Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Sztuka
  4. >
  5. Wystawę „Kwestia kobieca 1550–2025” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej otwiera krzyk

Wystawę „Kwestia kobieca 1550–2025” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej otwiera krzyk

Artemisia Gentileschi „Zuzanna i starcy” (1610). (Fot. Kolekcja Paul Graf von Schönborn-Wiesentheid)
Artemisia Gentileschi „Zuzanna i starcy” (1610). (Fot. Kolekcja Paul Graf von Schönborn-Wiesentheid)
Warto było budować Muzeum Sztuki Nowoczesnej już choćby po to, żeby oglądać takie wystawy jak ta. Jesienią 2024 z okazji premiery siedziby MSN ustawiano się w kolejkach, żeby zwiedzać budynek i zażarcie dyskutować o jego architekturze. Teraz te rozmowy schodzą na drugi plan. Gmach, wtedy praktycznie pusty, wypełniają obecnie prace 199 artystek tworzących na przestrzeni 500 ostatnich lat.

Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 2/2026.

W 1977 roku Gina Birch – artystka wizualna oraz basistka i wokalistka punkowego zespołu The Raincoats – skierowała na swoją twarz obiektyw kamery Super 8 i wrzeszczała przez trzy minuty, aż do utraty tchu. W tym krzyku słychać ból i przerażenie tym, co spotkało kobiety ze strony patriarchatu, ale jeszcze wyraźniej wybija się ton buntu, odmowy milczenia, która jest przecież formą zgody na status quo. W pewnym sensie Brytyjka krzyczy w imieniu wszystkich artystek, których prace oglądamy w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Kobiet, które w różnych epokach decydowały się zabrać publicznie głos i tworzyć sztukę.

W innej sekcji wystawy wisi billboard feministycznego kolektywu Guerilla Girls. Przedstawia pastisz jednego z najsłynniejszych XIX-wiecznych aktów – „Odaliski” Jeana-Auguste’a Ingres’a. W wersji amerykańskich artystek naga modelka ma na twarzy maskę gorylicy. To znak rozpoznawczy Guerilla Girls: członkinie grupy działały, skrywając swoje oblicza i tożsamości za takimi właśnie maskami. Nad wizerunkiem widnieje pytanie: „Czy kobiety muszą być nagie, żeby dostać się do Metropolitan Museum?”, a pod nim informacja: „W kolekcji sztuki nowoczesnej Met prace artystek stanowią poniżej 5% zbiorów, ale 85% aktów to przedstawienia nagich kobiet”.

Kawałek dalej oglądamy znakomity obraz ukraińskiej artystki Marii Baszkircew „W pracowni” z 1881 roku. Ukazuje wnętrze malarskiego studia. Na podium stoi chłopiec, którego szkicuje grupa studentek. Przedstawione przez Baszkircew atelier należało do Académie Julian – prywatnej paryskiej szkoły sztuki. W latach 80. XIX wieku była to pierwsza i zarazem jedyna duża europejska uczelnia artystyczna, która przyjmowała kobiety. Zjeżdżały się tu adeptki z całego kontynentu, w tym wiele Polek. Baszkircew, studiując w Julian, zanotowała w dzienniku: „Z lekceważącą ironią pyta się nas, ile było wielkich artystek. Było ich wiele, panowie! To może dziwić, zważywszy na trudności, z jakimi przyszło im się mierzyć”. Radykalnie utrudniony dostęp do edukacji artystycznej to tylko jedna z trudności, o jakich pisała ukraińska malarka żyjąca w czasach, gdy w żadnym kraju europejskim kobiety nie miały równych z mężczyznami praw cywilnych, obywatelskich ani politycznych. Maria Baszkircew byłaby bez wątpienia zachwycona, mogąc zobaczyć taką wystawę jak „Kwestia kobieca”. W narrację projektu wpleciony jest oczywiście wątek dyskryminacji, przemocy seksualnej i mizoginii – nie sposób tych spraw ominąć, kiedy mowa o społecznej pozycji kobiet.

Głównym tematem przedsięwzięcia przygotowanego przez MSN nie jest jednak wykluczenie artystek, przeciwnie – ich obecność w historii sztuki. Ale czy w 2026 roku naprawdę musimy jeszcze udowadniać, że dzieje sztuki współtworzyli nie tylko mężczyźni, lecz również artystki?

Fahrelnissa Zeid „Ktoś z przeszłości”(1980). (Fot. materiały prasowe) Fahrelnissa Zeid „Ktoś z przeszłości”(1980). (Fot. materiały prasowe)

Nadal potrzebna

Kiedy w 1989 roku Guerilla Girls projektowały swój plakat z odaliską w masce gorylicy, ich interwencja miała charakter partyzancki i pozainstytucjonalny. Praca, wycelowana w seksistowski charakter kolekcji nowojorskiego Metropolitan Museum, funkcjonowała poza jego murami – na ulicach miasta i w środkach transportu publicznego. Dziś ta realizacja ma status klasyka sztuki feministycznej: pokazuje się ją w prestiżowych galeriach, jest obecna w ważnych kolekcjach, a my oglądamy ją w Warszawie w muzealnej sali. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat instytucje odrobiły lekcje: herstoria sztuki stała się ważnym nurtem muzealnych badań, artystki są dziś bohaterkami projektów w najważniejszych przestrzeniach wystawienniczych świata, a kobieta nie musi już być naga, żeby dostać się do Metropolitan Museum. Czy to znaczy, że tytułowa „kwestia kobieca” została rozwiązana? Za odpowiedź może posłużyć anegdota, którą w katalogu wystawy przywołuje dyrektorka MSN Joanna Mytkowska. Bohaterką opowieści jest wybitna szwajcarska malarka Miriam Cahn, która w 2019 roku miała w warszawskim Muzeum – działającym wówczas w tymczasowej siedzibie nad Wisłą – głośną retrospektywną wystawę „Ja, istota ludzka”. Zaproszona do udziału w „Kwestii kobiecej”, początkowo odmówiła, tłumacząc, że format wystawy złożonej wyłącznie z prac kobiet uważa dziś za anachroniczny. Później zmieniła jednak zdanie, przyznając, że w Polsce walka o równouprawnienie płci jest wciąż daleka od zakończenia – i w tym kontekście taka wystawa w Warszawie może być nadal potrzebna.

Można oczywiście obruszyć się na opinię szwajcarskiej artystki, która w typowy dla ludzi Zachodu sposób sugeruje, że my, mieszkańcy i mieszkanki Europy Środkowej, jesteśmy wiecznie zapóźnieni i nie nadążamy za postępem. Można też dyskutować, czy sytuacja kobiet w krajach Zachodu jest dziś tak bezproblemowa, by bezkrytycznie stawiać ją za wzór. A jednak trudno odmówić Cahn racji: wystawa „Kwestia kobieca” rzeczywiście była w Warszawie bardzo potrzebna. I to nie tylko z powodu sytuacji kobiet w Polsce, która pięć lat po protestach z 2020 roku – delikatnie mówiąc – pozostawia wiele do życzenia. Chodzi przede wszystkim o to, że w naszym kraju po prostu nie było dotąd instytucji, która mogłaby taką wystawę zrobić w sposób, w jaki zrealizowało ją MSN.

Maria Baszkircew „W pracowni” (1881). (Fot. Dnipro Art Museum) Maria Baszkircew „W pracowni” (1881). (Fot. Dnipro Art Museum)

Po raz pierwszy

Jeszcze zanim zaczniemy zwiedzać „Kwestię kobiecą 1550–2025”, rzuca się w oczy zasygnalizowany w tytule historyczny rozmach projektu, którego narracja obejmuje okres od renesansu aż do dzisiaj. Przywykliśmy kojarzyć emancypację kobiet i feminizm z rozwojem nowoczesnego społeczeństwa masowego; najtwardsi konserwatyści widzą w nich wręcz wynalazki, które rzekomo wyeksportował do nas zgniły Zachód po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Tymczasem – jak przypomina historyczka sztuki Mary Garrard – „feminizm istniał, zanim wiedziałyśmy, że tak się nazywa”. Alison Gingeras, kuratorka wystawy, szuka jego europejskich, współczesnych korzeni w myśli wczesnorenesansowych filozofek, takich jak Krystyna de Pizan czy Laura Cereta, które już w XV wieku podnosiły problem politycznych praw i społecznej dyskryminacji kobiet. To właśnie od nich zaczerpnięte zostało pojęcie „kwestii kobiecej” – znacznie starsze i pojemniejsze niż „feminizm”.

Czytaj także: Feminista – kto to jest i czym charakteryzuje się męski przedstawiciel feminizmu?

Obecne w tytule pół tysiąclecia dziejów sztuki kobiet znajduje na wystawie odbicie w postaci obecności dzieł najsłynniejszych europejskich artystek nowożytnych: od Artemisii Gentileschi przez Sofonisbę Anguissolę, Lavinię Fontanę, Elisabettę Siraní po Élisabeth Vigée Le Brun. Oczywiście, o istnieniu tych twórczyń wiedzieliśmy na długo przed otwarciem wystawy w MSN – chociażby z klasycznej książki Rozsiki Parker i Griseldy Pollock „Dawne mistrzynie. Kobiety, sztuka i ideologia”. Znamienne jednak, że ta pozycja, opublikowana w 1981 roku, ukazała się w polskim przekładzie dopiero teraz, w roku 2025. Co jeszcze ważniejsze, jedną rzeczą jest świadomość obecności kobiet artystek w sztuce od czasów renesansu, a zupełnie czym innym zobaczenie prac najwybitniejszych z nich – po raz pierwszy w Polsce – na jednej wystawie.

Macena Barton „Salome”(1936). (Fot. Casey Sills, Rick Strilky Private Collection) Macena Barton „Salome”(1936). (Fot. Casey Sills, Rick Strilky Private Collection)

Obecność mistrzyń renesansu i baroku nie oznacza jednak, że w MSN mamy do czynienia z klasycznym wykładem z historii sztuki, w którym kanon zostaje po prostu uzupełniony o pomijane niegdyś przez patriarchalnych badaczy nazwiska. Choć „Kwestia kobieca” głęboko wchodzi w przeszłość, rozgrywa się zdecydowanie w czasie teraźniejszym. Podzielona jest na dziewięć tematycznych rozdziałów. Dzieła twórczyń, które malowały w XVI wieku, sąsiadują w nich z pracami powstałymi dosłownie kilka miesięcy temu. Gingeras przekracza przy tym nie tylko porządki chronologiczne, lecz także granice między kulturami oraz hierarchie, które każą jedne artystki klasyfikować jako przedstawicielki „wysokiej” tradycji akademickiej, a inne spychać do kategorii „naiwnych” czy „nieprofesjonalnych”.

W MSN oglądamy szeroką reprezentację twórczyń, których korzenie tkwią na Globalnym Południu – w krajach, które w przeszłości padły ofiarami europejskiej kolonizacji. Są wśród nich takie gwiazdy współczesnej sceny sztuki, jak Lubaina Himid, Claudette Johnson, Sonia Boyce, Faith Ringgold czy Somaya Critchlow – artystki, których kariery związane są z trwającą w ostatnich dekadach dekolonizacją wyobraźni artystycznej, procesem często splecionym z demontażem patriarchalnego dogmatu, wedle którego sztuka należy z definicji do białych mężczyzn. Jednocześnie, obok dzieł takich niekwestionowanych klasyczek jak Olga Boznańska czy Marlene Dumas, podziwiamy prace artystek ludowych, którym w tradycyjnym porządku odmawiano miejsca w muzeach sztuki, uchylając im – w najlepszym razie – furtki prowadzące do instytucji etnograficznych. Gingeras proponuje zatem spojrzenie na „kwestię kobiecą” jako na zagadnienie, które nie mieści się ani w granicach epok, ani kultur narodowych, ani kategorii artystycznych – ma charakter ponadczasowy i uniwersalny.

Lubaina Himid „Amfitryta”(2025) (Fot. Richie Robs) Lubaina Himid „Amfitryta”(2025) (Fot. Richie Robs)

Kwestionowanie ustalonych hierarchii jest poniekąd wpisane w samą istotę kwestii kobiecej, której kluczowym elementem było zawsze podważanie rzekomej wyższości i władzy mężczyzn nad kobietami. W tym sensie „Kwestia kobieca” jest, oczywiście, wystawą wywrotową. Paradoksalnie jednak MSN-owski projekt wychodzi jednocześnie naprzeciw oczekiwaniom publiczności, która na wystawach sztuki współczesnej czuje się czasem zagubiona i z trudem przegryza się przez zawiłości awangardowych języków artystycznych.

To wystawa, która nie piętrzy przed osobą odwiedzającą formalnych barier. Jest przystępna, wręcz uwodzicielska – bo jak nie wciągnąć się w ekspozycję, na której można zobaczyć tak przyciągające tłumy nazwiska jak Frida Kahlo czy Louise Bourgeois?

Atrakcyjność projektu nie jest przy tym wyrazem muzealnego populizmu, to wystawa pomyślana jako propozycja, która nikogo nie wyklucza i zaprasza do rozmowy o kwestii kobiecej możliwie najszersze grono odbiorczyń i odbiorców.

Kuratorka wystawy, Amerykanka Alison Gingeras, imponuje erudycją oraz rozległością poszukiwań w czasie i przestrzeni. Równie duże wrażenie robi lekkość, z jaką potrafi rozwinąć swoją opowieść na wystawie. Ma przy tym jeszcze jeden atut: choć jest cenioną międzynarodowo autorką wystaw i badaczką, z powodów najpierw osobistych, a w ostatnich latach również zawodowych, doskonale zna polską scenę i historię sztuki. W rezultacie jej projekt zrobiony jest z globalnej perspektywy, z której wyraźnie widać kontekst lokalny, budowany przez doskonały wybór prac polskich artystek historycznych i współczesnych.

„Kwestia kobieca” jest wystawą, na której podział na kulturę peryferyjną i „światową” zostaje zatarty. Miriam Cahn miała zatem rację, że ten projekt jest w Warszawie potrzebny – podobnie jak Muzeum, w którym mógł się wydarzyć.

Wystawa „Kwestia Kobieca 1550–2025” w MSN w Warszawie potrwa do 3 maja.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE