Od lat realizuje koncepcję kina środka, sprawnie posługując się językiem popkultury, nawet gdy opowiada o sprawach poważnych, jak mitologizowane wydarzenia z historii polski. Z reżyserem Łukaszem Palkowskim rozmawiamy o jego nowym filmie „Pojedynek”, fabularyzowanej historii polskich elit więzionych w sowieckim obozie.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 3/ 2026.
Angelika Kucińska: Ile pojedynków musiałeś stoczyć o „Pojedynek”?
Łukasz Palkowski: Nie musiałem walczyć o film, bo każdy chciał, żeby powstał. Niezależnie od tego, kto akurat rządził. Prawica, centrum, wszystkim zależało, żeby „Pojedynek” został wreszcie nakręcony, ale nikt nie da ci tyle, ile obieca ci ministerstwo kultury.
To produkcja, która wymagała sporych nakładów finansowych. Dostałem scenariusz jeszcze w 2018 roku, kręciłem wtedy pierwszy sezon „Chyłki”. Byłem sceptyczny. Czułem, że to jeden z tych filmów, które w sposób nabożny opowiadają polską historię. Pisany na klęczkach. Jeśli jednak trzy dni po przeczytaniu scenariusza budzę się i dalej o nim myślę, to znak, że trzeba tę historię puścić w świat, opowiedzieć ją innym. Majątek mnie kosztował ten projekt. Majątek wynikający z tego, że po drodze odmawiałem różnych propozycji, bo już miał startować plan „Pojedynku”, a potem okazywało się, że znów brakuje pieniędzy i nie startuje.
Co czujesz teraz, kiedy film jest skończony?
Nie oglądam swoich filmów. Od dawna trzymam się tej zasady. Jedyny, które obejrzałem, gdy był gotowy, to „Rezerwat”. Tylko dlatego, że jeszcze nie zdążyłem sobie ułożyć w głowie, jak powinienem postępować z tym, co sam robię. Nie wiedziałem tego, co wiem teraz. Nieoglądanie swoich filmów pozwala złapać dystans. Mogę założyć, że nie ja to zrobiłem, więc nie muszę być związany emocjonalnie z efektem. A gdyby, nie daj Boże, film odniósł duży sukces, to ten sukces nie oderwie mnie od ziemi, bo to przecież nie moje.
Zaraz po zakończeniu zdjęć do „Pojedynku” wszedłem na plan „Langera”. Fenomenalna okoliczność, żeby się odciąć. Montażysta w tym czasie montował, a ja mogłem później oglądać gotowe partie znów z pewnej emocjonalnej odległości. I łatwiej było mi grzebać w materiale. Z większą odwagą. Bez wahania wyrzucałem sceny, do których jeszcze miesiąc wcześniej mógłbym być za bardzo przywiązany. Nie sprzedaję tego sposobu jako niezawodnej metody, która zadziała u każdego reżysera. Po prostu działa u mnie.
Domyślam się, że projekt rozciągnięty na lata frustruje, ale będę się też upierać, że gdyby „Pojedynek” wszedł do kin w, powiedzmy, 2020 roku, nie miałby takiej siły rażenia jak dziś, trzy lata po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie.
Rzeczywistość dopisała nam kilka rozwiązań, których wcześniej z oczywistych względów nie braliśmy pod uwagę. „Pojedynek” nie miał być filmem o współczesnej wymowie, ale pozwalamy sobie na pewne aluzje do bieżącej wojny. Bardzo subtelne, więc nie wszyscy zauważą, nie każdy odczyta. Na przykład ręce zabitych polskich oficerów przewiązaliśmy białymi szmatami. Jak Rosjanie wiązali zabitym Ukraińcom w Buczy. Niby nic dużego, ale byłbym niespokojny, gdybyśmy w ogóle nie zareagowali. I masz absolutnie rację, że cztery czy pięć lat temu film miałby inną siłę, ale to nie znaczy, że dziś obiecuję sobie jakąś wielką widownię. Kino to loteria.
Opowiadasz o historii w sposób popkulturowy, po amerykańsku.
Od samego początku chciałem zrobić film, w którym zmierzę się z mitem bohatera i różnymi hipotezami na temat losów Polski. Jak potoczyłaby się nasza historia, gdybyśmy nie mieli tylu powstań, gdyby tylu wartościowych ludzi nie zginęło? Czy byłoby lepiej, a może gorzej? Odpowiedzi na te pytania nie istnieją, choć można snuć różne fantazje. Mnie nawet nie chodziło o sprawdzanie, co by było, gdyby... Chciałem zobaczyć, co sam czuję w konfrontacji z tym kawałkiem historii. Po której stronie jestem. Nie wiem, czy ludzie, którzy zginęli w Katyniu, coś by zmienili, gdyby ocaleli. Ale zdałem sobie sprawę, że tęsknię za światem, który reprezentowali. A może wręcz tęsknię za nimi. I tę tęsknotę chciałem wyrazić w filmie. Jasne jest, że historia opowiadana w „Pojedynku” ma tragiczny finał, więc kombinowałem, co zrobić, żeby nie zostawić publiczności z rozgrzebaną, krwawiącą raną, ale z refleksją, że zamiast rozdrapywać dawne krzywdy, lepiej zadbać o to, żeby takich ludzi już nie tracić.
To jedno. Dwa, przypomniałem sobie o zdaniu, które zawsze powtarzał mój ojciec. Że Polacy różnią się od każdej innej nacji.Nie miałem pojęcia, o czym mówi, aż zobaczyłem, że główny bohater, Karol Grabowski, inteligentny, wykształcony, niezwykle uzdolniony pianista, jest właśnie takim Polakiem z opowieści mojego ojca. Facet, który w kółko mówi „nie”. Kiedy tylko może, to skłamie, nawet jeśli nie ma w tym żadnego interesu. Z przekory, bo to wieczny buntownik. Tak siebie widzimy jako naród, prawda?
Jesteśmy wiecznymi buntownikami i nie da się nas pokonać, bo nawet gdy formalnie ktoś z nami wygra, to za jakiś czas wypełzniemy spod kamienia i nasze i tak będzie na wierzchu. Nasi przodkowie dowiedli tego wielokrotnie. I ja w „Pojedynku” zastanawiam się, do czego taki bunt może doprowadzić. Jak przesądzony jest los bohatera, który do końca nie zmienia swojej postawy?
Postać Karola Grabowskiego, pianisty, który trafia do obozu NKWD, jest inspirowana prawdziwą osobą. Wasilij Zarubin faktycznie zarządzał obozem w Kozielsku. Janina Lewandowska, polska pilotka, rzeczywiście była jedyną kobietą wśród jeńców…
Kiedy robię film, wolę myśleć, że wszystko jest fikcją. Czuję się swobodniej. Nie zamykam się w więzieniu faktów, które, jak wiemy, mają różny potencjał dramaturgiczny.
A czasem bywają mniej wiarygodne niż fikcja i publiczność się obraża.
Tak też bywa. W postaci Karola Grabowskiego miesza się kilka życiorysów, choć był tu jeden dominujący pierwowzór. Pianista więziony w Kozielsku faktycznie podjął próbę ucieczki. Jego relacja z Zarubinem mniej więcej właśnie tak wyglądała, choć też trochę dodaliśmy. Gdy podjąłem się realizacji projektu, autorka scenariusza już od kilku lat nie żyła, a dla mnie priorytetem jest dramaturgia, więc pod takim kątem aktualizowałem tekst. Sprawdziłem tylko Lewandowską i Zarubina. Chciałem wiedzieć, jak wyglądali, co o nich mówiono. Janina, grana przez Julię Pietruchę, śpiewa, bo w rzeczywistości też otarła się o scenę, zanim zdecydowała, że jednak zostanie pilotką szybowców.
A Wasilij Zarubin?
Zaintrygował mnie stosunek polskich oficerów do niego. Nie pokazaliśmy tego w filmie, ale oficerowie przetrzymywani w Kozielsku tak szanowali dowódcę obozu, że zwrócili się do własnych zwierzchników, żeby dostać pozwolenie na salutowanie Zarubinowi. Szanowali go, bo był człowiekiem wysokiej kultury osobistej. Traktował ich uczciwie. Trudno to dziś zrozumieć, ale przecież ani Zarubin, ani jeńcy nie wiedzieli, jaki koniec ich czeka. Zarubin miał przeciągnąć jeńców – artystów, naukowców, intelektualną elitę – na stronę sowiecką, żeby wykorzystać ich potencjał. Więcej miał z Mefistofelesa niż z kata.
To jest ten fakt mniej wiarygodny niż fikcja. Gdybyś pokazał polskich jeńców wojennych, którzy salutują oficerowi NKWD…
Zostałbym posądzony o szkalowanie polskiego wojska i gloryfikowanie Rosjan. A zależało mi, żeby główna część akcji miała raczej lekki przebieg. Taka ciekawostka, też niewykorzystana w filmie: Zarubin sprowadzał handlarzy, którzy skupowali od jeńców to, co ci akurat chcieli sprzedać, żeby mieć pieniądze na życie w obozie, gdzie działał sklepik. Mamy wpojone bardzo określone wyobrażenia na temat zbrodni katyńskiej. Kozielsk wyobrażamy sobie jak obóz koncentracyjny, a to nie do końca tak wyglądało.
Zgadzasz się z tym, co o Rosjanach mówi w „Pojedynku” bohater grany przez Wojciecha Mecwaldowskiego?
Że to dzicz? Widzieliśmy, jak zachowywało się rosyjskie wojsko wobec Ukraińców i Ukrainek.
Boisz się Putina?
Bardziej boję się tego, co obserwuję w polskiej polityce. Poziom piaskownicy. Putin i Trump reprezentują pewne siły natury. Coś, co w tych obszarach geograficznych istniało od zawsze i pewnie zawsze będzie istnieć. Po Putinie przyjdzie następny. Może ktoś lepszy, ale lepszego znów zastąpi gorszy. Identycznie jest przecież w Stanach Zjednoczonych. I gdy w tym momencie działają te konkretne siły natury, my w Polsce powinniśmy montować kraty w oknach. Co robią polscy politycy? Otwierają okna na oścież z obu stron i zapraszają wiatr.
Po co robisz filmy?
Zajmowałem się różnymi rzeczami w życiu. Od handlu dyskietkami na giełdzie komputerowej po pracę w agencji reklamowej jako grafik. Szukałem zajęcia, które da mi wolność. Film mnie interesował, ale nie wierzyłem, że to osiągalne. W tym medium łączyły się wszystkie moje pasje i kompetencje: pisanie, animacja, malarstwo. Gadałem, że sky is the limit, ale prawda jest taka, że robiłem dobrą minę do złej gry, bo naprawdę nie bardzo wierzyłem w siebie. Nie sądziłem, że się uda. A dziś rozmawiamy o moim kolejnym filmie.
Od dziecka dużo oglądałeś?
Wychowałem się w centrum Warszawy, przy ulicy Pańskiej. Tuż obok, przy Twardej, mieścił się Dom Wędkarza, a tam na ostatnim piętrze działało kino Delfin. Chodziłem niemal codziennie. Ile to było dyskusji z panią, która pilnowała, żeby dzieci nie oglądały nieodpowiednich filmów…
W Delfinie zobaczyłem całe „Gwiezdne wojny”, „Poszukiwaczy zaginionej Arki”, „Obcego”. Raz wybrałem się na wyprawę do kina Skarpa przy Kopernika. Dorosłej osobie, która zna miasto, wystarczy 20 minut spaceru, żeby dotrzeć tam z Pańskiej. Dla sześciolatka, który nie wie, co robi, to wyprawa donikąd, ale bardzo chciałem zobaczyć „Klasztor Shaolin”.
Pytałem ludzi po drodze o kierunek i jakoś dotarłem do Skarpy, gdzie jeszcze trzeba było przekonać bileterkę, że może mnie wpuścić na film dozwolony od 15. roku życia. Była niezła afera, jak wróciłem do domu. Sąsiadki się zleciały, bo małe dziecko zniknęło na kilka godzin.
Musiałeś mieć gadane, że tak cię wpuszczali na poważne filmy.
Takie były czasy, że jak coś chciałaś, musiałaś to umieć załatwić.
Widzę u ciebie miłość do amerykańskiego kina. Nie żałujesz, że odmawiałeś, gdy przychodziły propozycje, żebyś kręcił w Stanach?
Było tego trochę po „Bogach”. I tak, to błąd, że odmawiałem, bo jak parę razy odmówisz, to przestają dzwonić. Dziś jednak nie ma we mnie tęsknoty za międzynarodową karierą, nawet jeśli dawniej byłem napalony na Hollywood. W pewnym momencie dochodzisz do wniosku, że w robieniu filmów to nie postać reżysera jest kluczowa, ale historie, które się opowiada. Jeśli chcę pracować z zagranicznymi aktorami, zawsze mogę ściągnąć ich do Polski. Drzwi są otwarte dla tych, którzy mają odwagę przez nie przejść.
Łukasz Palkowski rocznik 1976. W 2007 roku zrealizował swój pierwszy pełnometrażowy film „Rezerwat”, wyróżniony na festiwalu w Gdyni za najlepszy debiut reżyserski. Za „Bogów” (2014), opartych na epizodzie z życia kardiochirurga Zbigniewa Religi, zdobył Złote Lwy, a za film „Najlepszy” (2017) – gdyńską Nagrodę Publiczności.