Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. A co jeśli miłość to taka siła, w której zawsze jest jakieś zniewolenie? Jan Komasa w rozmowie o jego najnowszym filmie „Dobry chłopiec”

A co jeśli miłość to taka siła, w której zawsze jest jakieś zniewolenie? Jan Komasa w rozmowie o jego najnowszym filmie „Dobry chłopiec”

Jan Komasa (Fot. Łukasz Bąk)
Jan Komasa (Fot. Łukasz Bąk)
„A co jeśli miłość to taka siła, w której zawsze jest jakieś zniewolenie? Może dlatego tak wiele osób jej się boi? A może jedynym wolnym wyborem, jaki podejmujemy w życiu, jest wybór swojego więzienia?”, zastanawia się reżyser Jan Komasa przy okazji premiery swojego najnowszego, kręconego w Wielkiej Brytanii, filmu „Dobry chłopiec”.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 4/2026.

Angelika Kucińska: Oglądałeś serial „Dojrzewanie”?

Jan Komasa: Jeszcze nie. A wiesz, że Stephen Graham nakręcił serial już po tym, jak skończyliśmy zdjęcia do „Dobrego chłopca”? Zszedł z planu i mógł zająć się „Dojrzewaniem”. Dzięki temu, że zastosowali technikę jednego ujęcia, skończyli pracę po tygodniu. Serial zdążył już zdobyć Złote Globy i Emmy, a nasz film dopiero wchodzi do kin.

Pytam, bo obie produkcje łączy oczywiście Stephen Graham, ale też temat agresji młodego dorastającego chłopaka.

To temat, który Stephen chce opowiadać. Bycie ojcem to jego obsesja, myślę, że patrzył na naszego bohatera jak na swojego syna. Stephen nie dystansuje się od roli. Wchodzi w postać na sto procent, przeżywa, żyje nią. To jego talent – trzyma formę, ale wypełnia ją czystą emocją.

On ma syna, ty masz syna. Rozmawialiście o tym, jak dziś wychować chłopca?

Więcej: znaleźliśmy porozumienie bez słów. Ja mam też córkę, 25-letnią, sześć lat temu wyprowadziła się z domu i wyjechała na studia do Londynu. Syn ma 16. Dla mnie, mężczyzny i ojca, to są inne relacje. Ojciec jest często ślepo oddany córce, traktuje ją jak księżniczkę, idealizuje, to jego największy skarb. Nawet jeśli rozsądny głos w głowie podpowiada mu, że takie zapatrzenie też może skrzywdzić. Emocje wobec chłopca są bliższe współczucia, litości. To nie jest ten sam rodzaj energii. Ojcowie, a przynajmniej ten ojciec, o którym opowiada „Dobry chłopiec”, w relacjach z synami czują żal, że nie mogą być z nimi tak naprawdę, w pełni, pocieszyć ich.

Dlaczego nie mogą?

Bo pracuje w nas przeświadczenie, że chłopak musi sobie zasłużyć na życie. Czuję, że jako mężczyźni jesteśmy tak skonstruowani, że musimy osiągać. Dlatego tak łatwo odpadamy od ściany wspinaczkowej, rozbijamy się, umieramy. Kobieta jest światu potrzebna. A mężczyzna? Musi zawalczyć o to, żeby ktoś go potrzebował. Musi coś udowodnić, musi coś znaczyć. To ten przykry wewnętrzny obowiązek, który odczuwa każdy z nas. Może to biologia, może to kultura, może jedno i drugie, ale faktem jest, że my musimy znaleźć coś, co będzie nas legitymizowało, samo istnienie nie wystarczy. I z tego powodu mój synek wzbudza we mnie współczucie. Wiem, że ma w sobie taki dziwny brak, który sam w sobie miałem. Widzę, że szuka czegoś, co ten brak wypełni. Tak jak ja szukałem i znalazłem filmy.

Nie kusi cię, żeby mu wskazać kierunek?

Pewnie, ale cały problem polega na tym, że w ten brak trzeba wsadzić własną energię, nie czyjąś. To musi być twój wybór. Chcę mu dać jak najwięcej opcji, ale znaleźć właściwą drogę musi już on sam. Wzruszamy się, miękniemy, rozpadamy na myśl o naszych synach, bo chcemy im pomóc. Stephen Graham tak ma. Jego syn widzi ojca, który wskoczył na poziom niedostępny dla 99 procent ludzi w jego zawodzie. Brytyjczycy nazywają go dobrem narodowym…

Kadr z filmu \ Kadr z filmu "Dobry chłopiec" w reżyserii Jana Komasy (Fot. materiały prasowe0

To chyba dobrze, gdy widzi się sukces ojca? Tata, któremu się udało, buduje w synach pewność siebie.

Ale ten sukces może też przytłoczyć. Mój tata [Wiesław Komasa – przyp. red.], gdy dorastałem, też miał wysoką pozycję. Dostał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Jest profesorem zwyczajnym, przez 30 lat wykładał w Akademii Teatralnej. Jest fantastycznym aktorem, sprawdza się w filmie, teatrze, telewizji. I może by mnie to wszystko przytłoczyło, gdyby nie fakt, że tato nie chciał mnie przywalać własnymi osiągnięciami. Okazywał mi bardzo dużo czułości, pozwalał na błędy, akceptował wszystkie pomysły, nawet te, których nie rozumiał. Nie wiem, czy nauczyłem się od niego tej czułości, nie jestem pewien. Może dlatego większość moich filmów opowiada o facetach.

Czytaj także: Ojciec i syn. Synowie potrzebują przede wszystkim rozmowy

Nawet w twojej niedawnej „Rocznicy” – gdzie centralny jest konflikt światopoglądowy dwóch kobiet – dużo uwagi poświęcasz mężczyznom na drugim planie. Przepoczwarzenie syna, którego gra Dylan O’Brien, jest fascynujące. Chłopak czuje się niewystarczający i mści się, gdy zdobywa władzę.

Biologia. W „Rocznicy” to ona jest ważniejsza niż psychologia. Ten bohater staje się karykaturą faceta, ale przynajmniej czuje się kimś. Wreszcie ma w sobie poczucie dumy.

Tommy z twojego najnowszego filmu, trafia wbrew swojej woli, do tak zwanego „dobrego domu”. Dekonstruujesz tę koncepcję naprawdę dosadnie.

Oto mamy chuligana, którego dobra rodzina postanawia uczynić lepszym chłopcem – przy pomocy paralizatora i łańcucha. Czy cel uświęca środki? Oczywiście okoliczności, w których stawiam to pytanie, są wręcz groteskowe, ale to jest właśnie fantastyczne w kinie, że można posłużyć się konwencją. Przejaskrawić, wyolbrzymić, odrealnić, ale jednocześnie bardzo serio zastanawiać się nad granicami wolności. Bo może jest tak, że jedynym wolnym wyborem, jaki podejmujemy w życiu, jest wybór swojego więzienia? Przecież kiedy dwie osoby wchodzą ze sobą w relację, podejmują decyzję, że rezygnują z suwerenności.

Od dziś jesteśmy od siebie zależni i ja już nie mogę być taki jak wczoraj, bo jeśli będę taki jak wczoraj, to zaprzeczę relacji. Ludzie codziennie zakładają sobie łańcuchy – jako partnerzy biznesowi, jako członkowie partii politycznych, mężowie, żony, rodzice. W relacji z dzieckiem po prostu stopniowo wydłużamy łańcuch, ale on nigdy nie znika. Może stać się niewidzialny, ale istnieje.

„Dobry chłopiec” jest metaforą. Pokazuje, że człowiek czasem woli być uwiązany, jakkolwiek byłoby to opresyjne. Nie mówię tylko o relacjach, bo opresyjne bywa też państwo. Wchodzi ci w życie, w każdy jego kawałek. Zagląda ci do pamiętnika, czyta twoje SMS-y, ale daje ci poczucie bezpieczeństwa. Jak rodzic, który ma na twoim punkcie obsesję i chce wiedzieć, gdzie jesteś, z kim i co robisz 24 godziny na dobę. Podczas gdy świat, który oferuje wolność bez ograniczeń, ma cię gdzieś.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Tommy nie pochodzi z patologii. A tak można by założyć, gdyby odczytać jego postać stereotypowo.

Bardzo mi zależało, żeby nie stawiać go przed wyborem pomiędzy zamożnym domem a biedą, patologią i stereotypem ojca alkoholika. To zbyt proste. „Dobry chłopiec” pokazuje, co nam robi brak uwagi – Tommy bierze wszelkie możliwe dragi, doprowadza się do stanów kompletnego upadku, jest agresywny, a akty przemocy nagrywa telefonem i wrzuca na TikToka.

Testuje granice swojej bezkarności.

Państwo nie ma narzędzi, nie może nas kontrolować i jednocześnie szanować wolności obywatelskich. Dlatego dzieciaki pozwalają sobie dziś na naprawdę dużo. Żyjemy w kulturze bezkarności. W Wielkiej Brytanii młodzież filmowała, jak rozbija kradzione samochody. Poduszki powietrzne wybuchają im w twarz, a oni je rozcinają, bo w środku jest gaz, który daje chwilowy haj. To tylko jeden z przykładów patozachowań, które były modne w mediach społecznościowych. Normy się przesunęły. Kiedyś za takie powszechnie potępiane zachowania lądowało się na marginesie. Dziś je monetyzujesz i jesteś gość. Wygrałeś, nikt się z ciebie nie śmieje, nikt cię nie potępia, przeciwnie – ludzie zbijają z tobą piątkę, gdy spotkają cię na ulicy.

Nie chcę wpadać w moralizatorski ton. Stoję z boku, przyglądam się, opowiadam, zadaję pytania.

Ostatecznie Tommy’ego łamie przemoc czy miłość?

Miłość, ale… Ktoś powie, że to film o toksycznie pojmowanej miłości, bo ta zdrowa i dobra uwalnia. A jeśli miłość to właśnie taka siła, że zawsze jest w niej jakieś zniewolenie? Może dlatego tak wiele osób jej się boi, bo to uczucie o zbyt wielkiej mocy?

Koncepcja czułej przemocy jest społecznie odrzucana, to jasne. Nie po to budowaliśmy cywilizację, żeby używać przemocy. Po to mamy demokrację i prawa człowieka, żeby przemoc całkowicie wyeliminować. I dobrze, zgadzam się, ale też pytam, czy się da. Co, jeśli nie? To w mojej pracy kluczowe, żeby umieć dobrze postawić pytanie.

Bez odpowiedzi?

Bez. Pytania otwierają, odpowiedzi zamykają. Zresztą żeby udzielić odpowiedzi, musiałbym ją najpierw znać.

Czytaj także: Ojcom potrzeba pokory – nie wiemy, co jest najlepsze dla naszych synów. Rozmowa z psychoterapeutą Benedyktem Peczko

A jak według ciebie wygląda faktycznie dobry dom?

To dom, w którym okazuje się innym uwagę. Jeśli wzrastasz w poczuciu, że jesteś zauważana, to nawet gdy zabraknie bliskiej osoby – rodzica, opiekuna – już na zawsze zostaniesz z tym, co zbudowała w tobie jej atencja. Według mnie zachodzi silna korelacja między uwagą a sensem istnienia, jak między energią i masą u Einsteina. Głęboko wierzę, że pragnienie śmierci w ludziach może się brać też z poczucia nieważności. Mówiłem już o tym w „Sali samobójców”.

Wspomniana wcześniej „Rocznica” to film, który nakręciłeś dla amerykańskiego studia Lionsgate, z zagraniczną ekipą i obsadą, główne role grają m.in. Diane Lane, Dylan O’Brien, Kyle Chandler. „Dobry chłopiec” jest z kolei koprodukcją polsko-brytyjską, kręciłeś w Wielkiej Brytanii, główną rolę zagrał Stephen Graham. Polski reżyser jedzie w świat i robi dwa filmy, których premiery dzieli zaledwie kilka miesięcy. Może to wyglądać jak sukces, który przyszedł bez wysiłku. Było łatwo?

Marzyłbym, żeby było! Wiesz, ja żyję reżyserią. Kręcę film, nawet kiedy nie jestem na planie. Opowiadanie historii to moja obsesja. Fascynują mnie ludzie, ale też zmieniające się medium, niuanse percepcji. Mam fart, że mogę dostawać pieniądze za coś, co tak bardzo kocham. I tak o sobie myślę, jak o szczęściarzu. Ale zdaję sobie też sprawę, że wszyscy mają pomysły. I nie każdy dostanie 11 milionów dolarów na to, żeby je zrealizować, a tyle kosztowała „Rocznica”. Trzeba umieć przekonać innych do swojej koncepcji, do tego, żeby wydali kupę szmalu na coś, co de facto nie istnieje. Mnie też dręczy syndrom oszusta, mam wrażenie, że tylko krok dzieli mnie od katastrofy. Że zaraz ktoś przyjdzie, spojrzy za zasłonę i zobaczy, że tam nic nie ma. Bo mój zawód właśnie na tym polega: na wytwarzaniu nieistniejących, nienamacalnych produktów, w które trzeba zaangażować bardzo dużo ludzi, żeby mogły powstać. W „Mieście 44” wzięło udział ponad trzy tysiące osób, łącznie ze statystami. I gdzie jest to „Miasto 44”? W twojej głowie, w mojej, ale każde jest inne.

I na co poszło tyle szmalu, energii, krwi, potu i łez? Czym jest robienie filmów? Magią? Szamanizmem? Czasem widzę salę kinową jako przedział pociągu. Ludzie patrzą w jedno okno, za którym porusza się krajobraz. Tylko co im daje ta podróż?

Przeżywają coś. Wspólnie.

Właśnie. Jak przy ognisku, kiedy patrzą w to samo niebo, na te same gwiazdy. Może kino jest ćwiczeniem ze współodczuwania. I znów wracamy do atencji, bo ja robiąc film, myślę o tych osobach, które usiądą w sali kinowej. Chcę, żeby czuły, że opowiadam historię z uważnością na ludzi, którzy ją oglądają i próbują rozwikłać jej sens, odczytać przekaz. Może ten przekaz na nich jakoś wpłynie, pokieruje, wzmocni. Przecież kultura nas kształtuje – jesteśmy tym silniejsi, im więcej filmów kręcimy, im więcej kultury wytwarzamy. Staram się o tym rozmawiać z ludźmi z różnych środowisk politycznych. Tłumaczę, że kultura nie jest wrogiem, bo mocna władza nie boi się krytyki.

Jeśli zamykasz usta artystom i artystkom, to znaczy, że jesteś słaby. Zderzenie z krytyką buduje, to powtarzam też studentom, z którymi spotykam się na zajęciach w łódzkiej filmówce.

Czytaj także: Jan Komasa – okno z możliwościami

Ty się zderzyłeś z krytyką?

Oczywiście. I kiedyś mnie bardzo bolała. Gdy nakręciłem „Salę samobójców”, szydzono z bohatera – że to taki „słabowity gej”, przynajmniej takie komentarze pojawiały w internecie. Co też pokazywało nasz stosunek do seksualności, stereotypy, niewiedzę. Zrozumiałem, że są rzeczy, o których za mało mówi się publicznie. Jak problemy młodych ludzi. Depresja. Samobójstwa. Nikt wtedy jakoś specjalnie nie robił filmów o nastolatkach. Dziś tematy, które wtedy poruszyłem, nie są już tabu. Fantastycznie jest wypowiadać słowa wcześniej niewypowiedziane. Na początku je odrzucą, ale potem widzisz, że świat się zmienia pod wpływem rozmowy, którą udało ci się zacząć.

Jan Komasa, reżyser i scenarzysta, znany z filmów: „Sala samobójców”, „Sala samobójców. Hejter”, „Boże Ciało”, „Miasto 44” „Rocznica”. Najnowszy „Dobry chłopiec” wchodzi do polskich kin 6 marca.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE