1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Muzyka
  4. >
  5. Z powrotem w czerni – z tęsknoty za Amy Winhouse

Z powrotem w czerni – z tęsknoty za Amy Winhouse

Amy Winehouse (Fot. Rob Verhorst/Getty Images)
Amy Winehouse (Fot. Rob Verhorst/Getty Images)
20 lat temu ukazała się ostatnia wielka płyta muzyki popularnej. Ostatnio przyłapuję się na tym, że tęsknię za Amy Winehouse. Za tym krótkim czasem, kiedy była.

Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 3/2026.

To przecież tylko dwa albumy, kilka lat działalności. Wystarczyło, by zostawić ślad, miejsce niemożliwe do zapełnienia. W którym spotyka się wszystko: najczystszej próby talent, wspaniałe piosenki i historia tak poruszająca, tak tragiczna, że nie pozwala o sobie zapomnieć. Oszczędzę Wam opowieści o emocjonalnych kulisach „Back to Black”, wielkiej płyty Amy, wydanej jesienią 2006 roku.

Okładka płyty „Back to Black” (2006). (Fot. materiały prasowe) Okładka płyty „Back to Black” (2006). (Fot. materiały prasowe)

Wszystko to wiecie, bo sława tego albumu i jego jakość ustanowiły go tak samo ikoniczną, co masową „płytą złamanego serca”, zbiorem hymnów rozpaczy. Rzuciły również artystyczną klątwę – wciąż nie ukazał się album dorównujący jakością, znaczeniem i zasięgiem temu, co nagrano na „Back to Black”. To niezmiennie najmłodszy dopisek do listy płyt wybitnych, równy dziełom Beatlesów, Coltrane’a czy Nirvany. Płyta, która ukazuje się raz na pokolenie. Gdy pokolenie ma szczęście.

Czytaj także: Nie mogli żyć bez siebie i ze sobą. Historia związku Amy Winehouse i Blake’a Fieldera-Civila

Jeśli jesteście zainteresowani artystycznym i osobistym zapleczem „Back to Black”, polecam wam znakomity film dokumentalny „Amy” z 2015 roku. Wybaczcie, że zrzucam dziennikarski obowiązek na inne barki, ale nie czuję się na siłach, by skompresować tak wspaniały album w dość skromnych warunkach felietonu. Poza tym, co jeszcze nie zostało powiedziane o tej muzyce?

Więc zróbmy to inaczej. Nie jestem osobą funkcjonującą w trybie „co by było, gdyby”, ale puśćmy dziś wodze fantazji. Czy mogło być coś więcej? Czy mogliśmy dostać od dziewczyny, która zostawiła na tej płycie swoje krwawiące serce coś jeszcze? Czy publiczność, zawsze oczekująca igrzysk, przyjęłaby od niej z wdzięcznością coś innego niż kolejne emocjonalne żyletki? Sting zapytał kiedyś: „Czy muszę podcinać sobie żyły, ilekroć chcę napisać piosenkę?”. Na swoje szczęście znalazł na to pytanie przeczącą odpowiedź.

Amy Winehouse i Mark Ronson, producent „Back to Black”, występują na scenie podczas gali BRIT Awards (2008). (Fot. JMEnternational) Amy Winehouse i Mark Ronson, producent „Back to Black”, występują na scenie podczas gali BRIT Awards (2008). (Fot. JMEnternational)

Amy nie potrafiła odłożyć ostrza, przez krótkie 27 lat nie nauczyła się żyć inaczej niż na krawędzi. Czy bylibyśmy gotowi na to, że wokalistka wydaje płyty gorsze niż „Back to Black”, staje się cieniem dawnej ikony? Presja wydania następcy płyty wybitnej jest potężna i potrafi przeczołgać największych. Ciśnienie ze strony menadżerów i wydawców, by pozostać w obiegu, wymusza szereg nieprzyjemnych decyzji i kompromisów.

Czytaj także: Żyć szybko, umierać młodo. Analizujemy osobowość Amy Winehouse

Czy wyobrażamy sobie Amy na TikToku, nagrywającą śmieszne filmiki? Pokazującą na Instagramie „dzień z życia”? Czy, jak większość współczesnych gwiazd, miałaby kontrakt z wielkim domem mody, wymieniając swoje znoszone balerinki i koszulki polo na suknie haute couture? Czy poddałaby się presji poprawiania urody, a jeśli tak, do jakiego stopnia? Reality show klanu Kardashianów zadebiutowało w telewizji rok po „Back to Black”, zmieniając cięciami skalpela kanony kobiecego ciała, dodając jeszcze więcej presji w i tak wysokociśnieniowych warunkach sprzedawania kobiecej muzyki popularnej. Ale zostawmy błahostki, pomyślmy o sztuce. Amy pewnie nagrałaby piosenkę do któregoś z Bondów, może, jak Adele, otrzymałaby za nią Oscara, a chyba wszyscy chcielibyśmy zobaczyć Winehouse, ostoję autentyczności, na tym święcie pozorów i blichtru. Przypuszczam, że jej reakcja na pytanie wydekoltowanej reporterki amerykańskiej telewizji: „Kto robił ci te paznokcie?”, mogłaby być hitem internetu. Oczywiście, by do tego doszło, musiałaby podjąć szereg radykalnych decyzji. Na Oscarach nie nagradza się sztuki, lecz jej projekcję. Akademia kocha nawróconych i porządnych. Tajemnicą poliszynela jest, jak bardzo trzeba uporządkować swój wizerunek i – choćby pozornie – życie, by mieć szanse na statuetkę. Czy Amy porządna byłaby dla nas ciekawa? Czy słuchalibyśmy z wypiekami jej pieśni o małżeńskim szczęściu i trójce pociech? Nie dała sobie nigdy szansy na dobre życie, ale czy my, słuchacze, bylibyśmy na to gotowi?

Jest mnóstwo zgrabnych zdań o sukcesie. Jedna z teorii głosi, że zamraża cię w momencie, w którym ci się przytrafił. Najczęściej przykładana jest do tragicznych życiorysów młodocianych gwiazd, ale pasuje i tu, bo brzemię „Back to Black” jest większe niż artystyczne. Popkulturowo zatrzymało Amy w niemożliwym do utrzymania momencie muzycznego triumfu i osobistego upadku. Pragnęlibyśmy tego chaosu, przerywanych koncertów, pijackich wypadów w miasto, złamanych serc, drak i dram. Z każdym upływającym od wydania tego albumu rokiem kurczy się status płyty – pełnego wydawnictwa, słuchanego od początku do końca, na którym liczy się każda piosenka.

Dokument „Amy”, w  reżyserii Asifa Kapadii (2015). (Fot. materiały prasowe) Dokument „Amy”, w reżyserii Asifa Kapadii (2015). (Fot. materiały prasowe)

Winehouse w swoim potencjalnie spokojnym, dobrym życiu – to brutalne, a jednak – byłaby dla masowego odbiorcy nieciekawa. Musiałaby wystarczyć muzyka, w czasach, gdy ewidentnie to nie jest dość. Nigdy nie nagrałaby złego albumu, bo Amy miała klasę i znakomity gust. Ale nie widzę jej ścigającej się z kolejnymi marketingowymi sztuczkami Taylor Swift, by mieć płytę numer jeden na listach przebojów, czy goniącej aktualne muzyczne trendy. Kto wie, może goniłaby raczej zera na swoim koncie i wyruszyła w świetnie sprzedaną trasę „20 lat »Back to Black«”, odcinając kupony od dawnej sławy. Amy cyniczna, kalkulująca, takiej jej nie znaliśmy. Została w naszej pamięci naturalna, bezpretensjonalna, pragnąca czegoś autentycznego. Życie nie ma litości dla takich postaw i jej historia jest tego najlepszym przykładem.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Czytaj także: Historia Amy Winehouse - z szacunkiem dla jej supermocy i uczciwie wobec jej słabości

Przyjrzyjmy się, jak potoczyły się kariery innych brytyjskich muzycznych „absolwentek szkoły 2006 roku”. Najsłynniejsza z nich, Adele, we wrześniu podpisała kontrakt fonograficzny z niezależnym wydawnictwem XL. Przyszła gwiazda pop miała za kolegów z wytwórni The White Stripes, Radiohead i śmietankę sceny elektronicznej. Być może ta śmiała decyzja uratowała jej zdrowie psychiczne, uwalniając od presji wielkich koncernów, by sprzedawać tylko więcej.

Dla XL ważniejsze było, by wydawać wysokiej jakości muzykę. Mimo komfortu współpracy Adele nie pokochała show-biznesu. Autorka „21”, najlepiej sprzedającej się płyty XXI wieku, wybrała siebie. Nieczęsto nagrywa, rzadko wyrusza w trasy, nie udziela wywiadów i poza skromnym cyklem promocyjnym nie wiedzie publicznego życia, otwarcie nienawidząc popularności, rozgłosu i paparazzich. To może nie być wzorowo prowadzona kariera, ale to jest znakomicie nawigowane życie.

Zaprzeczeniem tej higieny były wszystkie decyzje Lily Allen, autorki „Alright, Still”, gorącej debiutantki 2006 roku, o czym mogliście przeczytać w poprzednim numerze „Zwierciadła”. Skupiona na konsumpcji przywilejów sławy i jej pułapkach, nie upilnowała jakości swoich produkcji ani sumienności wykonywania zawodowych obowiązków. Przepadła na długie, pełne osobistych problemów lata, wracając na szczyt teraz, prawie 20 lat po debiucie, za sprawą znakomitej „West End Girl”.

Gdyby panie wydawały podręczniki przetrwania w show-biznesie, Adele zatytułowałaby go „Jak to robić”, a Lily „Czego nie robić”. Tak czy inaczej, obie wciąż są ważne, a dwie dekady dla kobiet w tej branży to jak wieczność. Przekonały się o tym ich koleżanki z „klasy”: Duffy, Kate Nash, Joss Stone, Leona Lewis, sprzedające miliony płyt dziewczyny pierwszej dekady nowego milenium. Co człowiek, to historia, ale wszystkie je łączy jedno – ich obecny status jest cichym echem minionej popularności. Te kobiety 20 lat temu sprzedawały miliony płyt, odbierały najważniejsze nagrody, biły rekordy. I żadna nie ocaliła swojej kariery, bo tak bardzo jest to trudne. Każda zmierzyła się za to z przykrą etykietą has been, kogoś, kto był, ale przeminął.

Nie wyobrażamy sobie Amy jako kobiety nieistotnej czy nieważnej, tak silny jest jej wpływ na współczesną muzykę. To okrutne, jaką walutą w sztuce jest cierpienie. Tragiczna w skutkach miłość zainspirowała wielką muzykę. Śmierć zabezpieczyła jej dorobek, zagwarantowała artystyczną nieśmiertelność, niemożliwą do zakwestionowania jakość i wartość. W pewnym sensie „Back to Black” okazała się klątwą przede wszystkim dla jej autorki. Płyta, która do dziś dodaje otuchy milionom nieszczęśników, że nie są ze swoim złamanym sercem sami, dla Amy stała się przekleństwem, niemożliwym do przeskoczenia triumfem mroku. Jak porcelanowa laleczka w zbiorze kolekcjonera, „Back to Black” pozostaje piękna i nieskazitelna we wciąż zmieniającym się świecie. Za ten status Winehouse zapłaciła najwyższą cenę, zostawiła nas ze swoim opus magnum, gdy wszystko, czego chciała, to „ten mężczyzna” i „to uczucie”. Nas nie prosiła o nic, a jednak jest coś, co możemy dla Amy zrobić. Wracajmy do „Back to Black”. Kochajmy ten stworzony z miłości album.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE