Organizacja ochrony zwierząt Humane World for Animals szacuje, że na świecie żyje prawie 362 mln bezdomnych psów i kotów, z czego 143 mln to psy żyjące na ulicy. Zmagają się z głodem, nieleczonymi chorobami i urazami, bywają okrutnie prześladowane, trute albo odławiane do schronisk, w których panują fatalne warunki.
Zwierzęta bezdomne są - jak mówi nasza redakcyjna koleżanka - „najbardziej zwyczajne ze zwyczajnych”, ale dla tych, którzy otwierają przed nimi swoje serce są absolutnie niezwyczajne. I choć początki wspólnego życia nie zawsze są łatwe, trud włożony w stworzenia im kochającego domu zostaje wynagrodzony miłością, której nie da się niczym zmierzyć. Coś o tym wiemy - i to z doświadczenia. W obchodzonym dziś Dniu Bezdomnych Zwierząt przedstawiamy Wam historie naszych redakcyjnych adopciaków.
Zenek (Fot. Archiwum prywatne)
Jakie szanse na dom ma pies, który jest czarny, raczej duży i do tego niemłody? Odpowiedź brzmi: niewielkie, bo to trzy cechy zniechęcające potencjalnych adoptujących. Piotra jednak nie zniechęciła żadna z nich i tak Zenek, całe swoje 10-letnie życie pętający się po wsi, mający za dom rozpadającą się budę na podwórku u człowieka, który niemal go nie zauważał, znalazł dom, o jakim chyba nigdy nawet nie marzył. Najpierw jednak trafił do schroniska po tym, jak pogryzły go inne psy, a właściciel nie miał ochoty się nim zająć. I tam pewno tkwiłby do dziś, gdyby nie cudowny zbieg wielu szczęśliwych okoliczności. Najpierw dowiedziała się o nim jedna z naszych redakcyjnych koleżanek i postanowiła, że Zenek dom znajdzie i kropka. Choć zabrzmi to cokolwiek dziwnie, przyśniło się jej, że przygarnął go Piotr, który kilka razy napomknął, że myśli o psim przyjacielu. „W schronisku jest Twój pies. Nie wiem, jakim cudem jeszcze się nie poznaliście” ‒ tak brzmiało zdanie, które zapoczątkowało jedną z piękniejszych psich historii, jakie znamy. Odpowiedź Piotra brzmiała: „To może być dobry pomysł”. A potem wypadki potoczyły się tak, jak powinny były się potoczyć. Chłopaki już na pierwszym spotkaniu wyraźnie przypadli sobie do gustu, więc Zenek spakował manatki i ruszył w podróż do nowego domu. Takiego, w którym jest członkiem rodziny, ma zawsze pełną miskę i rękę do głaskania ‒ rękę człowieka, który kocha, troszczy się i dba. Doczekał się nasz „trochę owczarek” wyjątkowej niespodzianki, bo redaktorka naczelna magazynu „Sens” uczyniła go bohaterem wstępniaka do jednego z wydań magazynu. Taką chwilę trzeba było uczcić! Dziś jest redakcyjnym pupilem, obecnym przy każdej wysyłce gazety do drukarni ‒ ktoś musi pilnować, by wszystko szło, jak trzeba. Obsikał już większość krzaczków wokół wydawnictwa, bo to teraz jego teren, po którym przechadza się dumny jak paw w swoich szeleczkach w cebule. Miłości zaś dostaje tyle, że uszami mu się wylewa... Jest tam, gdzie zawsze powinien być ‒ u siebie. I kto by pomyślał, że to wszystko zaczęło się we śnie...
Czytaj także: Każda istota, która wchodzi w nasze życie, jest lekcją. Niekiedy trudną, czasem niewygodną, ostatecznie rozczulającą, ale zawsze prawdziwą
Krówka, Piętka i Kazio (Fot. Archiwum prywatne)
Krówka, Piętka i Kazio, czyli silna reprezentacja biało-brązowych u naszej redakcyjnej koleżanki Agnieszki. Trzy psy to dużo czy mało? Rzecz trudna do rozstrzygnięcia, ale Agnieszka mówi, że skoro w schronisku dawali za darmo, to wzięła więcej... Tak stopniowo powstała unikalna kolekcja adopciaków, do których niestety nie ustawiała się kolejka. Pierwsza była Krówka, ta największa, mieszanka z wyczuwalną w charakterze domieszką teriera. Krówki nikt nie chciał, bo choć śliczna, była gryzulą. Gryzła, bo się bała i czuła się w schronisku bardzo źle. Agnieszka zaryzykowała, licząc na to, że odpowiednia dawka miłości gryzulę poskromi ‒ i to było trafne przeczucie. Wówczas półtoraroczna, a dziś dostojna dziesięciolatka to całe pokłady miłości do człowieka. Zamiast gryzów są lizy, bo Krówka jest wyjątkowo całuśna i w tej całuśności namolna. Ale jaka kochana! Wzięła na siebie ciężar dowodzenia całym stadem i jako rezydentka nie znosi sprzeciwu. Wszak królowa jest tylko jedna.
A krok w krok za królową drepcze Piętka. Przybyła jako druga, bo i ona z powodu agresji schroniskowej na nakolankowego przytulaska nijak się nie nadawała... To piesek, którego Agnieszka nazywa nauczycielem cierpliwości. Na jej zaufanie trzeba było poczekać ‒ bardzo długo. Pierwsze merdnięcie ogonem na widok człowieka nastąpiło po roku, ale radość, jaką spowodowało, nie miała granic. Piętaszka trzeba się było nauczyć kochać, bo to nie ten typ do miłości od pierwszego wejrzenia, oj nie. Do dziś dotyk człowieka nie jest dla niej szczytem marzeń, ale pomalutku, kroczek po kroczku, uczy się czerpać przyjemność z delikatnych głasków, których chyba nigdy wcześniej nie doświadczyła.
Ta nauka nie jest za to w ogóle potrzebna Kaziowi, staruszkowi, który do stada dołączył całkiem niedawno i natychmiast się okazało, że tych dwanaście lat temu urodził się po to, by być głaskanym. Zaproszony najdrobniejszym gestem rozlewa się niczym naleśnik na patelni łapami do góry i tak trwa, ile się da, drapany tu i tam, wystawiając z rozanielenia jeden z niewielu zębów, jakie mu pozostały, zwanego „zębem rozkosznikiem”. Kazio, najbardziej zwyczajny ze zwyczajnych piesków, urody raczej pospolitej, jest rodzynkiem w dziewczyńskim stadzie i ten przywilej wykorzystuje na wszelkie możliwe sposoby. Agnieszka przygarnęła go na psią emeryturę z bardzo prozaicznego powodu: oto okazało się, że w domu jest jeszcze całkiem spory, niezagospodarowany kawałek kanapy, a taka okoliczność nie może się zmarnować. Ma więc chłopak o wdzięcznym przydomku „stary skwarek” królewskie życie seniora, na jakie zasługuje absolutnie każdy pies!
Trzypak ma się doskonale, ale podobno czteropaki też są fajne... Tutaj sytuacja jest dynamiczna i kto wie, czy w przyszłości do tej drużyny nie dołączy ktoś jeszcze, kto akurat będzie w potrzebie?
Edyta i Tajga (Fot: archiwum prywatne)
Wszędzie są równi i równiejsi. Także w świecie psów. Kiedy jesteś bezdomny i „w typie rasy”, to skrzynka mailowa fundacji pełna jest wzorowo wypełnionych ankiet, przyszli opiekunowie nie mają problemu z podróżą po pieska na drugi koniec kraju, a miejsce na kanapie czeka. Kiedy zaś jesteś koloru pospolitego ziemniaka i rozmiaru sołtysowego burka, telefony najczęściej milczą. I co z tego, że pokochasz tak samo albo i bardziej, że w ogólnym rozrachunku wyjdziesz taniej, bo i alergii pokarmowych nie masz, i w pudełku za darmo pociągiem pojdziesz, skoro jesteś taki bury? Co z tego, że siadasz jak rasowy i szczekasz jak rasowy, skoro nie wkomponujesz się w drogą kanapę z równym wdziękiem co „prawie maltipoodle”?
Takie myśli przyświecały Edycie z naszej redakcji, kiedy zobaczyła pierwsze zdjęcie tego, co miało być później jej ukochaną Tajgą: małego, burego szczeniaka z już widocznym leciutkim zezem. Jak wszyscy wzdychała kiedyś do smukłych chartów i bajkowych dalmatyńczyków, marzyła o viralowych TikTokach z jamnikiem albo pudlem. Ale potem popatrzyła na ruszone zdjęcie szczeniaczka z Kuźnik koło Zębowa, którego wszystkie szanse na dom to kilka lajków pod facebookowym postem „oddam w dobre ręce”. Który jak każdy bąbel chciałby mieć swój kocyk i smaczki z królikiem, głaskanie za uszkiem i spacery po lesie, a przez swój nieszlachetny wygląd najpewniej trafi za czyjąś stodołę.
I Edyta pomyślała: jeśli nie ja ci będę domem, to może nikt nim nie będzie. Ostatecznie, jak się porządnie zastanowię, to od psa chcę tylko, żeby mnie kochał i dał się kochać. I to zadanie Tajga od pięciu lat wypełnia absolutnie wzorowo.
Czytaj także: Zawsze żegnasz się ze zwierzakiem przed wyjściem z domu? Psycholog: ten nawyk zdradza 7 cech osobowości
Vesper (Fot. Archiwum prywatne)
Jest taka teoria, chociaż trudno ją nazwać naukową, że po stracie jednego psa nie można się spieszyć, bo ten kolejny sam Cię odnajdzie. Nasza redakcyjna koleżanka pożegnała szesnastoletnią ukochaną suczkę i, gdy okres żałoby minął, miotała się między pomysłami natychmiastowej adopcji innego chorego seniora a fazą „nigdy nie będzie już żadnego psa”. Trwało to prawie dwa lata aż na instagramowym horyzoncie nie pojawiła się ta jedyna, jedna na milion, para oczu spoglądająca smutno zza krat schroniskowego boksu.
Mała została znaleziona z mamą i rodzeństwem w kartonie na jednym z podwarszawskich parkingów. Miała pasożyty i kaszel kenelowy, który nie mijał mimo podawanych w schronisku antybiotyków. Umówmy się - to i tak przysłowiowy „pikuś” w kontekście psów ze schroniska. Wypełniona przez Martę ankieta adopcyjna okazała się tą najbardziej dopasowaną.
I tak Vesper (nazwana tak z inspiracji najważniejszą z dziewczyn Jamesa Bonda) bezdomna była tylko przez dwa pierwsze miesiące swojego życia a ze wszystkimi swoimi infekcjami trafiła prosto na „domowy oddział” pod dachem Marty i jej chłopaka. Historia jak jedna z wielu, ale to, co wydaje się w niej niezwykłe, to to, że z czarnej kulki z oklapniętymi uszkami i krótkimi grubymi łapkami (która raczej zapowiadała się na krępego „niskopodłogowca”) wyrosła smukła „sarenka” przypominająca średniego pinczera.
Co więcej, jej wygląd, psie gesty i reakcje z czasem okazały się uderzająco podobne do tych u poprzedniej suczki, z którą Marta pożegnała się dwa lata wcześniej. Do tego stopnia, że na wielu zdjęciach z tego samego etapu ich życia nawet ona sama ma trudność z ich rozróżnieniem. Nie było w tym żadnej niezdrowej intencji adoptowania podobnego psa czy wskrzeszania pamięci o tym, którego się straciło. Po prostu tak wyszło, choć nic na to nie wskazywało. I jeszcze jedno - numer schroniskowego boksu Vesper to liczba, która przewijała się przez wszystkie dotychczasowe adresy Marty. Marta lubi więc myśleć, że Vesper po prostu trafiła do swojego domu.
Patrycja i Cywil (Fot. Archiwum prywatne)
Był rok 2020, pandemia. Patrycja, dziennikarka Zwierciadlo.pl, pamięta, że w Święta Wielkanocne byłam zupełnie sama. Wtedy zaczęła kiełkować w niej myśl, że może dobrym pomysłem byłoby zostanie domem tymczasowym dla psów.
Nie czuła się jeszcze gotowa, żeby adoptować psa na stałe, a marzyła o czworonogu już od kilku lat. Zaczęła przeglądać Facebooka i szybko trafiła na fundację zajmującą się organizowaniem domów tymczasowych. Cywil był jej trzecim „tymczasem”.
W pamięci utkwiło jej, że Pani z fundacji powiedziała, że wydaje jej się, że Cywil zostanie z nią już na zawsze. Bardzo się wtedy oburzyła, zaprotestowała, że absolutnie nie, że nie ma na to przestrzeni ani warunków. Jak się później okazało… proroctwo się spełniło.
Choć Cywil był opisywany jako aniołek, dość szybko zaczęły pojawiać się problemy. „ Nie chcę nikogo straszyć, ale psy, które dużo przeżyły i zostały skrzywdzone, noszą w sobie traumy. Nie można oczekiwać, że będą „idealne”. Na początku mogą być na swój sposób „skrępowane” i po prostu nie pokazywać tego, co w nich „siedzi”. Dopiero gdy trochę się zaklimatyzują, na jaw wychodzą ich lęki. Tak przynajmniej było z Cywilem” - wspomina Patrycja.
Cywil bał się mnóstwa rzeczy – od płomieni gazowej kuchenki, przez szczoteczkę elektryczną, po szuflady. Na dodatek miał nawyk tzw. pilnowania zasobów. Jeśli położył się obok jakiegoś przedmiotu, nie można było go zabrać – nieważne, czy była to torebka czy balsam. Reagował złością na samo wyciągnięcie ręki. Podobnie było, gdy leżał na swoim posłaniu – nie można było się do niego zbliżyć.
Dziś to zupełnie inny pies – Misio-Pysio, Cywilek-Aniołek, który śpi z Patrycją w łóżku. Jest zupełnie niegroźny, kocha sąsiadów, wszystkie dzieci i ma swoich psich ziomków na osiedlu. Początki były jednak naprawdę trudne. Pomogło wsparcie behawiorysty i dwadzieścia zajęć w szkole posłuszeństwa. Ta praca trwa do dziś.
Czy było warto? „Oczywiście, że tak! - mówi Patrycja - Cywil jest moim najlepszym przyjacielem. Uważam, że byliśmy sobie przeznaczeni i nie wyobrażam sobie życia bez niego. Moja siostra mówi, że gdyby nie Cywil, byłoby ze mną źle – i przyznaję coś w tym jest. Polecam adopcję bezdomniaków z całego serca, ale jednocześnie uczulam – psy z trudną przeszłością wymagają szczególnej troski. Zanim pojawi się więź, zanim pies poczuje się bezpieczny, a jego zachowanie się unormuje, potrzeba czasu, pracy i cierpliwości. Behawiorystka powiedziała mi kiedyś: „Praca nad psem, to praca nad sobą”. Całkowicie się z tym zgadzam.”
Czytaj także: Superpies inspiruje tysiące widzów do adopcji. Google notuje rekordy wyszukiwań
Muszka (archiwum prywatne)
Z ogłoszenia na OLX spoglądała na Karolinę, naszą dziennikarkę modową, włochata kupka nieszczęścia. Karolina nie planowała mieć żadnych zwierząt na stałe, ani nawet tymczasowo – miała całą litanię argumentów przeciwko temu pomysłowi, na czele z porannymi spacerami na mrozie – ale coś w tym pełnym żalu spojrzeniu chwyciło ją za serce i impulsywnie napisała do fundacji, że chce być jej domem tymczasowym.
Kiedy Muszka trafiła do niej dwa miesiące temu, była zlęknionym szczeniakiem bojącym się własnego cienia. Musiała nauczyć się wszystkiego: wychodzenia na klatkę, chodzenia po schodach, tego, że sikać należy na trawniku, a nie w łóżku – ale na szczęście okazała się bystrą uczennicą. Może nawet zbyt bystrą, bo wkrótce polubiła spacery do tego stopnia, że na sygnał zakładanych przez Karolinę butów szykowała się do ekspresowego czmychnięcia z mieszkania i zabawy w berka na wszystkich piętrach klatki schodowej.
Przed Muszką jeszcze długa droga, zanim „wyjdzie na ludzi”. Co najmniej raz dziennie próbuje, czasem z sukcesem, ukraść i zjeść coś, czego absolutnie nie powinna (honorowa wzmianka dla plastikowego klipsa do włosów, który stracił cztery zęby, kilku par majtek i dwóch kul dla sikorek). Lęk separacyjny zmieniła w terytorialność i obszczekuje teraz wszystkich, którzy witają się z Karoliną zbyt wylewnie. Nie ma co ukrywać – wychowywanie szczeniaka nie jest dla ludzi o słabych nerwach, ale obserwowanie, jak zahukana kulka kłaków z dużymi uszami zmienia się w pewną siebie, żądną przygód psią nastolatkę była jedną z największych radości.