1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Siła przyjaźni – jak podtrzymuje nas na duchu w trudnych momentach życia?

Trwajmy przy swoich przyjaciołach i spędzajmy czas z tymi, którzy prędzej spróbują kwasu, niż nas skrzywdzą – pisze Julia Baird w swojej książce „Fosforescencja”. (Fot. iStock)
Co podtrzymuje nas na duchu w mrocznych chwilach życia? Zdaniem Julii Baird, jedną z takich rzeczy są więzy przyjaźni. W książce „Fosforescencja” zachęca, by z pełną świadomością otaczać się kochającymi ludźmi i na ich życzliwość odpowiadać tym samym.

Jane Fonda w wywiadzie dla „Vanity Fair” powiedziała, że to dzięki przyjaciółkom „wciąż ma tyle ikry”. Ze mną jest tak samo. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego niektórzy ludzie tak uparcie i niezłomnie trwają przy przekonaniu, że kobiety w głębi ducha nienawidzą się nawzajem i że do pyskówki albo wzięcia się za łby wystarcza im najmniejsza prowokacja. Nie jestem pewna, dlaczego ten mit wciąż się utrzymuje, bo kobiece przyjaźnie najczęściej są żarliwe, niezniszczalne i trwałe. No cóż, wiem, że kobiety wykazują dokładnie taką samą zdolność do świrowania i dręczenia innych jak mężczyźni. Wszyscy w końcu jesteśmy ludźmi. Moje osłupienie bierze się jednak stąd, że pominięto oczywisty wniosek: takie kobiety czy tacy mężczyźni rzeczywiście istnieją, ale nie należy z nimi zawierać przyjaźni; trzeba przed nimi uciekać. Mówię poważnie: uciekać jak najdalej. Potem należy starannie otoczyć się wspaniałymi, dobrymi ludźmi o wielkim sercu i kochać ich z całą mocą. Nie ma tu nic z przypadku, to celowe dążenie. Trwajmy przy swoich przyjaciołach i spędzajmy czas z tymi, którzy prędzej spróbują kwasu, niż nas skrzywdzą.

Ciesz się czyimiś sukcesami!

W buddyzmie nazywa się ją mudita – przyjemność z powodu pomyślności innych ludzi lub bezinteresowna radość. Podobne znaczenie w języku jidysz ma słowo nachas – duma z osiągnięć drugiej osoby, zwykle chodzi tu o własne dzieci. Nieco innym słowem o podobnym znaczeniu jest rzadko używane w języku angielskim confelicity – cieszenie się czyimś szczęściem. W ostatnich latach psycholodzy badający to zagadnienie ukuli termin freudenfreude, jako antonim dla schadenfreude, oznaczający autentyczne radowanie się sukcesami innej osoby.

Nie rozumiem, dlaczego pozwalamy, by freudenfreude stale pozostawała w cieniu swej złej bliźniaczki, skoro jest równie użyteczna jako słowo i znacznie góruje nad tamtą jako emocja. Z badań psychologicznych wynika bowiem, że freudenfreude to skuteczny mur chroniący nas przed melancholią lub smutkiem – innymi słowy, to prosty sposób na to, by wymknąć się z własnej głowy i wygrzewać w promieniach pożyczonego słońca. Aby zacząć ją odczuwać, musimy nad sobą popracować; jest to postawa lub nawyk myślowy, do których należy nakłonić nasz umysł. Zachęcamy ludzi do współczucia tym, którzy borykają się z trudnościami – dlaczego zatem nie zachęcać także do wspólnego cieszenia się czyimiś triumfami? To odtrutka na zazdrość.

Zagadnienie freudenfreude od lat bada profesor psychologii Catherine Chambliss. Przeprowadziła ona eksperyment z udziałem pewnej liczby pacjentów stacjonarnego oddziału psychiatrycznego, chcąc ustalić, czy kontrolowanie impulsów rywalizacji i przyjaźni może sprzyjać zahamowaniu depresji w warunkach klinicznych. Chambliss i jej współpracownicy rozmawiali z personelem i pacjentami o tym, jak świadomie, rozmyślnie i autentycznie świętować sukcesy innych ludzi za pomocą, jak je nazwano, „technik wzmocnienia freudenfreude”.

W książce „Empathy Rules. Depression, Schadenfreude and Freudenfreude” („Empatia rządzi. Depresja, schadenfreude i freudenfreude”) profesor Chambliss pisze, że choć zastosowana strategia nie przyniosła „cudownego leku”, to niektóre wyniki były zdumiewające. Na przykład odnotowano „zauważalny pozytywny wpływ na morale”, zmniejszyła się liczba zachowań agresywnych i samookaleczeń, a liczba pacjentów wypisanych po udanym leczeniu „radykalnie wzrosła”. We wnioskach autorka zauważa: „Empatia czyni cuda. Brak empatii może być poważnym problemem. Brak empatycznej reakcji na sukces lub niepowodzenie przyjaciół może okazać się toksyczny dla relacji, co podkopuje wsparcie społeczne danej osoby, a może także prowadzić do izolacji społecznej i nazbyt często, w efekcie tego wszystkiego, do depresji”.

W 2016 roku profesor Chambliss powtórzyła swoje ustalenia w ramach badania przeprowadzonego w Europie, które wykazało wyższy poziom schadenfreude i niższy poziom freudenfreude u studentów i pacjentów szpitalnych z depresją. Badaczka i współautorka książki przyznają, że nie wiedzą, czy te różnice „przyczyniają się do rozwoju depresji, są jej następstwem, czy jedno i drugie”. W każdym razie ten związek wydaje się sensowny.

Jeden z projektów badawczych Catherine Chambliss pokazał, że osoby badane, które przeszły szkolenie z technik wzmacniania freudenfreude, były „bardziej wielkodusze, mniej zazdrosne i mniej drażliwe” niż osoby, które nie brały udziału w szkoleniu. Były również szczęśliwsze. Innymi słowy, słaba reakcja na sukcesy innych osób albo brak takiej reakcji to prosta droga do tego, żeby czuć się podle. Warto zatem dzielić się radością.

Oda do przyjaźni

Na japońskiej wyspie Okinawa, gdzie kobiety dożywają średnio dziewięćdziesiątki, ludzie jeszcze jako niemowlęta umieszczani są w niemal sformalizowanych grupach przyjacielskich liczących około pięciu osób. Grupy takie nazywa się moai, a tworzące je osoby przez całe życie troszczą się o siebie nawzajem, zapewniając sobie wszelkie konieczne wsparcie. Związek może się rozpaść, dzieci mogą się zbuntować albo wyfrunąć z gniazda, ale przyjaźń trwa i nazbyt często bywa niedoceniana.

Rzadko słyszymy ody na cześć przyjaciół, obok których spędza się całe życie. To między innymi dlatego obrazy skomplikowanych, mocnych przyjaźni – w serialach, takich jak „Współczesna dziewczyna”, „Grace i Frankie”, Seks w wielkim mieście”, „Opowieść podręcznej” i „Dziewczyny”, bądź w książkach takich jak eleganckie neapolitańskie powieści Eleny Ferrante – mają tak wierną rzeszę fanów i status kultowych.

Angielska wokalistka i autorka tekstów Ellie Goulding napisała piosenkę „Army” (Armia), której bohaterką jest jej najlepsza przyjaciółka Hannah. W komentarzu na Instagramie Ellie wyjaśnia: Zdałam sobie sprawę, że dotychczas skupiałam się w dużej mierze na opisywaniu dawnych związków, i uderzyło mnie, że nigdy nie napisałam nic o mojej najlepszej przyjaciółce. Którą poznałam w college’u ponad dziesięć lat temu. Która przyszła na mój pierwszy występ. Która widziała moje najgłębsze dołki i jest tą pierwszą, do której dzwonię, połykając łzy, kiedy stanie się coś złego. Bywałyśmy razem szaleńczo szczęśliwe, szaleńczo zmęczone, szaleńczo smutne. Chciałam pokazać naszą przyjaźń taką, jaka jest naprawdę – uczciwa, prawdziwa, iskrząca [...] nasz śmiech z własnej śmieszności i głupoty, wzajemne porównywanie prób i błędów, roztrząsanie kolejnych zerwań i nowych miłości, wspomina – nie wszystkiego, co razem przeszłyśmy do tej pory, i dumę z tego wszystkiego. [...] Otwieramy nasze serca i ryzykujemy, ale razem mamy więcej mocy niż kiedykolwiek wcześniej. Co dzień napotykamy wyzwania, ale bierzemy je na klatę i wydaje się, że nic nas nie pokona.

„Kiedy jestem z tobą – Ellie powiedziała Hannah – mam za sobą armię”.

Moja córka od lat wysłuchuje przynudzania o tym, że moim zdaniem wybór i utrzymanie lojalnych, rzetelnych przyjaciół to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu. Czekam, aż zrozumie, że nie jest to sposób na selekcję zaproszeń na imprezy urodzinowe. To sposób na zbudowanie armii.

Julia Baird, uznana dziennikarka, była redaktorka naczelna amerykańskiego „Newsweeka”, felietonistka „The New York Times”, autorka książki „Fosforescencja”.

Fragment pochodzi z książki „Fosforescencja” Julii Baird, wyd. Znak. Wybór, skrót i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Polecamy książkę: „Fosforescencja” Julii Baird, wyd. Znak

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze