Ludzie lubią ich za to, że są normalni. I że nie lukrują rzeczywistości. Za chwilę Zofia Zborowska-Wrona i Andrzej Wrona zadebiutują jako gospodarze polskiej edycji „Love Is Blind”, jednego z największych show randkowych. Pytamy ich, na czym polega udane małżeństwo, czy boją się intercyzy i jakie były najtrudniejsze testy dla ich związku.
- W wywiadzie dla „Zwierciadła” Zofia Zborowska-Wrona i Andrzej Wrona opowiadają o swoim związku oraz o ich wspólnym wyzwaniu zawodowym – prowadzeniu polskiej edycji programu „Love is Blind”.
- Co sprawiło, że właśnie ta para została wybrana przez producentów? Jak zauważa Zosia Zborowska-Wrona: „Myślę, że ludzie lubią nas jako parę, bo nikogo nie udajemy, nie tworzymy awatarów w social mediach”.
- Aktorka i sportowiec wspominają również początki swojej znajomości. Zdradzają, co – ich zdaniem – pomaga tworzyć zgrany i trwały związek.
- Jak dodaje Andrzej Wrona: „Mnie się bardzo podobało w Zosi, że jest ambitna, robi różne rzeczy, angażuje się w wiele projektów”.
- Małżonkowie zdradzają również, czy sami zdecydowaliby się na udział w „Love is Blind” jako uczestnicy – gdyby byli singlami.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 05/2026.
Angelika Kucińska: Na co miłość może być ślepa?
Andrzej Wrona: Bywa ślepa na wszystko, na wady, zachowania, nawet te toksyczne. Zwłaszcza na początku.
Zosia Zborowska-Wrona: Ktoś policzył, że okres ślepego zauroczenia trwa jakieś siedem, osiem miesięcy, a potem spadają różowe okulary.
Andrzej: Większy problem, gdy widzimy, że coś nam nie odpowiada, ale wmawiamy sobie, że zmienimy to w tej osobie.
Zosia: W związku chodzi o to, żeby się łapać w połowie drogi. Nie zmienisz człowieka, z którym jesteś, ale można pójść na pewne ustępstwa. I jeśli obie osoby idą na ustępstwa w takim samym stopniu, to jest to fair.
A nie lepiej poszukać kogoś, komu nie trzeba będzie ustępować?
Andrzej: A są takie relacje? Nawet w tych związkach, które na Instagramie wyglądają na idealne, trzeba usiąść i przepracować parę rzeczy.
Zosia: Zmieniamy się. Po kilku latach związku nie jesteśmy osobami, którymi byliśmy, gdy zaczynaliśmy się spotykać. Albo zmieniają się okoliczności. Związek i my jako partnerzy musimy się sprawdzić w nowych sytuacjach.
Ja wchodziłam w relację ze sportowcem, kapitanem drużyny, mistrzem świata. Gdy Andrzej podjął decyzję o zakończeniu kariery, musieliśmy się zaadaptować do nowej sytuacji. Wszystko nagle się zmieniło. Jest więcej w domu. Ma inną pracę. Sam jest już innym człowiekiem.
Nie chce mi się wierzyć, że w życiu, które jest intensywne, nieprzewidywalne, bywa łatwe, ale bywa i bardzo trudne, możesz trwać w relacji ze swoim lustrzanym odbiciem i cały czas pozostajecie tacy sami. Poza tym to nudne. Żadnych wyzwań. Żadnej możliwości pracy nad sobą. A przecież w związku chodzi też o to, żeby nas rozwijał, prawda?
(Fot. Aleksandra Zaborowska)
I żeby pamiętać, że nic nie jest dane raz na zawsze. Każdego dnia podejmujesz decyzję, że wciąż chcesz być w tym konkretnym związku.
Andrzej: Ważne też, żeby wyciągać wnioski. Im dłużej trwasz w przyzwyczajeniach, tym trudniej je potem zmienić. Zosia się śmieje, że kiedy się poznaliśmy, byłem typowym kawalerem, który lubił spędzać czas z kumplami. Tak było. Aż dotarło do mnie, że jeśli podchodzę do relacji w określony sposób i one się nie udają, to może trzeba zmienić podejście i inaczej ustawić priorytety. Jeśli chcesz budować dorosły związek, to nie możesz wciąż żyć życiem 20-latka. To ważne, żeby nad sobą pracować.
Co było najtrudniej poświęcić dla związku? Niezależność?
Andrzej: W ogóle nie użyłbym słowa „poświęcenie”.
Zawsze chciałem mieć rodzinę i dzieci, o czym zresztą powiedziałem Zosi na jednej z pierwszych randek. Czułem się gotowy wcześniej, tyle że to nie był priorytet na już. Kiedy spotkałem Zosię, najważniejsza stała się ona i to, co chcieliśmy razem zbudować.
Dalej mam przyjaciół, kumpli. Część z nich założyła własne rodziny i spotykamy się na kinderbalach [śmiech].
Przede wszystkim jednak dziś inaczej zarządzam czasem. Wolę zostać w domu z Zosią i dziewczynkami. Myślę, że poznaliśmy się w naprawdę dobrym momencie. Zbliżały się moje trzydzieste urodziny, układałem sobie rzeczy w głowie. Wiedziałem, czego chcę. Nie jestem pewny, czy udałoby nam się, gdybyśmy poznali się pięć lat wcześniej…
Zosiu, a jak wyglądało twoje życie, kiedy się spotkaliście?
Chwilę wcześniej rozstałam się z chłopakiem, z którym byłam cztery lata. Pokojowo, w przyjaźni. Wiedziałam, że chcę założyć rodzinę, mieć dzieci, on wiedział, że nie jest w stanie mi tego dać. I wtedy od koleżanek singielek zaczęłam słyszeć, że dla nas, dziewczyn po trzydziestce, które szukają poważnej relacji, nikogo nie ma. Trzeba czekać, aż rzucą na rynek rozwodników [śmiech]. Postanowiłam więc myśleć o sobie i dobrze się bawić.
Mimo że wciąż marzyłam o rodzinie, przestałam się na tym skupiać, bo zewsząd słyszałam, jak ciężko jest spotkać kogoś fajnego. I oczywiście ktoś fajny pojawia się wtedy, kiedy nie masz parcia, żeby go znaleźć!
Ciekawe, bo każde z nas chciało pokazać tej drugiej stronie, że nie traktuje jej jak kolejnej przygody. Bardzo dużo rozmawialiśmy. Zdążyliśmy naprawdę nieźle się poznać, zanim zaczęliśmy być w związku.
(Fot. Aleksandra Zaborowska)
Co potrzebowałaś wiedzieć, żeby wejść w ten związek?
To Andrzej zadał decydujące pytanie. Bardzo szybko zapytał, czy chcę mieć dzieci. Zdziwiłam się, że tak od razu, ale też ucieszyłam, bo wyszło, że mamy te same priorytety. U nas wszystko potoczyło się szybko. Po kilku miesiącach zamieszkaliśmy razem, po ośmiu Andrzej się oświadczył, a po kolejnych trzech wzięliśmy ślub. Ja po prostu wiedziałam. Po jakimś czasie od naszego pierwszego spotkania zaczęli na nas polować paparazzi, więc zadzwoniłam do taty, żeby nie był zaskoczony, jak zobaczy zdjęcia. Powiedziałam mu, że poznałam swojego męża i ojca moich dzieci. „A kto to taki?” – zapytał. „Andrzej Wrona, sportowiec, kojarzysz?” „A jak długo się znacie?” „Trzy miesiące”. „To może ostrożnie z deklaracjami”. Wyszło na moje.
Andrzej, a dla ciebie co było ważne?
Szukałem partnerki i przyjaciółki. Brakowało mi głębi we wcześniejszych związkach. O swoich dotychczasowych relacjach nikomu nie opowiadałem, a o Zosi bardzo szybko powiedziałem mamie. Chciałem, żeby moja rodzina ją poznała. Chciałem się dzielić tym naszym byciem razem.
Posiadanie dzieci było dla mnie ważne, więc fajnie, że Zosia powiedziała „tak”, ale też nie szukałem przyszłej żony z listą cech do odhaczenia. Mnie się wręcz podobało, że jesteśmy z innych światów. Że kiedy wracam do domu po meczu, to nie musimy gadać o siatkówce, bo Zosia nie interesuje się sportem. Kiedy się poznaliśmy, nawet nie wiedziała, że jestem siatkarzem.
Zosia: Zobaczyłam na Instagramie zdjęcia z podróży i pomyślałam, że fajny, chyba model, więc pewnie nic z tego nie będzie. I serio nie rozumiem, jak można oglądać sport, nie będąc rodziną sportowca…
Andrzej: A można oglądać filmy, nie będąc rodziną aktora? [śmiech]
Pytam o sprawy, które trzeba ustalić przed związkiem, bo to pewnie kluczowe zadanie dla uczestników i uczestniczek „Love Is Blind”, randkowego show, które właśnie doczekało się polskiej edycji, a wy zostaliście jej gospodarzami.
Zosia: Dla mnie to największa siła tego programu. Rozmowa. Próba dogadania się w najważniejszych dla nas kwestiach. Dla kogoś będzie ważne, czy drugi człowiek ma kredyt. Dla kogoś innego – czy chodzi na wybory albo czy jest wierzący. To są rzeczy, które powinno się ustalać od razu. Dla mnie na przykład czymś oczywistym są badania, które para robi, jeśli zamierza uprawiać seks bez zabezpieczenia. To nie jest oznaka braku zaufania, ale właśnie poczucia, że możemy bezpiecznie rozmawiać o wszystkim.
Trzeba mieć przegadane rzeczy, a z „Love is Blind” możemy się nauczyć, jak, o czym i dlaczego warto rozmawiać.
(Fot. Aleksandra Zaborowska)
Andrzej: Wydaje mi się, że starsze pokolenia czekały, aż wszystko samo się okaże. Wiadomo, że na początku łatwiej jest skupić się na fizyczności, pobyć sobie w zauroczeniu, zamiast wejść głębiej i sprawdzić, czy dzielą nas różnice światopoglądowe. Bo po co psuć, kiedy jest fajnie? Śledząc randki w „Love is Blind”, możesz zobaczyć, jak ważne są niektóre pytania dla osób biorących udział w programie i ile zależy od tego, jaką odpowiedź dostaną.
Zosia: Musimy też pamiętać, że uczestnicy mają ograniczony czas na poznawanie się i rywalizują z innymi kobietami czy mężczyznami. Gdybym w prawdziwym życiu poszła na randkę z chłopakiem i zadała mu zestaw pytań rodem z „Love is Blind” na pierwszym spotkaniu, to mógłby się przestraszyć. Ale gdybym rozbiła to na pięć, sześć randek, nie powinien być zszokowany, bo to są przecież często fundamentalne sprawy.
Czytaj także: Aplikacje randkowe rzadko łączą ludzi w pary. Socjolog tłumaczy, dlaczego zawodzą
Na co miłość absolutnie nie powinna być ślepa?
Zosia: Na przemoc. Kwestia niewybaczalna. Myślę też, że na uzależnienia. Polityka? Tak, bo często jest tożsama ze światopoglądem, a ja na przykład wiem, że nie mogłabym być z kimś, kto nie ma liberalnych czy lewicowych poglądów. Prawicowy, konserwatywny światopogląd jest dla mnie nie do zaakceptowania.
W różnych statystykach, które analizują najczęstsze powody rozpadu związków, w zasadzie od lat na pierwszym miejscu wymienia się nie zdradę, ale pieniądze. To jest temat, który omawia się tak rzadko na początku relacji, że później rodzi problemy. Ludzie nie mówią sobie, ile zarabiają, na co chcą wydawać pieniądze, na co ich stać, a na co nie.
Andrzej: No właśnie, bo nie rozmawiają, a ja myślę, że da się stworzyć również taki związek, w którym jedna osoba zarabia dużo, a druga nie pracuje. Wierzę, że można to tak poukładać, żeby ta, która nie zarabia, czuła się komfortowo. Żeby nie pojawiły się zależność i przemoc finansowa.
(Fot. Aleksandra Zaborowska)
Jak to wyglądało u was?
Andrzej: Mnie się bardzo podobało w Zosi, że jest ambitna, robi różne rzeczy, angażuje się w wiele projektów. Szybko powiedzieliśmy sobie, ile każde z nas zarabia. Musieliśmy, bo mieliśmy plany. Chcieliśmy na przykład kupić dom. A kiedy razem wyjeżdżaliśmy, to nikt nikogo nie zapraszał na wakacje, tylko siadaliśmy i planowaliśmy podróż. Moje zarobki były zawsze bardziej usystematyzowane. Podpisywałem kontrakt na rok czy dwa i co miesiąc dostawałem pensję. Zosia ma nieregularny dochód jako aktorka, ale dzięki współpracom influencerskim czasem zarabia więcej niż ja, a potem zdarza się miesiąc…
Zosia: …kiedy pytam Andrzeja, czy pożyczy dychę [śmiech].
Dla mnie pieniądze to żaden temat tabu. Mamy wspólne konto kredytowe, a poza tym każde ma swoją kasę i podział wydatków przychodzi nam naturalnie.
Andrzej kupuje bilety lotnicze, ja płacę za hotel. Andrzej płaci rachunki za prąd, ja – za gaz. Wiesz, dla mnie też jest bardzo ważne, żebym była niezależna finansowo od mojego męża. W stu procentach zgadzam się z Mają Bohosiewicz, która bardzo dużo mówi o tym, że kobieta po prostu musi mieć swoje pieniądze.
Oglądając różne zagraniczne edycje „Love is Blind”, zwróciłam uwagę, że nic tak nie mrozi uczestników, jak sugestia intercyzy. Widzą w niej brak zaufania.
Andrzej: My nie mamy podpisanej intercyzy, ale to nie jest coś, co mnie mrozi. W niektórych związkach intercyza jest oczywista, w innych wręcz wskazana. My jesteśmy siebie pewni, ale wyobrażam sobie relację, która jest solidna, ale tej pewności jest trochę mniej, a wtedy to zrozumiałe, że szuka się zabezpieczenia w intercyzie.
Zosia: Pamiętam, jak po zaręczynach polecieliśmy do Londynu. Siedzieliśmy z bratem Andrzeja, który jest prawnikiem, jego ówczesną dziewczyną, prawniczką, i przyjaciółką Andrzeja, też prawniczką. Dla nich to, że podpiszemy intercyzę, było oczywiste. I może dla prawników jest, a dla artystki i sportowca o kreatywnej duszy – już nie.
Andrzej: Ludzie nie mają problemu ze spisywaniem testamentu, żeby rodzina się nie kłóciła o to, co kto dostanie po śmierci, a rozwód to przecież śmierć związku. Dlaczego nie spisać na wypadek końca relacji umowy, która będzie wszystkich chronić? I dlaczego nie zrobić tego, kiedy jest nam ze sobą dobrze i się kochamy, a nie w momencie, kiedy życzymy sobie jak najgorzej? Wtedy na pewno się nie dogadamy.
(Fot. Aleksandra Zaborowska)
Gdybyście byli singlami, wzięlibyście udział w „Love is Blind”?
Zosia: Eksperyment jest fantastyczny i bardzo ciekawy, ale mnie krępowałby fakt, że tak emocjonalnie się odsłaniam na oczach milionów ludzi. Spalam się w takich intensywnych emocjonalnie sytuacjach i nie wiem, czy byłabym w stanie zapomnieć o kamerach.
Ludziom, którzy obserwują mnie i Andrzeja w mediach społecznościowych, może się wydawać, że pokazujemy bardzo dużo z naszej prywatności, ale to nieprawda. Robimy selekcję tego, co udostępniamy. To, co najważniejsze, zostawiamy dla siebie.
Andrzej: A ja nie wiem, czy potrafiłbym przeżywać tak ważne, prywatne momenty jak zaręczyny czy ślub publicznie, na oczach widowni. Pierwszy pocałunek z przyszłą żoną? Faceci się bardzo stresują pierwszym pocałunkiem… Z drugiej strony w perspektywie jest znalezienie miłości życia. To jest ten zysk, więc coś za coś.
Zosia: Mimo że siebie nie widzę w takim programie, to rozumiem każdą osobę, która idzie do „Love is Blind”. Żyjemy w świecie, który przykłada zbyt dużą wagę do wyglądu, a tu najpierw się poznajesz, a dopiero potem widzisz.
Andrzej: Umówmy się: to wygląd decyduje, czy w ogóle z kimś pogadasz. Odezwiesz się do kogoś, kto ci się podoba, a tymczasem dużo lepsze porozumienie mogłabyś mieć z osobą, która wizualnie nie zrobiła na tobie aż takiego pierwszego wrażenia. To okropne, ale tak funkcjonuje świat.
Z drugiej strony nie możemy sobie opowiadać bajek, że fizyczność jest kompletnie nieistotna.
Zosia: To bardzo ważne, żeby mieć super flow, dogadywać się, śmiać się z tych samych rzeczy i żeby partner był atrakcyjny intelektualnie. Ale musi też chociaż trochę działać na zmysł wzroku.
Andrzej: I w „Love is Blind” nikt z tym nie dyskutuje. Ludzie najpierw budują relację emocjonalną, sprawdzają zgodność charakterów, ale jednym z kluczowych, najbardziej ekscytujących momentów jest tak zwany reveal, czyli pierwsze okazanie. I czasem jedna osoba się rzuca do całowania, a druga ucieka gdzieś głową i przytula się bardziej z obowiązku.
Mówicie, że jesteście siebie pewni. Co zbudowało waszą pewność? To, że w bardzo krótkim czasie musieliście zmierzyć się z wieloma wyzwaniami?
Zosia: Kiedy byliśmy ze sobą zaledwie pół roku, musiałam przejść operację kolana. Przez parę miesięcy nie mogłam pracować i głównie leżałam na kanapie. Pod koniec tego samego roku poroniłam moją pierwszą ciążę. Było nam ciężko, ale daliśmy radę. Mnie wtedy bardzo pomogła terapia. Poskładałam się fizycznie i psychicznie, a rok później zaszłam w kolejną ciążę. Już udaną.
Andrzej: Zosia zaczęła wracać do zdrowia, a tu nagle wybuchła pandemia. Byliśmy razem dopiero rok i wylądowaliśmy zamknięci w domu. Później musieliśmy poradzić sobie ze śmiercią Wiesi, naszej suczki. Bardzo ją przeżyliśmy, była członkiem rodziny.
Kolejnym testem jest moja sportowa emerytura. Robiłem coś przez 25 lat i nagle tego nie robię. To trudny moment dla każdego zawodnika. Czujesz, że świat ci się zawalił, po czym rozglądasz się dookoła i widzisz, że inni ludzie żyją normalnie, chodzą do pracy, im się nic nie zawaliło.
Na szczęście mam wsparcie. Zosię, dziewczynki, rodziców, brata i przyjaciół. Dzięki nim było mi dużo łatwiej. I przygotowałem się, miałem plan.
Istnieje jakieś sensowne systemowe wsparcie dla sportowca, który przechodzi na emeryturę?
Andrzej: Zależy od dyscypliny i kraju. W Polsce wypłaca się emeryturę sportowcom, którzy skończyli 40 lat i mają na koncie medal olimpijski. A jak nie masz medalu, to kończysz jedną pracę i szukasz innej. Nikt nie wysyła sportowców na kursy, żeby pomóc im odnaleźć się na rynku pracy. Jeśli jesteś piłkarzem, to jest szansa, że sporo zarobiłeś i mądrze zainwestowałeś pieniądze, więc na emeryturze leżysz brzuchem do góry. W innych sportach to raczej mało prawdopodobne. Ja się przygotowałem, nauczony doświadczeniem sportowców, którzy się nie przygotowali. Sporo jest przypadków kontraktów przeimprezowanych czy przegranych w kasynach. Bo to prawda, że nie ma tak wysokiego kontraktu, którego nie dałoby się głupio przepuścić. Cieszę się, że moje pokolenie jest już trochę mądrzejsze. Jeszcze grając, otwierałem sobie kolejne furtki.
Lubię próbować nowych rzeczy, lubię wyzwania. Stąd „Love is Blind”. Zagrałem ostatni mecz, a następnego dnia polecieliśmy na nagrania.
Zosiu, w twoim zawodzie akurat nie ma emerytury.
Jan Englert powiedział mi kiedyś, że zacznę grać dopiero po trzydziestce, bo wtedy zgodzi mi się fizys z psyche. To była prawda. Po trzydziestce zaczęłam dostawać propozycje, ale zaszłam w ciążę i musiałam zrezygnować z dwóch seriali. Urodziłam, poczekałam, zaszłam w drugą. I teraz w końcu zaczyna się dziać coś fajnego w moim życiu aktorskim.
Nie ma jednak piękniejszej roli niż rola mamy, jakkolwiek słodkopierdząco to brzmi. Czuję ogromne powołanie w macierzyństwie, jestem w nim spełniona i szczęśliwa.
Wszystko, co wydarza się dodatkowo, daje mi narzędzia do fajnego życia, czyli pieniądze. Chcę pracować. Ale chcę też być z dziewczynkami, zwłaszcza teraz, gdy one chcą spędzać z nami czas i jesteśmy ich światem.
Wiele spośród zagranicznych edycji „Love is Blind” prowadzą znane pary. Dostają to zadanie, bo ich związek jest postrzegany jako udany, dobry, może jako taki, o którym marzą osoby uczestniczące w programie. Można brać z nich przykład. Zapytam więc wprost. Dlaczego wy?
Andrzej: W naszej relacji sprawy też potoczyły się szybko. Może nie tak szybko jak w programie, ale myślę, że pokazujemy, że relacja budowana w takim tempie też się może udać.
Zosia: Myślę, że ludzie lubią nas jako parę, bo nikogo nie udajemy, nie tworzymy awatarów w social mediach. Pokazujemy się w dresie, ja bez makijażu, Andrzej z chochołem na głowie. Nie kreujemy sztucznej rzeczywistości.
A na czym polega sukces waszego związku?
Zosia: Zawsze podkreślam, że jesteśmy normalną rodziną, normalną parą. Wkładamy bardzo dużo pracy w to, żeby było między nami dobrze. Ale mamy też swoje kryzysy. Kłócimy się, nie zgadzamy się ze sobą. Unikamy kłótni przy dzieciach, ale kiedy zdarza nam się mocniejsza wymiana zdań przy dziewczynkach, pilnuję, żeby zobaczyły, że godzimy się i przepraszamy. „Sorki, poniosło mnie, daj buziaka, kocham cię” – to słyszą. Nie chcemy budować w nich złudnego przeświadczenia, że rodzice się nie kłócą, ale nigdy nie krzyczymy, nie obrażamy siebie nawzajem. Jak w każdym małżeństwie mamy swoje wzloty i upadki, ale to, jak rozwiązujemy sytuacje konfliktowe, jest kluczowe. To jest nasz sukces.
Zofia Zborowska-Wrona aktorka, influencerka. Obecnie można ją oglądać w serialu „Młode gliny”. Jest autorką kilku książek dla dzieci.
Andrzej Wrona, były siatkarz, złoty medalista mistrzostw świata, obecnie komentator sportowy i mówca motywacyjny. Wspólnie z Zosią wychowują pięcioletnią Nadzieję i dwuletnią Jaśminę. Mają dwa psy: Krysię i Kazika. Program „Love is Blind” zadebiutował w serwisie Netflix w maju tego roku.
Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy Restauracji Belvedere, która mieści się w wyjątkowym budynku Nowej Oranżerii w Łazienkach Królewskich w Warszawie