1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Tomasz Karolak o "39 i pół tygodnia" i nie tylko

Tomasz Karolak o "39 i pół tygodnia" i nie tylko

Tomasz Karolak w sesji dla miesięcznika
Tomasz Karolak w sesji dla miesięcznika "Zwierciadło", fot. Rafał Masłow
Nie zwalnia tempa, gra rolę za rolą. Ale w końcu znajduje też przestrzeń poza teatrem. Uczy się życia. Zagrał w „39 i pół tygodnia”, kontynuacji lubianego serialu sprzed dziesięciu lat. Patrzy na przeszłość z perspektywy 50-latka. Dopiero teraz ma całkiem świadomy wpływ na siebie, swoją rodzinę i trochę też na świat. 

Co dzisiaj pasjonuje cię w tym zawodzie?
Po latach szefowania teatrowi IMKA, po sukcesie komercyjnym, uświadomiłem sobie, że tak naprawdę interesuję się tym dziwnym psychologicznym procesem, jakim jest aktorstwo, połączeniem mojej prywatnej prawdy z obcym tekstem. Poszukiwaniem intymności. I chcę zrobić kolejny krok. Przygotowuję się do fabularnego debiutu reżyserskiego. Mój film będzie miał tytuł „Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu?”. A rzecz jest o tym, że często bliżej jest człowiekowi do Boga w Skaryszewie niż w Watykanie.

Robisz swoje „Quo vadis”?
[Śmiech] Coś w tym jest. To film o moim stryju, który przed śmiercią chciał zobaczyć Rzym. Był rok 2006. U stryja wykryto ciężką chorobę, ale mu o niej nie powiedziano. Nie było pewności, że z tego wyjdzie, więc rodzina postanowiła Po latach szefowania teatrowi IMKA, po sukcesie komercyjnym, uświadomiłem sobie, że tak naprawdę interesuję się tym dziwnym psychologicznym procesem, jakim jest aktorstwo, połączeniem mojej prywatnej prawdy z obcym tekstem. Poszukiwaniem intymności. I chcę zrobić kolejny krok. Przygotowuję się do fabularnego debiutu reżyserskiego. Mój film będzie miał tytuł „Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu?”. A rzecz jest o tym, że często bliżej jest człowiekowi do Boga w Skaryszewie niż w Watykanie.

Robisz swoje „Quo vadis”?
[Śmiech] Coś w tym jest. To film o moim stryju, który przed śmiercią chciał zobaczyć Rzym. Był rok 2006. U stryja wykryto ciężką chorobę, ale mu o niej nie powiedziano. Nie było pewności, że z tego wyjdzie, więc rodzina postanowiła zrobić mu prezent. W pysze organizatora, który zarabia pieniądze w telewizji i kinie, zabrałem rodzinę w podróż do Rzymu, nie mogąc przewidzieć skutków. Stryj był dla mnie zawsze tajemniczą postacią. Niewiele mówił, ale jeśli już przy okazji świąt rozwiązywał mu się język, zaczynał mówić jakimiś sentencjami po łacinie, po grecku… Czułem, że coś za tym stoi, ale właściwie nikt nie chciał mi nic powiedzieć. Okazało się, że dawno temu był paulinem, świetnie wykształconym człowiekiem, nadzieją jednego ze znanych kardynałów. Mimo to po 12-letniej nauce nie przyjął ślubów wieczystych.

Co się stało?
Opowiadał mi to już w Rzymie: „Wszedłem między zboże, czytając św. Augustyna. Nagle usłyszałem jakieś śmiechy. Podszedłem, a tam leżała piękna dziewczyna, którą gilgotały dzieciaki będące pod jej opieką. Nie wchodził mi już ten Augustyn, więc postanowiłem poczytać Biblię. Ale też nie wchodziła”. Zerwał z zakonem. Rodzina to ukrywała, uznając to za hańbę. Była taka tradycja, że najstarszy syn wybiera stan duchowny. Moi dziadkowie byli z niego bardzo dumni. Kiedy nie podjął święceń, babcia przestała z nim rozmawiać.

A skąd Rzym?
Stryj usłyszał kiedyś legendę o tym, jak powstała jedna z czterech bazylik większych, czyli Santa Maria Maggiore. Nie wiem, czy wiesz, że są tylko cztery bazyliki większe, te najważniejsze dla chrześcijaństwa, reszta to są bazyliki mniejsze. Papieżowi Liberiuszowi przyśniła się Matka Boska, mówiąc, że w środku lata, na eskwilińskim wzgórzu w Rzymie spadnie śnieg i tam zbudują kościół. Przyszło lato i przy 35 stopniach spadł śnieg na Eskwilinie. Z powodu tej legendy stryj poszedł do stanu duchownego. Po powrocie z klasztoru nigdy nigdzie nie wyjechał, nawet poza swój powiat. Teraz, po 45 latach, miał w ogóle po raz pierwszy ruszyć w świat. To był dla niego niebywały stres, który skutkował wieloma komplikacjami i zwrotami akcji, o których opowiem w filmie. Odsłaniały się tajemnice rodzinne, co powodowało ostre spięcia. Dodam tylko, że stryj żyje do dzisiaj.

Grasz teraz w kontynuacji serialu „39 i pół”, tym razem to „39 i pół tygodnia”, bo właśnie tyle życia zostało twojemu bohaterowi. Obie te historie zbiegają się ze sobą.
Tak, to dość dziwne w ogóle. Ale wrócę do tego, co mówiłem o aktorstwie. Żebyś mi jako widz uwierzył, muszę się otworzyć. Tak, żebyś wiedział o mnie prawie wszystko. Prawda postaci skierowana jest do ciebie, ale też wchodzi we mnie. Może trudno w to uwierzyć, ale grając „Rodzinkę.pl”, stałem się w życiu prywatnym Ludwikiem Boskim. Utyłem, choć cały czas trenuję. Otworzyłem się na swoją rodzinę, tak jak moja postać. Prawdę mówiąc, też skapcaniałem. Kiedy grałem w „39 i pół” dziesięć lat temu, to właściwie było o mnie. Miałem poczucie, że ktoś naprawdę napisał o moim życiu, o moim błądzeniu między kobietami, kompleksie w stosunku do kobiet, strachu przed rodziną, nieuregulowanej relacji z matką…

Co to znaczy?
Nasze pokolenie wychowane jest w pewnych schematach państwa socjalistycznego. Ja dodatkowo pochodzę z wojskowego domu. Rodzice pracowali w wojsku, więc przenosili na dom pewne schematy. Nie mówiło się czułych słów. Była dyscyplina. Rodzice byli gówniarzami, jak się urodziłem, więc skąd mieli wiedzieć, co dać dziecku. Kiedy dowiedzieli się, że idę do szkoły teatralnej, to w ogóle nie wiedzieli, o co chodzi. Jedyną ich możliwością był sprzeciw. To bardzo zaważyło na moim życiu. Nowy serial opowiada o 50-latku. Zacząłem sam zauważać, że moje ciało stawia pewne blokady, choć jestem dość sprawny. Ale nie mam już dawnej swobody, różne sprawy mnie irytują. W serialu Darek, którego gram, ma nieuleczalną chorobę, i niedługi czas do wykorzystania. Może sobie w końcu odpuścić. Ma pretekst do przeanalizowania różnych postaw. Chce walczyć, a wie, że służba zdrowia jest do dupy. W ubiegłym roku trzykrotnie poddałem się ayahuasce, rytuałowi Indian z Peru. Ayahuasca to wywar przygotowywany od tysięcy lat. Pierwsza ayahuasca była dla mnie szokiem. Zobaczyłem swój własny poród, najbardziej stresującą sytuację w tym okresie, kiedy nie masz jeszcze pamięci. I podkreślam, to nie była wizja narkotyczna.

Jaka to była scena?
Kompletnie straszliwego, wielogodzinnego porodu człowieka, który ważył 4800, nie mógł się urodzić i nie zastosowano cesarki. Urodziłem się potwornie zniekształcony. Lekarze powiedzieli rodzicom, że będę chory. Kiedy dostali mnie takiego zniekształconego, zapłakali. Nie wiedzieli, że się za chwilę poodkształcam. Pamięć komórkowa zarejestrowała to jako odrzucenie. Podczas rytuału sam ten poród odczuwałem jako fiasko, śmierć. Ale organizm naprawdę coś takiego przeżywa, bo obniża się temperatura ciała.

Matka nigdy ci tej sceny nie opowiedziała?
Nie. Uważała, że to nie jest istotne. Kiedy po powrocie z Peru ją o to zapytałem, potwierdziła. Muszę ci też powiedzieć, że szaman wykonuje ten rytuał w twojej intencji. Przed wypiciem ayahuaski musisz ją wypowiedzieć. I to ma znaczenie.

Jaka była?
Było parę. Nie mogę wszystkiego ujawnić. Ale jedna z nich była w intencji miłości i tego ojca, jaki we mnie jest. Podczas tych trzech rytuałów wiele się o sobie dowiedziałem. Walczyłem z całym światem dlatego, że przy porodzie nie zostałem zaakceptowany. Dlatego też wybrałem aktorstwo, wymyślony, nieprawdziwy świat. Uświadomiłem sobie, że przez te wszystkie lata nie umiałem naprawdę żyć. Stąd moje późne dojrzewanie, dzieci, które rodziły się a my nie mogliśmy być ze sobą. Cały czas byłem w pracy, nie umiałem żyć.

Masz poczucie, że zacząłeś dojrzewać?
Tak, na pewno. Jestem fanem Johannesa Eckharta, niemieckiego mistyka i filozofa, który twierdził, że człowiek rozwija się tylko w cierpieniu. Że kiedy nie cierpi, nie rozwija się duchowo, bo nie szuka powodów cierpienia. W tym sensie ayahausca była tą kroplą, która wydrążyła skałę – zacząłem myśleć o swoim życiu w szerszym kontekście. I to dało mi spokój. A spokój jest koniecznym krokiem do odnalezienia siebie prawdziwego. Nagle zacząłem składać te puzzle. Przypominałem sobie różne sytuacje. Moja mama opowiadała zawsze, że jak Tomek dostał żołnierzyki o dziesiątej rano, to bawił się nimi do wieczora. A ona przynosiła tylko kanapki. I nagle widzę, że to była kompletna alienacja. Sam stworzyłem sobie świat pewnej gry i później już zawsze wybierałem granie. Ayahuasca uświadomiła mi, że muszę iść dalej. Dlatego też IMKA zmieniła trochę swój sposób działania. Jest bardziej komercyjna, dzięki czemu będzie mogła wesprzeć ambitniejsze przedsięwzięcia. Nie muszę już polegać na chimeryczności sponsorów. Dzięki dobrej sprzedaży rozrywki będziemy mogli w październiku dać premierę spektaklu o Grzegorzu Przemyku z Dorotą Landowską i Mariuszem Bonaszewskim. Chcę tylko powiedzieć, że jak człowiek zaczyna sobie układać swoje prywatne sprawy, prostują się też te zawodowe. Stąd pewność, że chcę również robić filmy. Dużo się we mnie zebrało i mam sporo do opowiedzenia. Chcę próbować zmieniać świadomość ludzi. Tutaj żyję. Z tego kraju nie chcę wyjeżdżać.

Jak rozumiesz patriotyzm?
Dokładnie tak, jak napisał Gombrowicz w „Dziennikach”, które wystawiliśmy. Nic własnego nie może nam imponować. Ani nasza wielkość, ani przeszłość. Bo znaczy to, że nie mamy tego we krwi. Dlatego ciągle walczymy z duchami przeszłości, opowiadamy nieprawdę o historii. Dla mnie patriotyzm to spokój bycia Polakiem. Nie walka, tylko spokój. Pewnie to jest pozytywistyczne.

Mówiłeś, że na naszym pokoleniu ciąży tamten system, że nie umiemy się z niego wywikłać.
Spójrz wokół, wszyscy nasi znajomi przechodzą totalne kryzysy relacji międzyludzkich. Wszyscy chodziliśmy na pierwszomajowe pochody, w czynie społecznym malowaliśmy krawężniki na biało. Tamten system wchodził w rodziny, rozwalał elity, żeby móc narzucić pewne zachowania, schematy myślenia. To miało na nas wpływ.

Pamiętasz przełom, zmianę systemu?
Pewnie. Byłem w ogólniaku. Mój kolega miał całą rodzinę w Ameryce, przez co jeszcze w podstawówce był szykanowany. Ale dzięki niemu miałem też dostęp do dobrej muzyki. Kiedyś przywiózł książeczki historyczne, wśród nich była książka o Katyniu, z której dowiedzieliśmy się, że to ruscy mordowali. Kto miał nam o tym powiedzieć? Nauczyciel wiedzy o społeczeństwie? Wchodząc do klasy, mówił: „Dzień dobry, uczniowie”. Na co my: „Czołem, obywatelu profesorze”. Po lekturze tej książeczki poszedłem na pochód pierwszomajowy w żółtej koszuli, za co dostałem naganę. Zrozumiałem, że to, co nam kładą do głowy, to totalne kłamstwo. W moim domu, w wojskowym mieszkaniu, raczej nie mogliśmy słuchać Wolnej Europy. Więc ten’89 rok i późniejsze lata to była totalna zmiana. Ale też natychmiast musiałem zacząć pracować, żeby zarobić na studia. Nocami pracowałem jako ochroniarz na Ostrobramskiej, kończyłem o piątej rano, spałem do dziewiątej i jechałem na wykłady w Instytucie Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji, bo jak wiesz, nie dostałem się do szkoły teatralnej. Sprzedawałem ciuchy na stadionie. Pracowałem na budowie. Byle uciec z domu i móc wynająć z kolegami mieszkanie. Stale czułem, że jestem w jakimś przedsionku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.