1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Sebastian Fitzek: „Pisanie thrillerów psychologicznych jest jak terapia, ale jesteś jednocześnie pacjentem i problemem”

Sebastian Fitzek: „Pisanie thrillerów psychologicznych jest jak terapia, ale jesteś jednocześnie pacjentem i problemem”

Sebastian Fitzek (Fot. Marcus_Höhn)
Sebastian Fitzek (Fot. Marcus_Höhn)
Jest jednym z najpopularniejszych autorów thrillerów psychologicznych w Europie i prawdziwym mistrzem w konstruowaniu plot twistów, po których zbierasz szczękę z podłogi. Mowa o Sebastianie Fitzku, którego powieści sprzedają się w milionach egzemplarzy. Przy okazji premiery najnowszej z nich, „Mimiki”, pisarz opowiedział nam m.in. o tym, dlaczego praca nad thrillerami bywa jak terapia, jak to jest zgubić się we własnej intrydze, a także czego możemy się spodziewać po kolejnej książce, której premiera już we wrześniu.

Klaudia Mizerska: W „Mimice” napisał Pan: „Okropności prawdziwego świata są często tak wstrząsające dlatego, że artykuły z gazet czy wiadomości telewizyjne pozostawiają człowieka bezradnym. W kryminałach i thrillerach analizuje się motywy i próbuje wyjaśnić rzeczy niemożliwe do pojęcia. I zwykle kończą się happy endem, w przeciwieństwie do prawdziwego życia”. To dlatego pisze Pan thrillery psychologiczne?

Sebastian Fitzek: Zdecydowanie tak. Świat potrafi wyglądać jak miejsce zbrodni bez śledczego: dochodzi do czegoś strasznego i… tyle. Nie ma wyjaśnienia, nie ma sprawiedliwości ani satysfakcjonującego finału. Zostaje tylko nagłówek, który wraca jak zły sen.

Thrillery psychologiczne są dla mnie sposobem, by wnieść w ten mrok choć trochę światła. Nie sprawię, że rzeczywistość stanie się mniej przerażająca, ale mogę nadać temu lękowi jakąś strukturę. W fikcji wolno nam zadawać pytanie „dlaczego?” – a czasem, co jest jeszcze bardziej kojące, nawet dostajemy odpowiedź.

Skąd wziął się pomysł, by w centrum „Mimiki” postawić ekspertkę od mimiki, osobę zawodowo wyszkoloną w „czytaniu” innych?

Pomysł wyszedł tak naprawdę od najsłynniejszego w Niemczech eksperta od mimiki, Dirka Eilerta. Około 2016 roku zapytał mnie on, czy ta fascynująca dziedzina – mimika, rezonans, mowa ciała – nie byłaby idealnym materiałem na thriller.

Wtedy odmówiłem. Nie dlatego, że to nie było ciekawe – wręcz przeciwnie – ale miałem poczucie, że temat został już dobrze ograny, choćby w serialu „Magia kłamstwa”, a ja zawsze kieruję się tym, żeby nie powtarzać tego, co już jest, tylko wymyślać coś nowego. Poza tym śledczy, który z twarzy odczytuje prawdę i kłamstwo, wydał mi się… aż za bardzo znajomy.

Dopiero po latach – mniej więcej sześciu – pojawiła się inna myśl, do dziś nie wiem skąd: a co, jeśli ekspert od mimiki musiałby przeanalizować samego siebie? W tym momencie wszystko się zazębiło, zadzwoniłem do Dirka – i tak narodziła się „Mimika”.

I jak wyglądała ta współpraca w praktyce?

Praca z Dirkiem była jednocześnie uspokajająca i głęboko niepokojąca.

Uspokajająca, bo potrafi on wytłumaczyć, co się dzieje na ludzkiej twarzy – aż po mikroruchy mięśni trwające ułamki sekund. Niepokojąca, bo gdy już to wiesz, nie da się pozbyć tej wiedzy i nagle każda rozmowa przypomina ciche przesłuchanie.

Dirk dał mi naukowy kręgosłup „Mimiki”, ja dostarczyłem koszmarów.

W „Mimice”, podobnie jak w wielu poprzednich powieściach, szczególnie mocno wybrzmiewa pytanie o to, czy można ufać własnemu umysłowi – czy to dla Pana najgłębszy współczesny lęk?

Myślę, że tak. Nauczyliśmy się nie ufać instytucjom, mediom, a czasem nawet sobie nawzajem. Jednak ostatnią ostoją zawsze była własna percepcja: skoro coś widzę, to musi być prawda, skoro coś pamiętam, to na pewno się wydarzyło. Tymczasem neurobiologia, psychologia i zwykłe codzienne doświadczenie mówią nam dziś: wcale niekoniecznie.

To przerażające, bo jeśli nie możesz ufać własnemu umysłowi, to na czym właściwie stoisz? Właśnie o tej przepaści lubię pisać – i od czasu do czasu zrzucam w nią swoich bohaterów.

Żeby o niej pisać, wykonuje Pan kawał solidnego researchu, który obejmuje rozmowy z ofiarami przemocy i wizyty w klinikach psychiatrycznych. To brzmi jak doświadczenie, które zostaje z człowiekiem na długo po zamknięciu notatnika. Czy pisząc thrillery psychologiczne, odkrywa Pan coś nowego o sobie?

Niestety – tak. Pisanie thrillerów psychologicznych jest trochę jak terapia… z tym że jesteś jednocześnie pacjentem i problemem.

Kiedy rozmawiam z ofiarami przemocy czy odwiedzam kliniki psychiatryczne, cały czas przypominam sobie, jak krucha jest nasza codzienna „normalność” i jak cienka bywa granica między „nami” a „nimi”.

Co odkrywam o sobie? Że jestem dużo mniej stabilny, niż sam chciałbym w to wierzyć. Na szczęście dla moich czytelników to znakomita wiadomość.

No właśnie, Pana książki słyną z niesamowitych plot twistów. Trochę jakby grał Pan z czytelnikiem w kotka i myszkę. Myślimy, że wiemy, w którą stronę podąża fabuła, po czym okazuje się, że byliśmy w błędzie. Od początku wie Pan, jak książka się zakończy czy te finały czasem zaskakują nawet Pana?

Zawsze wydaje mi się, że znam zakończenie. To trochę jak planowanie podróży: wiesz, dokąd chcesz dojechać, ale po drodze skręcasz w złą uliczkę, odkrywasz coś niespodziewanego i nagle cała trasa się zmienia.

Zdarzyło się, że sam zgubił się Pan w zaprojektowanej przez siebie intrydze?

Wielokrotnie. Bywają momenty, kiedy sam patrzę na rękopis i myślę: kto to zrobił? I dlaczego? To może być zarówno znak twórczego sukcesu… jak i lekkiej, literackiej schizofrenii.

Zanim został Pan bestsellerowym autorem, studiował Pan prawo, a potem przez kilka lat pracował w radiu. Jak to się stało, że zaczął Pan pisać thrillery psychologiczne?

Przez przypadek. Co, nawiasem mówiąc, całkiem dobrze pasuje do tego, w jaki sposób większość moich bohaterów wpada w kłopoty.

Studiowałem prawo, pracowałem w radiu, pisałem komedie – nic z tego nie brzmiało jak zapowiedź „architekta seryjnych morderców”. Ale opowiadanie historii było ze mną zawsze i w pewnym momencie zrozumiałem, że te historie, które naprawdę chcę opowiadać, są mroczniejsze, bardziej psychologiczne. Mniej o tym, co się wydarza, bardziej o tym, co to robi z ludźmi. Poszedłem więc za tym instynktem – być może wbrew zdrowemu rozsądkowi.

To ciekawe, bo z drugiej strony ma Pan na koncie także „Pupsi i Stinki”, książkę dla dzieci, czyli literaturę stojącą w totalnej kontrze. Jak do tego doszło?

Z desperacji. Na szczęście nie mojej, tylko moich dzieci, które uparły się na bajkę na dobranoc, jakiej jeszcze nikt nie napisał. Miałem więc dwa wyjścia: rozczarować je… albo z dnia na dzień zostać autorem książki dla dzieci. Tak narodziło się „Pupsi i Stinki”.

I rzeczywiście bardzo różni się od moich thrillerów – mniej morderstw, zdecydowanie więcej… problemów gazowych. Cel też jest inny: w przeciwieństwie do thrillerów ta książka nie ma pobudzić czytelnika, tylko go uśpić.

Powiedział Pan kiedyś, że jest uzależniony od thrillerów – również od ich czytania. Czy jako czytelnik potrafi się Pan jeszcze dać zaskoczyć?

Na szczęście tak – inaczej musiałbym natychmiast zmienić zawód.

Podziwiam książki, które potrafią mnie wyprowadzić w pole nie tanim twistem, ale emocjonalną szczerością. Takie historie, w których masz poczucie, że wszystko rozumiesz… aż nagle dociera do ciebie, że źle odczytałeś to, co było najważniejsze.

We wrześniu w Polsce ukaże się Pana książka „Zaproszenie”. Czego możemy się po niej spodziewać?

Bohaterka „Zaproszenia” jest w pewnym sensie zupełnym przeciwieństwem protagonistki z „Mimiki”. Cierpi na prozopagnozję, czyli ślepotę twarzy – nie rozpoznaje żadnych twarzy.

Kiedy dostaje zaproszenie na zjazd absolwentów, który ma się odbyć w odciętym od świata górskim schronisku przy granicy niemiecko-austriackiej, postanawia pojechać. Na miejscu mierzy się jednak z przerażającą niepewnością: nie ma żadnego sposobu, żeby stwierdzić, czy ludzie, których spotyka, to naprawdę jej dawni koledzy z klasy, czy obcy, którzy tylko się za nich podają.

To thriller o zaufaniu, manipulacji i niebezpiecznej potrzebie przynależności. O tym, jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, żeby być częścią „czegoś” – i jak szybko to „coś” może się zamienić w czysty koszmar.

I na koniec: Jakie pytanie chciałby Pan, żeby ktoś wreszcie Panu zadał – ale jeszcze tego nie zrobił?

„Jakie to uczucie być na pierwszym miejscu listy bestsellerów New York Timesa?”. Na to pytanie jeszcze nigdy nie mogłem odpowiedzieć. Ale gdyby ktoś je zadał, oznaczałoby to, że w końcu mi się udało. I obiecuję, że wtedy moja odpowiedź byłaby bardzo długa, bardzo emocjonalna… i pewnie z niespodziewanym zwrotem akcji.

Sebastian Fitzek (rocznik 1971), niemiecki pisarz i dziennikarz, autor bestsellerowych thrillerów psychologicznych. Jego książki (takie jak „Terapia”, „Odprysk”, „Przesyłka”, „Pasażer 23”) sprzedają się w 37 krajach świata w wielomilionowych nakładach i są chętnie filmowane.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE