1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. „Sukces nie dał mi szczęścia”. Loreen o chaosie, utracie siebie i drodze do spokoju

„Sukces nie dał mi szczęścia”. Loreen o chaosie, utracie siebie i drodze do spokoju

Loreen (Fot. Charli Ljung)
Loreen (Fot. Charli Ljung)
„Osiągnęłam sukces, ale nie był on w pełni zgodny ze mną. I to wcale nie dawało mi szczęścia. Wręcz przeciwnie, przyniosło mi dużo smutku”. Tak mówi dziś Loreen, jedna z najbardziej charakterystycznych artystek współczesnego popu i jedyna w historii dwukrotna zwyciężczyni Konkursu Piosenki Eurowizji. Po latach wewnętrznych poszukiwań wraca z nowym albumem, nad którym pracowała przez dekadę. „Wildfire” nie jest po prostu kolejną płytą w jej karierze, ale emocjonalnym zapisem walki z chaosem, utratą siebie i próbą odzyskania wewnętrznej równowagi. Przy okazji premiery rozmawiamy o drodze, która prowadziła ją przez zwątpienie, zmianę i stopniowy powrót do wewnętrznego spokoju. O tym, co dzieje się, kiedy przestaje się uciekać przed samym sobą.

Robert Choiński: „Wildfire” nazywasz albumem o prawdzie i konfrontacji z samą sobą. Czy jest jakaś jedna, najtrudniejsza prawda, z którą musiałaś się zmierzyć podczas pracy nad tym materiałem?

Myślę, że najtrudniejsze było uświadomienie sobie, że chaos, zarówno wewnętrzny, jak i zewnętrzny, w dużej mierze jest moją odpowiedzialnością. To nie jest łatwe do przyjęcia, ale kiedy zrozumiałam, że to ja kieruję swoją rzeczywistością i sposobem jej doświadczania, wszystko zaczęło się zmieniać. Zdałam sobie sprawę, że w każdej chwili mogę wybrać miłość albo coś przeciwnego i że ta możliwość zawsze była w moich rękach. Za każdym razem, gdy nie wybieram tego, co jest dla mnie dobre, naturalną konsekwencją staje się chaos. To było trudne odkrycie. Pomyślałam wtedy, że nie miałam pojęcia, jak wielką mam w sobie siłę. Kiedy spojrzałam szerzej, na nas wszystkich jako społeczeństwo, zobaczyłam, że wiele zniekształceń, których doświadczamy, wynika z tego, że oddajemy swoją moc innym, wierząc, że to oni ją mają. Tymczasem to my ją posiadamy. To była dla mnie ogromna lekcja.

To chyba coś, co jednocześnie wywiera presję, ale też daje poczucie wolności, kiedy uświadamiasz sobie, że jesteś odpowiedzialna za własne szczęście?

Dokładnie. Masz rację, to bardzo trafne. Ta presja jest ciekawa, bo nagle myślisz, że skoro masz w sobie taką siłę, to naprawdę możesz wybrać miłość i szczęście. A jednocześnie pojawia się niepokój. Zastanawiam się, skąd to się bierze. Czy to wpływ społeczeństwa, które uczy nas, żeby nie myśleć o sobie w ten sposób? Bo przecież to powinno nas wzmacniać. To naprawdę bardzo interesujące.

„Najtrudniejsze było uświadomienie sobie, że chaos, zarówno wewnętrzny, jak i zewnętrzny, w dużej mierze jest moją odpowiedzialnością”.

Loreen (Fot. Charli Ljung) Loreen (Fot. Charli Ljung)

Wspomniałaś kiedyś, że „w poddaniu się jest siła”. To myśl bardzo nieoczywista w świecie, który promuje kontrolę i perfekcję. Z czego konkretnie musiałaś zrezygnować, żeby iść dalej?

Z ego. To bardzo ciekawy temat, bo często jest źle rozumiany. Ludzie kojarzą ego z byciem zarozumiałym, ale to nie o to chodzi. Poddanie się polega na odpuszczeniu wyobrażeń o tym, kim powinnaś być. Idealna, perfekcyjna, lubiana przez wszystkich. Kiedy zaczynasz robić rzeczy tylko po to, żeby inni cię akceptowali, to właśnie działa ego. Skupiasz się na tym, żeby inni cię lubili, zamiast zapytać siebie, czy ty sama siebie lubisz. A przecież to powinno być najważniejsze. Ego przenika wiele obszarów życia i często nawet nie zauważamy jego wpływu. Poddanie się oznacza powiedzenie sobie: „odpuszczam”. Nie w sensie rezygnacji, tylko uwolnienia. Wystarczy pomyśleć o momentach, kiedy jesteś naprawdę zmęczony i mówisz: „już mnie to nie obchodzi”. Wtedy pojawia się pewna lekkość i poczucie wolności, bo przestajesz kurczowo trzymać się oczekiwań i potrzeby kontroli. Prawda jest taka, że nie jesteśmy w stanie kontrolować niczego poza sobą. I nie powinniśmy próbować. Jedyne, nad czym mamy realny wpływ, to to, co dzieje się w nas, tutaj, w sercu. Dlatego poddanie się jest drogą do spokoju. A spokój w gruncie rzeczy jest tym samym co niebo.

Między twoimi albumami są długie przerwy – 2012, 2017, teraz 2026. Czy to świadoma decyzja, żeby znikać i ewoluować, czy po prostu tyle czasu potrzeba, żeby coś było wystarczająco szczere?

Szczerze mówiąc, nie była to świadoma decyzja. Po drodze wiele razy czułam, że chcę coś wydać, że chcę działać, ale to po prostu nie był właściwy moment. Mam poczucie, że wszystko dzieje się w swoim czasie, jakby życie miało dla nas pewien plan. Kiedy nie jesteś z nim w zgodzie, rzeczy się nie układają. Patrząc wstecz, widzę, że to był proces przygotowania mnie na coś, co miało nadejść. Tak naprawdę ten proces zaczął się przy „Tattoo”. Przez te 11 lat to był mój cykl. Nie mówię, że kolejny album ukaże się za 11 lat, spokojnie. (śmiech). Ten czas był jednak potrzebny, żeby coś we mnie dojrzało. Były momenty, kiedy się frustrowałam i myślałam: dlaczego to nie dzieje się teraz? Dziś jestem wdzięczna, że tak się nie stało. Autentyczność, zarówno w muzyce, jak i w życiu, potrzebuje czasu. Czasami mam wrażenie, że życie wie lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre. To trochę jak z chłopakiem, wydaje ci się, że ktoś jest świetny, ale później okazuje się dupkiem. I wtedy myślisz: dobrze, że nic z tego nie wyszło.

„Prawda jest taka, że nie jesteśmy w stanie kontrolować niczego poza sobą. I nie powinniśmy próbować”.

Czyli po prostu trzeba zaufać procesowi.

Dokładnie. Kiedy coś płynie, to płynie. Warto słuchać intuicji, bo ona pokazuje kierunek. Czujesz, kiedy wszystko zaczyna się układać i płynąć naturalnie. To znak, że jesteś we właściwym miejscu.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Twoje największe hity trafiły do szerokiej publiczności, ale twoja nowsza muzyka jest bardziej introspektywna. Czy bałaś się kiedyś, że stracisz słuchaczy, gdy twoja twórczość staje się bardziej osobista, czy właśnie o to chodzi?

Żyjemy w ciekawych czasach, bo ludzie coraz bardziej szukają autentyczności i prawdy. Wszyscy, ty, ja, każdy z nas. Bardzo szybko wyczuwamy, kiedy tej prawdy brakuje, i wtedy wszystko zaczyna się psuć. Dlatego myślę, że to jest nieuniknione. Wierzę, że muzyka trafia do tych, do których ma trafić. Ci, którzy powinni jej słuchać i ją zrozumieć, po prostu ją odnajdą. Strach przed utratą mainstreamowej publiczności nigdy nie był moją główną motywacją. Nawet jeśli odniosłam taki sukces, to nie był mój cel. Moją siłą napędową zawsze było mówienie prawdy i przekazywanie autentycznej energii. Może wynika to z tego, że jestem trochę nomadką i uduchowioną osobą. Osiągnęłam sukces, ale nie był on w pełni zgodny ze mną. I to wcale nie dawało mi szczęścia. Wręcz przeciwnie, przyniosło mi dużo smutku. Dlatego kiedy mówię o sukcesie mainstreamowym, to raczej coś, co po prostu się wydarzyło. I wydarzyło się pięknie. Ale ja chcę iść dalej swoją drogą, być autentyczna i dzielić się tym, co naprawdę czuję. Mam poczucie, że to jest moja rola. Służyć ludziom poprzez muzykę. I chcę to robić do samego końca, bo to jest moja największa pasja. Tym żyję i jestem z tego dumna.

Chciałbym wrócić do początków twojej kariery. W jednym z wywiadów mówiłaś, że jako kobieta musiałaś zrozumieć każdy element swojego rzemiosła, żeby zachować kontrolę i nie pozwolić innym „naprawiać” rzeczy za ciebie. Czy był moment, w którym poczułaś, że musisz tę kontrolę odzyskać? I jaką cenę za to zapłaciłaś?

Tak, zdecydowanie. To była jedna z pierwszych ważnych lekcji w moim życiu, jeśli chodzi o moją twórczość. Byłam bardzo nieśmiałym dzieckiem, nie widziałam siebie jako artystki. Trzymałam się raczej z boku, śpiewałam dla siebie, nie szukałam uwagi. Kiedy trafiłam do „Idola”, jako wrażliwa i dość uduchowiona osoba, nagle znalazłam się w środowisku pełnym opinii. Każdy mówił mi, jaka powinnam być, jak powinnam brzmieć, wyglądać, czym jest sztuka. To było dla mnie coś zupełnie nowego.

Loreen (Fot. Charli Ljung) Loreen (Fot. Charli Ljung)

Co w tamtym momencie najbardziej cię zaskoczyło w tym zderzeniu z cudzymi oczekiwaniami?

Naturalnie zaczęłam się zgadzać, przyjmować wszystko, co słyszałam. Byłam bardzo młoda. Z czasem wszystko zaczęło się rozmywać, bo straciłam kontakt z samą sobą. Coraz bardziej oddalałam się od tego, kim naprawdę jestem, a przecież wcześniej byłam bardzo ze sobą połączona. W pewnym momencie powiedziałam „nie”. I to była przełomowa chwila. Postanowiłam, że nauczę się wszystkiego sama. Jak tworzyć, jak produkować, jak opowiadać historię, jak działa telewizja i język obrazu. Chciałam rozumieć każdy element, żeby nikt nie mógł mi narzucać, jak coś powinno wyglądać. To był początek mojej prawdziwej nauki. Proces odzyskiwania siebie i swojej energii trwał latami. To nie było coś, co da się zrobić szybko. To były lata prób, błędów, powrotów i ciągłego uczenia się. Nie chodziło tylko o śpiew. To był proces dużo głębszy. Dotyczył poczucia własnej wartości, miłości do siebie, integralności. Tego, kim jesteś jako człowiek. Życie cały czas wystawiało mnie na próby, jakby sprawdzało, czy naprawdę coś zrozumiałam. Czasem je oblewałam i myślałam: „okej, spróbujmy jeszcze raz”. I tak krok po kroku dochodziłam do miejsca, w którym jestem dzisiaj.

„Mam poczucie, że to jest moja rola. Służyć ludziom poprzez muzykę”.

Często opisujesz siebie jako osobę głęboko uduchowioną. Jak ta duchowość przekłada się na bardzo fizyczne doświadczenie bycia na scenie – światła, tłum, adrenalinę?

Światła i wszystko, co dzieje się na scenie, służy stworzeniu przestrzeni, świata, do którego możesz wejść jako widz lub jako druga dusza, by poczuć emocje, które próbuję w tobie obudzić. Dlatego jestem także artystką wizualną. Wizualny świat opowiada swoją historię. Chcę, żeby to, co widzisz, i to, co słyszysz, współgrało z energią, którą wysyłam ze sceny. To tworzy rodzaj dialogu. Ty wysyłasz energię z powrotem, ja ją odbieram.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Zeszłego lata widziałem cię dwa razy na festiwalach w Polsce i muszę powiedzieć, że choć grałaś te same piosenki, za każdym razem czuć było inną energię. Tworzysz coś w rodzaju swojego małego świata.

Dokładnie! Bo wszystko, co robię na scenie, jest dla ludzi. Mowię o sobie, że jestem służebnicą. Nie chodzi o to, żeby pokazać siebie, ale o to, co mogę dać publiczności. Przygotowuję się wcześniej, aby w tym momencie wszystko było dla was. To o was chodzi, o to, co chcę, żebyście poczuli. Czasami poruszam się powoli, celowo. Daję wam przestrzeń, bo żyjemy w świecie, gdzie wszystko jest szybkie, natychmiastowe. Bez was, bez publiczności, nie mam dostępu do tej energii. To wasza obecność sprawia, że wiem, że to działa. Wtedy rozumiem, dlaczego robię to, co robię.

Chciałbym zapytać o przygotowania. Słyszałem, że w dniu koncertu lubisz się koncentrować i nie udzielasz wtedy wielu wywiadów. Jak wygląda taki dzień od środka? Masz jakieś rytuały, które pomagają ci wejść w odpowiedni stan?

Tak, mam swoje rytuały. Wszystko opiera się na intencji. Nawet jeśli publiczność wydaje się tylko widzami, to czuje wszystko, co ja czuję. Jeśli jestem trochę zdenerwowana, oni to wyczują, choć może nie będą o tym myśleć świadomie. Dlatego przed wyjściem na scenę ustawiam intencję. Mam swoje medytacje, czasem określone mantry lub dźwięki, których słucham. Poza tym bardzo dużo wizualizuję. Wyobrażam sobie, co chcę, żeby ludzie w tym momencie poczuli. Nie dla mojego ego, ale po to, by mogło to być dla nich dobre doświadczenie. Jestem w tym naprawdę dobra. Potrafię wyraźnie zobaczyć w głowie, jak chcę, żeby koncert wyglądał i jakie emocje wywołał.

Twoja muzyka bywa opisywana jako transformująca czy wręcz uzdrawiająca. Czy czujesz odpowiedzialność za to, co dzieje się z ludźmi, gdy słuchają twoich utworów?

Tak, czuję odpowiedzialność w tym sensie, że bardzo świadomie wysyłam określoną energię przez muzykę. Ale ważne jest, żeby zrozumieć jedno. Nikt nie może cię w pełni uleczyć poza tobą samym. Można jednak stworzyć przestrzeń, w której ludzie sami wykonują swoją pracę. Nie mogę kontrolować, jak odbiorcy przeżywają moją muzykę, ale wiem, jakie mam intencje. Są one zawsze konstruktywne. Nawet jeśli to pop, w każdej piosence jest intencja, wiem, dokąd zmierzamy. Wiem, jaki jest cel „Weapons”. Wiem, jaki jest cel „Kiss the Sky”, czy „Feels Like Heaven”. Chodzi o jedno, o wzmocnienie i nadzieję. Chcę, żeby ludzie zrozumieli, jak są silni. Siła nie polega na tym, żeby czuć się mocnym cały czas, ale na tym, że idziesz dalej, nawet jeśli jest ciężko. To jest prawdziwa moc i siła. Ludzie potrzebują miłości i pozytywnej energii, nie strachu. To jest to, co pozwala iść naprzód. To jest mój główny cel. Nie czuję presji, choć wiem, że mam odpowiedzialność. Potem każdy może zrobić ze słuchaniem mojej muzyki to, co chce.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Jestem pewien, że twoi fani czują tę energię i są za nią wdzięczni. Ja ją czuję. Gratulacje z okazji wydania nowego albumu, nie mogę się doczekać koncertu w Warszawie.

Robert, ja też nie mogę się doczekać, żeby cię uściskać na koncercie! Przytulę cię tak mocno, że nie puszczę.

„Siła nie polega na tym, żeby czuć się mocnym cały czas, ale na tym, że idziesz dalej, nawet jeśli jest ciężko”.

Nie mam nic przeciwko.

Widzisz, będziesz mówił: „puść mnie już!”, a ja nie puszczę! (śmiech)

Dziękuję ci bardzo za rozmowę, to była przyjemność.

Świetna robota. Piękne pytania. Wspaniałe dziennikarstwo. Dziękuję, Robert.

Loreen (właść. Lorine Zineb Nora Talhaoui) – ur. 16 października 1983 w Sztokholmie – szwedzka wokalistka i autorka piosenek marokańskiego pochodzenia, dwukrotna zwyciężczyni Konkursu Piosenki Eurowizji („Euphoria” 2012, „Tattoo” 2023). Zyskała międzynarodową popularność dzięki połączeniu popu, elektroniki i alternatywnego brzmienia oraz wyrazistym, emocjonalnym występom scenicznym. Pod koniec marca ukazał się jej trzeci studyjny album pt. „Wildfire” (Universal Music Polska).

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE