Muniek Staszczyk w ogniu hejtu, w wirze zmian i wciąż z mikrofonem w dłoni. T.Love właśnie wypuścił nową płytę „Orajt”, powstałą w czasie napięć w zespole i na świecie. Rozstania, SMS-y zamiast spotkań twarzą w twarz, ostra krytyka w internecie, a mimo wszystko Muniek nie traci energii. W naszej rozmowie opowiada o tym, co naprawdę dzieje się w zespole, sile prawdy w popkulturze i o tym, że nawet chłopaki czasem płaczą.
Robert Choiński: Nowa płyta T.Love wychodzi w momencie pełnym napięć, wojen i informacyjnego chaosu. To dobry moment na rock’n’roll?
Muniek Staszczyk: Płyta rodziła się w czasie dużych turbulencji – i na świecie, i w naszym zespole. Zaczęliśmy nad nią pracować jeszcze pod koniec 2025 roku, więc to nie jest reakcja na ostatnie miesiące. Dla T.Love to kolejny przełomowy moment: trudny, ale też pełen nowej energii. Jako lider podjąłem decyzję o rozstaniu z Sidneyem Polakiem i Jankiem Benedekiem. Nie była łatwa, ale w każdym zespole ktoś musi czasem postawić granicę. W internecie szybko pojawiła się narracja o „zwolnieniu SMS-em”, więc zostałem przedstawiony jako bezduszny dyktator. Tymczasem ludzie nie wiedzą, jak wygląda codzienne życie w zespole. Odpowiadam za przyszłość T.Love i muszę myśleć o jego dobru. Ta płyta powstawała zresztą w nietypowy sposób. Zazwyczaj pracujemy na próbach, ale wtedy atmosfera była tak napięta, że właściwie się nie odbywały. Dlatego pisałem piosenki z Perkozem [Jacek Perkowski – przyp. red] u niego w domu – przy herbacie, z gitarą, w małym studiu, czasem w towarzystwie jego kota. To była bardzo „domowa” praca. Potem zespół zaczął się odbudowywać.
Dołączył nowy perkusista, Olek Orłowski.
Olek wniósł świeżą energię i świetnie się z nami dogadał. A jeśli chodzi o moment premiery – czuję się trochę jak w samolocie podczas turbulencji. Najpierw dostało mi się za mój występ w Telewizji Republika, potem znów po rozstaniu z Sidneyem.
Decyzja o rozstaniu z Sidneyem i Jankiem nie była łatwa, ale w każdym zespole ktoś musi czasem postawić granicę.
Było o tym głośno w mediach.
No właśnie – i pojawił się hejt. Poczułem wtedy coś ciekawego. Mam ponad 60 lat, przeżyłem już naprawdę dużo i wydawało mi się, że mam grubą skórę na krytykę. A jednak mnie to dotknęło. Pomyślałem wtedy: jeśli mnie to rusza, to jak musi się czuć młody człowiek, który żyje praktycznie tylko w internecie i nagle zostaje zaszczuty? Bo łatwo jest siedzieć za klawiaturą i komentować. Oczywiście ludzie mają do tego prawo – taka jest wolność internetu. Łatwo jednak oceniać z kanapy, nie znając realiów. A życie zespołu przypomina czasem stare małżeństwo – dużo emocji, ambicji i sporów.
T.Love w nowym składzie (Fot. Krzysztof Szlęzak)
Jeszcze kończąc ten wątek – dlaczego właściwie komunikat o rozstaniu poszedł SMS-em?
Tak się po prostu komunikuję. Nie lubię maili ani długich rozmów telefonicznych. Nie wynika to z gwiazdorstwa. Najchętniej spotykam się twarzą w twarz, ale czasem w takich sytuacjach chcesz coś po prostu szybko uciąć. Rozstania są zawsze trudne. Ja tych ludzi w jakiś sposób kocham i życzę im dobrze, ale każdy z nas coś tam nabroił. Janek jest na przykład bardzo silną osobowością. Świetny gitarzysta, zna muzykę doskonale, ale jest mega indywidualistą. On by najchętniej miał zespół, w którym gra pięciu Janków. (śmiech) A w zespole musi być równowaga. Nie może być dziesięciu Lewandowskich w jednej drużynie. Z kolei z Sidneyem pojawił się poważny konflikt z jednym z muzyków. Dałem sygnał, żeby to rozwiązać, ale się nie udało, więc musiałem podjąć decyzję. Mimo tych napięć płyta powstawała zaskakująco lekko. Tak jak powiedziałeś, świat jest dziś pełen niepokoju – wojna, napięcia, chaos informacyjny. Dlatego chciałem dać tytuł pozytywny. Od lat mówię ludziom „orajt”, więc pomyślałem, że to będzie dobry tytuł. Sprawdzałem go wśród znajomych z branży i wszyscy reagowali bardzo dobrze.
„Jeśli nawet mnie rusza hejt, to jak musi się czuć młody człowiek, który żyje praktycznie tylko w internecie i nagle zostaje zaszczuty?”
Tytułowy numer „Orajt” brzmi trochę jak manifest: niby gorzko, ale jednak z nadzieją. Naprawdę wierzysz, że „będzie orajt” czy to bardziej rock’n’rollowa przekora wobec rzeczywistości?
Ja przede wszystkim mówię do ludzi. Każdy artysta tak naprawdę komunikuje się ze światem. Oczywiście mogę się mylić – nie jestem ekspertem od geopolityki. Czytam, obserwuję, ale to bardziej intuicja niż analiza. Podoba mi się w tym tytule pewna przekora. Okładka ze zgniecioną puszką też ma w sobie coś chłopackiego. Może jesteśmy po sześćdziesiątce, ale energia jest nadal taka sama. Ta płyta powstawała trochę „na luzie”. Nie w sensie lekceważenia słuchaczy, tylko bez przesadnej kontroli. W poprzednich projektach każdy wers był dopracowany co do sylaby. Tym razem wysyłałem Perkozowi gotowe teksty, a on budował do nich muzykę. Potem dopiero to składaliśmy. Teksty powstawały z obserwacji. Zawsze noszę mały notatnik. Coś usłyszysz w taksówce, w knajpie, w pociągu. Jeździłem nawet kolejką WKD do Podkowy Leśnej i nagle zobaczyłem więcej życia wokół siebie. Po wylewie nie mogę prowadzić auta, więc częściej korzystam z transportu publicznego. Ta płyta to taki patchwork – rozmowy, książki, filmy, nawet zdania zasłyszane w kościele. Z takich fragmentów powstawały teksty. „Orajt” jest trochę przekorą, ale też próbą powiedzenia ludziom czegoś pozytywnego. Nie zmienię świata, ale wiem, że ludzie potrzebują nadziei.
Ta płyta nie jest tak uładzona, nie jest taka co do linijki.
Jesteś już chyba trzecim dziennikarzem, który mi to mówi, więc chyba coś w tym jest. Każdy kompozytor pracuje inaczej – inaczej Jacek, inaczej Janek. Dopiero czas pokaże, jak ludzie odbiorą tę płytę. Teksty są bardzo „tu i teraz”, jak zawsze w T.Love. Patrzymy przez okno i opisujemy rzeczywistość. Tak wygląda T.Love anno domini 2026.
Nie może być dziesięciu Lewandowskich w jednej drużynie.
W jednej piosence śpiewasz o wojnie, w drugiej o „królestwie banału” z TikToka. Co cię dziś bardziej wkurza: polityka czy internetowa głupota?
Polityka mnie wkurza… ale jednocześnie przyjmuję ją z dystansem. Jak w piosence „Poseł RP”, to po prostu zbiór garniturów i opera mydlana. Wychowałem się w komunie i absolutnie nie chciałbym jej powrotu. Mamy demokrację, a w każdym kraju wygląda to podobnie: dwie dominujące partie, czasem różne nazwy, ale mechanizm ten sam. To nie przeszkadza mi aż tak, bo wciąż możesz wyrazić swoje zdanie i dokonać wyboru. Przeszedłem Solidarność, komunę, stan wojenny – wiem, jakie są prawa demokracji. Polityka jest, była i będzie. Bardziej martwi mnie jednak coś innego – dwie siły, które mogą naprawdę zaszkodzić światu: chciwość i totalna głupota. Chciwość zawsze istniała. To temat od siedmiu grzechów głównych po współczesne przestępstwa. A głupota… no, zmienił się świat, komunikacja, internet. Ludzie chcą wszystko szybko, a szybkość nie jest wartością samą w sobie. Panuje niesamowita durnota – brak refleksji, brak ciekawości. Internet jest śmietnikiem, pełnym banału i powierzchownych treści. Jest w tym jednak nadzieja – zawsze istnieje grupa ludzi, która szuka czegoś więcej. Problem w tym, że większość podąża za łatwymi, obrazkowymi przekazami.
Jest to nieco niepokojące.
Nie chcę nikogo obrażać, ale świat staje się coraz mniej refleksyjny, pośpiech i szybkie konsumowanie informacji stały się normą. To mnie boli, choć wiem, że zmiany są naturalną częścią życia. Czasem widzę to w codziennych sytuacjach. Na przykład niedawno jechałem z facetem, którego córki i ich koleżanki w wieku około 11 lat spotkały się w domu… i zamiast rozmawiać, wszystkie siedziały z telefonami. To pozbawia ludzi naturalnej interakcji, prawdziwej rozmowy. Widzę w tym coś neo-Orwellowskiego – trochę jak „1984”.
„Bardziej niż polityka martwi mnie coś innego – dwie siły, które mogą naprawdę zaszkodzić światu: chciwość i totalna głupota”.
Klasyka, która wciąż jest aktualna. Z kolei w „Niedocenionych” mówisz wprost: najlepiej sprzedaje się nieprawda. Muzyka też padła ofiarą tego mechanizmu?
W pewnym sensie tak. W hip-hopie na przykład wielu starych raperów mówi, że dominujący nurt to już raczej „hip-pop”. Byłem na rozdaniu Popkillerów i wręczałem nagrodę Okiemu. Zobaczyłem tam cały ten blichtr, klimat… przypominało mi to trochę pierwsze Fryderyki, ale wtedy nie było takiego przepychu. Teraz widać, że cała otoczka obraca się wokół szpanu.
Wzorowanego trochę na Ameryce.
Trochę tandetnie, ale hip-hop cały czas się rozwija. Z jednej strony najlepiej sprzedaje się nieprawda. Ale z drugiej pojawiają się ciekawe zjawiska – polscy artyści sprzedają stadiony, czego kiedyś bym się nie spodziewał. Sanah zaprosiła mnie na Stadion Narodowy, bo jako dziecko słuchała „Chłopaki nie płaczą” i o tym marzyła. Patrząc na cały ten spektakl, produkcję, to jest naprawdę budujące. W rapie, jak mówi Sokół, dużo jest młodych ludzi, dla których liczy się raczej show niż prawda – coś, co było podstawą polskiego hip-hopu końca lat 90. Ale to nie tylko hip-hop. W całej dzisiejszej popkulturze najlepiej sprzedaje się nieprawda. To dotyczy książek, filmów, płyt – prawda bywa trudna, a biznes rządzi się swoimi prawami. Weźmy przykład książek: thrillery Stephena Kinga, Harlana Cobena, a u nas np. Remigiusza Mroza – produkcja, sprzedaż, marketing. To oczywiście ich praca i profesjonalizm, ale widać wyraźnie, że w tym systemie najlepiej sprzedaje się nieprawda. Podobnie w filmie czy muzyce: genialna rzecz może wzbudzać emocje, wzruszać, wkurzać, a i tak liczą się tylko liczby, widownia, sprzedaż. Dziś jest więcej naprawdę wartościowych rzeczy, które nie mają szans, bo młyn promocji i marketingu dyktuje, co odnosi sukces. Sam mam tu pewne przywileje jako człowiek związany z dużą wytwórnią, ale uważam, że zasada jest jasna: najlepiej sprzedaje się nieprawda. I to nie dotyczy tylko Polski, to globalne zjawisko.
W utworze „Buty” wracasz do tematu używek. Gdy patrzysz na siebie sprzed lat – myślisz: „przetrwałem” czy raczej: „miałem dużo szczęścia”?
Jedno i drugie. Na pewno miałem dużo szczęścia – to prawda. Nie każdy je ma. Jedni nazwą to Bożą opatrznością, inni powiedzą, że to kwestia medycyny, nauki czy po prostu zbieg okoliczności. W każdym razie mogło mnie już nie być. Trafiłem w Londynie do dobrego szpitala, potem w Warszawie na Sobieskiego też do świetnych lekarzy. Postawili mnie na nogi. Dostałem przy tym bardzo dużo empatii i miłości od ludzi w szpitalach. To było piękne doświadczenie. Zawsze byłem blisko ludzi, może dlatego.
„W całej dzisiejszej popkulturze najlepiej sprzedaje się nieprawda”.
Podobno dobra energia zawsze wraca.
Muszę też powiedzieć o mojej żonie, Marcie. Trafiłem na wspaniałą kobietę, która mnie nie kopnęła w tyłek mimo wielu trudnych momentów – zdrad, różnych ciężkich sytuacji. Została ze mną. To ogromnie ważne. Do tego rodzina, dwójka dzieci – dziś już dorosłych – i przyjaciele z zespołu. Zawsze byliśmy kumplami, w pewnym sensie kochaliśmy się jak rodzina. Zawsze stawiałem bardziej na ludzi niż na to, czy ktoś tylko świetnie gra na instrumencie. Ważni są też ludzie wokół mnie – management, ekipa z Art2, którzy dbają o moje zdrowie i o to, żebym był w dobrej formie. Jeśli chodzi o używki, największa zmiana dotyczy koncertów. Przez lata grałem praktycznie zawsze na czymś. Przed koncertem coś, po koncercie coś, taki rytuał. Alkohol, czasem jakaś inna „nagroda”. To była rutyna. Dzisiaj tego już nie ma. Musiałem z tego wyjść także ze względu na zdrowie, bo jestem pod stałą kontrolą lekarzy. I co ciekawe, przestałem się lekarzy bać. Kiedyś bałem się nawet zwykłego pobrania krwi. Nie badałem się w ogóle, bo wolałem nie wiedzieć. Dzisiaj jest odwrotnie. Pilnuję badań, traktuję to jako normalną rzecz, dbanie o siebie. Więc tak, przetrwałem. Największą nagrodą jest dla mnie to, że dziś gramy koncerty na pełnej petardzie. Kiedyś myślałem, że jestem lepszy na scenie po paru piwach albo czymś mocniejszym. Teraz wiem, że to nieprawda.
T.Love (Fot. Krzysztof Szlęzak)
W „Księżycu nad Rakowcem” śpiewasz: „Muszę pozwolić sobie na płacz”. Czyli jednak – chłopaki też płaczą?
Oczywiście. Ten utwór powstał z bardzo osobistej sytuacji. Leżałem w mieszkaniu syna na Ochocie, patrzyłem na księżyc i nagle dopadł mnie smutek. Pomyślałem o moim ojcu, który zmarł w 2022 roku, i o moim przyjacielu, aktorze Janie Nowickim. W piosence pojawia się też fragment jego słów z jego ostatniego filmu „Liczba doskonała”: „Bóg nie musi być, żeby był”. To utwór o tęsknocie, o przemijaniu, o tym sierpniowym momencie między latem a jesienią.
„Przestałem się bać lekarzy. Kiedyś bałem się nawet zwykłego pobrania krwi”.
Jedną z piosenek poświęcasz Agnieszce Osieckiej. Dziś ktoś jeszcze potrafi pisać teksty z taką klasą – czy to już trochę wymarły gatunek?
Zdecydowanie takich artystów jest dziś mniej, zwłaszcza młodych. Ostatnio ciekawie pisze Król – ma swój charakterystyczny styl i język. Wśród dziewczyn warto zwrócić uwagę na Kaśkę Sochacką. Ale generalnie dziś jest mnóstwo alternatywnego popu, więc pewnie dałoby się znaleźć więcej ciekawych autorów. Ja należę do pokolenia, które udało się przebić z tekstami do pewnej klasyki. Piosenki T.Love przeniknęły do języka potocznego, a ja zawsze chciałem pisać słowa, które zostają w głowie. Z młodszych twórców imponuje mi Taco Hemingway.
Jego teksty są bardzo narracyjne.
I pełne historii. Nie zapominam też o raperach starszego pokolenia, jak Sokół czy Eldo, którzy mają świetne uliczne teksty, a z nowszych Kękę pokazuje ogromną autentyczność. W hip-hopie fascynuje mnie wolność słowa – możliwość grania z językiem, freestyle’u i komentowania rzeczywistości na bieżąco. W T.Love trzymam się struktury i rzemiosła, ale hip-hop pokazuje, jak daleko można posunąć językową swobodę. Ogromnym komplementem była dla mnie kiedyś pochwała od Wojciecha Młynarskiego. Z Agnieszką Osiecką niestety nie miałem okazji się spotkać, ale pamiętam wywiad z nią w radiu w 1990 roku. Dziennikarz zapytał ją wtedy o ciekawych współczesnych twórców i wspomniała T.Love, mówiąc o moich charakterystycznych tekstach w „Warszawie”. Pomyślałem wtedy: „O kurwa… Osiecka!”. Byłem kompletnie zaskoczony. Chcieliśmy zrobić w piosence „Agnieszka” taki mały hołd – pełen nawiązań do Warszawy, Saskiej Kępy, Małgośki i innych detali, które fani z pewnością rozpoznają. To nasz tribute, nasza forma uhonorowania jej twórczości.
„Z młodszych twórców imponuje mi Taco Hemingway”.
Na tej płycie spotykasz się z młodszymi artystami, jak Sarsa czy WaluśKraksaKryzys. Lubisz energię młodszej sceny czy czasem masz wrażenie, że żyjecie w dwóch różnych światach muzycznych?
Bardzo lubię młodą scenę i uważnie ją obserwuję. Ogromną radość sprawia mi, gdy młodzi artyści coverują T.Love. Na przykład Kwiat Jabłoni zagrali „Nie, nie, nie” na Pol’and’Rocku. Oki zsamplował „I Love You”. To wielka satysfakcja. Na koncertach też widzę coraz więcej młodych ludzi. Czasami przychodzą z rodzicami, czasem sami. Pamiętam jak po koncercie w Augustowie przyszła grupa bardzo młodych ludzi i zapytała: „Panowie, a wy naprawdę gracie na żywo?”. A ja mówię: dzieci, ja nawet nie umiem z playbacku. (śmiech) Lubię współpracować z młodszymi artystami, dlatego zapraszamy gości na płyty i koncerty. Waluś był z nami na Pol’and’Rocku, bo jest jednym z ciekawszych młodych rockowych artystów. Rock dziś nie jest dominującym gatunkiem, ale wciąż ma swoją energię. Mam nadzieję, że ta płyta nie będzie tylko dla ludzi, którzy wspominają Jarocin i mówią „kiedyś to było”. Interesuje mnie tu i teraz. Jak powiedział kiedyś David Bowie: jesteś tak dobry jak twój ostatni album. I podobnie mówił Zinedine Zidane: jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz. Dlatego T.Love w 2026 roku to po prostu kolejny rozdział naszej historii.