To dość wstydliwe uczucie, do którego niechętnie się przyznajemy nawet przed sobą. No bo jak tu przyznać, że czyjeś potknięcie czy niepowodzenie wywołuje w nas radość? A jednak to bardzo częste zjawisko, które zdaniem neuropsychologów wcale nie świadczy o tym, że jesteśmy z gruntu źli i nieempatyczni. Ono jest nam do czegoś potrzebne
„I dobrze mu tak!”, pomyślałaś z satysfakcją, gdy wrednemu koledze z biura, który nie widzi świata poza czubkiem własnego nosa i rozpycha się łokciami, nie licząc się z nikim, dostało się od szefa za opóźnienie w projekcie. Głupia sprawa, ale w zasadzie zrobiło ci to dzień... Teoretycznie nic nie zyskałaś, bo przecież nie spłynęła na ciebie żadna pochwała. Poprawę samopoczucia przyniósł jednak sam fakt, że „dostał za swoje”. W tej sytuacji twoją radość zrozumieć nietrudno, i pewnie nawet dajesz sobie do niej ciche prawo. Ale co jeśli przykrość spotyka kogoś, kogo w sumie lubisz, ale zwyczajnie mu zazdrościsz, jak w sytuacji, gdy bezczelnie wręcz atrakcyjna i onieśmielająco inteligentna koleżanka dostaje kosza na randce? Do tego, że na wieść o jej randkowej porażce ‒ choć oczywiście zrobiłaś smutną i współczującą minę ‒ tak naprawdę poczułaś dreszczyk ekscytacji, w życiu byś się nie przyznała! A jednak to poczułaś... Bo odczuwanie przyjemności z powodu nieszczęścia innych zalewa nas czasem wbrew naszej woli.
Czytaj także: Frajda z cudzego nieszczęścia. Jak działają toksyczni ludzie?
Gdy doświadczamy schadenfreude, raczej nie myślimy o sobie dobrze. „Ale jestem podła, ona jest załamana, a ja się w duchu cieszę” ‒ po chwili skrywanej radości z nieudanej randki koleżanki właśnie tak mogłaś o sobie pomyśleć. Ta emocja nie do końca jednak mówi o podłości, amoralności czy całkowitym braku empatii. Okazuje się, że uczucie, które tak nas zawstydza i z którego raczej nie jesteśmy dumni, to nie dowód na nasz wstrętny charakter, a wynik kilku głęboko zakorzenionych procesów, nad którymi ludzki mózg pracował przez miliony lat.
Schadenfreude, czyli radość z cudzej szkody ‒ bo z niemieckiego schaden to krzywda, a freude to radość ‒ jest wprawdzie wstydliwą, ale bardzo powszechną emocją ‒ znaną ludzkości właściwie od zarania dziejów. Starożytni Grecy nazywali ją epichairekakia, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza radowanie się ze zła, a Rzymianie określali ten stan jako malevolentia. Co ciekawe, wcale go nie potępiali. Rzymski poeta i filozof Lukrecjusz podkreślał, że to nie oznaka moralnego upadku, a poszukiwanie ulgi. Oto czyjś okręt tonie, a my przyglądamy się temu, stojąc bezpiecznie na brzegu. „Błogo jest widzieć, jakie zło nas nie dotyka” ‒ pisał w swoim dziele „O naturze rzeczy”. Jednym z powodów, dla których czujemy schadenfreude jest więc sam fakt, że coś, co jest złe, tym razem nie dotyczy nas ‒ my ocaleliśmy. To naprawdę pokrzepiające!
Psychologowie z Uniwersytetu Emory w USA zaproponowali „trójdzielny” model schadenfreude oparty na założeniu, że głęboko zakorzenione mechanizmy związane z przetrwaniem mogą skłaniać nas do postrzegania innych ludzi jako nie w pełni ludzkich. W uproszczeniu ‒ na tę krótką chwilę, w której czujemy radość z cudzego nieszczęścia, stajemy się... psychopatami. Przechodzimy tymczasowy proces podobny do tego, którego doświadczają osoby o wysokim poziomie psychopatycznych cech osobowości: dehumanizujemy obiekt tego uczucia, tracąc motywację do wnikania w jej umysł, podobnie jak psychopaci. Choć brzmi to przerażająco, skłonność ta ma ewolucyjne uzasadnienie. Przyjemność czerpana z czyjegoś nieszczęścia nie jest pojedynczą, monolityczną emocją, a złożonym i wielowymiarowym zjawiskiem, którego siłą napędową są trzy odrębne, podstawowe motywacje: agresja, rywalizacja i sprawiedliwość.
Schadenfreude związana z agresją wywodzi się z poczucia tożsamości społecznej, które rozwija się już w okresie niemowlęcym. Podstawową motywacją jest tu wzmacnianie własnej grupy społecznej i chronienie jej, co może wiązać się z agresją wobec innych ‒ tych „spoza” wspólnoty. Przykładem może być satysfakcja odczuwana przez kibiców drużyny sportowej, gdy drużyna przeciwna przegrywa, nawet jeśli porażka ta nie ma wpływu na pozycję ich własnej drużyny.
Rywalizacja z kolei mocno łączy się z chęcią osiągania lepszych wyników niż inni ‒ rówieśnicy czy współpracownicy i jest mocno powiązana z obawami związanymi z samooceną i poczuciem własnej wartości. Radość z cudzych sukcesów jest piękną i szlachetną ideą, ale gdyby zejść na ziemię, to zauważyć trzeba, że rywalizujemy ze sobą bezustannie, a w obliczu tego cudza porażka często poprawia naszą pozycję w wyścigu ‒ nasze szanse na prowadzenie rosną i to bez naszego udziału, z czego trudno choć odrobinę się nie ucieszyć. Schadenfreude mogło powstać w toku ewolucji w wyniku rywalizacji między jednostkami i plemionami ‒ w końcu kiedy rywal upada, uwalniają się nowe, ograniczone naturalnie zasoby i pojawiają się nowe możliwości, zwiększające szanse na przetrwanie. Życiowy przykład to sytuacja, w której koleżanka z pracy, nieustannie odnosząca sukcesy i chwaląca się nimi, wykłada się na projekcie. Radość z jej niepowodzenia możesz odczuć jako poczucie mocy i nadzieję na sukces dla siebie ‒ oto konkurencja powolutku zaczyna eliminować się sama, a twoja samoocena rośnie...
Czytaj także: Ona ma, a ja nie. Kilka słów o zawiści
Trzecia forma schadenfreude to ta oparta na sprawiedliwości. Z cudzego niepowodzenia cieszymy się wtedy, gdy mamy poczucie, że na to zasłużył. Gdy wierzymy, że ktoś został w pewnym sensie ukarany za swoje haniebne zachowanie, umacniamy się w przekonaniu o generalnej sprawiedliwości świata, w myśl zasady, że karma wraca. To pozwala nam również wzmacniać w sobie przekonanie, że warto być uczciwym, bo nieuczciwość zwyczajnie się nie opłaca.
Czasami odczuwamy schadenfreude jako formę rekompensaty. Wyobraź sobie, że szefowa odmówiła ci urlopu, na którym bardzo ci zależało. Zamiast leżeć na plaży, będziesz siedzieć zamknięta w biurze przez cały tydzień... Gdy ten moment nadchodzi, a okazuje się, że leje jak z cebra i ma lać aż do końca tygodnia, możesz poczuć ten dziwny rodzaj radości z tego, że ci, którzy na urlop w tym terminie pojechali, wcale z niego nie skorzystają tak, jak zaplanowali. I w efekcie poczuć się odrobinę lepiej.
Jest i wyjaśnienie neurobiologiczne dla tego uczucia. Aż chce się powiedzieć, że gdy nie wiadomo, o co chodzi, to oczywiście chodzi o dopaminę. Badania neuronaukowe pokazują, że doświadczanie schadenfreude aktywuje ośrodki nagrody w mózgu. Neuroobrazowanie mózgu ujawnia, że gdy jesteśmy świadkami upadku kogoś, komu zazdrościmy lub zwyczajnie go nie lubimy, aktywuje się prążkowie brzuszne – ten sam ośrodek nagrody, który jest związany z przyjemnością, jedzeniem i zyskiem finansowym. Po prostu czujemy się lepiej i czasami warto po prostu to docenić. „Bywa przecież i tak, że zazdrość, gniew czy nienawiść wynagradzają czyjeś poczucie krzywdy, a więc jakoś się opłacają. (...) Jeśli chcemy być szczęśliwi, to teoretycznie wszelkie niedobre uczucia należałoby eliminować, zamiast je w sobie wzniecać. Ale ponieważ one przynoszą jakąś pociechę, można czasem na nie spojrzeć z odrobiną wyrozumiałości. (...) Nawet dość przykre emocje mogą czasem spełniać pomocną rolę. Bo nie wszystko, co się złe wydaje, jest złe w stu procentach.” ‒ mówi psycholożka Ewa Woydyłło w książce „Szczęścia można się nauczyć”. Schadenfreude z całą pewnością do takich trochę brzydkich, ale użytecznych uczuć należy i nie warto się za nią karcić, ale też dobrze przyglądać się temu, czy nie pojawia się zbyt często.
Dopamina wydzielana w naszym układzie limbicznym w wyniku satysfakcji z cudzych kłopotów może bowiem działać uzależniająco. Ach te kojące internetowe plotki na temat celebrytów, którym powinęła się noga... Kto ich nie zna? Naprawdę łatwo właśnie za sprawą dopaminy zrobić sobie z nich poprawiacza nastroju bazującego na naszych prymitywnych emocjach, ale w ten sposób jednocześnie stępiamy swoją zdolność do empatii i niejako odwrażliwiamy się na cudze cierpienie. Schadenfreude bowiem, owszem, aktywuje ośrodki nagrody w mózgu, ale jednocześnie tłumi obwody odpowiedzialne za empatię, jak na przykład przednia część zakrętu obręczy. Dobrze więc pamiętać, że choć schadenfreude jest częścią normalnego ludzkiego doświadczenia, częste lub chroniczne odczuwanie tego stanu zaczyna nam szkodzić i niszczyć nasze relacje. Poza tym ‒ choć powoduje chwilową poprawę nastroju, także dlatego, że daje iluzoryczne poczucie kontroli, jej efekty są bardzo krótkotrwałe. Lepiej czujemy się tylko przez chwilę, nasza samoocena też podnosi się na krótko. Naprawdę nie da się budować poczucia wartości tylko na cudzych porażkach, choć bywają tak pokrzepiające.
Dla równowagi warto pamiętać, że istnieje coś takiego jak freudenfreude ‒ pojęcie ukute przez psychologów w ostatnich latach, dosłowny antonim dla schadenfreude, oznaczające autentyczne radowanie się sukcesami drugiej osoby. Od ponad dekady bada je Cathy Chambliss, profesor psychologii na Ursinus College, i przekonuje, że choć nie jest łatwo się tego nauczyć, ta kompetencja szalenie się opłaca.
Czytaj także: Siła przyjaźni – jak podtrzymuje nas na duchu w trudnych momentach życia?
Jej badanie z 2012 roku wykazało, że freudenfreude poprawia nastrój i jakość relacji, a także zmniejsza objawy depresji. Na początku możesz nawet udawać, że awans czy rewelacyjna randka koleżanki sprawiają ci radość, cieszyć się trochę sztucznie i uśmiechać na siłę. Z czasem jednak jest szansa, że, jak mówi Chambliss, „wciągnie cię empatia”, a później, krok po kroku, twoje reakcje będą bardziej autentyczne. Tym, co pomaga przejść na tę jasną stronę mocy, jest uważność. Dzięki niej możesz zdecydować, czy kontrolę w danej sytuacji przejmie twoja natura rywalizacji, czy też troskliwa strona twojej osobowości, do której, jeśli zechcesz i trochę potrenujesz, też możesz zyskać dostęp. Co istotne, taka postawa to wcale nie altruizm, a czysty, ale zdrowy egoizm. Robisz to dla siebie! Jeden z projektów badawczych Catherine Chambliss pokazał, że osoby, które przeszły szkolenie z technik wzmacniania freudenfreude, były w ich efekcie bardziej wielkoduszne, mniej zazdrosne i mniej drażliwe niż osoby, które nie brały udziału w szkoleniu. A więc tak naprawdę po prostu szczęśliwsze. Jeśli więc szukać recepty na szczęście, to raczej tutaj niż w chwilowej satysfakcji z tego, że komuś coś nie wyszło, nawet jeśli na tę porażkę sobie zasłużył.
Wykorzystane źródła: https://embolden.world/the-neuropsychology-of-schadenfreude/; https://www.bps.org.uk/research-digest/schadenfreude-turns-us-temporary-psychopaths-according-new-model-emotion; „Szczęścia można się nauczyć”, Ewa Woydyłło, Agnieszka Radomska, wyd. Zwierciadło 2025