Obiecać sobie miłość do grobowej deski to nie lada zobowiązanie. Nie dziwota, że przed złożeniem przysięgi niejeden pan młody i niejedna panna młoda nabierają wątpliwości i drżą z tremy. Nie każdego w drodze do ołtarza zadręcza jednak przeczucie, że wesele skończy się krwawą jatką. Z przerażającymi wizjami musi zmierzyć się Rachel, bohaterka nowego horroru Netflixa „Tu zdarzy się coś strasznego”.
Pod postami promującymi „Tu zdarzy się coś strasznego” w oczy rzucają się komentarze w rodzaju: „To już się wydarzyło i nazywa się 5. sezon »Stranger Things«”. Zaangażowanie Matta i Rossa Dufferów, ich firmy produkcyjnej Upside Down Pictures, a także scenarzystki Kate Trefry odpowiedzialnej m.in. za sztukę teatralną „The First Shadow” działa jak miecz obosieczny – u części widzów rozbudzi ciekawość i podniesie oczekiwania, inni z góry odmówią im kredytu zaufania. Niezależnie od tego, czy nazwisko braci to dla ciebie znak jakości, czy wprost przeciwnie, sugerujemy, aby dać „Tu zdarzy się coś strasznego” szansę. Niewykluczone, że pan Przepraszam wyrwie cię z kapci skuteczniej niż pan Coto.
Tym bardziej, że nad Wisłą większe emocje i tak może wzbudzić osoba stojąca za kamerą. Weronika Tofilska, dotąd kojarzona głównie z „Reniferkiem” i „Love Lies Bleeding”, jako główna reżyserka przewodzi w pełni kobiecemu zespołowi. Współtworzą go Axelle Carolyn, mająca w dorobku m.in. „American Horror Story”, oraz Lisa Brühlmann, związana z takimi produkcjami jak „Servant” czy „Castle Rock”. Ich doświadczenie jasno pokazuje, dlaczego to właśnie im powierzono przeniesienie na ekran historii autorstwa Haley Z. Boston („Nowy smak wiśni”, „Gabinet osobliwości Guillermo del Toro”), która w rozmowie z Letterboxed jako swoje ulubione filmy z pewnością mogłaby wskazać „Uciekaj!”, „Zabawę w pochowanego”, „Może pora z tym skończyć” czy „Coś za mną chodzi”. Zgodnie ze ślubną tradycją w serialu nie zabrakło bowiem rzeczy starych i pożyczonych – tym razem od innych twórców psychologicznych thrillerów i kina grozy. Czy udało się przy tym uniknąć popadania w klisze?
Nawet gdyby twórcy próbowali zwodzić widzów i zatytułowali serial „Bajkowy ślub w środku lasu”, długo nie zachowaliby pozorów. Już od pierwszych scen czujemy, że coś rzeczywiście wisi w powietrzu. Rachel (Camila Morrone) i Nicky (Adam DiMarco) jadą do nieco odciętego od świata domu jego rodziny, w którym wkrótce mają się pobrać. Droga upływa im na słuchaniu podcastu o upiornym sprzedawcy mrożonych deserów, który – poza serwowaniem słodkości w przydrożnej budce – z zimną krwią mordował kobiety. Kiedy sami decydują się na postój, natykają się na auto z porzuconym w środku niemowlęciem oraz obskurny zajazd, w którym podejrzany klient zadaje przyszłej pannie młodej pytanie: czy to na pewno „ten jedyny”?
Kadr z serialu „Tu zdarzy się coś strasznego” (Fot. materiały prasowe Netflix)
Po przyjeździe na miejsce jest niewiele lepiej. Cunninghamowie w najlepszym wypadku sprawiają wrażenie społecznie nieprzystosowanych, w najgorszym – śmiertelnie niebezpiecznych. Na powitanie rodzeństwo pana młodego raczy nową członkinię rodziny bajką na dobranoc o grasującym w lesie panu Przepraszam, który, krzycząc wniebogłosy, rozrywa kobiece ciała, wierząc, że w którejś z nich kryje się jego zmarła ukochana. Także matka (Jennifer Jason Leigh), wygłaszająca enigmatyczne przemowy o ponurym losie, jaki może czekać nowożeńców, oraz ojciec (Ted Levine), hobbystycznie wypychający martwe zwierzęta, nie pomagają w uspokojeniu nerwów. Rachel coraz wyraźniej węszy spisek, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach jej suknia ślubna rozpływa się w powietrzu, a na jednym z zaproszeń znajduje ostrzeżenie: nie wychodź za niego. Jednak nie wszystko jest tutaj takim, jakim się wydaje. Być może największe zagrożenie nie kryje się na zewnątrz, ale pochodzi z wnętrza.
Kadr z serialu „Tu zdarzy się coś strasznego” (Fot. materiały prasowe Netflix)
„Tu zdarzy się coś strasznego” działa najlepiej na starcie, gdy Rachel myszkuje po ciemnych (czasem nawet za ciemnych) zakamarkach domu Cunninghamów niczym po planszy Cluedo. Wówczas napięcie można kroić nożem, a jump scary spełniają swoją funkcję. Jednak im więcej kart ląduje na stole, tym usilniej zastanawiamy się, jakiego asa w rękawie chowają jeszcze twórcy. Trudno pozbyć się wrażenia, że wyzbywają się talii nieco za szybko. Przynajmniej tyle, że część sekretów odsłania przed nami jak zawsze świetna Victoria Pedretti („Ty”, „Nawiedzony dom na wzgórzu”). Im dalej w las, tym wyraźniej widać jednak, że historia lepiej sprawdziłaby się w bardziej skondensowanej, filmowej formie.
Kadr z serialu „Tu zdarzy się coś strasznego” (Fot. materiały prasowe Netflix)
Można powiedzieć, że produkcja popełnia grzech ostatniej odsłony „Jak poznałem waszą matkę”, w którym przygotowania do ślubu Robin i Barneya przeciągnięto na cały sezon. Podobnie i tutaj – zaledwie pięć dni przed godziną zero potrafi niestety się dłużyć. Zwłaszcza gdy Nicky wraz z ojcem i bratem Julesem usiłują nawiązać nić porozumienia podczas polowania na lisy, a Rachel niestrudzenie rozwikłuje tajemnice swojego drzewa genealogicznego przetrzepując lokalne archiwum. Ciekawiej wypadają próby odpowiedzenia na pytania, które zadają sobie wszystkie zakochane pary przed wejściem w nowy etap życia: Czy jesteśmy sobie przeznaczeni? Czy to naprawdę moja bratnia dusza? Jak silne są moje uczucia? Rachel nie ryzykuje bowiem jedynie przykrym rozwodem czy nieszczęśliwą codziennością u boku niewłaściwej osoby. Na szali kładzie własne życie.
Serial wraca na właściwe tory w finałowym odcinku, kiedy Rachel i Nicki muszą skonfrontować swoje spojrzenie na miłość i związki, a skrzętnie zaplanowane przyjęcie weselne wymyka się spod kontroli. Kto by się spodziewał, że pod warstwą dawno ogranych motywów z rodzinnymi klątwami, wywoływaniem duchów i ponurym żniwiarzem ukryto całkiem trafną refleksję nad wiarą w idealne romantyczne dopasowanie.