Nie ma niewinnej czy delikatnej przemocy. Nawet ta cicha, która nie zostawia śladów na ciele, zawsze rani, upokarza, odbiera poczucie bezpieczeństwa. Tworzy podwójną rzeczywistość, w której nie wiadomo, co jest prawdą, a co iluzją. O tym, co musi się wydarzyć, żeby osoba doświadczająca przemocy umiała nazwać wprost to, co spotyka ją ze strony tego, kogo kocha.
- „On mnie nigdy nie uderzył” – mówią czasem przemocowane kobiety. A jednak kontrola, poniżanie, także w obecności innych osób, i cisza mogą być formą przemocy.
- Przemoc bez rękoczynów bywa społecznie bagatelizowana. Uważa się, że tzw. prawdziwy mężczyzna ma prawo wprowadzać swoje porządki w rodzinie.
- Z kolei mit romantycznej zazdrości powoduje, że toksyczne, przemocowe zachowania bywają mylone z miłością.
- Kobiety doświadczające przemocy, nawet gdy zdecydują się poszukać pomocy, nierzadko potrzebują dużo czasu, by odzyskać swoją siłę.
Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 03/2026.
Kiedy na ekrany kin wszedł film Wojciecha Smarzowskiego „Dom dobry”, mój telefon dzwonił prawie bez przerwy. Potrzeba podzielenia się swoją historią „na gorąco”, teraz, już, natychmiast była tak wielka, że nie byłam w stanie zatrzymać potoku słów dzwoniących kobiet: „Teraz już wiem, że wcale sobie tego wszystkiego nie wymyśliłam”, „Dopiero teraz zrozumiałam, że miałam prawo czuć to, co czułam”, „On już nie żyje, czy powinnam mu wybaczyć?”, „Dlaczego nikt nie chciał mi uwierzyć?”. A zaraz potem: „Jestem już gotowa na terapię”, „Poproszę najszybszy możliwy termin”.
Większość dzwoniących nie dotarła na sesję, niektóre przyznały, że jednak nie są gotowe, inne przeprosiły, że nie mogą w umówionym terminie, były też takie, które po prostu już się nie odezwały. Te, które odważyły się na spotkanie, zastrzegały, że to pewnie nic wielkiego, że może im się wydaje, że pewnie są przewrażliwione. Żadna z nich nie przyszła w sprawie przemocy. Wszystkie chciały dowiedzieć się, co powinny zmienić w sobie albo co zrobić, żeby partner nie miał powodu do niezadowolenia.
Nasze małżeństwo było udane, dopóki byłam w domu z dzieckiem – powiedziała Małgosia. – Matka Marka nigdy nie pracowała i on był przyzwyczajony do tego, że ma wszystko podane pod nos. – A tobie pasował taki model małżeństwa? – Chyba nikt nie lubi zrywania się rano na dźwięk budzika, stania w korkach, użerania się z szefem, wysłuchiwania plotek koleżanek z pokoju, a potem sprintu do domu, po drodze zakupy, planowanie obiadu na jutro… – Tak właśnie wygląda teraz twój dzień? – Jak każdej kobiety. I na dodatek mąż jest wiecznie niezadowolony. – Jak twój mąż okazuje niezadowolenie? To pytanie wyraźnie ją zasmuciło. Opuściła głowę, zamilkła.
– Co robi, kiedy jest zły? – ponowiłam pytanie. – Nie odzywa się do mnie, nie chce jeść obiadu, mówi córce, że praca jest dla mnie ważniejsza od rodziny. A przecież to nieprawda. A może on rzeczywiście ma rację? – Co czujesz, kiedy mąż tak mówi? – Wiesz, on naprawdę ciężko pracuje, a ja nie zawsze dam radę ugotować superobiad. Nie dziwię się, że on czuje się niekochany, nieważny. – A ty czujesz się kochana i ważna? – Marek to naprawdę dobry człowiek, utrzymuje nas, nigdy na mnie ręki nie podniósł. – Dlaczego pracujesz, skoro mąż jest w stanie was utrzymać?
Ale Małgosia była w stanie odpowiedzieć mi, dopiero gdy się lepiej poznałyśmy. Okazało się, że kiedy nie pracowała, mąż wydzielał jej pieniądze i rozliczał z każdej złotówki. Na wszystko, co kupowała, musiała mieć paragon. Zdarzało się, że budził ją w środku nocy z wrzaskiem, na co wydała tyle pieniędzy i że dosyć ma utrzymywania „nieroba”. Wiecznie ją krytykował i kontrolował. Kiedy chciała umówić się z koleżankami, krzyczał, że ma czas przesiadywać po knajpach i pić kawę za jego pieniądze, a w domu koty z kurzu walają się po kątach. Kilka razy wpadł do kawiarni i kazał jej wracać do domu.
– Ale nigdy mnie nie uderzył – podkreśliła.
Zuzia uwielbiała niegrzecznych chłopców. Stwierdziła, że jej poprzedni partnerzy byli nudni jak flaki z olejem. Za to Macza (taki pseudonim miał jej chłopak) rozbijał się sportowym autem po mieście, a wszystkie laski piszczały na jego widok. Jak się okazało, chętnie korzystał z tej ich atencji i, delikatnie mówiąc, z wiernością był na bakier. Bywało, że kazał Zuzi nocować u koleżanki, bo spodziewał się ważnego gościa. Kiedy przyjaciółka doradziła jej, żeby poczekała przed domem i sprawdziła, kim jest ten gość, okazało się, że to zgrabna młoda kobieta.
Kiedy Zuzia zrobiła mu z tego powodu awanturę, wściekł się i powiedział, żeby popatrzyła na siebie w lustrze. „Ani specjalnie ładna, ani specjalnie mądra” – często jej to powtarzał, ale zaraz potem dodawał, że nie pozwoli jej odejść, bo ją kocha. Zuzia też go kochała i nie wyobrażała sobie życia bez niego. – Wiesz, ja też potrafię się odgryźć, na przykład nie odbieram od niego telefonów, kiedy jest poza miastem w interesach. Wtedy on wszystko rzuca i mnie szuka. – Jaki jest cel tej gry? – No, żeby się o mnie martwił – odpowiedziała wyraźnie zdziwiona, że w ogóle pytam.
Macza martwi się w sposób dość ekspresyjny; wpada do mieszkania, krzyczy, że przez Zuzę stracił interes życia, wyrywa jej z ręki telefon, rzuca nim o podłogę i grozi, że jeśli jeszcze raz nie odbierze, to popamięta. – On jest z miłości taki wariat, jest o mnie strasznie zazdrosny.
Kiedy tłumaczę jej, że to przemoc, a przemoc nie jest miłością, Zuza twierdzi, że każdy prawdziwy mężczyzna jest taki porywczy, doskonale zna ten model z małżeństwa rodziców. Kiedy pytam, w czym mogę jej pomóc, najpierw milczy. – Macza kazał mi zerwać ze wszystkimi koleżankami. Twierdzi, że mają na mnie zły wpływ. Nie pozwala mi też kontaktować się z rodziną. Powtarza, że on jest moją jedyną rodziną. – Boisz się go? – Nie, on nie zrobi mi krzywdy. Ale smutno mi, że jestem sama.
Hania od lat słyszy od męża, że jest „wariatką”, „przewrażliwioną na swoim punkcie histeryczką”, że gdyby mógł cofnąć czas, nigdy nie związałby się z takim „nieukiem” i „kaszalotem”. Mąż nie przebiera w słowach, obraża ją nawet w towarzystwie innych ludzi – znajomych i rodziny. Kiedyś próbowała nieśmiało prosić go, żeby nie upokarzał jej przy obcych, ale on tylko się z tego śmiał: „Upokarzam cię? Ja ci mogę pokazać, co to jest prawdziwe upokorzenie”. Raz, po awanturze, poszła na policję, po kilku dniach przyszedł do nich dzielnicowy.
– Czy ja cię krzywdzę? Biję, zamykam w piwnicy, niszczę twoje rzeczy? – pytał zdenerwowany mąż, a Hania odpowiedziała zgodnie z prawdą, że nic takiego nie miało miejsca. Policjant spisał protokół i powiedział, że sprzeczki zdarzają się w najlepszych rodzinach.
Mąż nie odzywał się do niej przez miesiąc. Hania czuła, jak narasta w niej napięcie. W jej domu rodzinnym milczenie było najbardziej dotkliwą karą. Ojciec miesiącami nie odzywał się do matki, kiedy coś było nie po jego myśli. Matka chodziła dookoła niego na palcach, uciszała dzieci, bo wiedziała, że mąż w każdej chwili może wybuchnąć, a wtedy musiały uciekać z domu. Hania dużo czytała na temat przemocy, nie zaprzeczała, że zachowanie męża jest toksyczne. Jednak nie wierzyła, że ktokolwiek może jej pomóc. – W takiej rodzinie się wychowałam i takiego męża sobie wybrałam. Dałam się nabrać na jego troskliwość i komplementy. Powinnam żyć sama. Nie wierzę, że mogę mieć fajny związek, w którym ludzie się kochają i szanują.
Hania już wiele razy próbowała terapii, bez efektu. Zaczynała kolejną, kiedy trudno jej było wytrzymać. Potrzebowała usłyszeć, że nie jest wariatką ani histeryczką, że nikt nie ma prawa na nią krzyczeć ani się obrażać, że zasługuje na relację pełną szacunku i miłości. Karmiła się zapewnieniami terapeutki i rezygnowała z terapii aż do następnego głodu.
Tak zwana łagodna przemoc jest w naszym kraju społecznie akceptowana. W konsekwencji krzyk, poniżanie, kontrola czy szantaż to zachowania zupełnie naturalne, zwłaszcza dla tak zwanego prawdziwego mężczyzny, który ma prawo się złościć, wprowadzać swoje porządki w rodzinie.
Skoro zdarza się, że nawet kiedy kobieta zgłosi się na policję z zaświadczeniem obdukcji, policjant pyta, czym zdenerwowała męża, sytuacjami bez użycia siły fizycznej nikt się specjalnie nie przejmuje. To jedna strona medalu.
Druga to taka, że przemocowane kobiety żyją niejako w podwójnej rzeczywistości, często nie wiedzą, co jest prawdą. „A może tylko wydaje mi się, że on czyta moje mejle, SMS-y, nie pozwala kontaktować się z rodziną?”. Często umniejszają i bagatelizują przemoc, gubią się, co nią jest, a co nie. Przez lata kontrolowane, dają sobie wmówić, że to z nimi jest coś nie tak. Większość z nich doskonale zna zachowania przemocowe z rodzin pochodzenia, dlatego miłość i przemoc są dla nich nierozłączne. Nie ufają sobie, trudno jest im zaufać drugiemu człowiekowi.
Praca terapeutyczna z ofiarami przemocy bywa wymagająca: często testują terapeutę, na przykład zapominają o terminie spotkania, z dnia na dzień proszą o dodatkową sesję, dzwonią albo piszą wiadomości późno w nocy, błagają o interwencję, a zaraz potem się wycofują. Często nie wierzą, że cokolwiek może im pomóc, i otwarcie o tym mówią. Bywa, że na hasło: „Popracujmy nad tym, co może ci pomóc”, ich ciało reaguje zamrożeniem, bo w dzieciństwie pomoc często oznaczała kolejne zagrożenie.
Kiedy Hania pokazała wychowawczyni w szkole siniaki po pobiciu przez ojca i rodzice zostali wezwani do szkoły, dostało jej się od obydwojga. Matka powiedziała jej, że jest podła i niewdzięczna, bo „o tym, co w domu, nie mówi się nikomu”. Ojciec zaczął bić tak, żeby nie było śladów.
Dlatego przemocowane kobiety żyją w podwójnym lęku: z jednej strony, że nikt ich nie wysłucha, nie uwierzy im i nie pomoże. Z drugiej – że jeśli jednak ktoś coś zrobi, to potem będzie jeszcze gorzej.
Pozostaje poczucie osamotnienia i przekonanie, że „muszę wytrzymać”. A żeby to zrobić, muszę umniejszać przemoc, bagatelizować ją albo całą winę wziąć na siebie, bo to daje mi złudne przekonanie, że to ja mogę zrobić coś, żeby „on się nie zdenerwował”.
Pracując z kobietami doświadczającymi przemocy, często czułam się bezradna, nadal mi się to zdarza. Dziś rozumiem już, że wiele z nich przychodzi tylko po to, żeby opowiedzieć swoją historię, bo to daje im chwilowe poczucie ulgi, więc kiedy ją poczują, rezygnują z terapii. Kiedy indziej przestają się pojawiać, gdy w relacji zaczyna się „miodowy okres”: z niewiadomego powodu partner nagle zamienia się w aniołka.
Kobieta odzyskuje wtedy na chwilę swoją moc; zaczyna się zastanawiać, co takiego udało jej się zrobić, że on się zmienił. Kiedy Zuzia po kolejnej zdradzie Maczy wzięła kilka tabletek nasennych i wylądowała w szpitalu, mężczyzna tkwił przy jej łóżku, obsypywał kwiatami, przez miesiąc trwała sielanka. Zuzia zadzwoniła do mnie i powiedziała: – Widzisz, jak bardzo on mnie kocha.
Małgosia nie była już w stanie znosić awantur i fochów męża, zaczęła chorować i brać zwolnienia. W rezultacie szef nie przedłużył z nią umowy. Powiedziała, że poczuła ulgę, że wreszcie będzie mogła zająć się domem tak, jak lubi jej mąż. Na jednej sesji zastanawiała się, czy mogłaby znaleźć jakieś zajęcie mniej czasochłonne niż etat, żeby jednak mieć jakieś swoje pieniądze. To był mały, ale ważny krok, który pozwoliłby jej choć trochę uniezależnić się od męża.
Praca terapeutyczna w takich okolicznościach to jak nawlekanie na sznurek maleńkich koralików – jeden po drugim. Ze świadomością, że czasami sznurek się zrywa.
Hania, która wracała na terapię jak bumerang, w końcu poczuła się gotowa, by zmierzyć się z przemocą. – Zrozumiałam, że nikt nie miał prawa mnie tak traktować, ani ojciec, ani mąż. Chcę zawalczyć o siebie. Nie chcę się już bać, ani myśleć o sobie, że jestem śmieciem – powiedziała zdecydowanie.
To było bardzo ważne postanowienie. Wiedziałam, że muszę być bardzo delikatna i ostrożna, no i przede wszystkim gotowa na jej odejścia i powroty. W ciągu dwóch lat terapii Hania wielokrotnie znikała, zawsze odwoływała sesje, z biegiem czasu odważnie mówiła: „Dziś nie dam rady się z tym zmierzyć, przepraszam”. Wiedziałam, że najpierw musimy zbudować relację, w której poczuje się bezpiecznie. Nigdy dotąd nie miała takiej relacji, kompletnie nie widziała, co to oznacza. – Czy jesteś zła, kiedy odwołuję sesję w ostatniej chwili? – pytała. – Nie, rozumiem, dlaczego to robisz, i dziękuję, że mnie uprzedzasz, że cię nie będzie.
To testowanie było ważnym elementem budowania zaufania. Sporo czasu zajęło nam nauczenie się rozróżniania pomiędzy faktami, emocjami i konsekwencjami. Ta umiejętność pozwoliła jej urealnić historie, które wydarzały się w jej życiu. – Kiedy sobie powtarzam, że to, co on powiedział, naprawdę mnie dotknęło, i że on nie ma prawa podważać moich emocji, to jest mi łatwiej. Czuję, że potrafię się obronić.
Kolejnym ważnym etapem terapii była praca ze złością. Hania często wybuchała, a potem przepraszała. Na początku myślałam, że to kolejny etap testowania siły naszej relacji, ale w pewnej chwili zrozumiałam, że pod jej złością ukrywają się smutek i bezradność dziecka.
Kiedyś Hania powiedziała: „Miłość zlepiła mi się z przemocą, a złość ze smutkiem”. Powoli zaczęła rozumieć (ale jeszcze tego nie czuła), że przemoc jest zaprzeczeniem miłości, a smutek i złość to dwie różne emocje.
– Jest mi smutno, że mąż mnie krzywdzi. Kocham go, ale nie pozwolę się dłużej krzywdzić.
Na początku to były tylko słowa, uczucia nadal były zamrożone. Hania potrzebowała czasu. Czas pozwolił jej również odzyskać swoją moc. Bo przemoc to odebranie komuś mocy. Dziecko nie jest w stanie się przed tym obronić, ale my, dorośli, mamy wybór.
Ewa Klepacka-Gryz – psycholożka, psychoterapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych