Autopromocja
WOS 7 - pc
WOS 7 - pc
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. „Od zawsze płacę cenę za swoją wrażliwość”. Ralph Kaminski szczerze o rozliczeniu z przeszłością i powrocie do korzeni

„Od zawsze płacę cenę za swoją wrażliwość”. Ralph Kaminski szczerze o rozliczeniu z przeszłością i powrocie do korzeni

Ralph Kaminski (Fot. Adam Kurlanc/mat. prasowe Universal Music Polska)
Ralph Kaminski (Fot. Adam Kurlanc/mat. prasowe Universal Music Polska)
Po ekstrawaganckim, pełnym kolorów i spektakularnych choreografii „Balu u Rafała” Ralph Kaminski zniknął na dłuższy czas, by wrócić z czymś zupełnie odwrotnym. Jego nowa płyta „Góra” to intymny, melancholijny zapis ostatnich lat życia, pełen pożegnań, refleksji i osobistych rozliczeń. W wywiadzie artysta otwarcie mówi o cenie swojej wrażliwości, o tym, jak okrutny bywa show-biznes, i jak trudno jest pozostać sobą, gdy z każdym sukcesem rosną oczekiwania. Kaminski opowiada też o rozstaniach, stratach, nadziei i powrocie do akustycznych korzeni – w projekcie, który zmusza słuchacza do zatrzymania się i wsłuchania w emocje, które w popie rzadko się spotyka.

Robert Choiński: Po ekstrawaganckim „Balu u Rafała” wracasz z płytą pełną ciszy, melancholii i złamanych serc. Co się wydarzyło między tymi dwoma światami?

Ralph Kaminski: Wiem, co się wydarzyło, choć nie jest to takie proste do uchwycenia. Już w trakcie grania projektu „Bal u Rafała” myślałem o tym, że dobrym zwrotem akcji będzie powrót do moich korzeni, do muzyki bardziej akustycznej, takiej, która naturalnie we mnie rezonuje. Chciałem odejść od konceptualnego podejścia i skupić się na czymś bardziej osobistym, opartym na songwritingu. Planując ten album jeszcze w tamtym czasie, miałem nadzieję, że będzie w nim dużo światła i ciepła. Jednak życie pisze własne scenariusze i nie wszystko da się zaplanować. Nie powiedziałbym, że na tej płycie nie ma nadziei, ale zdecydowanie więcej jest w niej smutku, melancholii, pożegnań i rozstań – takich osobistych rozliczeń, które przyszły w moim życiu. Mam jednak poczucie, że obok tego wszystkiego jest tam również dużo pogodzenia i zgody. Zgody na to, że życie właśnie takie bywa. I to chyba jest największa różnica między tymi dwoma światami.

„Góra” brzmi momentami jak bardzo osobiste rozliczenie z ostatnimi latami. To płyta po rozpadzie – relacji, pewnego etapu życia, czy może własnych złudzeń?

Myślę, że po trochu wszystkiego. To na pewno zapis tego, jak czułem się pod koniec projektu „Bal u Rafała” i w trakcie dwóch lat, które nastąpiły po jego zakończeniu. Z jednej strony wracam też do historii z bardzo dalekiej przeszłości – do dzieciństwa, do rzeczy głęboko poukrywanych i przez lata wypieranych. Mimo to jest to przede wszystkim aktualny zapis mnie sprzed niedawna. Mam też poczucie, że wydając ten album, coś domykam. Nie chcę już w tym dłużej tkwić. Zamykam etap, który mi towarzyszył, i otwieram się na nowe, choć jeszcze nie wiem, czym ono będzie. Życie zresztą uczy, chyba każdego z nas, że nie wszystko da się zaplanować. Nawet to, o czym będzie płyta. Możemy mieć wyobrażenie, że chcemy pójść w jakimś kierunku, ale rzeczywistość potrafi skręcić nasze drogi zupełnie gdzie indziej.

okładka albumu Ralpha Kaminskiego – „Góra” (Fot. Dawid Grzelak/mat. prasowe Universal Music Polska) okładka albumu Ralpha Kaminskiego – „Góra” (Fot. Dawid Grzelak/mat. prasowe Universal Music Polska)

Wiele osób myślało, że po sukcesie „Balu u Rafała” pójdziesz jeszcze mocniej w spektakl i show. Tymczasem zrobiłeś krok w drugą stronę – w stronę ciszy i minimalizmu. To wyłącznie życie nadało temu kierunek, czy była w tym też odrobina przekory?

Tematyka to coś, co musi mnie poruszać i być ze mną aktualne w momencie pisania płyty. Natomiast sam pomysł, żeby zrobić coś w kontrze do poprzedniego projektu, był już moim świadomym założeniem. Chciałem stworzyć coś, czego być może nikt się po mnie nie spodziewa. Miałem poczucie, że po „Balu u Rafała” ludzie mogą oczekiwać jeszcze bardziej rozbudowanej formy, mocniejszego wizerunku, większego spektaklu. A ja poczułem, że muszę się od tego odbić, że kontynuowanie tego kierunku to byłoby dla mnie po prostu za dużo. Oczywiście pewnie wiele osób byłoby zadowolonych, ale jako twórcy nie dałoby mi to nic nowego. Poczułem też potrzebę pokazania się słuchaczowi i widzowi w możliwie najbardziej odartej formie, na tyle, na ile to w ogóle jest możliwe na scenie. Chciałem odsłonić coś bardziej osobistego, bliższego mnie samego. Wiedziałem, że to będzie trudne, ale jednocześnie nowe i potrzebne. Ufałem też, że dla odbiorcy taka szczerość może mieć dodatkową wartość, zwłaszcza że temat płyty jest bardzo intymny. Tym razem nie chciałem chować się za żadną kreacją ani zbroją.

Po zakończeniu trasy, a ona trwała długo, zrobiłeś sobie wyraźną przerwę. Przygotowując się do rozmowy, aż się zdziwiłem, że „Bal u Rafała” wyszedł w 2022 roku.

Dokładnie.

„Nie chciałem już chować się za żadną kreacją ani zbroją.

Naprawdę byłem zaskoczony, że to już prawie cztery lata.

Właśnie teraz też mi to uświadomiłeś. Cały czas miałem poczucie, że to trzy lata, a tymczasem pod koniec sierpnia miną cztery. Tyle że sama promocja projektu trwała dwa lata, taki był mój plan. Dlatego może wydaje się, że to było niedawno. A przecież w branży muzycznej nawet dwa lata to bardzo długo.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

No właśnie. A potem postawiłeś grubą kreskę i właściwie zniknąłeś z medialnego obiegu.

Założyłem sobie, że zrobię totalną przerwę, taką kontrę wobec intensywności „Balu u Rafała”. Chciałem na jakiś czas praktycznie przestać pracować, poza pojedynczymi rzeczami, jak jakiś serial czy drobne projekty. Zobaczyć, co się stanie, kiedy pozwolę sobie na „nicnierobienie”. Wiedziałem, że potrzebuję przestrzeni i na komponowanie, i na zwykłe bycie ze sobą. „Bal u Rafała” to były dwa lata bardzo intensywnej promocji, około 150 koncertów i mnóstwo rzeczy wokół. To był dla mnie projekt nie tylko wymagający artystycznie, ale też wyczerpujący fizycznie. Z drugiej strony ta przerwa nauczyła mnie, że takie gwałtowne, całkowite odcięcia też nie działają dobrze. Brak pracy, wbrew pozorom, również potrafi być trudny, zwłaszcza kiedy nagle zostajesz sam z emocjami, na które wcześniej nie było czasu. A prędzej czy później i tak trzeba się z nimi zmierzyć. To był ważny moment, ale też lekcja. Dla mnie takie długie przerwy nie są dobre. Nie chcę już pracować na skrajnych obrotach ani grać takiej liczby koncertów, jak wtedy. Muszę szukać balansu. Odpoczynek – tak, miesiąc czy dwa – ale nie rok czy półtora. To po prostu mi nie służy.

A jeśli chodzi o bardziej pozytywne aspekty tej przerwy – czego najbardziej potrzebowałeś w tej ciszy?

W trakcie „Balu u Rafała” trochę romantyzowałem takie nicnierobienie.

Brak pracy również potrafi być trudny, zwłaszcza kiedy nagle zostajesz sam z emocjami, na które wcześniej nie było czasu.

Dolce far niente…

Dokładnie (śmiech). Tyle że to chyba nie jest moja natura. Zresztą mam wrażenie, że na dłuższą metę nikomu to dobrze nie służy. Widać to choćby po artystach, którzy pracują długo po osiągnięciu wieku emerytalnego. Tworząc, po prostu żyjemy, czujemy się potrzebni. Dlatego rozumiem, dlaczego Maryla Rodowicz wciąż chce pracować i bardzo ją za to podziwiam. Podobnie Sława Przybylska, która mimo ponad dziewięćdziesięciu lat nadal koncertuje, czy Irena Santor, która może już nie śpiewa, ale wciąż jest obecna, wychodzi do ludzi.

Tak, często widuję ją na koncertach i różnych wydarzeniach.

Człowiek potrzebuje mobilizacji. Nawet jeśli mamy gorszy moment, to samo to, że musimy się zmobilizować, często działa na nas dobrze. Ta przerwa była więc ciekawym doświadczeniem, ale…

Nie powtórzyłbyś jej w takiej formie.

Nie, na pewno nie z własnego wyboru. Dobrze jest się czasem ponudzić, ale nie za długo.

Ralph Kaminski (Fot. Dawid Grzelak/mat. prasowe Universal Music Polska) Ralph Kaminski (Fot. Dawid Grzelak/mat. prasowe Universal Music Polska)

W ostatnich wywiadach mówiłeś, że im dłużej jesteś w tej branży, tym więcej masz wątpliwości. Czy to znaczy, że sukces wcale nie daje spokoju – tylko jeszcze więcej presji?

Jest coś takiego w tym zawodzie, że każdy nowy projekt to w pewnym sensie zaczynanie od zera – nowa historia, nowe otwarcie. Te wywiady, o których mówisz, powstawały tuż przed trasą przedpremierową, która była dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Owszem, zdarzało mi się wcześniej grać premierowo materiał na festiwalach, ale nigdy nie robiłem trasy klubowej z nieznanym jeszcze albumem. W takiej sytuacji ludzie kupują bilety, a tak naprawdę nie wiedzą do końca, na co przychodzą. To rodzi ogromny lęk i niepewność, czy to zostanie przyjęte, czy zostanie zrozumiane. Zwłaszcza kiedy wiesz, że to jest materiał bardzo osobisty. Zależy ci na tym, żeby zostać przyjętym, ale nie masz żadnej gwarancji. I to jest wpisane w ten zawód. Godzimy się na to, że nikt nigdy tej gwarancji nam nie da. Nawet największe nazwiska jej nie mają, bo wszystko jest pewną sinusoidą. Ja wiem, że zrobiłem coś ważnego dla siebie, najlepiej jak potrafiłem. Ale nie mam wpływu na to, jak to zostanie odebrane, albo czy w ogóle zostanie odebrane. Na szczęście ta pierwsza trasa pokazała, że ludzie rozumieją, co chcę powiedzieć. Po pierwszym koncercie pojawiła się też bardzo dobra recenzja i trochę odetchnąłem z ulgą. Ale to napięcie wraca za każdym razem. Mam nawet wrażenie, że z czasem jest mi coraz trudniej.

Byłem na jednym z koncertów w Palladium.

Na którym dniu, pamiętasz?

Chyba na pierwszym.

To jeszcze nie mieliśmy idealnie dopracowanego dźwięku. Szkoda, musisz przyjść jeszcze raz.

Muszę przyznać, że to było dla mnie duże zaskoczenie. Po „Balu u Rafała”, z całą jego choreografią i rozmachem…

A byłeś na „Balu”?

Tak, nawet kilka razy, na premierze na Open’erze i później m.in. na Torwarze.

Czyli widziałeś właściwie początek i koniec. To też jest ciekawe, jak taki projekt się rozwija. Każdy koncert jest inny, wszystko żyje, dojrzewa i trochę się zmienia.

Muszę przyznać, że ta cisza była dla mnie szokująca. To wejście, moment, w którym na sali słychać nawet wentylator, ludzie zamarzają. Jakie emocje ci wtedy towarzyszyły?

Ja tę ciszę naprawdę czułem. A podobno wcale nie jest łatwo ją osiągnąć, zwłaszcza w przestrzeniach, gdzie większość publiczności stoi. I pojawiało się we mnie pytanie: czy to dobrze, czy źle? Z drugiej strony to pokazuje, że ten materiał ma w sobie coś, co domaga się skupienia. To płyta, która wymaga od słuchacza pewnego zaangażowania, ciszy, uważności. Jest też trochę kontrą wobec tego, czym dziś często staje się muzyka, czyli narzędziem do generowania zasięgów i zarabiania pieniędzy. Dzisiaj, przy obecnej technologii, właściwie każdy może tworzyć muzykę. Wielu twórców robi to niekoniecznie z potrzeby artystycznej, tylko raczej z myślą o popularności czy rozpoznawalności. A ja mam poczucie, że przy tym projekcie znowu idę pod prąd. Zresztą właściwie przy każdej płycie miałem takie wrażenie, że robię coś wbrew oczekiwaniom, może nawet wbrew temu, co powinienem. Ale taki już jestem. Ten album przypomniał mi, że jestem twórcą, że bliżej mi do artysty alternatywnego, który jakimś trafem przebił się do szerszej świadomości, nawet do mainstreamu. Zdarzało mi się grać na dużych, telewizyjnych wydarzeniach, ale nigdy nie było to coś, do czego świadomie dążyłem. Zawsze dobrze czułem się w swoim miejscu, w tej relacji ze słuchaczami, którzy naprawdę chcą słuchać tego, co robię. Dlatego też było dla mnie zaskoczeniem, że nagle dotarłem do dużo szerszej publiczności, która wcześniej w ogóle się mną nie interesowała.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Kiedyś byłeś określany w mediach „tym nowym, wrażliwym chłopakiem z charakterystycznym głosem”. Dziś jesteś jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów swojego pokolenia. Ciężko funkcjonuje się z takim ciężarem?

Myślę, że dla niektórych tak. Ja nie wiedziałem, jak będzie u mnie, ale zauważyłem jedną rzecz. Kiedy wycofuję się z pracy, nie mam koncertów ani zobowiązań, bardzo szybko zapominam o tym, że wykonuję publiczny zawód. Na co dzień nie myślę o tym, że jestem na świeczniku, że mam jakiś wizerunek, że jestem oceniany. I kiedy pisałem tę płytę, też w ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Może to jest moje szczęście. Czasem dopiero, kiedy ktoś coś mi przypomni, pokaże fragment koncertu czy jakieś nagranie, uświadamiam sobie: „to naprawdę byłem ja?”. Pamiętam, jak zobaczyłem fragment koncertu z repertuarem Kory i pomyślałem: „ja robiłem takie rzeczy?”. U mnie to działa w ten sposób, że na co dzień nie myślę o sobie jako o „Ralphie Kaminskim”, jakiejś gwieździe czy osobie publicznej. Bo gdybym tak myślał, chyba nie wyszedłbym normalnie na ulicę. A dla mnie najważniejsze jest po prostu zwyczajne życie.

Ta płyta jest trochę kontrą wobec tego, czym dziś często staje się muzyka, czyli narzędziem do generowania zasięgów i zarabiania pieniędzy.

A co cię tak uziemia? Co sprawia, że pozostajesz w takim, a nie innym stanie?

Myślę, że życie samo w sobie niesie coś uziemiającego. Oczywiście przynosi piękne chwile, ale najczęściej trudne. I im człowiek starszy, dojrzalszy, tym lepiej potrafi to odczuć. Kiedy byłem młodszy i zaczynałem odnosić sukcesy, częściej wpadałem w chaos w głowie. To, czym się zajmuję, ma w sobie pewien rodzaj bajkowego, kreatywnego zamieszania, ale pozostawanie w tym stanie może być niebezpieczne. Uważam, że show-biznes, niezależnie czy mówimy o aktorstwie, śpiewaniu, czy nawet tworzeniu treści na TikToku, nie jest miejscem dla dzieci ani dla osób, które nie mają dojrzałości lub nie mają wsparcia dorosłych, którzy się nimi opiekują. Można się w tym bardzo pogubić.

Co doskonale widać choćby na przykładzie gwiazd, które zaczynały w młodym wieku… nawet ostatnia sprawa Britney Spears, która znowu miała problemy z prawem.

To jest naprawdę przykre. Ona była genialną maszyną, ogromnym talentem, produktem w pełnym tego słowa znaczeniu. Ale pytanie brzmi: czy cena, którą za to płaci, jest tego warta? Wydaje mi się, że nie.

Na „Górze” śpiewasz o smutku, samotności, stracie. W popie często udajemy, że wszystko jest lekkie i błyszczące. Nie boisz się, że taka szczerość może być dla słuchacza zbyt niewygodna?

Na pewno nie jest wygodna. Ale ja nigdy nie chciałem robić wygodnych rzeczy. Rozumiem ludzi, którzy wybierają komfort, ale dla mnie to po prostu trochę bez sensu. Dla mnie ważniejsze jest, żeby muzyka była intrygująca, niewygodna, zagadkowa. Sam jako odbiorca szukam czegoś takiego u innych twórców, więc staram się funkcjonować w podobny sposób.

Piosenka „Ania”, poświęcona twojej nauczycielce śpiewu, jest jedną z najbardziej poruszających na płycie. Czy są momenty, kiedy pisząc takie utwory, zastanawiasz się: „czy nie odsłaniam się za bardzo”? Wiem, że kiedyś żałowałeś jednego utworu.

Może nie żałowałem, bardziej…

Chodzi o to, że drugi raz byś takiego nie napisał, tak?

Może byłoby mi trudniej, ale nie, nie powiedziałbym, że żałuję któregokolwiek utworu, który opublikowałem. Trzeba pamiętać, że to, co piszę, to też poezja. To nie jest dokument ani reportaż jeden do jednego.

W piosence wypowiada się podmiot liryczny.

Tak. Mimo że na tym albumie jest wiele szczerych momentów, niektóre z nich są w pewnym sensie podcenzurowane. Nie tyle z powodu mnie, ile z szacunku do osób, których historie mogą dotyczyć i być dla nich bardzo żywe. Bardzo długo pracowałem nad „Anią”, szczególnie nad tekstem. Chciałem, aby w refrenie pojawiało się imię, ale szukałem klucza, jak pisać o ważnej osobie w moim życiu, która nie była mi rodziną najbliższą, ale wpłynęła na mnie znacząco. Ta strata była dla mnie odczuwalna, ale nigdy nie tak silnie, jak dla jej rodziny. Chciałem oddać swoją perspektywę, ale też z szacunkiem. Dlatego wysłałem gotowy utwór dzieciom Ani, aby otrzymać ich błogosławieństwo. Przedtem długo zastanawiałem się nad tym, co właściwie piszę.

I jak zareagowali?

Bardzo mi podziękowali. Dla mnie była to moja perspektywa, dla nich perspektywa byłaby inna. Chodziło o szacunek wobec tego, że ona ma rodzinę.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Czyli nie chciałeś zawłaszczać ich emocji.

Dokładnie. Nie chciałem tego robić na czyjejś tragedii. Czasem się zdarza, że ktoś robi sztukę na cudzej krzywdzie, a ja nie chciałbym czegoś takiego.

Z perspektywy słuchacza ta piosenka jest subtelna, emocjonalna, poruszająca, ale też pozostawia nutkę niedopowiedzenia.

Chodzi też o to, aby słuchacz mógł znaleźć w utworze coś ze swojej historii, swojej żałoby czy pożegnania. Dlatego nie może być to dosłowne jeden do jednego. Lubię jako odbiorca odnajdywać w czyichś opowieściach elementy, które przypominają moje własne historie, nawet jeśli twórca opowiada zupełnie coś innego.

Publiczność często widzi w Tobie postać teatralną, baśniową. A kim jest Ralph Kaminski, kiedy schodzi ze sceny i zostaje sam ze sobą?

Myślę, że nie jestem nikim wyjątkowym. Wyjątkową mam pracę. Umożliwia mi uczestniczenie w niezwykłych rzeczach, spotykanie wyjątkowych ludzi. Ale poza tym jestem po prostu człowiekiem jak każdy, mierzącym się ze swoimi problemami i słabościami. Pewnie w codziennym życiu to jedna wielka nuda. Są twórcy, szczególnie aktorzy, którzy potrzebują kreować siebie także poza sceną. Ja bym się wykończył.

W twojej twórczości zawsze było dużo emocji, ale też estetyki, kostiumu, kreacji. Czy czujesz, że na tej płycie zdejmujesz maskę bardziej niż przy poprzednich projektach?

Myślę, że zdecydowanie tak. Ale nie w pełni, nie chcę oddawać słuchaczowi czy publiczności wszystkiego, co mam. To byłoby bez sensu. Z biegiem lat czuję też, że prywatność jest dla mnie czymś, co muszę chronić. Kiedy zaczynałem, Instagram raczkował, i długo wrzucałem wszystko, co przyszło mi do głowy, bez filtra. Tak samo na Twitterze pisałem różne głupoty, które dla mnie były żartem, ale mogły być odebrane niewłaściwie, czasem nawet niebezpiecznie. Dlatego teraz pilnuję, żeby nie pokazywać swoich przyjaciół, jeśli nie są osobami publicznymi. Większość moich bliskich nie wykonuje zawodów publicznych. Pokazałem swoją mamą, brata i babcię. Nie wiem, czy zrobiłbym to dziś z tą wiedzą, ale zrobiłem to. Nie pokazuję też mieszkania, staram się chronić swoją przestrzeń. Wiem, że moi słuchacze i ludzie, którzy mnie znają przez twórczość, w większości mają do tego respekt, ale nie mam gwarancji. Dlatego jako osoba prywatna potrzebuję czuć się bezpiecznie.

Chciałbym nawiązać do tego, o czym wspomniałeś na początku rozmowy, że „Góra” jest powrotem do korzeni. Patrząc też na daty, można powiedzieć, że to domknięcie pewnej dekady, zapoczątkowanej przez twój debiutancki album „Morze”.

Wiesz co, to trochę wyszło przypadkiem. Mówię, że byłoby ciekawe nazwać ten album „Góra”, chociaż początkowo nie byłem do końca przekonany i nie mogłem znaleźć innego tytułu. Pomyślałem sobie: „to byłaby klamra do tamtej płyty”. A przy okazji okazało się, że minęła dekada od debiutu. Tak się więc przypadkowo złożyło. Nie był to żaden PR-owy ruch.

Nie chcę oddawać słuchaczowi wszystkiego, co mam. To byłoby bez sensu.

Ale wyszło to naprawdę pięknie.

Tak, i czuję to też w utworze „List z wielkiego miasta”, gdzie śpiewam fragment „co dalej, nie wiem”. To chyba najprawdziwsze odzwierciedlenie tego, co mi towarzyszy. Mam pomysły, które chciałbym kiedyś spróbować, kierunki muzyczne czy artystyczne, ale nie wiem, który będzie następny. Pozwalam sobie na tę niepewność. Po raz pierwszy mam takie poczucie: „nie jestem pewny, czy zrobię to tak, czy inaczej”. I to dla mnie jest prawdziwe, dlatego nazywam to domknięciem tej dekady mojej twórczości.

A gdybym mógł zadać ci abstrakcyjne pytanie – gdybyś spotkał siebie sprzed dziesięciu lat, co byś mu powiedział?

Powiedziałbym: „Rób swoje i ufaj intuicji”. Bo zawsze starałem się to robić, ale ufać własnej intuicji to czasem jest trudne. Czasem obserwuję innych, którzy działają bardziej pod algorytm czy pod trendy, i myślę sobie: „Może powinienem tak robić, byłoby łatwiej”. Ale to nie jest mój charakter. Już wtedy, kiedy debiutowałem, czułem, że robię coś pod prąd. Mimo że wszyscy wokół mówili, co powinno się robić, ja i tak podążałem własną drogą.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Nie da się ukryć, że jesteś jednym z najbardziej wrażliwych artystów w polskim popie. Ale wrażliwość w show-biznesie bywa słabością. Były momenty, kiedy ta branża naprawdę cię zabolała?

Myślę, że branża boli mnie co jakiś czas. W ogóle wykonywanie tego zawodu bywa trudne. Uważam też, że każdy twórca, nawet najbardziej komercyjny, jest wrażliwy. Pytanie brzmi tylko: jak sobie z tą wrażliwością radzimy i pod jaką maską ją ukrywamy. Ja staram się nie ukrywać swojej wrażliwości i inwestować ją w twórczość, ale od zawsze płacę za nią pewną cenę. Teraz jestem coraz bardziej świadomy tej ceny. Jednak chcąc robić to, co robię, muszę ją akceptować. Nie wierzę, że w show-biznesie w ogóle nie ma wrażliwości. Ona jest, tylko często opakowana w sztuczne uśmiechy, mocne osobowości, pewną przesadę czy prześmiewczość. Na scenie wydają się niewzruszeni, a kiedy reflektory gasną, mogą cierpieć tak samo jak każdy.

Czasami okazuje się, że osoby, które na zewnątrz pokazują pewność siebie i pewną butę, są tak naprawdę najbardziej wrażliwe na krytykę.

Krytyka dotyka każdego. Hejt dotyka każdego. Różnica polega na tym, jak sobie z tym radzimy. Każdy ma swój sposób, szuka go, próbuje różnych rzeczy. Natalia Niemen na przykład odpisuje hejterom, publikuje ich komentarze. Ktoś w ogóle nie czyta. Ktoś robi coś innego. To kwestia osobista.

Od zawsze płacę cenę za swoją wrażliwość.

A gdzie byś siebie umiejscowił na tym spektrum?

To zależy od dnia. Na pewno poczułem, że pojawiły się osoby, które zaczęły mnie kojarzyć nie przez muzykę, tylko „bo mnie znają”. I to nie jest coś, za czym chcę podążać. Wolę, żeby moja rozpoznawalność była odpryskiem tego, co robię artystycznie, a nie czystym byciem celebrytą. Nie czuję się dobrze w tej roli. Pójście do reality show sprawiłoby, że bardziej byłbym znany jako osobowość telewizyjna niż jako muzyk, a ja chcę być przede wszystkim kojarzony z muzyką.

Masz propozycje bycia jurorem lub trenerem w programach telewizyjnych?

Tak, oczywiście. Byłem już jurorem i nie mówię, że kiedyś znowu nie będę. Na przykład pojawiła się propozycja udziału w „Tańcu z gwiazdami”. To program, w którym można naprawdę dużo się nauczyć. Wielu osobom pomaga, szczególnie młodym aktorom – rozwija rozpoznawalność, buduje markę. Ale niesie ze sobą też bardzo dużo elementów plotkarstwa, dramy i tabloidowości. To format oparty na takich mechanizmach. Na obecnym etapie życia czułbym, że mocno by mnie to obciążało psychicznie. Dlatego na dziś trudno mi wyobrazić siebie w tym programie. Może kiedyś, gdy będzie inaczej, wezmę udział. Na razie… nie podoba mi się to, choć wiem, że mógłbym np. wiele się nauczyć, poprawić swoje umiejętności taneczne, a przy okazji wziąć udział w konkursie. Ale każda przyjemność ma swoją cenę.

Nie czuję się dobrze w roli celebryty.

Wielu artystów mówi, że to jest świetna przygoda. Tylko pytanie, czy zainteresowanie, nie tylko mediów, które wcześniej śledziły twój ruch, ale też całego tego tabloidowego segmentu, to jest coś, w co ktoś faktycznie chce iść.

Dokładnie. Obawiam się, że nie będą to ludzie zainteresowani moją muzyką, którzy kupią płytę, pójdą na koncert. Może niektórzy tak, ale w większości… nie. Oglądałem wczoraj fragment nowego sezonu, byłem ciekaw mechanizmów. Są tam reportaże o każdym przed występem i widać, jak to jest robione.

Gdy pojawiają się łzy, oglądalność rośnie.

Tak. Rozumiem, że ludzie kochają trudne historie, bo dotyczą każdego, pokazują rodziny, emocje. Ale czasami robi się to za bardzo sprzedażowe. Jeśli nie powiesz trudnej historii, nie opowiesz o swoich zmaganiach, to nie wystarczy tylko zatańczyć. I to jest trudne, dla mnie to trudne.

Ralph Kaminski (Fot. Dawid Grzelak/mat. prasowe Universal Music Polska) Ralph Kaminski (Fot. Dawid Grzelak/mat. prasowe Universal Music Polska)

Mówiliśmy już o presji. Jestem ciekaw, czy dziś, po latach sukcesów, nagród i wyprzedanych koncertów, łatwiej jest być sobą, czy paradoksalnie trudniej?

Cały czas jest trudno być sobą i cały czas to walka, żeby się w tym nie pogubić. Nie ma jednego momentu, w którym można powiedzieć „teraz już będę sobą”, bo życie przynosi różne rzeczy. Jestem twórcą, który lubi próbować nowych rzeczy, jeśli nadarza się okazja, i potem sam odpowiadam sobie: „to chyba nie dla mnie”. Tak było na przykład, gdy grałem Sylwestra z Polsatem. Bardzo chciałem sprawdzić, jak to jest, i okazało się, że nie czułem się komfortowo na tego typu imprezie. Mój management nawet odradzał mi udział, ale chciałem spróbować. Wyciągnąłem wnioski i to doświadczenie było dla mnie ważne. Starannie unikam działań, które mogłyby negatywnie wpłynąć na moją karierę, ale robiłem też wiele rzeczy, które wzbudzają mieszane reakcje. Zawsze znajdą się osoby, którym się spodoba, i takie, którym nie. To jest właśnie zmiana, która przychodzi wraz z większą rozpoznawalnością, z byciem artystą publicznym.

Na koniec chciałbym zapytać o sam album. Jakbyś miał powiedzieć jednym lub kilkoma zdaniami, czym naprawdę jest „Góra”? To historia o stracie, czy o nadziei?

To zdecydowanie historia o stracie, o pożegnaniu, o żałobie i godzeniu się z tym. Ale to też taki symbol. Wiem, że ciągle wracam do piosenki „List z wielkiego miasta”, ale zaczynam ten utwór słowami: „jestem tu na szczycie wzgórza”. Odnoszę to trochę do siebie z przeszłości, do momentów, kiedy osiągałem swoje szczyty. W pracy twórczej dla mnie nie chodzi o to, żeby wejść na sam najwyższy szczyt, ale żeby zdobywać różne wzgórza, czasami większe, czasami mniejsze. Najgorzej jest z tym jednym największym szczytem.

Bo co potem?

Dokładnie, co potem. I chyba bardziej niż zazdrość czuję współczucie dla twórców, którzy osiągnęli totalny top w Polsce, np. Dawida Podsiadły. To jest trochę przerażające. Przychodzi moment, kiedy trzeba sobie odpowiedzieć: „Co teraz? Czy stawiać na to, żeby samego siebie prześcignąć, czy mogę być całkowicie wolny?”. I to jest niesamowite wyzwanie.

Czy teraz celem jest zagranie 20 stadionów, kariera zagraniczna? A z drugiej strony, co jeśli za 15 lat wrócisz do grania w klubach?

Czy to byłby downgrade? Czy porażka, czy naturalny bieg kariery? Przy tym projekcie zauważam, że ilość ludzi, odsłuchań, popularność wcale nie idzie w parze z jakością. Kiedy gram duży koncert, czuję, że mam widza, który rozumie, po co przyszedł. To jest dla mnie ważniejsze niż jakikolwiek nieznany tłum. To mój drogowskaz: nie ilość, tylko jakość. Ludzie, którzy żyją skromnie i mają tylko swoje marzenia, mogą być szczęśliwsi niż ci, którzy mają wszystko. I to jest moja puenta.

Współczuję Dawidowi Podsiadle. Bycie na absolutnym szczycie jest trochę przerażające.

Ralph, w takim razie życzę ci zdobywania tych wzgórz. Niech ich będzie jak najwięcej, niekoniecznie muszą to być Mount Everesty.

Nie interesują mnie Mount Everesty. Wielu moich kolegów i koleżanek marzy o tych stadionach. Jestem wdzięczny Dawidowi, bo miałem dzięki niemu możliwość wystąpienia i zobaczenia, jak to jest na stadionie. Ale wtedy nie czujesz widza, czujesz się jak w wielkim oceanie, bardzo mały. Życzę jednak każdemu, kto marzy o stadionach, żeby je grał.

Ralph Kaminski (Fot. Dawid Grzelak/mat. prasowe Universal Music Polska) Ralph Kaminski (Fot. Dawid Grzelak/mat. prasowe Universal Music Polska)

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE