Euforyczne uczucie ogarnęło mnie, gdy w 2019 roku po raz pierwszy sięgnęłam po „Euforię". Poblask neonów, tony brokatu, atrakcyjna obsada, muzyka Labrintha, niefiltrowane problemy młodych ludzi i bardzo niecenzuralne treści – to wszystko tworzyło mieszankę o właściwościach wysoce uzależniających. Nie mogłam się oderwać. Poza wystudiowaną estetyką najbardziej trafiała do mnie konstrukcja, jak z mojego ukochanego serialu „Skins”. Każdy odcinek skupiał się na innym bohaterze, nie tracąc z oczu zbiorowego podmiotu tej historii. Jak więc to możliwe, że przy trzecim sezonie twórcy stracili z oczu wszystko, za co w ogóle pokochaliśmy „Euforię"?
Neonową eteryczność zastąpiła surowość pustyni. Trzeci sezon „Euforii” zaczyna się, gdy Rue (Zendaya) przemierza piaszczyste terytorium na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Meksyku. W bagażniku lub we własnym żołądku wiezie prochy. Szmugluje je dla przerażającej dilerki Laurie (Martha Kell), u której w licealnych czasach zaciągnęła życiowy dług 100 tysięcy dolarów. W momentach wolnych od przemytu Rue pracuje jako kierowczyni Ubera i przysypia na kanapie u Lexi (Maude Apatow), jedynej szkolnej przyjaciółki, z którą jeszcze utrzymuje kontakt. Biorąc pod uwagę, że jej nową życiową ambicją jest posada u właściciela klubu ze striptizem, w tym bezcelowym tunelu nie ma nawet najsubtelniejszego światła.
Kadr z serialu „Euforii” (Fot. materiały prasowe)
Klimat jest jałowy, dokładnie tak jak puste i małostkowe jest życie, nie tylko Rue, ale wszystkich bohaterów. Głównym celem Cassie (Sydney Sweeney) jest wzięcie ślubu pośród aranżacji kwiatowych za 50 tysięcy dolarów. Żeby je zdobyć postanawia zostać gwiazdką platformy OnlyFans. Podobne treści i tak wrzucała już wcześniej z nudów na swoje media społecznościowe, wypinając się w przebraniu pieska w stronę gosposi – żywego statywu. W tym samy czasie jej narzeczony Nate (Jacob Elordi) na słowo „kwiaty” dostaje białej gorączki. Ciężko pracuje, by utrzymać imperium deweloperskie oraz nieskazitelny wizerunek. Bycie jedynym żywicielem rodziny zapewnia mu kontrolę nad nieobliczalną przyszłą żoną, która jest bardziej zdobyczą niż ukochaną. Natomiast Lexi próbuje zostać kobietą sukcesu pnąc się po szczeblach Hollywood. Choć do pokoju scenarzystów jest wpuszczana tylko wtedy, gdy ma naręcze kubków ze Starbucksa. Kariera Maddy (Alexa Demie) w PR-rze jest bardzo podobna – zamiast zarabiać pieniądze, przekazuje czeki swojej szefowej, zamiast bywać w towarzystwie gwiazd, musi je niańczyć podczas oficjalnych wystąpień. Jules (Hunter Schafer) nie pojawia się w pierwszym odcinku, za to chodzą o niej plotki: podobno została sugar baby.
Szkoła dawno się skończyła i zderzenie ze światem dorosłych nie przychodzi łatwo zarówno bohaterom „Euforii”, jak i jej twórcom. Sam Levinson ewidentnie ma problem z opisaniem losów postaci po opuszczeniu murów liceum. Poszczególne wątki przypominają chorą fantazję chłopaka, który naoglądał się pornosów i kina akcji – po prostu się nie kleją. Aktorzy także zdają się nie wierzyć w dorosłe wersje swoich postaci. Od 2019 roku minęło sporo czasu i część obsady pracowała już w dużo bardziej prestiżowych projektach. Jacob Elordi ma ból w oczach, gdy trzyma na smyczy Sydney Sweeney, a „siad, pies” ledwo przechodzi mu przez gardło. Podobnie zażenowana wydaje się Sweeney, gdy wypowiada kwestie pustej lali. Ale może to nadinterpretacja wynikająca z mojego własnego zażenowania. Fakt jest taki, że na poczynania bohaterów patrzy się ciężko, bez zainteresowania i ze smutkiem. Zmarnowano potencjał naprawdę świetnej obsady.
Kadr z serialu „Euforii” (Fot. materiały prasowe)
Braki scenariuszowe Sam Levinson próbuje nadrobić tanią kontrowersją. „Euforia” od początku wzbudzała skrajne emocje, ale zwykle w jakimś celu. Tym razem znane i cenione aktorki są poniżane zupełnie niepotrzebnie. Zendaya i Chloe Cherry, w roli Faye, muszą połykać baloniki wypełnione dragami i wspomagać się lubrykantem. Serial nie szczędzi nam też szczegółowych dalszych losów woreczków w przewodzie pokarmowym. Skrupulatnie upokarzana jest też Sydney Sweeney, która w kostiumie pieska liże, gryzie, szczeka i macha ogonkiem. Szczególnie niepokoi fakt, że aż trzy z sześciu bohaterek wiąże się zawodowo z seksbiznesem. Jakby młoda kobieta nie mogła nawet wyobrazić sobie innej kariery. Serial śmieje się wprawdzie z Nate'a, który wyniósł z domu maczystowskie wartości, ale z większą pogardą zdecydowanie traktuje próbującą zarobić na siebie Cassie. W uniwersum Levinsona, które zawsze wydawało się progresywne, patriarchalne przekonania coraz częściej wystawiają swój zacofany łeb.
Posucha panuje również w estetyce. Wprawdzie ujęcia nakręcone w formacie VistaVision robią momentami epickie wrażenie, ale to nie zmyli naszego wzroku – to nie jest już to samo show. Być może kadry zostały pozbawione pierwotnej magii na znak dorosłości, a może dlatego, że nigdy nie należały do twórców serialu. Jak się okazało, za oryginalnym wyglądem pierwszych sezonów stał, nie Sam Levinson, a artystka Petra Collins. Znana ze współpracy przy teledyskach Olivii Rodrigo kanadyjska filmoznawczyni, aktorka i fotografka stworzyła dla „Euforii” całą stylistykę, wykreowała świat, przeprowadziła też casting. Miała zająć się reżyserią, ale na chwilę przed rozpoczęciem planu filmowego studio stwierdziło, że jest za młoda, by objąć to stanowisko. Nie mieli jednak problemów, by wykorzystać jej pracę. Levinson zamiast wykształcić własną dojrzałość artystyczną wolał „pożyczyć” ją od młodej kobiety. Kadry łudząco przypominające zdjęcia wykonywane przez Collins były podstawą pierwszych dwóch sezonów. Wygląda na to, że teraz źródełko się wyczerpało.
Kadr z serialu „Euforii” (Fot. materiały prasowe)
Wyraźnym odejściem od dotychczasowej estetyki był już plakat trzeciego sezonu. Sylwetki poszczególnych bohaterów, chamsko powklejane na tło, ujawniły zieloność twórców w temacie estetyki. Pierwotny charakter „Euforii” zniknął również z odejściem Labrintha, który o decyzji poinformował lakonicznie w swoich social mediach. Nie wiadomo, na czym polegał konflikt między twórcą ścieżki dźwiękowej do dwóch pierwszych sezonów, a produkcją, ale brak jego muzyki jest odczuwalny. Nawet biorąc pod uwagę, że kompozytorem w trzecim sezonie jest Hans Zimmer. Epickie nazwiska i epickie panoramiczne zdjęcia nie zastąpią autentyczności.
Im więcej słyszałam o kulisach produkcji „Euforii”, tym bardziej przypominała mi ona przedszkole. Konflikty wybuchające znienacka między członkami obsady i wpływające na przebieg fabuły. Zmiana wątku Jacoba Elordi i Hunter Schafer. Zepchnięcie Barbie Ferreiry na drugi plan, a następnie jej odejście. Na premierze trzeciego sezonu na czerwonym dywanie atmosfera była niezręczna, a Zendaya nie chciała pozować z Levinsonem. Pewnie nigdy nie poznamy całej prawdy, ale ryba zawsze psuje się od głowy.
Kadr z serialu „Euforii” (Fot. materiały prasowe)
Trzeci sezon serialu „Euforia” można oglądać na platformie HBO Max. Odcinki pojawiają się z tygodniowym odstępem.