1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Magdalena Lamparska: „Mam odwagę, żeby sięgnąć po swoją moc”

Magdalena Lamparska: „Mam odwagę, żeby sięgnąć po swoją moc”

Magdalena Lamparska (Fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab)
Magdalena Lamparska (Fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab)
Niedawno wróciła z planu z drugiego końca świata, pisze scenariusz filmu, szuka aktorskich wyzwań, w zeszłym roku wydała książkę. Magdalena Lamparska przyznaje, że od zawsze była w niej potrzeba samostanowienia i odwaga próbowania nowych rzeczy. I zachęca inne kobiety do wewnętrznej rewolucji.

Fragment wywiadu pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 5/2026.

Zofia Fabjanowska: Cieszę się, że rozmawiamy akurat w tym momencie. Jak co roku nie wierzyłam już, że do tego kiedykolwiek dojdzie, ale wreszcie jest – mamy wiosnę. Ta zmiana na ciebie wpływa? Na to, jak się czujesz i jak myślisz o otaczającej nas rzeczywistości?

Tak, absolutnie, wiosna to moja ukochana pora roku. Jestem osobą, która potrzebuje wokół siebie kolorów, więc kiedy za oknem robi się szaro, kupuję do domu mnóstwo kwiatów, otaczam się nimi. Bardzo już tęskniłam do wiosny. Czekam szczególnie na maj, kiedy kwitną peonie i kiedy pojawiają się truskawki.

Zresztą zimę też lubię, kojarzy mi się ze smakiem i zapachem czekolady, orzechów, cynamonu. W ogóle jestem mocno zsynchronizowana ze zmianami pór roku, żyję i gotuję sezonowo – co widać w mojej książce, w „Babce w formie”. I nie chodzi tylko o przepisy, ale i opisane w niej historie.

Pamiętam, jak w jednym z wywiadów à propos tej książki powiedziałaś, że pory roku wyznaczały rytm twojego dzieciństwa.

Było tak przede wszystkim dzięki dziadkom, do których uwielbiałam przyjeżdżać. Obserwowałam ich przy pracy w gospodarstwie, przy zwierzętach, przy zbieraniu plonów, a potem w kuchni przy robieniu przetworów. No i miód – moi dziadkowie hodowali pszczoły, więc żartuję, że dzieciństwo spędziłam w zagrożeniu słodkiej śmierci. Po drodze do sypialni, w której spaliśmy z kuzynami, stały wielkie kanki pełne miodu, a babcia ostrzegała: „Tylko mi się tam nie utopcie!” [śmiech]. Najlepiej pamiętam smak świeżego chleba z masłem i miodem prosto z plastra.

Mnie ten czas spędzony u dziadków kojarzy się z otuleniem, ale myślę sobie, że obserwowanie z bliska, ile pracy i wysiłku kosztuje powstanie słoika przetworów czy słoika miodu, też było niezłą lekcją. Do dzisiaj uważam, że ciężką pracą i konsekwencją można zdziałać, jeśli nie wszystko, to na pewno bardzo wiele. Ta powtarzalność pór roku jest dla mnie również o tym, że coś może się po drodze nie udać, nie wyjść tak, jak to sobie założyliśmy, ale właśnie dlatego, że co roku wszystko zaczyna się od początku, dostajemy nową szansę.

Chcę powiedzieć, że sezonowość to w moim odczuciu coś bardzo ludzkiego. Coś, co wpływa na nasze nastawienie i sposób myślenia. Zawsze rozkwitam na wiosnę, jestem aktywna latem, a potem przychodzi jesień i zima – i to dla mnie dobry czas, żeby się spotkać z samą sobą. Dowiedzieć się o sobie czegoś nowego. Odczułam to bardzo wyraźnie teraz, w styczniu, jak wyjechałam na Tajwan, pracować nad filmem. Tajwańska zima przypomina bardziej naszą wiosnę: dużo pada, a po deszczu ziemia intensywnie paruje. Nie zapomnę tego widoku, to było niemal metafizyczne przeżycie. Bardzo to współgrało z tematem filmu, nad którym pracowaliśmy…

Do Tajwanu i twojej pracy przy „Good Death” w reżyserii Atsushiego Funahashiego chcę jeszcze wrócić, ale wcześniej chciałam zapytać o Włochy i Kalifornię. Wiem, że te dwa miejsca są dla ciebie ważne, że regularnie do nich wracasz.

We Włoszech musiałam się chyba kiedyś urodzić, w jakimś innym życiu, no bo jak można być aż tak zafiksowaną na punkcie jakiegoś kraju? Wszystko – włoska kuchnia, przyroda, architektura, sztuka, podejście do życia – jest mi bliskie, bardzo moje. Nawet niedawno z moim mężem próbowaliśmy wymyślać jakieś inne miejsca na wakacyjny wypad, bo zawsze jeździmy do Włoch. Aż w pewnym momencie spojrzeliśmy na siebie i nie musieliśmy już nic mówić. Co się będziemy wygłupiać i utrudniać sobie życie? Jedźmy tam, gdzie najlepiej odpoczywamy, ale też karmimy swoje zmysły.

Zdaję sobie sprawę, że z tą miłością do Włoch czasem przesadzam, zdarza mi się ten kraj idealizować. Nie mówiąc już o tym, że nam zwykle wydaje się, że dobrze jest wszędzie tam, gdzie nas nie ma. Inna rzecz, że naprawdę bym się nie obraziła, gdyby i w Polsce było tyle słońca, co we Włoszech. Albo tyle, co w Kalifornii.

To prawda, że niewiele brakowało, żebyś w Kalifornii została?

Po maturze miałam możliwość, żeby wyjechać i zostać w Ameryce. Moja siostra, która jest doktorem chemii, dostała tam pracę i grant na kontynuowanie swoich badań. W pewnym momencie dołączyła do niej też nasza mama. Ja postanowiłam nie wyjeżdżać. Dzisiaj myślę, że to była pierwsza w moim życiu tak poważna, dorosła decyzja.

Dlaczego nie wyjechałaś?

Dostałam się do Akademii Teatralnej. Wiedziałam, że jeżeli myślę o sobie w zawodzie aktorskim poważnie, muszę najpierw zdobyć wykształcenie, a przede wszystkim doświadczenie, a Hollywood to nie jest miejsce, które na ciebie czeka z otwartymi ramionami. Poza tym Kalifornia, ze swoją energią, kolorami, światłem, na początku mnie przytłoczyła. Dopiero jak ukończyłam Akademię i zaczęłam regularnie wyjeżdżać do Los Angeles na różne kursy aktorskie, zobaczyłam, że to miejsce jest kopalnią inspiracji. Tam właśnie zrozumiałam, że najważniejsze w tym zawodzie to szukać kontaktu ze sobą. Każdy z nas jest inny i bardzo ważne jest to, żeby pielęgnować swoją oryginalność.

Mnie zawsze ciągnęło do tego, co dobre, co daje nadzieję. Codziennie wybieram pozytywne nastawienie do życia.

Czy przypadkiem nie dlatego, a nie tylko z powodu nazwiska, masz w branży filmowej i teatralnej ksywkę Lampa?

To prawda. To przezwisko powstało w czasie studiów. Kiedyś byłam tylko Lampą. Dzisiaj jestem i Lampą, i Lampartem. Albo Lamparcicą [śmiech].

Co masz na myśli, kiedy mówisz, że dzisiaj jesteś nie tylko Lampą, ale i Lamparcicą?

Że dopiero od pewnego czasu mam odwagę, żeby sięgnąć po swoją moc. Że nauczyłam się stawiać granice i że po prostu dojrzewam, także, a może przede wszystkim, jako aktorka. To właśnie jest chyba dla mnie najważniejsze w zawodzie aktora – że dojrzewamy, że się zmieniamy.

Niedawno, w przerwie wywiadu okładkowego z Mateuszem Damięckim, zapytałam go o ciebie. Znacie się, lubicie i pracujecie razem od lat. Pierwsze, co Mateusz powiedział, to: „Magda potrafi o siebie zawalczyć”. Oglądając potem zdjęcie pięcioletniej dziewczynki, które wrzuciłaś na swój Instagram, pomyślałam to samo. Pięcioletnia ty uśmiechasz się z jakąś przekorą, odważnie, jakbyś rzucała innym wyzwanie.

Rzeczywiście było we mnie coś takiego. Mimo że przecież w czasach, w których ja czy ty się wychowałyśmy, to niekoniecznie było mile widziane. Moja córka ma dokładnie taki sam uśmiech, to samo spojrzenie. Tyle że czasy się zmieniły. Kiedy moja córeczka płacze, to nie mówię „Uspokój się, nie płacz, przecież nic się nie stało”, tylko pytam: „Potrzebujesz, żebym cię przytuliła?”. Należę do pokolenia rodziców, które dostało odpowiednie narzędzia, nasi rodzice jeszcze tych narzędzi nie mieli. Hasło, żeby mieć kontakt ze sobą, ze swoimi emocjami było jakąś abstrakcją.

O, na przykład wczoraj rozmawialiśmy w domu z dziećmi o złości. Zaczęło się od tego, że niosłam 17 siatek z zakupami, po drodze nie było miejsca parkingowego, i moja córka, lat trzy, w pewnym momencie zapytała: „Czy ty jesteś zła?”. Powiedziałam, że tak, jestem zła i że w złości nie ma nic niewłaściwego. No a ja jestem z pokolenia, w którym mówiło się, że złość piękności szkodzi, musiałyśmy się ze swojej złości tłumaczyć. A przecież złość to po prostu emocja, która jest i którą trzeba się zaopiekować.

Tak, była we mnie od dziecka jakaś przekora, potrzeba samostanowienia. Właściwie to zazdroszczę sobie tamtej młodzieńczej odwagi do próbowania i niebrania pod uwagę porażki. Nie zapomnę, co powiedział mi Al Pacino, kiedy brałam udział w warsztatach, które prowadził w Los Angeles. Zapytałam go, co robi, że zawsze „ jest w momencie”. Wystarczy, że wejdzie na plan, słyszy „kamera akcja” i od razu, natychmiast „ jest w momencie”. Powiedział, że to bardzo dobre pytanie: „Wiesz, chodzi o to, że ja się nie boję przegrać”. Zapamiętałam to sobie.

Jako dziecko interesowałam się tysiącami rzeczy: grałam w siatkówkę, tańczyłam, malowałam. Tutaj muszę podziękować mojej mamie, która nigdy mnie w eksploatowaniu kreatywności, w odnajdywaniu tego, w czym jestem dobra i co jest dla mnie ważne, nie stopowała. Przeciwnie, pomagała mi w logistyce, żebym mogła różne swoje pomysły realizować. Była takim cichym aniołem, który gdzieś tam z tyłu był, dowoził plecak, rzeczy na zmianę.

Należałam też do chóru – dziecięco-młodzieżowego chóru „Fantazja”, zdobyłam dwa razy Grand Prix na konkursie chórów a capella w Bydgoszczy i nagrodę na Igrzyskach Chóralnych w Bremie. Nie było dla mnie, pamiętam, rzeczy niemożliwych: śpiewałam wszystkimi – niższymi i wyższymi – głosami, a kiedy Liliana Zdolińska, założycielka naszego chóru i dyrygentka się rozchorowała i trzeba było ją zastąpić, to się nie zastanawiałam, po prostu wyszłam na środek i pokierowałam chórem. Zero strachu. Teraz zastanawiam się, jak to możliwe. [śmiech] Wiedziałam, że ważne jest, żeby w siebie wierzyć i myślę, że szczególnie dziewczynki muszą przełamywać ten stereotyp „miłych” i dostosowanych. Bo niewiele trzeba, żeby określić waleczną kobietę bardzo pejoratywnie, to jest niewyraźna granica. Ja w sobie taką postawę miałam od dziecka, tylko gdzieś po drodze czasem to traciłam.

Jak myślisz, dlaczego? Umiesz wskazać jakiś konkretny powód, moment, doświadczenie?

Myślę o tym w ten sposób, że całe życie w jakiś sposób się przemieniamy, a te zmiany często dyktują historie, które się w naszym życiu wydarzają. Te dobre i te trudne. Moje dzieciństwo nauczyło mnie dużej pokory do życia i do zdrowia. Mój tato zmarł, jak miałam dziewięć lat. Dorastałam z chorobą, w obliczu fundamentalnej prawdy, że życia i zdrowia nie można brać za coś oczywistego. Z domu wyniosłam też to, że mój głos jest ważny. Wiedziałam, co chcę robić w życiu. Mogłam próbować i popełniać swoje błędy, a później wyciągać z nich konsekwencje. Bardzo szybko po tym, jak dostałam się do szkoły teatralnej, dostałam lekcję o show-biznesie. Bo bycie aktorką i bycie w show-biznesie to dwie różne sprawy. Tego też trzeba się nauczyć.

Mówisz o swojej pierwszej roli, która dała ci rozpoznawalność? O serialu „39 i pół”?

Tak, potem był „Hotel 52” i debiut w Teatrze Narodowym w „Balladynie”… Przyśpieszona lekcja dorosłości.

Pamiętam, jak pytano cię o Gerlsy, fundację, którą sześć lat temu założyłyście razem z Olgą Bołądź i z Jowitą Radzińską, socjolożką i filozofką. I jak mówiłaś, że fundacja powstała dlatego, że zabrano nam dziewczyńskość: jesteśmy nastolatkami, a potem od razu kobietami, mamami, żonami.

Często zapominamy o tym, żeby o tę naszą dziewczyńskość dbać. Ja się właśnie teraz czuję dziewczyną i myślę sobie, że jeszcze bardziej będę się czuła dziewczyną, mając 70 lat. W tej dziewczyńskości są i przekora, i poczucie humoru, dystans i odpuszczanie samej sobie. Bo my naprawdę nie musimy być ciągle poważne, zawsze odpowiedzialne, możemy być czułe wobec siebie i swoich potknięć. (...)

Magdalena Lamparska, absolwentka Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, aktorka filmowa i teatralna. Współscenarzystka (z Olgą Bołądź) wielokrotnie nagradzanego krótkometrażowego filmu „Alicja i żabka”. W 2018 roku wraz z Olgą Bołądź i Jowitą Radzińską, socjolożką i filozofką, założyła Fundację Gerlsy działającą na rzecz kobiet. Urodziła się i dorastała w Słupsku, jest mamą trzyletniej córki i ośmioletniego syna.

Cały wywiad z Magdaleną Lamparską przeczytacie w majowym numerze miesięcznika „Zwierciadło”, dostępnym aktualnie w sprzedaży.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Okładka Zwierciadlo
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE