
Taniec jest teraz dużą częścią twoich występów i wizuali. Było to świetnie widać choćby na Bestsellerach Empiku. Jak twoi tancerze wpływają na to, co dzieje się na scenie i na sposób, w jaki pokazujesz emocje?
Uwielbiam patrzeć, jak moi tancerze się poruszają i wyrażają emocje. Mają w sobie ogromną swobodę i pewność w tym, jak używają swojego ciała, taką płynność, której ja na pewno nie mam. To stało się dla mnie czymś bardzo odświeżającym, ale też naturalnym przedłużeniem muzyki. Dzięki choreografii i tańcowi na scenie te piosenki nabierają dla mnie zupełnie innego wymiaru, są jakby wzmocnione. Mam też poczucie, że to daje mi inny punkt skupienia na scenie. Wcześniej byłam bardziej zamknięta w sobie i wszystko kręciło się głównie wokół wokalu. Teraz też chcę się ruszać, być bardziej obecna fizycznie.
Twoja muzyka bywa bardzo osobista, a jednocześnie trafia do szerokiej publiczności. Jak udaje ci się zachować tę bliskość ze słuchaczami, a przy tym nie przekraczać własnych granic?
Chyba chodzi o to, że jeśli w piosence pojawia się jakiś większy, bardziej efektowny moment, to zwykle jest on poprzedzony czymś bardziej intymnym. Dzięki temu te dwie rzeczy mogą się nawzajem uzupełniać. Więc to chyba po prostu kwestia równowagi.
Chciałbym zapytać o twój podcast, który nagrywasz ze swoją mamą. Dużo w nim ciepła i ciekawości wobec świata. Czy ta bliskość i atmosfera wpłynęły na ten album?
To, że mogę pracować z mamą i po prostu z nią być, jest dla mnie czymś bardzo ważnym. Czasem te granice między pracą a życiem się zacierają i bywa to trochę mylące, ale tak naprawdę najważniejsze jest to, że spędzamy razem czas. Sam projekt nie jest tu najistotniejszy. To też stale mi przypomina, jakie mam szczęście, że ją mam. Kiedy myślę o tematach poruszonych na tej płycie, to one w dużej mierze krążą właśnie wokół czasu. O jego upływie, o zmianach, o dorastaniu i starzeniu się, o relacjach, które się zmieniają. O tym, jak bardzo próbujemy ten czas zatrzymać, a on i tak nam ucieka. Myślę, że to doświadczenie bycia z mamą, takie regularne, bardzo namacalne, ma na to wpływ. W pewnym sensie co tydzień konfrontuję się z tym wszystkim. No i dochodzi do tego jeszcze moja własna rodzina.
W przeszłości mówiłaś o presji w branży muzycznej i momentach zwątpienia. Czy te doświadczenia wpłynęły na to, jak podeszłaś do „Superbloom”, zarówno twórczo, jak i osobiście?
Myślę, że dziś te presje są trochę inne. Najbardziej odczuwalne stają się na etapie promocji płyty. Sam proces tworzenia daje mi teraz ogromne poczucie wolności. Kiedy pracuję nad albumem, wytwórnia daje mi przestrzeń i naprawdę to szanuję. Mogę zrobić materiał po swojemu i dopiero potem go im pokazać. Bardzo to doceniam.
To spory przywilej.
Tak, zdecydowanie. Chociaż mam też poczucie, że sama do tego doprowadziłam. Z czasem, dzięki temu, że mogłam się rozwijać jako artystka, zdobyłam zaufanie i pewną pozycję. Dochodzi do tego doświadczenie, wiek, wszystko to razem. A jeśli chodzi o trudności… oczywiście, bywają momenty zmęczenia. Teraz na przykład przyleciałam do Polski, rozmawiam z fantastycznymi dziennikarzami, mam występy. Jestem zmęczona, ale jednocześnie mam świadomość, jakie mam szczęście. To, że mogę wykonywać tę pracę, to naprawdę przywilej.
Jessie Ware (Fot. mat. prasowe Universal Music Polska)
Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałbym zapytać o coś bardziej osobistego. Wiem, że twoja niedawna bat micwa była dla ciebie ważnym, osobistym doświadczeniem. Czy to ponowne odkrywanie swoich żydowskich korzeni wpłynęło na twoją muzykę, poczucie tożsamości albo sposób, w jaki patrzysz na świat?
Nie powiedziałabym, że to jakoś bezpośrednio wpłynęło na moją muzykę, ale na pewno zmieniło coś w mojej codzienności. Kiedy nie pracuję, bardzo lubię ten moment w piątek wieczorem, kiedy kończy się dzień, zapalamy świece, łamiemy chleb, pijemy wino, dzieci są obok i po prostu jesteśmy razem. To piękny rytuał. Szabat jest czymś naprawdę wyjątkowym i kiedy tylko mogę, bardzo to doceniam. I znowu, to jest trochę o czasie, o zatrzymaniu się na chwilę i zauważeniu tego, co się ma. Myślę, że to najcenniejsze, co wynoszę z judaizmu, to właśnie rodzina, rytuały i tradycje. Próba budowania własnych tradycji z moją rodziną, które pozwalają mi na chwilę się zatrzymać i docenić, jakie mam szczęście. Nie jestem osobą religijną, to bardziej kwestia tożsamości, z której jestem dumna. Lubię te rytuały, lubię tradycję. Widzę, że moim dzieciom też się to podoba. To mnie jakoś porządkuje i daje poczucie równowagi.
Wracając do muzyki – ona bywa zarówno ucieczką od rzeczywistości, jak i jej odbiciem. Jak podchodziłaś do tego przy pracy nad „Superbloom”?
Wiesz co, chyba nie myślałam o tym w tak bezpośredni sposób. Pamiętam, że kiedy pisałam „Remember Where You Are” (utwór z albumu „What's Your Pleasure?” z 2020 roku – przyp. red.) , to było bardzo osadzone w konkretnym momencie. Nad miastem latały helikoptery, Donald Trump był wtedy w Londynie i czuć było takie dziwne napięcie. Przy tej płycie nie mam jednego takiego wyraźnego odniesienia. Ale może to właśnie ta potrzeba zabrania kogoś w inny świat. Taki trochę idealny, otwarty, pełen radości i piękna. Może to jest jakaś odpowiedź na to, że świat bywa teraz dość przytłaczający i że chcemy kierować uwagę na to, co dobre, nawet jeśli czasem wydaje się to nieosiągalne. Ale szczerze mówiąc, nigdy się nad tym jakoś głębiej nie zastanawiałam. Może to działa gdzieś podświadomie.
Dziękuję ci za rozmowę i za twój czas. Wiem, że masz bardzo napięty grafik.
Dziękuję ci bardzo.
Jessie Ware (właśc. Jessica Lois Ware) – ur. 15 października 1984 roku w Londynie – brytyjska wokalistka i autorka piosenek. Znana z łączeniu soulu, popu i muzyki elektronicznej, a także charakterystycznego, ciepłego wokalu. W swojej twórczości łączy taneczny groove z emocjonalnymi, często bardzo osobistymi tekstami. Na koncie ma m.in. albumy „Devotion”, „What’s Your Pleasure?” i „That! Feels Good!”. W 2026 roku ukazał się jej najnowszy album „Superbloom” (Universal Music Polska).