1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. W splotach koronek widzi więzy między ludźmi. Nespoon – artystka, której murale można znaleźć na pięciu kontynentach

W splotach koronek widzi więzy między ludźmi. Nespoon – artystka, której murale można znaleźć na pięciu kontynentach

Nes Nespoon i Remigiusz Grzela (Fot. Aga Bilska)
Nes Nespoon i Remigiusz Grzela (Fot. Aga Bilska)
W blisko 50 krajach Nespoon malowała murale na zabytkowych kamienicach, zaniedbanych budynkach. Zmieniała ich oblicze, tkając koronkowe instalacje. Od lat tworzy projekty społeczne, upominając się m.in. o harmonię i porządkowanie przestrzeni.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 3/2026.

Nes Nespoon artystka, tworzy na pograniczu street artu, ceramiki, malarstwa i sztuki konceptualnej. W swoich pracach wypowiada się na temat zmian klimatycznych („Świat bez wody”), rabunkowej gospodarki leśnej („Epitafium dla lasu”), wojen informacyjnych („Scrabble”), bezdomności („Serwis dla gołębi”), wojennych traum („Blizny”) czy przemian społecznych („Prekariat”).

Remigius Grzela: Ile waży myśl?

Nes Nespoon: Moje „Myśli” ważą teraz 700 kilogramów. Lepię je od 13 lat. To cieniutkie płatki z porcelany. Ten projekt będzie miał swój finał w 2042 roku, kiedy będę miała 1,5 tony „myśli”. Więc jeszcze chwilę musisz poczekać. Ale już dziś zapraszam na wystawę.

Widziałem zdjęcia z dokumentacji. Na przykład siedzisz na wilgotnym zaśnieżonym chodniku przed Dworcem Centralnym w Warszawie. I lepisz te płatki przypominające magnolię, jeden po drugim. To rodzaj medytacji?

Pałac Kultury, Dworzec Centralny to symboliczne miejsca środka miasta. Była pandemia, wokół pusto. Mój rok ma dwie pory. Od marca do października jeżdżę, maluję i robię wystawy, instalacje, spotykam mnóstwo osób. Przeskakuję z festiwalu na festiwal, z projektu na projekt. Wpadam do Warszawy na trzy, cztery dni i znów wyjeżdżam. A potem nastaje okres zimowy. Wreszcie mogę uspokoić głowę, pomedytować, pomyśleć, co chciałabym zrobić w przyszłości. I do tego prawdopodobnie był mi potrzebny ten projekt. Porcelana mnie zafascynowała, jest aksamitna w dotyku, szlachetna. Zaczęłam lepić z niej koronki, choć wcześniej lepiłam je z gliny. Z odpadów po koronkach pewnego dnia, nie wiadomo dlaczego, zaczęłam lepić „myśli”. Lepiłam je dzień w dzień i dopiero po trzech miesiącach uświadomiłam sobie, co lepię. Nie byłam w stanie przerwać. Miałam codziennie potrzebę wziąć kawałek porcelany i ulepić, nie wiadomo po co, płatki. Ty mówisz o magnolii, a Włochom kojarzą się z rodzajem makaronu, jaki lepią ich babcie, orecchiette, uszka. Mnie to bardziej przypomina płatki róży.

Zabierasz glinkę, z której powstaje porcelana, w podróże?

Wzięłam 80 kilogramów do Zanzibaru i tam lepiłam. Wracając do Polski, miałam problem na wszystkich lotniskach. Stale mnie pytano, co to jest, bo płatki mogły nasuwać różne skojarzenia – może próbuję wywieźć rafę koralową, morskie artefakty? Więc dzisiaj też kojarzę te płatki z morzem, wyciszeniem, niemyśleniem.

Na lepienie wybieram miejsca spokojne, ale i niespokojne, jak Berlin, gdzie pojechałam na trzymiesięczną rezydencję zorganizowaną przez Urban Nation Museum. Zobacz to zdjęcie: Kambodża. Jadąc do Azji, byłam przekonana, że będzie spokój, harmonia, morze. Tymczasem lepiłam płatki na plaży pełnej śmieci. Cały projekt w Kambodży tworzyłam w śmieciach, zobaczyłam tam ich tony. Dlatego zrobiłam wtedy film o problemie śmieci na świecie. Kiedy Parlament Europejski zaprosił mnie na wykład o przeplataniu się sztuki i polityki, to po dyskusji zrobiłam performance i lepiłam „myśli” na rzecz pokoju, bo akurat rozpoczęła się wojna w Ukrainie. To jest zapis czasu w porcelanie, wszystko jest zapisane w tych płatkach. Dużo też lepię w domu.

„Epitafium dla lasu” to jeden z tych projektów, którymi protestujesz?

Zrobiłam odciski kory drzew w Białowieży, w miejscu wyznaczonym do wycinki. To maska pośmiertna lasu, który już nie istnieje, pożegnanie. Później przykleiłam te maski w centrum Warszawy, razem z petycją od Greenpeace.

W przyszłości chcę zrobić duży projekt na temat lasu, bo wycinka drzew to olbrzymi problem. Tak samo jak brak wody. Kiedyś zostałam zaproszona na wystawę pod tytułem „Human Rights”. Jako jedyna mówiłam o braku dostępu do dobrej wody pitnej dla wszystkich. Możemy przecież odsalać wodę. Zaraz ktoś powie: okej, ale co zrobić później z tą solą? Jest wylewana z powrotem do morza, więc morze jest jeszcze bardziej zasalane, to niszczy lokalny ekosystem. Ale to są rzeczy, które można rozwiązać, mamy takie możliwości. I niektóre kraje odsalają wodę. Jako ludzkość jesteśmy w stanie ją dostarczyć potrzebującym ludziom i zwierzętom.

Jako jedna z niewielu artystek robiłaś instalację w Czarnobylu.

Tak, na festiwalu urban artowym, który się tam odbył. Nie było już jego kolejnej edycji i w gruncie rzeczy to bardzo dobrze, to miejsce powinno pozostać nietknięte. Jest pomnikiem triumfu sił przyrody. Byłam przy reaktorze i w strefie zamkniętej. Z jednej strony jest tam postapokaliptycznie, aż ciarki chodzą po plecach. Z drugiej widać, że jeśli znikniemy, natura odrodzi się bardzo szybko i to było w sumie optymistyczne. Las rósł w porzuconych blokowiskach, beton się kruszył, rzeka była pełna wielkich ryb. Bardzo dużo zwierząt do nas podchodziło, na przykład lisy, są całkiem ufne, nie znają niebezpieczeństwa.

Głos artysty jest skuteczny?

Pojedynczy nie. Najwięcej mogą politycy i naukowcy. Artysta ma potrzebę wypowiedzieć się w niektórych sprawach, z nadzieją, że trafi do wrażliwości odbiorców. W ten sposób może zwrócić uwagę społeczności na problem, przy czym nie uważam, że jeden artysta jest w stanie zmienić świat.

Koronka nie zmienia świata? Przynajmniej wizualnie go „upiększa”.

Miasto jest dla mnie jak wielkie płótno. Dużo chodzę i gdybym mogła, to bym malowała tyle, że ojej. Chcę dać mu trochę pozytywnych uczuć, emocji. Słyszę często od odbiorców moich prac, że koronki przypominają mandale albo płatki śniegu, wzory wzięte z natury, bo wiele ma motywy kwiatowe, liściaste. Albo że wyglądają jak fraktale, przypominają gwiazdy. Czyli wzbudzają bardzo pozytywne emocje. Mnie dają możliwość przekazania miłości, dobroci, harmonii. To nie jest sztuka zaangażowana społecznie, choć nie, jest zaangażowana społecznie, bo mówi o pozytywnych emocjach i działa w jakiś sposób terapeutycznie. Tutaj nie ma agresji. Nigdy nie spotkałam też agresji ze strony ludzi, którzy widzą to, co robię.

A kiedy robisz coś na nielegalu?

Wielokrotnie w różnych krajach zatrzymywała mnie policja, ale często ktoś mnie bronił. Starsze panie tłumaczyły policjantom, żeby sobie poszli ganiać kogoś innego. A potem prosiły jeszcze, żebym u nich w domu koronkę odbiła, na skrzyneczce. To standard, że jak maluję dużą ścianę, to później wychodzę z szablonami. I jeszcze ludzie mnie karmią, dają w prezencie koronki przechowywane w ich domach.

Chcesz przytulić świat tą filozofią dobra?

Ale on też mnie przytula. To wzajemne. Koronki mają uniwersalny kod, rozpoznawalny w każdej kulturze, na każdym kontynencie. Nie są połączone z religią, nie mają granic, po prostu ta moda rozlała się 500 lat temu i dziś są wszędzie. Ich sploty są przecież także świetnym symbolem więzów międzyludzkich. Tak to rozumiem.

Koronki cię wybrały?

Malowałam minimalistyczne obrazy. Zaczęłam malować olejami, jak miałam 10 lat. Wydawało mi się, że tylko olej i płótno to prawdziwa sztuka. Moje obrazy były depresyjne. Patrząc wstecz, wiem, że musiałam nimi pozałatwiać ze sobą jakieś sprawy. Ten depresyjny okres przerwały narodziny mojej córki. Wraz z nią spadła na mnie niewiarygodna ilość miłości.

Dlatego mówisz, że urodziłaś się w roku 2009?

Tak, bo całkowicie zmieniłam życie. Wcześniej pracowałam w korporacji, później w firmie rodzinnej. Rzuciłam pracę, bo sztuka mnie wołała. Tak naprawdę zawsze mnie wołała. Otaczałam się nią. Córka pierwszy raz „poszła” ze mną na wernisaż do Zachęty, jak miała cztery miesiące. Wychowywałam ją samotnie, nie miałam opiekunki, więc zabierałam ją na wszystkie wernisaże. Kiedy miała 10 lat, powiedziała, że bardzo boi się zostać sama w domu, ale woli to, niż znów pójść na wernisaż. W tamtym czasie tworzyłam, ale nie byłam w stanie się z tego utrzymać. Pewnego dnia poszłam na ustawienia hellingerowskie. I tam usłyszałam, że nie mogę myśleć o sztuce jako hobby. Rodzice non stop mi mówili: „A, to twoje hobby, porysuj sobie, ale musisz mieć prawdziwy zawód”. Nawet kiedy odpowiadałam, że to przecież moje życie, że nie umiem żyć bez tworzenia, mówili: „Nie, nie, to jest twoje hobby”. Dopiero terapeuta wytłumaczył mi: „Jak będziesz myśleć, że to twoje hobby, to zawsze będzie hobby. Czyli będziesz chodzić do pracy, bo hobby się robi po pracy. Nigdy w życiu się z tego nie utrzymasz. Musisz zmienić myślenie”. Dzisiaj za każdym razem mówię, że idę albo jadę do pracy. Kiedy to zrozumiałam, nagle zaczęłam inaczej funkcjonować, zaczęłam też zarabiać. Wyzwoliłam się. Siedem lat temu zmieniłam imię i nazwisko. Oficjalnie nazywam się NeS NeSpoon. Nazwisko łatwo zmienić, ale imię musi pochodzić z zatwierdzonego rejestru imion Unii Europejskiej. W Urzędzie Stanu Cywilnego od razu usłyszałam, że to niemożliwe, bo imię NeS w nim nie istnieje. Zwróciłam się do Rady Języka Polskiego, która odbyła cztery posiedzenia w tej sprawie, by w końcu dać mi zgodę. Cieszę się, że żyję w kraju, gdzie w ogóle istnieją takie możliwości.

Kiedy pojawiły się koronki?

Pewnego dnia podeszłam do płótna i nie mogłam więcej tych depresyjnych obrazów malować. Pomyślałam, że już nigdy nic nie namaluję. Żeby uspokoić ręce, zajęłam się ceramiką. Kupiłam pierwsze 10 kilogramów gliny. Przez dwa lata robiłam dokładnie to samo, co wszyscy początkujący ceramicy, czyli odbijałam liście, kwiaty, folię bąbelkową i koronki na talerzykach, paterach, kubkach, bo to najbardziej popularne formy dekorowania naczyń na świecie. Pewnego dnia wyszłam na Forty Bema, gdzie stał betonowy słup, obok którego przechodziłam codziennie przez sześć lat i nagle „wyświetliła” mi się na nim koronka. Jak to wytłumaczyć? Nie wiem. Dlatego uważam, że to koronka mnie wybrała, nie na odwrót. Wróciłam do domu, musiałam ją ulepić z ceramiki. A potem ją do tego słupa przykleiłam. Z moimi pracami już tak jest, że mi się „wyświetlają”. Wcześniej nawet nie lubiłam koronek. Jak widzisz, jestem dość minimalistycznie ubrana… Po latach pomału wprowadzam koronki w swój ubiór, co jest dla mnie nowością. Mnie bardziej interesowała historia, która stoi za koronkami. Przekazywały mi ją często kobiety spotykane w wielu krajach, tworzące koronki. Kiedy wybieram jakiś wzór, one przychodzą, zabierają całą rodzinę, koleżanki, przyjaciół. Stoją pod muralem. Niektórzy biorą krzesełka i siedzą pół dnia, patrząc, jak maluję.

Nes Nespoon (Fot. archiwum prywatne) Nes Nespoon (Fot. archiwum prywatne)

A zanim wejdziesz na rusztowanie?

Za każdym razem, kiedy gdzieś przyjeżdżam, robię dokumentację. Chodzę do muzeów, bo gdzieniegdzie są muzea koronkowe, czasem do muzeum miejskiego czy historycznego, szukam na obrazach lokalnych koronek. Chodzę też do mieszkańców, bardzo często w bloku, na którym maluję. Tłumaczę, że poszukuję lokalnych wzorów. Za każdym razem, kiedy zaczynam malować, po dwóch, trzech dniach, jak już ludzie widzą, co powstaje, zaczynają mi znosić jedzenie i opowiadać: moja babcia albo prababcia tworzyła koronki. Mówią o swojej rodzinie, często o tym, co babcia kiedyś im gotowała i że koronka kojarzy im się z dobrem, ciepłem, rodziną i kobiecością. Przynoszą z domu stare koronki i mówią: „Proszę, to dla ciebie, bo u mnie leży, a ty na pewno coś z tym zrobisz”. I tak jest, bo ja je opisuję, magazynuję. Mam wiele kartonów koronek. Nie zdarzyło mi się być w kraju, w którym koronek nie było. To nie oznacza, że w każdym domu babcia robiła koronki, bo świat się zmienia. Moja babcia jeszcze je robiła, ale moja mama już nie.

Koronki babci się zachowały?

Mam jedną. Kiedy zaczęłam robić pierwsze prace, byłam przekonana, że to Polska wymyśliła koronki. Dopiero zgłębiając temat, zrozumiałam, jak długa i zawiła jest historia koronki. W Polsce najpopularniejsze są jej dwa rodzaje – klockowa, którą reprezentuje Bobowa, i szydełkowa z Koniakowa. Klocek i szydełko to dwa różne narzędzia. Koronki robi się też za pomocą igieł, tak powstawały najstarsze, frywolitki – za pomocą czółenka lub igły i szydełka, a także drutów. Alina Krupa, którą uwielbiam, robi przepiękne koronki na szydełku i drutach, bardzo często wykorzystuję je do moich instalacji.

A jak wchodzisz na te wielkie rusztowania, to wraca tamta dziewczyna, która mijała mur berliński i być może chciała na niego wejść?

Rzeczywiście mieszkałam w Berlinie, między 10. a 15. rokiem życia. Dwa razy w tygodniu przekraczałam granicę przez Checkpoint Charlie [przejście między NRD a Berlinem Zachodnim – przyp. red.]. Chodziłam do szkoły niemieckiej w Berlinie Zachodnim, ale popołudniami także do polskiej w Berlinie Wschodnim. Miałam przyjaciół i tu, i tu. Byłam non stop obok muru berlińskiego. Od strony zachodniej był cały pomalowany, a od wschodniej całkowicie wyczyszczony, bielusieńki. Nawet nie można było do niego podejść. Dla wielu mur był symbolem podziału, zamknięcia.

Nie dla ciebie?

Ja tego tak nie czułam, bo z polskim paszportem swobodnie go przekraczałam. Jeździliśmy też na zakupy do Berlina Wschodniego, bo tam było taniej. Było wszystko, tylko brzydko opakowane, w przeciwieństwie do Berlina Zachodniego. Ale fascynowała mnie ta zachodnia ściana obrazów, graffiti i haseł. Fascynowało mnie malowanie na murze – możliwość zamiany małej kartki na wielki format, jakim był.

Pamiętam niektóre jego ikoniczne obrazy, jak pocałunek Honeckera i Breżniewa. Ten mural zatytułowany „Boże, pomóż mi przetrwać tę śmiertelną miłość” namalował rosyjski artysta Dmitrij Wrubel. 25 lat później zrobiłam pracę związaną z murem, z tym jego ciągłym przekraczaniem, wspomnieniami z obu stron. Ma tytuł „Copy+Paste”. Pobrałam odciski faktur ścian i chodników z dawnego Berlina Wschodniego i Zachodniego i pozamieniałam je miejscami.

Tak naprawdę jako dziecko czułam się w Berlinie Zachodnim totalnie wyzwolona, dał mi niewiarygodne możliwości rozwoju. Gdy w Polsce zmienił się system, a w Berlinie padł mur, rodzice podjęli decyzję o powrocie do Polski. Początkowo żałowałam, ale z perspektywy czasu jestem im za to bardzo wdzięczna.

Co dzieje się z twoim organizmem, kiedy malujesz, siedząc wiele godzin na wysokim rusztowaniu?

Dodaj do tego wiatr, deszcz, śnieg albo za dużo słońca. Właśnie słońce jest największym przeciwnikiem, bo większość ścian maluję w „ciepłych krajach”, są bardzo rozgrzane. Muszę być w masce przez te osiem godzin dziennie, bo spreje są toksyczne. Drugim problemem jest ręka. Sprej to 400 mililitrów. Wyobraź sobie, że masz w ręku butelkę wody i machasz nią osiem godzin dziennie. Dlatego nie maluję na bardzo dużych ścianach. 300-400 metrów to jeszcze powierzchnie, które jestem w stanie objąć i pomalować. To praca fizyczna, jak na budowie. Jestem spocona, zmęczona, wszystko mnie boli, ale szczęśliwa, że coś zrobiłam. Czuję, że żyję. Jestem dość aktywna. Cały czas jeżdżę rowerem po Warszawie. Staram się nie używać samochodu, bo muszę być w dobrej kondycji fizycznej przez wiele lat. Kiedy będę starsza, będę wykonywać mniej ciężkich fizycznie prac, a więcej lepić. Nie sądzę, żebym się zatrzymała z lepieniem. Będę miała na to więcej czasu.

A jak już uzbierasz półtorej tony „myśli”?

W tym projekcie ważne jest, żeby ludzie mogli tych myśli dotknąć. Będą leżały na dwóch równoległych 300-metrowych stołach. Idąc między nimi, każdy widz ma zagłębić ręce w płatkach i wywołać szelest „myśli”, jakby biały szum, tylko na wyższych rejestrach. Im więcej osób, tym więcej szelestu. Ten dźwięk zagłuszy nasze myśli, czyli będzie to reset, wymuszona medytacja. Stamtąd odwiedzający wejdzie do kolejnej, wyciszonej sali, gdzie będzie już tylko uspokojenie.

Twoja działalność artystyczna jest afirmacją?

Dążeniem do harmonii. Jestem pełna miłości i ta miłość wypływa ze mnie do świata.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE