1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Wojtek Szczęsny – człowiek, który potrafi wykorzystywać drugie szanse

Wojtek Szczęsny – człowiek, który potrafi wykorzystywać drugie szanse

Wojciech Szczęsny (Fot. Materiały prasowe Prime Video)
Wojciech Szczęsny (Fot. Materiały prasowe Prime Video)
Zszedł z boiska, ale nie nacieszył się emeryturą, bo niedługo po odejściu z Juventusu Turyn zadzwonili do niego z FC Barcelona. Finał tej historii znamy. Wojtek Szczęsny, jeden z najbardziej rozpoznawalnych bramkarzy na świecie. Jednocześnie pełen pokory i dystansu do siebie facet. Najnowszy film dokumentalny „Szczęsny” przygląda się jego imponującej karierze.

Wywiad ukazał się w miesięczniku „Zwierciadło” 11/2025.

Angelika Kucińska: Dokument „Szczęsny” świetnie utrzymuje równowagę pomiędzy historią cenionego sportowca a opowieścią o człowieku. Jeśli ktoś zna cię tylko z boiska, to po obejrzeniu filmu cię polubi. Jeśli ktoś kojarzy cię tylko z memów, to po obejrzeniu filmu cię doceni. A ty wolisz być podziwiany czy lubiany?

Wojtek Szczęsny: Zdecydowanie wolę, kiedy mnie podziwiają, bo to znaczy, że jestem w czymś naprawdę dobry. Kiedy przez trzy miesiące byłem na piłkarskiej emeryturze, brakowało mi właśnie tego uczucia. A potem wróciłem na treningi. Jedna udana interwencja, druga i widzę, że chłopaki z klubu mnie doceniają. To buduje poczucie własnej wartości. Lubiany być lubię, ale tego nie potrzebuję.

Hiszpańskie media donosiły niedawno, że przyjąłeś nową nieformalną rolę w Barcelonie – jesteś mentorem dla młodszych zawodników, dbasz o dobrą atmosferę w szatni. Możesz to robić, bo cię lubią?

To raczej dowód na to, że jestem dojrzałym zawodnikiem. To najstarsi w drużynie są odpowiedzialni za relacje w klubie. Młodszym na tym nie zależy. Każdy młody zawodnik wchodzi do szatni i walczy o jak najlepszą przyszłość dla siebie. Starsi, którzy już większość kariery mają za sobą, skupiają się na kolektywie i na tym, żeby nie tylko wynik się zgadzał, ale też żeby w szatni fajnie się żyło. Spędzamy tam mnóstwo czasu. W tym sezonie nie jestem pierwszym bramkarzem klubu, tylko wspieram młodszego zawodnika, który ma przed sobą wielką przyszłość. Chciałbym swoim wsparciem dołożyć cegiełkę do jego sukcesu.

Chciałbyś się przydać?

Łatwo uznać, że jeśli ktoś siedzi na ławce rezerwowych, to jego przydatność w klubie jest mniejsza. A przecież szatnia piłkarska to jest energia i współżycie w ogromnej grupie ludzi. 25 zawodników plus drugie tyle sztabu szkoleniowego i zespołu medycznego. Ten, który jest odpowiedzialny za samopoczucie wszystkich, jest równie ważny jak ten, który strzela bramki.

Mówisz, że młodzi są skupieni na sobie, ale przecież futbol jest sportem zespołowym.

Gdy sam byłem młodym bramkarzem, cieszyłem się z wyniku 0:0, bo to oznaczało, że nie puściłem bramki. Nie chodziło o to, że moja drużyna nie wygrała, ale o to, że to ja wypadłem dobrze. Jeśli nie będę puszczał bramek częściej, to wynegocjuję sobie lepszy kontrakt, trener będzie mnie bardziej lubił, może przejdę do lepszego klubu… Z czasem zaczynasz bardziej cieszyć się z wyniku 6:3. Puszczasz trzy bramki, ale twój klub wygrywa.

Jestem spełnionym piłkarzem i teraz chcę przydać się klubowi. A czy obronię jeden strzał więcej czy mniej, nie ma już dla mnie takiego znaczenia. Niedługo skończę karierę i bez względu na to, czy Barcelona w tym roku wygra, przegra, czy się pogrążymy, czy będziemy wielkimi mistrzami – mam nadzieję, że każdy z tych młodych chłopaków z klubu pomyśli, że Wojtek był w porządku.

Czytaj także: Jak osiąga się mistrzostwo? Rozmowa z Igą Świątek i psycholożką Darią Abramowicz

Niedługo skończysz karierę, czyli kiedy?

Myślę, że to mój ostatni rok. Czuję, że z każdym jest coraz ciężej. Widzę, że muszę znacznie więcej czasu poświęcić na regenerację. Jestem zmęczony. Po prostu w wieku 35 lat czuję, że te 20 lat prowadzenia się w konkretny sposób ma swoje konsekwencje.

Robert Lewandowski chwali się, że ma 37 lat, a w testach na wiek biologiczny organizmu wychodzi mu 28. Ja bym sobie takiego testu nawet nie robił [śmiech]. Rozpoczął się właśnie 17. rok mojej kariery, licząc od wyjazdu do Anglii. Jestem wyjątkowo dumny, że tak długo udało mi się utrzymać tak wysoki poziom. Nie potrzebuję grać kolejnych dwóch lat, żeby się dowartościować.

Życie dopisało niezły zwrot akcji do filmu o tobie. To miał być dokument o piłkarzu na emeryturze, a skończyło się opowieścią o bramkarzu, który restartuje karierę, żeby grać w jednym z topowych klubów. Bałeś się, kiedy zadzwonili z Barcelony?

Miałem trzy dni na podjęcie decyzji, więc oddałem ją w ręce żony, o czym mówię w filmie. Przez te trzy dni próbowałem wywołać w Marinie zwątpienie. Bałem się, nie chciałem, uważałem, że to wcale nie będzie dla mnie dobry ruch. Byłem przekonany, że jestem już za długo na emeryturze i powrót do formy zawodowego sportowca będzie zbyt trudny. Myślałem, że skończy się tak, że pojedziemy na 10 miesięcy do Barcelony i wrócimy z niczym.

Zaczęliśmy już budować sobie nowe życie w Marbelli, a tu znowu przeprowadzka, reżim treningowy, znowu żona zostanie w domu sama z dwójką dzieci, bez mojej pomocy. Miałem nadzieję, że to ją przekona, żeby jednak nie jechać. Ale nie, Marina uważała, że to będzie wspaniała przygoda. Myślę, że po prostu nie zauważyła, jak bardzo przytyłem [śmiech]. Trzy miesiące to długo i trzeba czterech, pięciu kolejnych na odbudowę. Podpisałem kontrakt, ale nie grałem od razu, budowałem formę. Marina chyba nie zdawała sobie sprawy, jak to wygląda od środka.

Co czujesz teraz, kiedy już wiadomo, że Marina podjęła za ciebie słuszną decyzję?

Wdzięczność. Jestem wdzięczny żonie, że nie dała się złamać, kiedy próbowałem ją przekonać, że lepiej nie jechać. Jestem wdzięczny kolegom z klubu za historię, którą przeżyliśmy – i przeżywamy, bo przecież przedłużyłem kontrakt – i za trofea, które wygraliśmy. Jestem wdzięczny losowi, bo to był przypadek. Mnie się Barcelona przydarzyła. Byłem najlepszym zawodnikiem spośród tych, którzy nie byli nigdzie zatrudnieni, więc można mnie było szybko ściągnąć na zastępstwo.

Ale przecież – co doskonale widać w filmie, rzetelnie opowiadającym twoją historię – pracowałeś na to, żeby takie sytuacje mogły ci się przydarzać. Bez przesady z tymi przypadkami.

Pewnie, że tak. Przez całą karierę prezentowałem jakiś poziom, który sprawił, że pomyśleli o mnie, gdy Barcelona znalazła się w sytuacji awaryjnej po kontuzji ich pierwszego bramkarza. Według mnie jednak najważniejszą rolę odegrało coś, o czym często się zapomina. Kulisy mojego odejścia z Juventusu Turyn. Miałem ważny kontrakt, gdy klub stwierdził, że nie stać go na moje utrzymanie. Mogłem powiedzieć, że nie obchodzi mnie to, płacicie, aż kontrakt się skończy. Wolałem jednak zachować się honorowo. Dogadaliśmy się i dzięki temu byłem wolnym zawodnikiem, kiedy Barcelona potrzebowała bramkarza. To fajna lekcja, że życie nam odda, jeśli będziemy postępować według wartości i ideałów, w które wierzymy. Są po prostu ważniejsze rzeczy niż pieniądze.

Pierwsza emerytura może była krótka, ale w dokumencie wyznajesz, że szybko odnalazłeś się w roli taty, który jest w domu.

Chciałbym jeszcze więcej czasu poświęcić swoim dzieciom. Kiedy wracam z pracy, to staram się, jak tylko mogę, żeby każdą wolną chwilę spędzić z nimi. Tradycyjne rodzinne wartości są dla mnie bardzo ważne. Nasze dzieci potrzebują mamy i taty, a nie gwiazdy piłki nożnej i piosenkarki. I tym dla nich jesteśmy. Mamą i tatą. W domu nie jestem Wojtkiem Szczęsnym z telewizji. Choć widzę, że nasz syn już rozumie skalę mojego sukcesu. Ostatnio przyszedł i powiedział, że kolega kupił mu napój, bo tata gra w Barcelonie. To niby głupoty, ale nie chcę, żeby czuł się z mojego powodu lepszy od innych.

Co masz na myśli, mówiąc o tradycyjnych wartościach?

Jestem niewierzący, ale wartości chrześcijańskie są mi bliskie. Rodzina, szacunek dla ludzi. Nasz dom nie różni się od innych polskich domów. Chciałbym wychować dzieci na dobrych ludzi. Chciałbym, żeby znalazły swoją drogę. A żeby mogło się tak stać, musimy być dla nich przykładem. Wszystko, co dobre w moim życiu, wyniosłem z domu. Ale to, czego mi brakuje – też. Emocje, które przeżywałem w dzieciństwie, zostały we mnie. To wielkie wyzwanie dla rodziców dać dzieciom wolność. Ja miałem jej bardzo dużo. Jestem za to wdzięczny mamie.

Umiesz odmawiać swoim dzieciom?

Moja mama miała dobry powód, żeby mi czegoś nie kupić. Nie mieliśmy pieniędzy. Mój syn wie, że mamy pieniądze. Skoro kupiłem mu trzy piłki, to dlaczego nie mogę kupić czwartej? Zdarza się więc, że poddaję się i kupuję. Zdarza się, że mówię: nie – i tyle. W skali od jednego do dziesięciu mój syn jest rozpieszczany tak na sześć. Trochę bardziej, niż bym chciał.

Zawsze chciałeś mieć rodzinę?

Nie pamiętam. A jeśli nie pamiętam, to chyba nie, prawda? Wychowałem się w niekompletnym domu, rodzice rozwiedli się, gdy miałem cztery albo pięć miesięcy. Nie pamiętam ich jako pary i może dlatego życie w parze, posiadanie żony nie było dla mnie priorytetem. Aż spotkałem Marinę, o czym po raz pierwszy tak otwarcie opowiadamy w filmie. Nagle pojawił się w moim życiu ktoś, kto sprawił, że stałem się lepszym człowiekiem. Takiego kogoś warto trzymać blisko. Dla własnego dobra.

Dlaczego jesteś wdzięczny mamie akurat za wolność?

Bo dzięki niej odkryłem sport. Mało siedzieliśmy z bratem w domu. Po szkole jeździliśmy na treningi, a kiedy nie było treningów, graliśmy w piłkę na podwórku tak długo, aż zrobiło się ciemno. Wychowało nas boisko. W bardzo młodym wieku przyswoiłem sobie sportowe wartości: uczciwość, umiejętność przegrywania, pracę w zespole. Sport generalnie powinien być częścią wychowania, ale dyscypliny drużynowe niosą ze sobą dodatkowe lekcje. Przyjmowanie porażki to jedno, bo umiejętność wygrywania wcale nie jest prostsza. Wiele osób bardzo źle wygrywa. Szczególnie dzieci. Mój syn jest nieznośny, kiedy przegra mecz, ale kiedy wygra, jest tak samo nie do zniesienia.

Sport wychował mnie i mojego brata, bo mama nie trzymała nas w czterech ścianach. Nie zmuszała do nauki całymi dniami. Do tej pory dziwię się jej, że nie próbowała nas zamknąć w domu. Straciła wcześniej córkę w tragicznym wypadku, właśnie podczas zabawy na podwórku, a mimo to puszczała mnie wolno, kiedy miałem mniej lat, niż mój syn ma teraz.

Ja bym własnemu dziecku na to nie pozwolił. Nie puściłbym go zwłaszcza na to podwórko na Grochowie, na którym się wychowałem, bo widziałbym wyłącznie zagrożenia. A mama widziała same pozytywy w tym naszym graniu w piłkę. Ufała, że szybko nauczymy się sami rozwiązywać problemy – jakiekolwiek stanęłyby na naszej drodze. Ja tam spędzałem czas głównie z chłopakami starszymi od siebie. Trzeba było umieć walczyć o swoje. Ale mama nauczyła mnie też pięknej, czystej miłości, której mogę dziś uczyć własne dzieci.

Czystej, czyli jakiej?

Bezwarunkowej. Takiej, jaką potrafią kochać rodzice. W naszym domu taka miłość płynęła głównie od jednej osoby. Nie mam wątpliwości, że tata nas kochał, ale dla mnie jako dziecka przede wszystkim liczyło się, że nas zostawił. Małemu chłopcu trudno wytłumaczyć, że tata rozstał się z mamą, a nie z nami. Dziś jako dorosły facet potrafię to zrozumieć, ale wtedy myślałem głównie o tym, że skoro taty nie ma z nami w domu, to znaczy, że nas nie kocha. Tym bardziej doceniam wszystko, co mama dla nas zrobiła. Jak wspierała nasz piłkarski rozwój, mój i mojego brata. Myślę, że tata, grając w piłkę, zarabiał nieźle. A u nas się nie przelewało. Niby starczało do pierwszego, ale wiele razy widziałem, jak mama płakała z powodów finansowych. Sukces jest w jakimś sensie łatwy do zmierzenia – stanem konta bankowego. I chociaż pieniądze szczęścia nie dają, cieszę się, że ja moim sukcesem mogłem podzielić się z rodziną. I że dzisiaj moja mama może sobie odetchnąć w swoim pięknym domu z ogrodem.

W „Szczęsnym” mówisz, że nie masz pretensji do ojca za to, że czasem dostałeś od niego po tyłku. Ja bym miała.

Dziś łatwo nam takie rzeczy oceniać, bo zmieniły się standardy wychowania dzieci. Ale gdybym wtedy, w latach 90., pogadał z kolegami z klasy, to od razu by wyszło, że większość dostawała po tyłku od rodziców. Nie czuję żalu. Wiem jednak, że to wywołało we mnie poczucie strachu przed własnym ojcem. Nigdy nie chciałbym doprowadzić do sytuacji, w której mój syn się mnie boi i za każdym razem, gdy wracam do domu, zastanawia się, czy wszystko jest ogarnięte, żeby przypadkiem nie dostać lania. Jednak to nie tak, że każde odwiedziny taty kończyły się klapsem. Na ogół w ogóle nie było takich sytuacji, za to strach był zawsze. Tak jest łatwiej. Dać po tyłku i niech się dziecko boi. Następnym razem posłucha. Trudniej jest z nim rozmawiać, tłumaczyć, ze spokojem i cierpliwością. Wiem, że kiedy już będę dziadkiem, mój syn mi nie wyrzuci, że mu za długo coś tłumaczyłem.

Wyjechałeś do Londynu jako młody chłopak. Musiałeś być bardzo samodzielny dzięki wolności, którą dawała wam mama.

Samodzielny to nie jest dobre określenie. Mama dawała nam wolność, ale w domu robiła za nas wszystko. Majteczki wyprane, śniadanko podane do łóżka. Kiedy wyjeżdżałem do Londynu, nie umiałem zrobić prania. Uczyłem się wszystkiego metodą prób i błędów. Miałem 16 lat, leciałem do Londynu, nie mówiłem za dobrze po angielsku, ale wierzyłem, że sobie poradzę. Bo zawsze sobie jakoś radziłem. Pamiętam, jak Andrzej Dawidziuk, trener bramkarzy polskiej reprezentacji, zabrał mnie na obóz ze swoją szkółką piłkarską. A tam każdy musiał sobie sam robić pranie. Miałem 14 lat. Trener widział, że wszyscy wychodzą na boisko po trzy, cztery razy w tych samych ciuchach, tylko oni mają brudne, a ja zawsze czyściutkie. Bo pierwszego dnia poszedłem do sklepu, kupiłem czekoladki i zapytałem panią z recepcji ośrodka, w którym spaliśmy, czy nie wyprałaby mi każdego dnia stroju do gry. Umiałem sobie poradzić. Ale też, na szczęście, na mojej drodze pojawili się wtedy ludzie, dzięki którym lepiej radziłem sobie z trudnościami. Między innymi Bobbie, u której mieszkałem po przyjeździe. Bardzo się cieszę, że udało się ją zaprosić do filmu, bo opowiada bardzo ciekawe rzeczy na temat naszego wspólnego życia w Londynie [śmiech].

Nie kusiło cię, żeby usunąć niektóre sceny z filmu? Na przykład wybrane wypowiedzi twojego ojca?

Nie kusiło, ale musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie, ile chcę pokazać, żeby nie było przysłowiowego prania brudów. Wydaje mi się, że równowaga została zachowana. Nie jestem idealnym bohaterem tego filmu. I mam nadzieję, że tata nie jest wyłącznie czarnym charakterem. Po prostu mamy dwie zupełnie różne opinie na ten sam temat. Nie mówię, że jest potworem. Może nawet ktoś uzna, że to ja nim jestem, bo nie odzywam się do własnego ojca.

Oglądając go, zastanawiałam się, czy dojdzie do wzruszającej sceny pojednania ojca z synem. Dochodzi do innej, też wzruszającej, gdy spotykasz się z Arsène’em Wengerem, trenerem, który prowadził cię w Arsenalu Londyn.

W filmie jest tylko fragment tego spotkania, a my spędziliśmy ze sobą kilka godzin, poszliśmy na obiad, szczerze pogadaliśmy. To był dla mnie ważny i emocjonalny dzień. Zależało mi na wyczyszczeniu sytuacji. Nikt nie miał na mnie takiego wpływu w całej mojej karierze jak Arsène Wenger. Chciałem mu podziękować. Osobiście, a nie przez SMS czy wiadomość na Instagramie.

Wyjeżdżałeś z Londynu z żalem. Już nie czujesz się niesprawiedliwie potraktowany?

Między nami nie było nie wiadomo jakiego konfliktu, po prostu nie mieliśmy okazji wyjaśnić sobie wszystkiego, co zaszło. Arsène był na mnie zły, miał prawo. Ale obraził się trochę za bardzo. Przestał obiektywnie oceniać moje umiejętności, a skupił się na zachowaniu poza boiskiem. Tak uważam. Wiele mu zawdzięczam, ale jest też odpowiedzialny za moment mojego największego zwątpienia w siebie. Czułem satysfakcję, gdy powiedział przed kamerami, że to mógł być błąd, gdy postawił na mnie krzyżyk.

Szalałeś poza boiskiem, bo na boisku czułeś się zbyt pewnie? Uderzyła ci sodówka?

Aż tak daleko bym nie szedł. Na pewno było mi zbyt wygodnie. Potrzebowałem kopa w tyłek. Wtedy czułem, że ktoś mi złamał serce, a z perspektywy czasu widzę, że dostałem w kość, żeby pójść do przodu. Bez takich trudnych lekcji nie byłbym w miejscu, w którym dziś jestem.

Wojciech Szczęsny rocznik 1990. Polski piłkarz, obecnie na kontrakcie w FC Barcelona – w sezonie 2024/2025 zdobył z klubem mistrzostwo Hiszpanii, Puchar Króla oraz Superpuchar Hiszpanii. W latach 2009–2024 bramkarz reprezentacji Polski. Grał też w Arsenalu Londyn i Juventusie Turyn. Jego żoną jest piosenkarka Marina Łuczenko (mają dwójkę dzieci: Liama i Noelię), jego ojcem – Maciej Szczęsny, były bramkarz reprezentacji Polski. Dokument „Szczęsny” można oglądać na Amazon Prime od 10 października.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE