Pamiętam moje pierwsze zetknięcie z oceanem. Jako 12-letnia pływaczka-amatorka dałam nura w rozkołysane fale. Nie spodziewałam się takiej siły. Prąd ciągnął mnie w dół i nie chciał puścić, chociaż zaciekle walczyłam o oddech. W pewnym momencie przestałam walczyć, fala wyrzuciła moje wycieńczone ciało na brzeg. 5 minut wystarczyło, żebym otarła się o śmierć. Wtedy poczułam, jak potężna jest woda. Podobnie bezwzględną moc mają słowa Lidii Yuknavitch, autorki „Chronologii wody”, które Kristen Stewart umiejętnie rozlewa na ekranie.
„To nie jest kolejna historia o uzależnieniu. To nie »Dzienniki heroinowe«, nie »Trainspotting«, nie William Burroughs i nie »Milion pieprzonych małych kawałków«, jasne?” Pisze Lidia Yuknavitch w swojej autobiografii. Chociaż nałóg jest jej ważną częścią, „Chronologia wody” to przede wszystkim historia o sile twórczej, nadziei i przetrwaniu. Lidia jest pływaczką i pisarką. Jest też córką swojego ojca, który krzywdzi ją i molestuje od najmłodszych lat. Zanim skierował na nią wzrok, skupiał się na jej starszej siostrze, po latach tak wyniszczonej, że nie była w stanie się załatwić. W czasie, gdy dziewczyny walczyły o każdy oddech, ich mama podtapiała się w alkoholu. Dla Lidii dom jest pułapką, rodzinna sielanka podszyta jest przemocą, czułości mają drugie, przerażające dno. Po słowie „kocham” zawsze następuje krzywda. Lidia ucieka w wodę, która daje jej poczucie nieważkości. W chlorowanym basenie zostawia swoje życie i bije kolejne rekordy pływackie. Liczy na stypendium – kwalifikacja do studenckiej drużyny to dla niej jedyna możliwość przejęcia kontroli. Ucieka również w słowa. Zaciekle gryzmolenie w zeszytach okazuje się jej ratunkiem.
Kadr z filmu „Chronologia wody” (Fot. materiały prasowe So FILMS)
Kristen Stewart rzuciła się na głęboką wodę. Wybór ekranizacji „Chronologii wody” na debiut reżyserski był ryzykowny, ale w wykonaniu buntowniczki i adwokatki feminizmu nie mogę sobie wyobrazić lepszego. Świeżo upieczona twórczyni triumfuje kinem wyraziście autorskim, imponująco eksperymentalnym. A należy podkreślić, jak trudne było to zadanie. Język Lidii jest jednocześnie dosłowny i metaforyczny, pełen powtórzeń, dosadny i estetyczny, personifikujący, wulgarny i plastyczny. Są to cechy, które na ekranie łatwo zatracić lub wyolbrzymić do granic oglądalności. Stewart nie gubi się jednak w języku pisarki, ale znajduje dla niego ujście. Oddaje Lidii głos, jej słowa płyną nieprzerwanie z offu za sprawą narracji Imogen Poots.
Wraz z operatorem Coreyem C. Watersem i montażystką Olivią Neergaard-Holm, Stewart tka kadry z urywków: ciał, spojrzeń, gestów, zbliżeń. Montaż jest tu szczególnie ważny. Fragmenty łączone są ze sobą wrażeniowo, skojarzeniowo. Poszczególne zdarzenia z życia bohaterki przenikają się oddając chaos umysłu poszarpanego traumą i używkami. Są jak woda – zmiennokształtne i nieprzewidywalne – a jednak ich zaburzona chronologia ma sens. Wynika z walki, jaką bohaterka toczy ze strumieniami swojej pamięci.
Kadr z filmu „Chronologia wody” (Fot. materiały prasowe So FILMS)
Empatia debiutującej reżyserki jest tak silna, że opowiadana przez nią historia staje się namacalna. Na ekranie doświadczamy wielu bodźców, ale spora części filmu rozgrywa się we wnętrzu bohaterki. Tam prześladują ją podszepty okrutnego ojca. Tam wydarza się natłok myśli, który próbuje zagłuszyć alkoholem. Tam Lidia walczy o powietrze. Kiedy uczyłam się pływać, instruktorzy zawsze powtarzali, że oddechu nie można wstrzymywać zbyt długo, w pewnym momencie trzeba go wypuścić. Lidia pływać umie znakomicie, musi nauczyć się żyć na lądzie. Oddech z offu – wstrzymywany, nierówny, poszarpany, gwałtowny, sapiący – pełni w „Chronologii wody” funkcję narracyjną. Zmienia się wraz z kolejnymi doznaniami bohaterki, ewoluuje wraz z kolejnymi falami uzależnienia. W miarę filmu łagodnieje, stabilizuje się i cichnie, gdy Lidia stawia pierwsze bezpieczne kroki.
Kadr z filmu „Chronologia wody” (Fot. materiały prasowe So FILMS)
W filmie Stewart wilgoć występuje we wszystkich formach i stanach skupienia. Czasem jest parą gorącego oddechu, która skrapla się na szybie, czasem krwią, która spływa po posadzce prysznica, czasem śliną, wymiocinami, moczem, wytryskami. Te organiczne odmiany opowiadają o różnych wymiarach kobiecości. Wynikają z fascynacji narratorki tym, co żeńskie. „Chronologia wody”, choć bardzo osobista, jest też zbiorem doświadczeń znajomych i uniwersalnych. Frustracji, przerażenia i bezsilności. Gdy Lidia wraca myślami do pierwszych drużynowych zajęć na basenie, słyszy świst powietrza i uderzenia dłoni o mokrą skórę. Dziewczyny były ważone przed rozpoczęciem zajęć. Za każde nadmiarowe pół kilo trener wymierzał im klapsa. Molestowanie w szkole, komunikacji miejskiej, na sali gimnastycznej, w miejscu pracy – podobne paraliżujące wspomnienie skrywa większość znanych mi kobiet.
Kadr z filmu „Chronologia wody” (Fot. materiały prasowe So FILMS)
Najczęściej jednak na ekranie widzimy krew. Sugestywna czerwień pojawia się nie tylko w odpływie, przenika do każdego kadru. Kontrastuje z błękitem basenu. Czasem jest elementem garderoby, czasem detalem w tle, ciężko jej nie zauważać. Kristen Stewart nie poprzestaje jednak na tym, co fizycznie znajduje się na planie. Zdjęcia w „Chronologii wody” mają rdzawy, alarmujący kolor. Cała estetyka jej filmu przesiąknięta jest agresją. Lidia nienawidzi przemocy, ale to część jej uzależnienia.
Kadr z filmu „Chronologia wody” (Fot. materiały prasowe So FILMS)
Imponuje mi przywiązanie Stewart do detali, imponuje odwaga z jaką porusza trudne tematy. Podziwiam też to, że daje Imogen Poots przestrzeń do eksplorowania granej przez nią bohaterki. Jej seksualności, pragnień, lęków. Wspólnie wspinają się na wyżyny wrażliwości. Tak skomplikowany i szczery portret mógł powstać tylko dzięki relacji opartej na pełnym zaufaniu. „Chronologia wmawia nam, że zmierzamy do prawdy” – pisze Lidia. Natomiast „Chronologia wody”, mimo ze estetycznie dopracowana, niczego nam nie wmawia. Brutalnie oddaje prawdę należącą do Yuknavitch.