1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. „Dziewczyńskość? To dystans, przekora i odpuszczanie samej sobie”. Magdalena Lamparska o relacji ze sobą bez presji

„Dziewczyńskość? To dystans, przekora i odpuszczanie samej sobie”. Magdalena Lamparska o relacji ze sobą bez presji

Magdalena Lamparska (Fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab)
Magdalena Lamparska (Fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab)
Niedawno wróciła z planu z drugiego końca świata, pisze scenariusz filmu, szuka aktorskich wyzwań, w zeszłym roku wydała książkę. Magdalena Lamparska przyznaje, że od zawsze była w niej potrzeba samostanowienia i odwaga próbowania nowych rzeczy. I zachęca inne kobiety do wewnętrznej rewolucji.

Spis treści:

  1. Magdalena Lamparska o wiośnie i życiu w rytmie pór roku
  2. Włochy i Kalifornia: w stronę słońca
  3. Magdalena Lamparska: „Dopiero od pewnego czasu mam odwagę, żeby sięgnąć po swoją moc”
  4. Magdalena Lamparska: „Moje dzieciństwo nauczyło mnie dużej pokory do życia i do zdrowia”
  5. Kobieca wolność i sprawczość a stereotypy
  6. Magdalena Lamparska o swoich planach prywatnych i zawodowych

  • Magdalena Lamparska w wywiadzie dla „Zwierciadła” opowiada o życiu w rytmie pór roku i o tym, jak wpływają one na jej emocje i twórczość. Jak podkreśla: „Co roku wszystko zaczyna się od początku, dostajemy nową szansę”.
  • Aktorka nawiązuje również do swoich „ksywek” – Lampy i Lamparcicy – symbolizujących drogę do sprawczości, odwagę w zawodzie i życiu prywatnym.
  • Magdalena Lamparska wspomina w rozmowie również o mężu i wychowywaniu córki i syna.
  • W wywiadzie poruszony został również temat książki aktorki pt.: „Babka w formie” i kobiecej wolności wyboru – od kuchni po życie: „Autentyczność zawsze jest siłą”, podkreśla Lamparska.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 05/2026.

Magdalena Lamparska o wiośnie i życiu w rytmie pór roku

Zofia Fabjanowska: Cieszę się, że rozmawiamy akurat w tym momencie. Jak co roku nie wierzyłam już, że do tego kiedykolwiek dojdzie, ale wreszcie jest – mamy wiosnę. Ta zmiana na ciebie wpływa? Na to, jak się czujesz i jak myślisz o otaczającej nas rzeczywistości?

Magdalena Lamparska: Tak, absolutnie, wiosna to moja ukochana pora roku. Jestem osobą, która potrzebuje wokół siebie kolorów, więc kiedy za oknem robi się szaro, kupuję do domu mnóstwo kwiatów, otaczam się nimi. Bardzo już tęskniłam do wiosny. Czekałam szczególnie na maj, kiedy kwitną peonie i kiedy pojawiają się truskawki.

Zresztą zimę też lubię, kojarzy mi się ze smakiem i zapachem czekolady, orzechów, cynamonu. W ogóle jestem mocno zsynchronizowana ze zmianami pór roku, żyję i gotuję sezonowo – co widać w mojej książce, w „Babce w formie”. I nie chodzi tylko o przepisy, ale i opisane w niej historie.

(Fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab) (Fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab)

Pamiętam, jak w jednym z wywiadów à propos tej książki powiedziałaś, że pory roku wyznaczały rytm twojego dzieciństwa.

Było tak przede wszystkim dzięki dziadkom, do których uwielbiałam przyjeżdżać. Obserwowałam ich przy pracy w gospodarstwie, przy zwierzętach, przy zbieraniu plonów, a potem w kuchni przy robieniu przetworów. No i miód – moi dziadkowie hodowali pszczoły, więc żartuję, że dzieciństwo spędziłam w zagrożeniu słodkiej śmierci. Po drodze do sypialni, w której spaliśmy z kuzynami, stały wielkie kanki pełne miodu, a babcia ostrzegała: „Tylko mi się tam nie utopcie!” [śmiech]. Najlepiej pamiętam smak świeżego chleba z masłem i miodem prosto z plastra.

Mnie ten czas spędzony u dziadków kojarzy się z otuleniem, ale myślę sobie, że obserwowanie z bliska, ile pracy i wysiłku kosztuje powstanie słoika przetworów czy słoika miodu, też było niezłą lekcją. Do dzisiaj uważam, że ciężką pracą i konsekwencją można zdziałać, jeśli nie wszystko, to na pewno bardzo wiele.

Ta powtarzalność pór roku jest dla mnie również o tym, że coś może się po drodze nie udać, nie wyjść tak, jak to sobie założyliśmy, ale właśnie dlatego, że co roku wszystko zaczyna się od początku, dostajemy nową szansę.

Chcę powiedzieć, że sezonowość to w moim odczuciu coś bardzo ludzkiego. Coś, co wpływa na nasze nastawienie i sposób myślenia. Zawsze rozkwitam na wiosnę, jestem aktywna latem, a potem przychodzi jesień i zima – i to dla mnie dobry czas, żeby się spotkać z samą sobą. Dowiedzieć się o sobie czegoś nowego. Odczułam to bardzo wyraźnie teraz, w styczniu, jak wyjechałam na Tajwan, pracować nad filmem. Tajwańska zima przypomina bardziej naszą wiosnę: dużo pada, a po deszczu ziemia intensywnie paruje. Nie zapomnę tego widoku, to było niemal metafizyczne przeżycie. Bardzo to współgrało z tematem filmu, nad którym pracowaliśmy…

Włochy i Kalifornia: w stronę słońca

Do Tajwanu i twojej pracy przy „Good Death” w reżyserii Atsushiego Funahashiego chcę jeszcze wrócić, ale wcześniej chciałam zapytać o Włochy i Kalifornię. Wiem, że te dwa miejsca są dla ciebie ważne, że regularnie do nich wracasz.

We Włoszech musiałam się chyba kiedyś urodzić, w jakimś innym życiu, no bo jak można być aż tak zafiksowaną na punkcie jakiegoś kraju? Wszystko – włoska kuchnia, przyroda, architektura, sztuka, podejście do życia – jest mi bliskie, bardzo moje.

Nawet niedawno z moim mężem próbowaliśmy wymyślać jakieś inne miejsca na wakacyjny wypad, bo zawsze jeździmy do Włoch. Aż w pewnym momencie spojrzeliśmy na siebie i nie musieliśmy już nic mówić. Co się będziemy wygłupiać i utrudniać sobie życie? Jedźmy tam, gdzie najlepiej odpoczywamy, ale też karmimy swoje zmysły.

Zdaję sobie sprawę, że z tą miłością do Włoch czasem przesadzam, zdarza mi się ten kraj idealizować. Nie mówiąc już o tym, że nam zwykle wydaje się, że dobrze jest wszędzie tam, gdzie nas nie ma. Inna rzecz, że naprawdę bym się nie obraziła, gdyby i w Polsce było tyle słońca, co we Włoszech. Albo tyle, co w Kalifornii.

To prawda, że niewiele brakowało, żebyś w Kalifornii została?

Po maturze miałam możliwość, żeby wyjechać i zostać w Ameryce. Moja siostra, która jest doktorem chemii, dostała tam pracę i grant na kontynuowanie swoich badań. W pewnym momencie dołączyła do niej też nasza mama. Ja postanowiłam nie wyjeżdżać. Dzisiaj myślę, że to była pierwsza w moim życiu tak poważna, dorosła decyzja.

(Fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab) (Fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab)

Dlaczego nie wyjechałaś?

Dostałam się do Akademii Teatralnej.

Wiedziałam, że jeżeli myślę o sobie w zawodzie aktorskim poważnie, muszę najpierw zdobyć wykształcenie, a przede wszystkim doświadczenie, a Hollywood to nie jest miejsce, które na ciebie czeka z otwartymi ramionami.

Poza tym Kalifornia, ze swoją energią, kolorami, światłem, na początku mnie przytłoczyła. Dopiero jak ukończyłam Akademię i zaczęłam regularnie wyjeżdżać do Los Angeles na różne kursy aktorskie, zobaczyłam, że to miejsce jest kopalnią inspiracji. Tam właśnie zrozumiałam, że najważniejsze w tym zawodzie to szukać kontaktu ze sobą. Każdy z nas jest inny i bardzo ważne jest to, żeby pielęgnować swoją oryginalność.

Mnie zawsze ciągnęło do tego, co dobre, co daje nadzieję. Codziennie wybieram pozytywne nastawienie do życia.

Magdalena Lamparska: „Dopiero od pewnego czasu mam odwagę, żeby sięgnąć po swoją moc”

Czy przypadkiem nie dlatego, a nie tylko z powodu nazwiska, masz w branży filmowej i teatralnej ksywkę Lampa?

To prawda. To przezwisko powstało w czasie studiów. Kiedyś byłam tylko Lampą. Dzisiaj jestem i Lampą, i Lampartem. Albo Lamparcicą [śmiech].

Co masz na myśli, kiedy mówisz, że dzisiaj jesteś nie tylko Lampą, ale i Lamparcicą?

Że dopiero od pewnego czasu mam odwagę, żeby sięgnąć po swoją moc. Że nauczyłam się stawiać granice i że po prostu dojrzewam, także, a może przede wszystkim, jako aktorka. To właśnie jest chyba dla mnie najważniejsze w zawodzie aktora – że dojrzewamy, że się zmieniamy.

Niedawno, w przerwie wywiadu okładkowego z Mateuszem Damięckim, zapytałam go o ciebie. Znacie się, lubicie i pracujecie razem od lat. Pierwsze, co Mateusz powiedział, to: „Magda potrafi o siebie zawalczyć”. Oglądając potem zdjęcie pięcioletniej dziewczynki, które wrzuciłaś na swój Instagram, pomyślałam to samo. Pięcioletnia ty uśmiechasz się z jakąś przekorą, odważnie, jakbyś rzucała innym wyzwanie.

Rzeczywiście było we mnie coś takiego. Mimo że przecież w czasach, w których ja czy ty się wychowałyśmy, to niekoniecznie było mile widziane. Moja córka ma dokładnie taki sam uśmiech, to samo spojrzenie. Tyle że czasy się zmieniły.

Kiedy moja córeczka płacze, to nie mówię „Uspokój się, nie płacz, przecież nic się nie stało”, tylko pytam: „Potrzebujesz, żebym cię przytuliła?”. Należę do pokolenia rodziców, które dostało odpowiednie narzędzia, nasi rodzice jeszcze tych narzędzi nie mieli. Hasło, żeby mieć kontakt ze sobą, ze swoimi emocjami było jakąś abstrakcją.

O, na przykład wczoraj rozmawialiśmy w domu z dziećmi o złości. Zaczęło się od tego, że niosłam 17 siatek z zakupami, po drodze nie było miejsca parkingowego, i moja córka, lat trzy, w pewnym momencie zapytała: „Czy ty jesteś zła?”. Powiedziałam, że tak, jestem zła i że w złości nie ma nic niewłaściwego. No a ja jestem z pokolenia, w którym mówiło się, że złość piękności szkodzi, musiałyśmy się ze swojej złości tłumaczyć. A przecież złość to po prostu emocja, która jest i którą trzeba się zaopiekować.

Tak, była we mnie od dziecka jakaś przekora, potrzeba samostanowienia. Właściwie to zazdroszczę sobie tamtej młodzieńczej odwagi do próbowania i niebrania pod uwagę porażki.

Nie zapomnę, co powiedział mi Al Pacino, kiedy brałam udział w warsztatach, które prowadził w Los Angeles. Zapytałam go, co robi, że zawsze „ jest w momencie”. Wystarczy, że wejdzie na plan, słyszy „kamera akcja” i od razu, natychmiast „ jest w momencie”. Powiedział, że to bardzo dobre pytanie: „Wiesz, chodzi o to, że ja się nie boję przegrać”. Zapamiętałam to sobie.

Jako dziecko interesowałam się tysiącami rzeczy: grałam w siatkówkę, tańczyłam, malowałam. Tutaj muszę podziękować mojej mamie, która nigdy mnie w eksploatowaniu kreatywności, w odnajdywaniu tego, w czym jestem dobra i co jest dla mnie ważne, nie stopowała. Przeciwnie, pomagała mi w logistyce, żebym mogła różne swoje pomysły realizować. Była takim cichym aniołem, który gdzieś tam z tyłu był, dowoził plecak, rzeczy na zmianę.

(Fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab) (Fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab)

Należałam też do chóru – dziecięco-młodzieżowego chóru „Fantazja”, zdobyłam dwa razy Grand Prix na konkursie chórów a capella w Bydgoszczy i nagrodę na Igrzyskach Chóralnych w Bremie. Nie było dla mnie, pamiętam, rzeczy niemożliwych: śpiewałam wszystkimi – niższymi i wyższymi – głosami, a kiedy Liliana Zdolińska, założycielka naszego chóru i dyrygentka się rozchorowała i trzeba było ją zastąpić, to się nie zastanawiałam, po prostu wyszłam na środek i pokierowałam chórem. Zero strachu. Teraz zastanawiam się, jak to możliwe. [śmiech]

Wiedziałam, że ważne jest, żeby w siebie wierzyć i myślę, że szczególnie dziewczynki muszą przełamywać ten stereotyp „miłych” i dostosowanych. Bo niewiele trzeba, żeby określić waleczną kobietę bardzo pejoratywnie, to jest niewyraźna granica. Ja w sobie taką postawę miałam od dziecka, tylko gdzieś po drodze czasem to traciłam.

Magdalena Lamparska: „Moje dzieciństwo nauczyło mnie dużej pokory do życia i do zdrowia”

Jak myślisz, dlaczego? Umiesz wskazać jakiś konkretny powód, moment, doświadczenie?

Myślę o tym w ten sposób, że całe życie w jakiś sposób się przemieniamy, a te zmiany często dyktują historie, które się w naszym życiu wydarzają. Te dobre i te trudne. Moje dzieciństwo nauczyło mnie dużej pokory do życia i do zdrowia. Mój tato zmarł, jak miałam dziewięć lat. Dorastałam z chorobą, w obliczu fundamentalnej prawdy, że życia i zdrowia nie można brać za coś oczywistego. Z domu wyniosłam też to, że mój głos jest ważny. Wiedziałam, co chcę robić w życiu. Mogłam próbować i popełniać swoje błędy, a później wyciągać z nich konsekwencje. Bardzo szybko po tym, jak dostałam się do szkoły teatralnej, dostałam lekcję o show-biznesie. Bo bycie aktorką i bycie w show-biznesie to dwie różne sprawy. Tego też trzeba się nauczyć.

Mówisz o swojej pierwszej roli, która dała ci rozpoznawalność? O serialu „39 i pół”?

Tak, potem był „Hotel 52” i debiut w Teatrze Narodowym w „Balladynie”… Przyśpieszona lekcja dorosłości.

Pamiętam, jak pytano cię o Gerlsy, fundację, którą sześć lat temu założyłyście razem z Olgą Bołądź i z Jowitą Radzińską, socjolożką i filozofką. I jak mówiłaś, że fundacja powstała dlatego, że zabrano nam dziewczyńskość: jesteśmy nastolatkami, a potem od razu kobietami, mamami, żonami.

Często zapominamy o tym, żeby o tę naszą dziewczyńskość dbać. Ja się właśnie teraz czuję dziewczyną i myślę sobie, że jeszcze bardziej będę się czuła dziewczyną, mając 70 lat.

W tej dziewczyńskości są i przekora, i poczucie humoru, dystans i odpuszczanie samej sobie. Bo my naprawdę nie musimy być ciągle poważne, zawsze odpowiedzialne, możemy być czułe wobec siebie i swoich potknięć.

Kobieca wolność i sprawczość a stereotypy

Kiedy poczułaś, że Lampa to tylko część prawdy o tobie? Kiedy się pojawiła Lamparcica?

Tak najwyraźniej, najmocniej chyba w zeszłym roku, kiedy zdecydowałam się wydać „Babkę w formie”. Kocham kreować i otaczać się pięknem, lubię gotować dla moich bliskich. Tylko czy to może być w ogóle interesujące? Czy to jest opowieść na nasze czasy? Z jednej strony chciałam się podzielić tym, co sprawia mi przyjemność i radość. Z drugiej miałam wątpliwości. Wydanie książki było dla mnie momentem próby. I nagle okazało się, że kiedy coś, czego paradoksalnie trochę się wstydziłam, wyszło na światło dzienne, stało się moim źródłem siły. Bo autentyczność zawsze jest siłą.

Umieściłaś w „Babce w formie” przepisy, ale bardzo obrazowo piszesz również o smakach i snujesz historie wokół kuchni. Czytając, zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem czegoś nie tracę, tak rzadko gotując, nie mówię już o domowych ciastach, których w całym swoim życiu zrobiłam w sumie może z pięć.

Kluczowe pytanie brzmi, czy to w ogóle lubisz.

Sama od lat zadaję sobie to pytanie. Czy to zaniechanie, autentyczna niechęć, a może strach przed porażką…

Kuchnia często kojarzy się z obowiązkiem. Ja oczywiście też często gotuję, bo muszę. Albo właśnie nie gotuję, bo nie mam na to czasu, nastroju i ochoty, i dochodzę do wniosku, że nikomu nic się nie stanie, jak zamówimy pizzę.

To jest w moim przekazie najważniejsze, żeby kobiety miały wybór, żeby potrafiły walczyć o siebie, stawiać granice. Nie bez powodu na okładce „Babki w formie” jest zdjęcie, na którym trzymam nogi na stole. Nawet nie wiesz, ile razy po wydaniu książki zapraszali mnie do rozmowy i chcieli ze mnie zrobić fajną, ugodową panią w fartuszku. Ale ta książka w ogóle nie jest o tym. Tylko o tym, że znalazłam w tym swoją wolność. I ja bardziej, niż do samego gotowania czy pieczenia, zachęcam do wewnętrznej rewolucji. Do znalezienia swojej wewnętrznej babki w formie, bo każda z nas ją ma w sobie. Marzy mi się, żeby dziewczyny wiedziały, że to, co robią, jest ważne. Żeby umiały się w tym docenić, odważnie stanąć za sobą i swoimi potrzebami.

Piszę teraz scenariusz do filmu i to właśnie ma być o tym. Z jednej strony o polskiej kuchni, niewyniesionej dotąd na piedestały, jak kuchnia francuska czy chociażby włoska. A szkoda. O polskim comfort foodzie, pamięci zmysłowej, o smakach dzieciństwa. To będzie historia spotkania trzech różnych pokoleń w jednej kuchni, wokół jednego stołu. Ale i o tym, co się przy tym stole mówi, jakie dostajemy przekazy i co z tym zrobić. Czyli za plecami pyrka w garnku rosół, a przy stole rozkręca się międzypokoleniowa awantura [śmiech].

(Fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab) (Fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab)

A gdyby twoja córka nie chciała gotować w przyszłości, czułabyś się rozczarowana? Albo twój syn…

Marzę tylko o tym, żeby odkryli, kim są. Na nic się nie nastawiam i nie mam żadnych oczekiwań. Na razie lubią robić różne rzeczy w kuchni, ale gdyby nie mieli ochoty w przyszłości gotować, to spokojnie, u mnie w lodówce zawsze znajdzie się dla nich słoik z zupą [śmiech]. Ciasto też im upiekę, jak będzie trzeba, mogą na mnie liczyć.

Rozczarowana byłabym, gdyby za te 20, 25 lat od mojej córki wymagano, żeby została w domu i rezygnowała z siebie. Bardzo liczę, że pewne dotyczące kobiet stereotypy, które na razie, niestety, mocno się trzymają, wkrótce nie będą już takie powszechne.

Ostatnio w jednym ze swoich postów zwróciłaś uwagę na to, jak w sieci donoszono o twoim miesięcznym wyjeździe na plan na Tajwan. Napisałaś: „Mimo że wyjechałam na plan filmowy, a mogłam pojechać na tropikalną plażę, padają słowa: »wyjechała« i »zostawiła«. Przecież nie zostawiłam. Tym poczuciem winy jesteśmy ciągle karmione. Życie się zmienia, stereotypy są ciągle takie same”.

Chodziło mi o to, żeby pokazać pewien mechanizm: jak mężczyzna wyjeżdża do pracy, to oczywiście ma obowiązki. Natomiast kobieta „zostawia rodzinę” i musi się z tego czasu dla siebie tłumaczyć. Chciałam pokazać dziewczynom, żeby się nie przejmowały. Nie obwiniały, kiedy wybierają siebie, mając dziecko. Skoro jest to społecznie nieakceptowalne, to znak, że należy takie podejście po prostu zmienić. Do czego potrzebna jest oczywiście ogromna praca u podstaw. I jeśli wychodzę wieczorem na spektakl, to gdzieś za tym stoi także przekaz dla mojej córki. Chcę jej pokazać, że choć zawsze chciałam mieć rodzinę, nie porzuciłam siebie, marzeń, swojej pracy – że kobieta może budować dom i jednocześnie nie musi rezygnować ze swojego życia. Mam nadzieję, że jeśli ona to widzi, to w przyszłości będzie miała mniej rozterek i poczucia winy.

Oboje z mężem chcemy pokazywać naszym dzieciom, że nie trzeba poświęcać własnych pasji. Bo człowiek, który ma pasję, jest zwykle człowiekiem szczęśliwym.

Kiedy więc w styczniu wyjechałam na Tajwan, powiedziałam na pożegnanie, że „ jadę spełnić marzenie i zaraz wracam”. Aby uspokoić zaniepokojonych – zabezpieczyłam rodzinę, zostawiając im własnoręcznie wykonane zupy w słoikach [śmiech].

Magdalena Lamparska o swoich planach prywatnych i zawodowych

Tym samym doszłyśmy do pracy nad „Good Death”. Przyznaję, że brzmi to intrygująco: japoński reżyser kręci film na Tajwanie, z polską ekipą. Opowiesz o tym projekcie coś więcej?

Film to koprodukcja japońsko-tajwańsko-polska, a Atsushi Funahashi oraz wspaniała producentka Iza Igel zauważyli, że podejście do tematu, który poruszamy w filmie, czyli do eutanazji, jest podobne i w Japonii, i w Polsce. Bo i tu, i tam, to temat przemilczany. Do tego dochodzi Tajwan – gdzie rozgrywa się główna akcja filmu – mający w sobie uwodzicielską dzikość. Co do fabuły, jest za wcześnie, żebym mogła zdradzić więcej szczegółów, ale mogę powiedzieć, że gram Jagodę, starszą siostrę Agaty, którą zagrała Eliza Rycembel. W obsadzie są też Ewa Skibińska i Andrzej Chyra. Nasze postaci są na Tajwanie właśnie w związku z terminalną chorobą i eutanazją jednego z członków rodziny.

Nie ukrywam, że ta praca, ale też sam temat były dla mnie ogromnym przeżyciem. Sięgnęłam do małej siebie, właśnie tej uśmiechniętej dziewczynki, o której mówiłaś. Z taką intencją jechałam na Tajwan – że będę mogła doświadczyć różnych emocji i różnych procesów, których nie byłam w stanie przejść jako dziecko, kiedy odchodził mój tato. Z taką świadomością weszłam w ten projekt. I też nie zapomnę, jak kręciliśmy jedną ze scen, po której cała nasza ekipa przytuliła się do siebie. Każdy podchodził i obejmował tych, którzy byli już przytuleni. Byliśmy jak płatki róży.

Naprawdę niezwykły jest jednak ten aktorski zawód: wyjeżdżasz na kraniec świata, gdzie spędzasz z grupą ludzi tak strasznie dużo czasu, i nagle tworzą się autentyczne relacje, naprawdę doświadczamy skrajnych emocji. To było dla mnie coś niesamowitego uczestniczyć w tym procesie twórczym, z tak wybitnymi aktorami. Mocno się ze sobą zżyliśmy.

Właśnie to mnie teraz najbardziej w tej pracy interesuje. Projekty, w których mogę uciec od konwencji. Jestem ciekawa, jak publiczność na to zareaguje.

Nie możesz się doczekać, co będzie dalej? Jesteś niecierpliwa, kiedy myślisz o bliższej i dalszej przyszłości?

Rzeczy, które ostatnio dzieją się w moim życiu, upewniły mnie, że wszystko przychodzi w swoim tempie. Jestem spokojna. Szykuję się właśnie do bardzo dla mnie ważnych zdjęć próbnych, do kolejnej przygody. A pozazawodowo – na pewno pojadę w wakacje do Włoch, a już niedługo czeka mnie wypad do Kalifornii. Czyli jak zawsze – idę za słońcem.

Magdalena Lamparska, absolwentka Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, aktorka filmowa i teatralna. Współscenarzystka (z Olgą Bołądź) wielokrotnie nagradzanego krótkometrażowego filmu „Alicja i żabka”. W 2018 roku wraz z Olgą Bołądź i Jowitą Radzińską, socjolożką i filozofką, założyła Fundację Gerlsy działającą na rzecz kobiet. Urodziła się i dorastała w Słupsku, jest mamą trzyletniej córki i ośmioletniego syna.

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Okładka Zwierciadlo

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE